PAWEŁ SKAWIŃSKI

autor książki Gdy nie nadejdzie jutro  

 

Ta historyczna kraina w Azji, obecnie leżąca w większości w granicach Chin, nazywana „Dachem Świata” i „Krainą Śniegów”, pełna tantrycznych wyroczni, demonów, szamanów-uzdrowicieli i „latających lamów”, od zawsze fascynowała ludzi Zachodu. Najodważniejsi odkrywcy ginęli w poszukiwaniu Shangri-La, raju ukrytego głęboko w Himalajach. Nawet dzisiaj, w XXI w., nic w Tybecie nie jest takie, jak nam się wydaje…

 

Kiedy w 1904 r. brytyjska ekspedycja wojskowa wchodziła do Lhasy, stolicy Tybetu, żołnierzy powitała burza oklasków. Brytyjczycy byli zdziwieni i zachwyceni – najwyraźniej miejscowa ludność miała dość rządów teokracji dalajlamów i z radością przyjmowała imperialne wojska. Trochę czasu minęło zanim ktoś uprzejmie im wytłumaczył, że oklaski są tutaj wyrazem dezaprobaty, a tłum chciał sprowadzić w ten sposób nawałnicę, żeby zmyć wrogą armię z powierzchni ziemi. Energiczne klaśnięcia w dłonie miały też odpędzić przybyszów – tak samo, jak odgania się złe duchy.

 

Nieporozumień w kontaktach z Tybetańczykami oraz błędnych wyobrażeń ludzi Zachodu o tej krainie jest znacznie więcej. Znany amerykański dziennikarz i publicysta Thomas Friedman kilka lat temu ogłosił, że „świat znowu stał się płaski”. Tyle że trudno zgnieść walcem globalizacji niebotyczne Himalaje. Najwyższe góry świata na zawsze pozostaną dla nas zagadką, siedliskiem bóstw i bogów, miejscem zdarzeń niewytłumaczalnych i magicznych, zamieszkałym przez ludzi przesądnych, a jednocześnie do bólu praktycznych i sprytnych.      

 

Legenda Shangri-La

Wieść o zaginionym królestwie, „orientalnej Atlantydzie”, ukrytej gdzieś w Himalajach, dotarła do Europy dopiero w XVII w. António de Andrade (1580–1634), portugalski jezuita i odkrywca, natrafił na manuskrypt z mapą i opisem zapomnianej krainy, w której żyją chrześcijanie. Wskazywał on na obszar zachodnich Himalajów i mówił o jeziorze Manasarowar (znanym dziś bardziej jako Mapam Yumco). Szkic ten został wykonany przez nieznanego misjonarza przebywającego na dworze cesarza Akbara z dynastii Wielkich Mogołów (1542–1605) i był na tyle wiarygodny, że Andrade wyruszył w poszukiwaniu Shangri-La.    

Jezuita nie znalazł chrześcijańskiego raju na ziemi, a jedynie bogate królestwo Guge (zajmujące tereny Tybetu Zachodniego). Po powrocie napisał interesującą relację ze swoich przygód. Odnaleziono ją w Kalkucie – posłużyła ona potem za kanwę powieści angielskiego pisarza Jamesa Hiltona (1900–1954) Zaginiony horyzont (wydanej w 1933 r.). W ten sposób Shangri-La pojawiła się w kulturze masowej. Książka rozpaliła i tak już gorące głowy zachodnich podróżników, zwłaszcza że tybetańskie teksty religijne wspominały o krainie, gdzie ludzie żyją niemal wiecznie, w harmonii i szczęściu. Sam Budda Siakjamuni, założyciel buddyzmu, nauczał tantryzmu tamtejszego króla, dzięki czemu wszyscy jego poddani stali się istotami oświeconymi. Co więcej, również Padmasambhava („zrodzony z lotosu”), który przyniósł w VIII w. buddyzm do Tybetu, nauczał o siedmiu ukrytych dolinach. Ich położenie mają wskazywać manuskrypty ukryte w świętych jaskiniach i stupach.

W 1924 r. Mikołaj Roerich (1874–1947), rosyjski myśliciel, malarz, pisarz, poeta, podróżnik i szpieg, rozpoczął 4-letnią wyprawę w poszukiwaniu Shangri-La. Wyruszył z Sikkimu i zatoczył pętlę przez Ladakh, Kaszmir, Pamir oraz Tybet. Do tego ostatniego udała się w tym samym roku Alexandra David-Néel (1868–1969) – wielka znawczyni tej krainy, francusko-belgijska orientalistka, śpiewaczka operowa, dziennikarka, odkrywczyni, buddystka i pisarka. W przebraniu pielgrzyma, w towarzystwie mnicha-przewodnika, jako pierwsza kobieta z Zachodu dotarła do Lhasy.

 

Magia na co dzień

Owocem tej wyprawy (i kolejnych) była jej książka Mistycy i cudotwórcy Tybetu (wydana w 1929 r.). David-Néel opisuje w niej spotkania z adeptami ćwiczeń lung-gom-pa, techniki oddychania, dzięki której mogą przemierzać wielkie odległości, nie czując żadnego zmęczenia. Ich ciała są przy tym tak lekkie, że odbijają się od śniegu niczym nadmuchane piłki. Oni sami noszą ciężkie łańcuchy, żeby nie zostać porwanymi przez wiatr.  

Tybetańscy współtowarzysze podróżniczki nie byli tym wcale zaskoczeni. Światli lamowie, których przepytywała w tej sprawie, nie przykładali do treningu lung-gom-pa żadnej wagi, tak jakby nadludzkie umiejętności były tu czymś zwyczajnym. Kiedy uparcie prosiła o jakieś informacje, w odpowiedzi usłyszała historię o Buddzie, który spotkał na swojej drodze słynnego jogina. Asceta praktykował medytację już 25 lat i chwalił się, że dzięki temu potrafi przekroczyć rzekę, krocząc po wodzie. – Mój biedaku! – zawołał Budda w odpowiedzi. – Naprawdę zmarnowałeś aż 25 lat na wyćwiczenie tej umiejętności? – nie mógł się nadziwić. – Po co? Przecież za niewielką opłatą rybak może w każdej chwili przewieźć każdego na drugi brzeg...

Bardziej praktyczną umiejętnością wydaje się być utrzymanie ciepła w zimie, w gęstej nawałnicy, bez użycia ognia. Tumo osiąga się poprzez techniki oddychania i medytacji. Dla tybetańskich pustelników, mieszkających w grotach na wysokości powyżej 5000 m n.p.m., taka umiejętność jest niezbędna do przeżycia, ale decydując się na jej naukę, nie mogą już nigdy więcej korzystać z ognia, przebywać w ciepłych pomieszczeniach ani nosić wełnianego odzienia. Egzamin z tumo odbywa się nad zamarzniętymi rzekami lub jeziorami. Jego uczestnicy siadają nago nad przeręblem, przyjmując pozycję kwiatu lotosu. Następnie prześcieradła wkładane są do lodowatej wodzie, a potem owijane wokół ciał egzaminowanych. Jak tylko materiał wyschnie, jest ponownie moczony. Próba trwa aż do zachodu słońca. Rekordziści potrafią wysuszyć nawet 40 prześcieradeł, ale już 3 sztuki wystarczą do tytułu respa – mistrza techniki tumo.

 

Inna rzeczywistość

Wszystko to zdaje się należeć do świata bajek i ktoś może mądrze przyjąć, że 99 na 100 z tych opowieści jest wyssanych z palca. Ale wciąż te fenomena mają swoich świadków i trudno im zaprzeczyć – pisała Alexandra David-Néel. – Zachodni podróżnicy, którzy przekroczą granicę Tybetu w przeświadczeniu o zabobonie mieszkańców tego kraju, bardzo się zdziwią racjonalnością i sceptycyzmem w opiniach zwykłych Tybetańczyków o tych opowieściach – zaznaczała.

Popularna jest tybetańska przypowieść o czapce, która pewnego razu spadła z głowy podróżującego kupca. Nie podniósł jej, ponieważ w tym kraju może to przynieść pecha. Czapka uszatka utkwiła w zaspie śnieżnej i żaden z przejeżdżających nie ośmielił się jej podnieść. Po długim czasie, pod wpływem pogody, zmieniła kształt nie do poznania. Kolejni podróżni widzieli w niej „coś dziwnego”, o czym opowiadali w mijanych wioskach. Wkrótce po całej dolinie rozeszła się wieść o demonie czatującym na ludzi na szlaku. W końcu czapka, poruszona siłą zbiorowej wyobraźni, zaczęła ścigać podróżnych, którzy w popłochu uciekali przed nią, ratując swoje cenne życie.

 

Kajlas

W latach 80. XX w. władze chińskie zaoferowały Reinholdowi Messnerowi, słynnemu himalaiście, który rywalizował z naszym Jerzym Kukuczką (1948–1989) o miano „księcia gór”, zdobycie tego szczytu (6714 m n.p.m.). Ten jednak zdecydowanie odmówił. Kiedy w 2001 r. hiszpański alpinista planował dziewicze wejście na Kajlas, Messner powiedział smutno: Jeśli zdobędziemy ten szczyt, to jakbyśmy zabili coś w ludzkich duszach. Ostatecznie wspinacz z Półwyspu Iberyjskiego zrezygnował ze swojej wyprawy i do dzisiaj Kajlas pozostaje niezdobyty.

Ta święta góra należy do czterech religii: buddyzmu, dżinizmu, hinduizmu i bon. To tutaj mieszka Śiwa z małżonką Parwati (według hinduistów), a bitwę stoczył buddysta Milarepa i przedstawiciel bon Naro Bön-chung. Co roku tysiące pielgrzymów pokonuje drogę prowadzącą wokół tego szczytu. Kora, czyli szlak pielgrzymkowy, liczy 53 km. Mówi się, że jeśli ktoś okrąży górę 108 razy dostąpi oświecenia w następnym życiu. W pobliżu Kajlas leży jezioro Manasarowar, znane z legendy o Shangri-La.     

   

 

Odkrywcy i zdobywcy

Tybet był jednym z najbardziej izolowanych regionów świata, a co za tym idzie – największym wyzwaniem stojącym przed podróżnikami. Od połowy XIX w. granice kraju zamknięto dla cudzoziemców – za udzielenie pomocy obcemu w przedostaniu się do Lhasy groziły tortury i śmierć.  

Pierwszym podróżnikiem spoza Chin, który dotarł do „zakazanego miasta” (w 1901 r.), był japoński mnich buddyjski Ekai Kawaguchi (1866–1945). Jako słynny lekarz uzyskał nawet audiencję na dworze XIII Dalajlamy (1876–1933). W tym samym czasie w Lhasie pojawił się też japoński szpieg Narita Yasuteru. Tybet stanowił już wtedy pole rywalizacji wywiadów brytyjskiego i rosyjskiego. Stawką tzw. Wielkiej Gry (The Great Game) było uzyskanie przewagi w Azji Środkowej. Brytyjczycy odbierali zainteresowanie Rosji Tybetem jako poważne zagrożenie dla Indii Brytyjskich.

Na domiar złego zaraz po japońskim mnichu do Lhasy dotarł rosyjski podróżnik i antropolog       Gonbodżab Cybikow (1873–1930). Buriat z pochodzenia, praktykujący buddysta, udał się do stolicy Tybetu jako pielgrzym. Wykonał pierwsze w historii zdjęcia „zakazanego miasta”. Brytyjczycy podjęli błyskawiczną decyzję – sir Francis Younghusband (1863–1942) na czele 3 tys. żołnierzy oraz 7 tys. tragarzy (szerpów) wyruszył w grudniu 1903 r. na Lhasę. Źle uzbrojona armia tybetańska, mnisi i chłopi wyposażeni w miecze i sztylety, długo opierała się Brytyjczykom, którzy masakrowali przeciwników najnowszym modelem karabinu maszynowego Maxim. Potyczki toczono na wysokości ponad 4 tys. m n.p.m. Walczono o każdą przełęcz i fortyfikację. W końcu Younghusband wkroczył w sierpniu 1904 r. do Lhasy, skąd zdążył wcześniej uciec XIII Dalajlama.

 

TYBETAŃSKIE WIOSKI W DOLINIE DZIEWIĘCIU PALISAD

Ta przepiękna dolina, nazywana przez Tybetańczyków Sicadegu, a przez Chińczyków – Jiuzhaigou, położona jest w północnej części chińskiej prowincji Syczuan, na skraju Wyżyny Tybetańskiej. W 1992 r. została wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Żyje tu kilka zagrożonych gatunków zwierząt, m.in. panda wielka i rokselana, czyli syczuańska małpa. Dolina Dziewięciu Palisad słynie z malowniczych osad zamieszkanych przez Tybetańczyków oraz wspaniałych krajobrazów z setkami niebieskich i zielonych jezior, licznymi spektakularnymi wodospadami, skalistymi wierzchołkami gór i gęstymi lasami. Miejscową atrakcją turystyczną są również czorteny, czyli tybetańskie stupy. Sicadegu objęta jest ochroną w ramach Parku Narodowego Doliny Jiuzhai, położonego na wysokości od 1990 do 4764 m n.p.m.  

 

Lhasa dalajlamów

Thubten Gjaco, ówczesny dalajlama, duchowy i polityczny przywódca narodu, zbiegł do Mongolii. To tak jakby powrócić do korzeni – sekta Gelug, czyli żółtych czapek (nazwa pochodzi od charakterystycznych ceremonialnych nakryć głowy), w XVI w. zawarła przymierze z tamtejszym władcą Altan-chanem, żeby sto lat później zyskać prymat nad resztą szkół buddyzmu tybetańskiego. Działo się to za czasów V Dalajlamy (1617–1682), który – nie przebierając w środkach – pozbył się rywali i zjednoczył Tybet pod swoim panowaniem. Dzięki niemu kraj rozkwitł. Rozpoczęła się budowa Pałacu Potala. Potęga i prestiż V Dalajlamy, zwanego Wielkim, były tak duże, że jego śmierć przez kilkanaście lat utrzymywano w tajemnicy (aż do 1696 r.). Wszystko po to, żeby nie doszło do nowej wojny domowej oraz móc bez przeszkód ukończyć wspaniały pałac.

Ta zimowa siedziba dalajlamów stała się symbolem całego Tybetu. W 1994 r. wpisano ją na prestiżową Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Ogromny pałac, potężną fortecę składającą się z 13 kondygnacji, zbudowano na Czerwonym Wzgórzu (Marpo Ri) wznoszącym się ponad 300 metrów nad doliną, w której leży Lhasa. Mury tej budowli mają od 3 do 5 metrów grubości. Składa się ona z Białego Pałacu (Potrang Karpo), gdzie mieszkali dalajlamowie, oraz Czerwonego Pałacu (Potrang Marpo), spełniającego funkcje religijne. Mieści się tu ponad tysiąc komnat i 10 tys. kaplic. Liczba tych ostatnich nie dziwi – w końcu nazwa Lhasa oznacza „miejsce bogów”.            

Tylko że w buddyzmie nie ma bogów, a duchowi i polityczni przywódcy narodu tybetańskiego często odżegnywali się od miana świętych. Obecny XIV Dalajlama (Tenzin Gjaco) jest bezpośredni i lubi żartować. Z kolei VI Dalajlama, Cangjang Gjaco (1682 lub 1683–1706), następca Dalajlamy Wielkiego, nie stronił od kobiet i alkoholu. Wciąż można znaleźć w Lhasie lokale, których ściany pomalowane są na żółto, na znak świętości. To właśnie w nich miał pić VI Dalajlama, poeta i kobieciarz, który odmówił złożenia ślubów czystości. Lubiany przez tłumy, zniknął w tajemniczych okolicznościach. Prawdopodobnie został zamordowany na polecenie dworu. Jego zachowanie było zagrożeniem dla  bezpieczeństwa i stabilności państwa.

Najwyżsi przywódcy narodu tybetańskiego trzykrotnie uciekali z Pałacu Potala, w tym XIII Dalajlama dwa razy – najpierw przed Brytyjczykami, a po kilku latach przed wojskami cesarza Chin (w 1910 r.). Jego następca, Tenzin Gjaco, zbiegł do Indii w marcu 1959 r., tuż po nieudanym antychińskim powstaniu. 

 

Tybet dziś

Dzięki nowej linii kolejowej (położonej najwyżej na świecie!) łączącej 2-milionowe miasto Xining w prowincji Qinghai z Lhasą (ukończonej w 2006 r.), wielkiej inwestycji rządu Chińskiej Republiki Ludowej, Tybet stał się łatwiej dostępny dla podróżnych. Pozory mogą jednak mylić. Nie wolno tu uprawiać indywidualnej turystyki, a grupy muszą wynająć lokalne biuro podróży. Okresowo wjazd do tzw. Tybetańskiego Regionu Autonomicznego jest całkowicie zamykany dla zagranicznych gości – najczęściej z powodu protestów lokalnej społeczności przeciw władzom.   

 

Zdjęcia dzięki uprzejmości www.tibettravel.org


 

Artykuły wybrane losowo

MAGIA WIELKIEGO BŁĘKITU – 7 KONTYNENTÓW

DAREK SEPIOŁO

 

Głębiny mórz i oceanów przyciągają ciszą i zjawiskowym pięknem, kto raz uległ ich urokowi wie, że wielki błękit działa jak magnes. Wystarczy odpowiednio na niego spojrzeć, a roztoczy przed nami widoki, które chciałoby się oglądać w nieskończoność.

Dla większości nurków pierwsze chwile pod wodą to zwykle fascynacja niezmiernie bujnym i kolorowym światem raf. Filipiny, Indonezja i Malezja leżą w samym środku koralowego trójkąta, czyli obszaru największego rozkwitu podwodnego życia. Właśnie tam zaczyna się nasza fascynująca podróż po 7 kontynentach. Centralny rejon Filipin, jakim jest archipelag Visayas, to mało znany turystom zakątek Azji. Przybywają tutaj właściwie jedynie miłośnicy nurkowania z całego świata. Visayas oferuje im ciągnące się po horyzont ogrody koralowe, a także spotkanie z jednym z najrzadszych gatunków rekina – kosogonem. Malezyjska wyspa Sipadan została wpisana na listę podwodnych skarbów przez samego Jacquesa Cousteau. Od prawie 20 lat jest uznawana za jedno z najpiękniejszych miejsc do nurkowania. Sąsiadująca z Malezją Indonezja słynie z unikalnego w skali światowej ekosystemu, który powstał w cieśninie Lembeh. Takiej różnorodności przedziwnych podwodnych stworzeń nie ma nigdzie indziej na naszej planecie.

Więcej…

Radosne życie w rytmie reggae – Jamajka

WIOLETTA KRAWIEC

 

Gdy przekroczyłam bramę szkoły w miejscowości Martha Brae, nie przypuszczałam jeszcze, że przeżyje tu jedne z najwspanialszych chwil podczas mojej podróży na Jamajkę. Kolorowe ściany, słoneczne wnętrza i uśmiechnięte buzie dzieci przypominały bardziej wesołą kolonię letnią niż placówkę oświatową. Z jednej z sal dochodził do nas piękny śpiew. Zajrzałam do niej przez otwarte drzwi. Grupa dzieci ćwiczyła Down by the River, wielki przebój muzyki reggae zespołu Morgan Heritage. Roześmiane dziewczynki w turkusowych mundurkach kołysały się rytmicznie, w pełni oddając się radości śpiewania. Ich buzie promieniały tajemniczym szczęściem. Słuchałam tej lekcji muzyki z zachwytem i przez kilka minut nie tylko widziałam, ale i czułam Jamajkę. Od tej pory Down by the River jest jedną z moich ulubionych piosenek. Zawsze włączam ją sobie w domu, gdy potrzebuję zastrzyku pozytywnej energii. Działa na mnie szybciej niż na wielu słynna jamajska ganja...

Więcej…

Wenezuela, czyli „mała Wenecja” dla łowców przygód

Magdalena Moll-Musiał

 

 FOT. MINISTERIO DE TURISMO DE VENEZUELA (MINTUR)

<< Wenezuela to kraj kontrastów - kipiące zielenią wilgotne lasy równikowe delty Orinoko, krystalicznie czysta woda i wspaniałe karaibskie plaże, nieziemskie góry stołowe, nazywane tu „tepuyes”, oraz Salto Ángel, najwyższy wodospad świata. Na jego terytorium mieszkają otwarci, roztańczeni ludzie, pielęgnujący swoje niezliczone tradycje. Z drugiej strony mamy tutaj zaniedbaną gospodarkę, niepohamowaną inflację i ubóstwo, co szczególnie rzuci nam się w oczy, jeśli zdecydujemy się na dłuższą wyprawę po kontynentalnej części tego południowoamerykańskiego państwa. Z pewnością jednak różnorodność pejzaży, smaków, zapachów i innych doznań sprawia, że ojczyzna jednych z najpiękniejszych kobiet na ziemi posiada nieodparty urok dla poszukiwaczy przygód. >>

 

Stać, kontrola! – krzyczy wojskowy, zatrzymując naszego busa. Wchodzi do środka, sprawdza dokumenty.  – Pani nie ma ważnego paszportu – zwraca się do jaskrawo ubranej Wenezuelki. – Tak, niestety, nie mam… – odpowiada ona, nieśmiało wtykając w dłoń mężczyzny zawiniątko boliwarów. Ten wsuwa banknoty do kieszeni i mówi: Można jechać! Pokonanie odległości 90 km od granicy z Kolumbią do wenezuelskiego miasta Maracaibo zajmuje nam 7 godz. Po drodze podobnych kontroli mamy aż 14, ale nie wszystkie są tak błyskawiczne. Podczas każdej pani bez paszportu uiszcza opłatę, która umożliwia jej kontynuowanie podróży. Gdy kończy się jej gotówka, cały bus wykazuje imponującą solidarność – pasażerowie zrzucają się na odpowiednią łapówkę, abyśmy mogli pojechać dalej. Wojskowi i policja nie sprawdzają niczego poza dokumentami – w bagażach prawdopodobnie da się przewieźć wszystko, czego dusza zapragnie, pewnie nawet i kolumbijską kokainę… Dla kontrolujących znalezienie podróżnego bez odpowiednich papierów to prosty i pewny zarobek.

Więcej…