MICHAŁ DOMAŃSKI

 

Kolumbia jest przepięknym krajem wyróżniającym się niesamowitą różnorodnością etniczną i biologiczną, łączącym w sobie wszystkie atrakcje Ameryki Łacińskiej i Karaibów. Co dziesiąty gatunek roślin i zwierząt żyjących na naszej planecie pochodzi właśnie stąd. To ziemia sympatycznych, gościnnych i przyjaznych ludzi oraz niepowtarzalnych krajobrazów. Pełna bogatej historii, kultury, niezwykłych karnawałów, barwnych świąt lokalnych i festiwali. To kraj słynący z wyśmienitej kawy i najpiękniejszych szmaragdów na świecie. Tutaj właśnie narodziła się słynna legenda o El Dorado i fikcyjna wioska Macondo stworzona przez Gabriela Márqueza. Kolumbia promuje się na całym świecie hasłem Colombia, el riesgo es que te quieras quedar, co oznacza Kolumbia, ryzyko jest takie, że będziesz chciał tu zostać. Kto miał szczęście odwiedzić ten cudowny kraj, wie, że to prawda...  

 

Na wszystkich turystach ogromne wrażenie robi przepiękna Cartagena de Indias na wybrzeżu Morza Karaibskiego, która swą architekturą przypomina Hawanę na Kubie, ale jest nieporównywalnie bardziej zadbana. W 1984 r. jej wspaniałe centrum historyczne, Stare Miasto otoczone murami miejskimi – Ciudad Amurallada, znalazło się na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Nie bez powodu nazywa się ją „skarbem Karaibów”.

Jest to z jednej strony rajski kurort wypoczynkowy, pełen luksusowych i nowoczesnych hoteli, a z drugiej – zabytkowe i klimatyczne miasto pamiętające czasy piratów grasujących po wodach Morza Karaibskiego. To miejsce pełne romantyzmu, magii i kolorów, zamieszkałe przez niepowtarzalną mieszankę radosnych i roztańczonych ludzi – potomków dawnych konkwistadorów, Metysów, Mulatów oraz Indian i Murzynów. Wąskie brukowane uliczki Cartageny de Indias, otoczone potężnymi murami, jej kolorowe domy w stylu kolonialnym z rzeźbionymi drewnianymi balkonami upodobali sobie szczególnie turyści z Europy. To niezwykłe miasto oddycha nie tylko historią, ale pulsuje również radośnie w rytmie kolumbijskiej cumbii i salsy. Tutejsze bogate życie nocne cieszy się zasłużoną sławą w całym kraju. Jeśli odwiedzimy tę zachwycającą, ponad milionową metropolię, to istnieje naprawdę duże ryzyko, że będziemy chcieli zostać w niej na dłużej, jak uczyniło już wielu cudzoziemców...

 

CARTAGENA – SKARB KARAIBÓW

Cartagena de Indias została założona w 1533 r. przez hiszpańskiego konkwistadora Pedra de Heredię. W epoce kolonialnej była jednym z najważniejszych portów w Ameryce. Z tego okresu pochodzi właśnie większość jej niepowtarzalnego dziedzictwa artystycznego i kulturalnego. 11 listopada 1811 r. miasto, jako jedno z pierwszych na terenie dzisiejszej Kolumbii, ogłosiło niepodległość od Hiszpanii. Dzień ten jest obecnie świętem narodowym w całym kraju, a na jego pamiątkę odbywają się w Cartagenie 4-dniowe huczne imprezy, znane jako Fiestas de la Independencia. W 1815 r., po długim, 3-miesięcznym oblężeniu, miasto zdobyły wojska hiszpańskie dowodzone przez generała Pabla Morilla, El Pacificadora („Pacyfikatora”). Po tej odważnej obronie Cartagena de Indias otrzymała tytuł Ciudad Heroica, czyli „Bohaterskie Miasto”. Od 1934 r. 11 listopada wybiera się tutaj Señoritę Colombia – zwyciężczynię Narodowego Konkursu Piękności w Kolumbii (Concurso Nacional de Belleza de Colombia). Jest wówczas co podziwiać, bowiem – moim zdaniem – Kolumbijki są jednymi z najpiękniejszych kobiet na świecie…   

Do wielkich przyjemności należy spacer po plątaninie uroczych, zabytkowych uliczek oraz po malowniczych placach w historycznym centrum miasta. Bez względu na to, w którym kierunku się udamy, zawsze natrafimy na coś interesującego – ulicznych sprzedawców świeżych owoców, sklepiki z rękodziełem artystycznym, piękną biżuterią i słynnymi kolumbijskimi szmaragdami czy klimatyczne kawiarnie i bary, gdzie możemy spróbować chyba najlepszej na świecie kawy lub wyśmienitego rumu. Co chwilę mijamy też wspaniałe zabytki, świątynie i pałace, które są dumą Cartageny de Indias. Warto przespacerować się po okolicach Plaza de Bolívar i zajrzeć do wznoszącego się tutaj Pałacu Inkwizycji (Palacio de la Inquisición) oraz Muzeum Złota i Archeologii (Museo del Oro y Arqueología) z bezcennymi pamiątkami po prekolumbijskiej kulturze Zenú (Sinú) rozwijającej się na terenie współczesnej północnej Kolumbii od ok. 200 r. p.n.e do 1600 r. n.e. Miłośnikom fortyfikacji na pewno na długo pozostaną w pamięci rozległe mury miejskie oraz potężny Zamek San Felipe de Barajas. Ta forteca jest największą, jaką kiedykolwiek zbudowali Hiszpanie na kontynencie amerykańskim. Miała ona chronić ten jeden z najbogatszych portów w Nowym Świecie przed atakami piratów. Najsłynniejsza bitwa rozegrała się tutaj w 1741 r., kiedy to Cartagenę chciała zdobyć flota brytyjska pod wodzą admirała Edwarda Vernona. Atakujący mieli aż dziesięciokrotną przewagę w ludziach nad broniącymi się w Castillo de San Felipe de Barajas Hiszpanami. Nie udało się im jednak zająć miasta. Trzytysięcznym garnizonem hiszpańskim dowodził bohaterski admirał Blas de Lezo, którego pomnik możemy dzisiaj oglądać przy wejściu do zapierającej dech w piersiach fortecy.       

            Zwiedzanie Cartageny warto zakończyć na szczycie 150-metrowego wzgórza La Popa, na którym znajduje się uroczy klasztor – Convento de la Candelaria. Roztacza się stąd cudowny widok na Stare Miasto, Morze Karaibskie, port, pobliską wyspę Tierra Bomba z zabytkowym XVIII-wiecznym Zamkiem San Fernando de Bocachica oraz na nowe dzielnice z luksusowymi hotelami – Bocagrande i El Laguito. Świątynia ta poświęcona jest Oczyszczeniu Najświętszej Marii Panny, Matce Bożej Gromnicznej (Virgen de la Candelaria). Z tego też powodu zawsze 2 lutego z sanktuarium na wzgórzu La Popa wyrusza do centrum miasta uroczysta i kolorowa procesja gromadząca tysiące mieszkańców i pielgrzymów. W 1986 r. miejsce to odwiedził papież Jan Paweł II, który koronował wówczas słynący cudami obraz Virgen de la Candelaria.     

Cartagena to nie tylko wspaniałe zabytki i bogata kultura, to także malownicze plaże, szalone życie nocne, wyśmienita gastronomia, ważne festiwale, kongresy i konferencje. Ta stolica kolumbijskiego departamentu Bolívar słynie również z pocztówkowych widoków i niesamowicie romantycznej scenerii. Nic więc dziwnego, że gwiazdy muzyki latino (nie tylko z Kolumbii!) wybierają ją obecnie najczęściej na miejsce nagrywania swoich teledysków (np. Wisin & Yandel i Tu Olor, Jorge Celedon i Jimmy Zambrano – Nuestra Fiesta itd.). W Cartagenie de Indias organizuje się również wiele ślubów (coraz więcej par z Europy i Stanów Zjednoczonych), zakochani przyjeżdżają tu także na miesiące miodowe, żeby podziwiać cudowne zachody słońca z historycznych murów miejskich, ze wzgórza La Popa, Zamku San Felipe de Barajas czy siedząc na malowniczej karaibskiej plaży. Trudno wyobrazić sobie piękniejszą rzecz od nocnego rejsu żaglowcem po zatoce Cartageny lub od przejażdżki powozem konnym po brukowanych uliczkach Ciudad Amurallada. To bez wątpienia jedno z najbardziej romantycznych miejsc na świecie, jakie widziały moje oczy…  

Kiedy się ściemnia, w mieście zaczyna się jedna wielka impreza, rumba – jak mówią Kolumbijczycy. Ogródki kawiarniane i bary zapełniają się ludźmi, swoje podwoje otwierają liczne dyskoteki i kluby nocne. Zrozumiemy wówczas szybko, co znaczy „wyjść na miasto” na Karaibach – tutaj liczy się tylko dobra zabawa i radość życia... Warto zacząć rumbę od szalonej imprezy w wesołym i kolorowym autobusie chiva, który rusza w nocny objazd po Cartagenie. W środku znajduje się orkiestra, cały czas gra muzyka i leje się doskonały kolumbijski rum. Przydaje się on zwłaszcza mniej skorym do spontanicznej zabawy Europejczykom i Amerykanom. Potem możemy kontynuować rumbę, tańcząc aż do świtu w dyskotekach przy ulicy Arsenal (Calle del Arsenal). Jeżeli chcemy przeżyć niezapomnianą noc pośród wspaniałych zabytków Ciudad Amurallada, to powinniśmy odwiedzić tzw. Rutę de la Salsa, czyli „Szlak Salsy”. Mało kto wie w Polsce, że to właśnie Kolumbijczycy są od kilku lat mistrzami świata w tym tańcu… Miłośnikom żywych karaibskich rytmów polecamy szczególnie takie miejsca, jak np. Dónde Fidel, Habana, Bazurto Social Club i Quiebra Canto.

O niesamowitym pięknie i wielkich atrakcjach Cartageny de Indias można by było pisać bez końca. Podczas każdej mojej wizyty w Kolumbii staram się zawsze odwiedzić tę magiczną stolicę departamentu Bolívar. Kiedy ją wspominam w Polsce, to na mojej twarzy od razu pojawia się uśmiech, a w moich oczach widać ogień i pasję. Dla mnie Cartagena de Indias, ten fascynujący „skarb Karaibów”, jest najpiękniejszym miastem w całej Ameryce Łacińskiej.

 

BARRANQUILLA – ZŁOTA BRAMA KOLUMBII                     

Jeśli lubimy dobrze się bawić, to powinniśmy zawitać również do Barranquilli. To tutaj właśnie przyszła na świat w 1977 r. słynna piosenkarka Shakira. W tym 1,5-milionowym mieście odbywa się szalony karnawał – Carnaval de Barranquilla, ogłoszony przez Senat Republiki Kolumbii w 2002 r. Dziedzictwem Kulturalnym Narodu (Patrimonio Cultural de la Nación), a rok później uznany przez UNESCO za Arcydzieło Ustne i Niematerialne Dziedzictwa Ludzkości. Jest to największa fiesta w Kolumbii i na całych Karaibach oraz druga pod względem wielkości na świecie – zaraz po brazylijskim Rio de Janeiro! To chyba najlepsza z możliwych reklam dla miasta Shakiry…

Barranquilla, stolica departamentu Atlántico i kolumbijskiego regionu Costa Caribe (Wybrzeże Karaibów), nazywana bywa „Złotą Bramą Kolumbii”. Przydomek ten wziął się stąd, że od końca XIX w. miasto to stało się głównym portem kraju i jego ważnym centrum handlowym. To właśnie tutaj przybywali statkami podróżnicy i docierały rozmaite towary z całego świata. Dzisiaj Barranquilla, dzięki swojemu słynnemu karnawałowi, otwiera przed nami niesamowity świat radości i bajecznych kolorów. To brama do doskonałej i szalonej zabawy, pełnej karaibskiej muzyki i spontanicznego tańca. Już wkrótce, bowiem od 18 do 21 lutego 2012 r., zostanie ona znowu otwarta na oścież. Mieszkańcy Barranquilli przywitają nas wówczas z otwartymi ramionami i zaproszą do wspólnego udziału w radosnym, niepowtarzalnym karnawale, który łączy trzy kultury – europejską, afrykańską i indiańską... Naprawdę nie można przegapić tej niesamowitej, pełnej pasji zabawy!

         

                            

             


 

       

Artykuły wybrane losowo

Woda i wino na północy Węgier

NOÉMI PETNEKI

 

<< Coraz popularniejsze wyjazdy do luksusowych hoteli SPA wcale nie muszą oznaczać dni wypełnionych jedynie seriami zabiegów. Ciekawą propozycją dla osób chcących się zrelaksować i uzupełnić zapasy energii niezbędnej do zmagania się z codzienną rzeczywistością są zagraniczne wycieczki do uzdrowisk i centrów wellness. W Europie wiele takich ośrodków znajdziemy na Węgrzech. Kraj naszych bratanków nie od dziś wie, jak wykorzystać swoje dobra naturalne i przyciągnąć jak najwięcej gości z całego świata. >>

Za najpopularniejsze miasta północno-wschodniego regionu państwa Madziarów uchodzą niewątpliwie Miszkolc (Miskolc), Eger oraz Tokaj. Każde z nich ma zupełnie inny charakter i w równym stopniu zasługuje na odwiedzenie. Ten rejon to również zielone lasy Gór Bukowych (Bükk-hegység), łagodne pasma wzgórz Czerhat (Cserhát) czy szczyty Mátry z najwyższym punktem Węgier – Kékes (1014 m n.p.m.). Tuż przy słowackiej granicy leży natomiast podziemne królestwo krasowe z jaskiniami jak z bajki.

Więcej…

Dominikana na dużym ekranie

 catedral de america S

Świątynia w Santo Domingo nazywana Pierwszą Katedrą Ameryki

© MINISTERIO DE TURISMO DE REPÚBLICA DOMINICANA

 

MARCIN WESOŁY

www.caribeya.pl

 

Dominikana jest jak naturalne, wielkometrażowe studio filmowe z plenerami zapierającymi dech w piersiach i przepiękną kolonialną zabudową, która idealnie nadaje się na tło. Od lat pamiętają o tym filmowcy, szczególnie ci z Hollywoodu. Swoje dzieła kręcili tutaj Francis Ford Coppola, Sydney Pollack, Robert De Niro czy Andy García. Coraz chętniej z dominikańskich krajobrazów korzystają również lokalni artyści. Warto wspomnieć choćby o filmie „Stróż” („El hombre que cuida”), który w październiku 2017 r. był pokazywany w Polsce w ramach 33. Warszawskiego Festiwalu Filmowego.

 

Wiele znakomitych ujęć, znanych z takich produkcji jak Ojciec chrzestny II (1974) czy Hawana – miasto utracone (2005), powstało właśnie w tym karaibskim kraju. Kiedy trzeba, Dominikana odgrywa także samą siebie bez zbytniego upiększania. Często bywa jednak świetnym dublerem innych miejsc, choćby tych leżących w sąsiedztwie. Działa tu magia kina. Filmową Hawanę, energetyczną stolicę Kuby z czasów Fulgencia Batisty, czyli sprzed rewolucji, z różnych powodów łatwiej uchwycić w… dzisiejszym rozpalonym słońcem Santo Domingo. Dla osób, które wiedzą o tym fakcie, odkrywanie zakątków tego tropikalnego, tętniącego życiem miasta jest jeszcze ciekawsze. Scenerię z filmów bez trudu można rozpoznać, najczęściej odnajduje się ją na obszarze Zona Colonial (Ciudad Colonial). Tędy przemykał m.in. Al Pacino jako Michael Corleone w Ojcu chrzestnym II.

 

Poza stolicą z murami sprzed ponad pięciu wieków prawdziwym rajem dla scenografów filmowych jawi się fascynujący interior Dominikany. Warunki krajobrazowe są w tym kraju szalenie zróżnicowane. Na północy na półwyspie Samaná i na wschodzie w okolicach Punta Cana można usiąść w cieniu rozwichrzonych palm kokosowych, targanych morską bryzą, albo na plaży w kolorze mąki kukurydzianej, z piaskiem równie drobnym jak ona. W centrum Dominikany w dolinie Cibao znajdują się zielone pola ryżowe, jakby żywcem wyjęte z azjatyckich scenerii, rozległe plantacje bananów i szczyty Kordyliery Środkowej wyższe niż Tatry. Stąd wyrusza się pod samą granicę z Republiką Haiti przez dominikański Dziki Zachód – po drodze mija się czerwone ziemie, spłaszczone akacje, suchy busz i kaktusy o kształcie wielkich proc, pod którymi wylegują się ospałe dominikańskie smoki, czyli legwany nosorogie (Cyclura cornuta) i legwany z Hispanioli (Cyclura ricordi). Okolica przypomina meksykańską prerię, znaną z westernów, albo afrykańską sawannę, pokazaną w filmie Pożegnanie z Afryką (1985) Sydneya Pollacka. Może Oliver Stone powinien pójść w ślady Francisa Forda Coppoli i uwiecznić w swoim obrazie The Doors (1991) coś z Dominikany, choćby jaskinie z piktogramami Indian Taíno. Sceny do Czasu apokalipsy (1979) kręcone wzdłuż rzeki Chavón (Río Chavón) wyszły Coppoli wspaniale. Z kolei miejsce, gdzie kokosowe gaje ustępują pola szumiącej trzcinie cukrowej, umiejętnie wykorzystał aktor i reżyser Andy García. W jednej z efektownych scen Hawany – miasta utraconego Ernesto Che Guevara z kompanią rebeldes (rewolucjonistów) wynurzają się z falujących na wietrze zielonych łanów. Dla odmiany zamglone góry w Demokratycznej Republice Konga lub Rwandzie przypomina pasmo Sierra de Bahoruco albo wspomniana Kordyliera Środkowa. Do dawnego Konga Belgijskiego (granego przez Dominikanę) i jego ówczesnej stolicy Léopoldville (w rzeczywistości Santo Domingo) zabiera widza Robert De Niro w wyreżyserowanym przez siebie dramacie Dobry agent (2006). Jak widać Republika Dominikańska jest nieprawdopodobnym, niezmiernie zróżnicowanym krajem, a leży na wyspie Haiti (Hispanioli) odkrytej przez Krzysztofa Kolumba w 1492 r. To ją upodobał sobie najbardziej ze wszystkich. Współcześnie Dominikanę odkrywa się ponownie, intensywnie, również z twórczym nastawieniem, a jednocześnie z ogromną pasją i przyjemnością. Robią to zarówno filmowcy, jak i rzesze turystów.

 

 Samaní 12

Półwysep Samaná słynie z rajskich plaż

© MINISTERIO DE TURISMO DE REPÚBLICA DOMINICANA

 

WSZECHŚWIAT NA ULICY

 

Do Santo Domingo przyjechałem pierwszy raz niemal 11 lat temu. Wszystko wydawało mi się wówczas nowe, świeże, fascynujące, rozszalałe w swoim chaosie, intensywnie rozkwitające, zanurzone w gęstym i lepkim powietrzu, nasyconym jakąś niemożliwą pożądliwością. Było to dokładnie 30 maja, w kolejną rocznicę el tiranicidio – „tyranobójstwa”, czyli zamachu z 1961 r. na Kozła (El Chivo), jak zwano dyktatora Rafaela Leónidasa Trujillo Molinę ze względu na jego nadmierny apetyt seksualny.

 

Doskonale pamiętam tamtą rozwibrowaną gorącem, nasyconą zapachami i wypełnioną odgłosami cykad karaibską noc. Z lotniska do hotelu w dzielnicy Bella Vista w Santo Domingo dotarłem nad ranem. Taksówkarz wiózł mnie do stolicy wzdłuż wybrzeża Morza Karaibskiego, bo tak prowadzi autostrada Las Américas. Czułem zmęczenie długim lotem z Europy, ale pamiętam, że byłem przeszczęśliwy, choć nie wiedziałem jeszcze, co to za uczucie, skąd się ono bierze, jak długo we mnie zostanie. Miałem przed sobą tyle niewiadomych, tyle obcych mi wówczas hiszpańskich słów, tyle wszystkiego w kraju, który dopiero zaczynałem odkrywać. Czekała mnie jakaś przygoda, wiedziałem, że nie będę mógł się jej oprzeć. Napawałem się chwilą. Opuściłem do oporu szybę w oknie i od razu poczułem orzeźwiający zapach morskiej bryzy.

 

Gdy dojechałem na miejsce, było ciemno i podejrzanie cicho, jakbym utrafił w ten ledwie uchwytny wycinek nocy, kiedy Dominikana faktycznie śpi: w końcu posnęli kochankowie na wymiętych prześcieradłach, psy na chłodniejszych patiach, zmęczeni ochroniarze w swoich stróżówkach, a właścicielki pokątnych przybytków rozkoszy pogasiły ostatnie światła. Powietrze stało się parne i wilgotne, zbierało się na deszcz, który potem o świcie uderzył z impetem w asyście rwących niebo grzmotów. Tak przywitało mnie Santo Domingo.

 

Zawsze powtarzam, że w stolicy Dominikany zatrzymuje człowieka ulica. Ten koncept świetnie oddał noblista V.S. Naipaul (Vidiadhar Surajprasad Naipaul) z Trynidadu i Tobago. Wyrosły na Karaibach brytyjski pisarz stworzył niegdyś zbiór znakomitych opowiadań Nasza ulica (oryginalny tytuł Miguel Street), w których sportretował trynidadzki mikrokosmos. Za pomocą wycinka rzeczywistości przedstawił wyspę Trynidad w pigułce wraz z jej barwnym codziennym życiem. Dominikańska ulica także potrafi wciągnąć człowieka w swoje uniwersum, z którego nie chce go później wypuścić. Można to polubić, choć niekoniecznie od razu. Warto jednak poczuć rytm tej nie dającej się opanować latynoskiej codzienności. To przeważnie inna rzeczywistość niż ta, którą znamy. Tu potrzebny jest dystans właściwie do wszystkiego. Znacznie łatwiej odnaleźć się w tym świecie, jeżeli pozwoli się, aby czas płynął wolniej, jak robią to mieszkańcy Karaibów.

 

BUDOWLE NOWEGO ŚWIATA

 

3a

Ruiny XVI-wiecznego Szpitala św. Mikołaja z Bari w stolicy Dominikany

© MARCIN WESOŁY/WWW.CARIBEYA.PL

 

W Santo Domingo nie sposób się nudzić. Ekscytujących wrażeń dostarcza tutaj choćby spacer wśród wspaniałych budynków z czasów kolonizacji Nowego Świata. Do pierwszych obiektów postawionych na wyspie Haiti (dawniej La Españoli) należą Katedra (Catedral Primada de América), Szpital św. Mikołaja z Bari (Hospital San Nicolás de Bari) czy kościół i klasztor dominikański (Iglesia y Convento de los Dominicos). Nie można przejść obok nich obojętnie, bez zachwytów i zadumy. Przecież tędy chodzili kiedyś potomkowie i następcy Krzysztofa Kolumba.

 

Za pomnikiem admirała w parku noszącym jego imię (Parque Colón) wznosi się wspomniana najstarsza katedra w Nowym Świecie. Legenda głosi, że zajęła miejsce małego ascetycznego kościoła, krytego liśćmi palmowymi, gdzie w porze deszczowej zawieszano nabożeństwa. Obiekt, który możemy podziwiać obecnie, postawiono niemal w całości z bloków wapienia. Na dziedzińcu odsłonięto w 2008 r. popiersie papieża Jana Pawła II na pamiątkę jego pierwszej wizyty w Republice Dominikańskiej w styczniu 1979 r. Znacznie wcześniej, bo w 1586 r., wtargnął do Santo Domingo korsarz Francis Drake, który służył angielskiej monarchini Elżbiecie I. Hiszpanie nadali mu przydomek El Draque, co w dawnym języku hiszpańskim miało znaczyć „Smok”. Przezwisko idealnie oddawało jego temperament. Francis Drake spalił i splądrował miasto, a świątynię zbezcześcił, urządzając w niej koszary dla swoich kompanów. Ponoć pełniła również funkcje składu win, rzeźni i więzienia. Nie wiadomo, czy ktoś w niej wówczas w ogóle się modlił, być może tylko niepewni swojego losu skazańcy.

 

Do ruin Szpitala św. Mikołaja z Bari dotrzemy ulicą Hostos (Calle Hostos). Obiekt powstał z inicjatywy Nicolása de Ovando, obrotnego i okrutnego gubernatora Hispanioli i innych kolonii hiszpańskich w Ameryce, który wyjątkowo krwawo rozprawiał się z rdzenną ludnością. Szpital wznoszono etapami przez kilka dekad, począwszy od 1503 r. Budowa finansowana była z datków zamożniejszych mieszkańców kolonii. Na początku stanął tutaj jedynie namiot z pryczami dla kilku osób, gdzie chorych doglądały wolontariuszki. Wreszcie ukończono obiekt, który stanowił później wzorzec architektoniczny dla placówek medycznych powstających w całej hiszpańskiej Ameryce. Niestety, szpital uległ zniszczeniom podczas grabieżczych wypraw Francisa Drake’a, huraganów i trzęsień ziemi i obecnie można podziwiać jedynie jego ruiny. Pośród nich czeka zwiedzających niespodzianka. Zadomowiły się tu rozkrzyczane zielone papugi zwane coticas (Amazona ventralis). Są gatunkiem endemicznym w Republice Dominikańskiej i Haiti. Podobno łatwiej je znaleźć wśród starych miejskich murów niż w tropikalnym lesie. Wypatrywanie tych papug sprawia wiele radości. Łatwo je namierzyć, bo niesamowicie hałasują. To chyba najsympatyczniejsze przedstawicielki dominikańskiej fauny.

 

FILMOWE ODKRYCIA

 

W stolicy Dominikany warto zatrzymać się przez moment u zbiegu ulic Hostos (Calle Hostos) i Mercedes (Calle Las Mercedes). W kolonialnej kamienicy działa tu klimatyczna księgarnia – Librería La Filantrópica. Założył ją przed laty były student prawa Daniel Liberato, który narzekał na brak książek i podręczników z literatury przedmiotu. Obecnie oprócz publikacji prawniczych stoi w niej na półkach mnóstwo innych pozycji, obejmujących choćby dominikańską historię, język czy folklor. Reżyser Francis Ford Coppola na początku lat 70. XX w. kręcił nieopodal jedną z pamiętnych scen Ojca chrzestnego II. Przypomnę, że Santo Domingo zastępowało w niej Hawanę. Sama scena wyglądała następująco: limuzyna Michaela Corleone (w tej roli świetny Al Pacino) hamuje w jednej z wąskich hawańskich ulic (w rzeczywistości to pochyły, kamienny i chyba najbardziej urokliwy odcinek właśnie Calle Hostos na obszarze Zona Colonial). Przejazd blokuje wojsko i policja. Johnny Ola – powiernik i prawa ręka gangstera Hymana Rotha, obeznany z miejscowymi realiami, wyjaśnia, że schwytano wywrotowców. Stoją pod murem z rękami na głowie. Nagle jeden wyrywa się spod lufy karabinu, chwyta któregoś z mundurowych i wpycha go do samochodu ustawionego w poprzek drogi. Wtedy wybucha granat. Samobójczy atak przynosi dwie ofiary. Incydent robi wrażenie na Michaelu Corleone. Na Kubie prawdopodobnie coś się szykuje... W tle widać kawałek parceli odgrodzonej palmami królewskimi, gdzie znajdują się wspomniane ruiny Szpitala św. Mikołaja z Bari. Przyznam, że jako fan mafijnej sagi nakręconej przez Coppolę wielokrotnie odtwarzałem sobie przytoczoną scenę w wyobraźni – kilka lat temu mieszkałem przez jakiś czas po drugiej stronie Calle Hostos.

 

Niesamowite wrażenie wywiera zawsze na zwiedzających majestatyczny kompleks klasztorny dominikanów. Dociera się do niego ulicą Ojca Billiniego (Calle Padre Billini). Najbardziej fotogeniczny fragment budowli stanowi ceglastopomarańczowa fasada zachodnia, zdobiona tuż nad bramą motywem przywodzącym na myśl splecioną winorośl. Kompleks zbudowali mnisi z zakonu św. Dominika, którzy przybyli na wyspę z początkiem XVI w. W 2016 r. minęło 800 lat od powstania tego zgromadzenia. Należeli do niego m.in. żarliwy obrońca praw Indian Bartolomé de Las Casas (wizytował ten klasztor) i inkwizytor Bernard Gui, którego Umberto Eco wprowadził do swojej powieści Imię róży. Ten kościelno-klasztorny przybytek ma ciekawą historię. Za sprawą decyzji papieża Pawła III z 1538 r. funkcjonował w nim pierwszy uniwersytet w Nowym Świecie. Obecnie jego tradycję kontynuuje Uniwersytet Autonomiczny w Santo Domingo (Universidad Autónoma de Santo Domingo, UASD). Mimo licznych klęsk żywiołowych występujących na przestrzeni stuleci mury zachowały się w znakomitej kondycji. Budowlę można podziwiać w pełnej okazałości, zarówno na żywo, jak i w filmowych kadrach. Wykorzystali ją w swoich filmach np. Robert De Niro (Dobry agent) i Andy García (Hawana – miasto utracone).

 

BOHATER I PAŁAC

 4a

Pomnik Juana Pabla Duarte znajdujący się w parku jego imienia

© MARCIN WESOŁY/WWW.CARIBEYA.PL

 

Podczas zwiedzania nie sposób pominąć parku imienia jednego z trzech ojców założycieli Republiki Dominikańskiej – Juana Pabla Duarte (Parque Duarte; pozostałymi dwoma postaciami są Matías Ramón Mella i Francisco del Rosario Sánchez). To miejsce należy zdecydowanie do najprzyjemniejszych zakątków historycznej części Santo Domingo. Można tu odpocząć (albo pograć z miejscowymi w domino, popijając piwo Presidente) w otoczeniu palm, bugenwilli i drzew flamboyán (wianowłostek królewskich), zwanych płomieniami Afryki ze względu na liczne intensywnie czerwone kwiaty (pojawiające się przeważnie w czerwcu). Środek tutejszego placu zajmuje pomnik wspomnianego bohatera walk o niepodległość kraju. Park i jego najbliższe sąsiedztwo również docenili znani filmowcy. W kinowych produkcjach zagrała m.in. poczerniała, przypominająca dom, w którym straszy, kamienica z 1936 r. (dziś wystawiona na sprzedaż) zwana Edificio Elmúdesi. Niegdyś była w niej prywatna klinika. Budynek pojawił się w co najmniej dwóch hollywoodzkich filmach: Hawanie – mieście utraconym i Dobrym agencie. O ile Andy García wykorzystał stare Santo Domingo do odwzorowania stolicy Kuby, o tyle Robert De Niro poszedł jeszcze dalej. Sceny z jego obrazu miały przedstawiać Léopoldville, dzisiejszą Kinszasę, stolicę Demokratycznej Republiki Konga w środkowej części Afryki.

 

Władze Dominikany są jak dotąd przychylne zagranicznym ekipom filmowym. Bez większych problemów wpuszczają je także do własnych siedzib, przede wszystkim do Pałacu Narodowego (Palacio Nacional), gdzie urzęduje prezydent kraju. Przekonali się o tym Francis Ford Coppola, Sydney Pollack i Andy García. W ich filmach charakterystyczny gmach wcielił się w rolę El Capitolio w Hawanie, który przed 1959 r. był bastionem Fulgencia Batisty, dyktatora z Kuby. Trudno o bardziej fotogeniczną lokalizację w Santo Domingo, gdy temat kinowy dotyka wielkiej władzy i polityki. Zawsze ciekawiło mnie, ile mogła kosztować niezbędna w tym przypadku zamiana powiewającej przed pałacem flagi dominikańskiej na kubańską. Siedziba prezydenta Dominikany jest imponująca – gmach w kolorze piaskowym uchodzi za architektoniczną perłę zdominowaną przez styl neoklasycystyczny. Powstał na zlecenie dyktatora Rafaela Leónidasa Trujillo Moliny. Miał odzwierciedlać nieśmiertelne aspiracje wodza. Budowę rozpoczęto dokładnie 27 lutego 1944 r. Chodziło o datę symboliczną – setną rocznicę proklamowania niepodległości Republiki Dominikańskiej (w 1844 r.). Pracę ukończono w ponad trzy lata. Do głównego wejścia pałacu prowadzą masywne schody wykute z szarego marmuru. Strzegą ich lwy z brązu. Dokładnie po tych schodach zbiegał Al Pacino jako Michael Corleone w Ojcu chrzestnym II. Wcześniej, podczas balu noworocznego w pałacu, złożył swojemu bratu Fredowi (który go zdradził) słynny pocałunek śmierci.

 

STOLICA MAŁYCH RADOŚCI

 

W Santo Domingo cieszą również rzeczy drobne, codzienne, czasem niczym się nie wyróżniające. W sklepie na rogu, gdzie dudni muzyka, sprzedają Presidente – najzimniejsze piwo na świecie w oszronionej zielonej butelce, a miejscowi żartują od rana i grają w domino. Radość sprawia też jazda publiczną, wieloosobową taksówką (tzw. carro público) z ośmioma współpasażerami zamiast pięciu, bo w innym przypadku szoferowi nie opłaca się jechać. Tu rzeczywistość ciągle się zmienia, nieprzerwanie kwitnie i marnieje, po czym w niesłychanym tempie odradza się znowu.

 

Nie każdemu podoba się Santo Domingo, nie każdego do niego ciągnie. Turyści często chętniej wybierają Hawanę albo stolicę Portoryko – San Juan. Te miasta, powstałe w podobnych okolicznościach historycznych, stanowią naturalną konkurencję dla stolicy Dominikany. Oczywiście, Santo Domingo potrafi zadbać o siebie. Upiększa się makijażem, raz mocnym i wyrazistym, kiedy indziej stonowanym, bardziej wysmakowanym. Umiejętnie wabi świeżością i zachęca do bliższego poznania. Jednak jednocześnie cierpi na udręki typowe dla latynoskich miast. Bywa także miejscem przytłaczającym: rozgrzanym do bólu, dusznym, głośnym, zaśmieconym. Z różnych stron w niesłychanym natężeniu nacierają na człowieka kaskady dźwięków wydawanych przez sznury pojazdów, dużych i mniejszych, nowych i starych, a często wręcz bezlitośnie zdezelowanych gruchotów, które już dawno powinny dogorywać na złomowisku.

 

Na dodatek w powietrzu czuć drażniące nozdrza spaliny, zapach paliw wyciekających spod reperowanych aut, wyziewy wydobywające się z ujść labiryntów kanalizacji. Te aromaty mieszają się z kolei z orzeźwiającą słoną bryzą znad Morza Karaibskiego i wonią przejrzałych owoców – ananasów, gujaw, mango, kawy parzonej gdziekolwiek i lanej z termosów do małych plastykowych kubków, rarytasów kuchni ulicznej oferowanych na każdym rogu, prania wywieszonego na finezyjnych balkonach, kulek naftalinowych, wilgoci wyzierającej zewsząd, wyganianej przeciągami z ciemnych kątów, liści tytoniowych gotowych do zwijania w skromnych manufakturach, samego dymu popalanych cygar, naperfumowanych ludzkich ciał, lakieru utrwalającego włosy kobiet czy żelu kładzionego na fryzury młodych kawalerów.

 

Santo Domingo pachnie tropikiem. Jest nienasyconym karaibskim miastem z niezbadaną tajemnicą. Z jednej strony pozostaje zatrzymane w odległym czasie, sędziwe, nieco zmurszałe, śniące o kolonialnej przeszłości, o której wyraźnie przypomina, zwłaszcza w trakcie spaceru po historycznym rejonie. Gdzie indziej wydaje się nazbyt nowoczesne, chaotyczne, wyzywające; wypełniają je szklane biurowce, drapacze chmur i gigantyczne bilbordy ze sloganami znanych marek. Oferuje niemal wszystko, czego dusza ludzka zapragnie, o każdej porze, wszędzie. Jeśli przymknie się oko na jego bolączki, potrafi być urocze i zajmujące. Do tego jest miastem wyjątkowo lubianym przez twórców kina, również tego hollywoodzkiego. Jednak nie każdy o tym wie. Często nie są świadomi tego faktu nawet sami Dominikańczycy. Santo Domingo może opowiedzieć sporo zaskakujących historii. Wspaniałe, wykwintne architektonicznie i co ważne pieczołowicie odrestaurowane obiekty z obszaru Zona Colonial zyskują nowe życie, nowe przeznaczenie, nowe uznanie. Trzeba tu dotrzeć, przynajmniej raz, i zobaczyć to wszystko samemu, aby móc potem miło wspominać swoją wizytę, np. podczas filmowego seansu. Bo Santo Domingo zostało uwiecznione przez kino wielokrotnie. Poszukajmy zatem niektórych scenerii z filmów, choćby według wskazówek zawartych w tym artykule. Z pewnością będzie to przyjemne urozmaicenie spacerów po zachwycającej stolicy Dominikany, a jednocześnie swoista filmowa przygoda na gościnnej dominikańskiej ziemi.

 

Malta - śladami joannitów

PAWEŁ PAKIEŁA

<< Położona w centrum Morza Śródziemnego Malta zachwyca stolicą Vallettą wpisaną na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO, świątyniami starszymi niż starożytne piramidy Egiptu oraz historią sięgającą ponad 7 tys. lat wstecz. Wiele narodów zostawiło tutaj ślady swojej obecności (m.in. Fenicjanie, Rzymianie, Grecy, Hiszpanie, Arabowie, Brytyjczycy czy Francuzi), a wpływy ich kultur stworzyły wyjątkową mieszankę. Mimo to Maltańczycy nie utracili swojej tożsamości, co od zawsze stanowiło dla nich powód do dumy. Poza tym łagodny klimat, czyste morze i spektakularne klify zapewniają tu znakomite warunki nie tylko do leniwego wypoczynku w promieniach słońca, lecz także uprawiania sportów wodnych. Natomiast dzięki miejscowym, niezmiernie popularnym wśród obcokrajowców, szkołom języka angielskiego możemy połączyć wakacyjny relaks z nauką. >> 

 

Republika Malty obejmuje swoimi granicami niewielki archipelag na Morzu Śródziemnym, którego największe wyspy to Malta i Gozo. Jako niepodległe państwo pojawiła się na mapie Europy dopiero w 1964 r., gdy przestała być kolonią brytyjską. Od 2004 r. należy również do krajów członkowskich Unii Europejskiej. Co ciekawe, język maltański (mający status urzędowego obok angielskiego) wywodzący się z grupy semickiej spokrewniony jest z dialektami arabskimi.  

Więcej…