EWA SERWICKA

www.dalekoniedaleko.pl 

 

« Słynąca ze swojej dzikiej przyrody Kenia kusi nie tylko niezapomnianymi przeżyciami, jakie czekają uczestników safari oglądających zwierzęta w ich naturalnym środowisku. Z zapierających dech w piersiach parków narodowych blisko tu już na długie, piaszczyste plaże, na których można błogo wypoczywać i zapomnieć o trudach codzienności. Wizyta w tym kraju będzie z pewnością podróżą pełną niezwykłych doświadczeń, zachwytów i radości. »

 Ulubionym kolorem Masajów jest czerwień, która oznacza m.in. wojownika, krew i odwagę

© MEAACTPHOTO/STUARTPRICE

 

 Przypominające krzyżówkę konia i krowy gnu pręgowane na kenijskiej równinie o zachodzie słońca

© MEAACTPHOTO/STUARTPRICE

 

 Basen przy piaszczystej plaży nyali na terenie kompleksu Voyager beach Resort w Mombasie

© MEAACTPHOTO/STUARTPRICE

 

Kultura Suahili, z którą każdy zetknie się na wybrzeżu, stanowi fascynującą mieszankę wpływów afrykańskich, arabskich, perskich i hinduskich. Nad kenijskim brzegiem Oceanu Indyjskiego turystów zaprasza Mombasa – miasto mogące poszczycić się długą historią i ciekawymi zabytkami. Nie wolno też ominąć tętniącej życiem ponad 4-milionowej stolicy kraju, czyli Nairobi. Należy ona do najszybciej rozwijających się ośrodków stołecznych na Czarnym Lądzie i naprawdę potrafi zaskoczyć. 

 

Kenia leży w Afryce Wschodniej. Graniczy z Tanzanią (od południa) i Ugandą (od zachodu) oraz Sudanem Południowym, Etiopią i Somalią (od północy). Przez jej środek przebiega linia równika. Z tego powodu kraj ten jest jednym z nielicznych państw na świecie, których terytorium rozciąga się zarówno na półkuli północnej, jak i południowej.

 

ZEW SAWANNY

Świt nad porośniętym wysuszoną trawą i karłowatymi akacjami płaskowyżem trwa krótko. Znajdujemy się blisko równika, zatem zaraz po wschodzie słońca niebo robi się jasne. Od kilkunastu minut siedzimy już w samochodzie terenowym, owinięci kocami, bo noce w kenijskim buszu mogą dać się we znaki ze względu na niskie temperatury. Kierowca sprawnie prowadzi auto po wyznaczonych drogach. Za nami zostawiamy skupisko namiotów, gdzie spędziliśmy ostatnią noc. Przed nami rozpościera się bezkresna sawanna poprzetykana gdzieniegdzie pękatymi baobabami. Kiedy nad horyzontem pojawia się wielka, czerwona kula słońca, kierowca wskazuje nam pierwsze tego dnia zebry, pasące się nieopodal.

 

Kenia słynie na całym świecie ze swojej dziewiczej natury, którą zachwyci się każdy, kto wybierze się na organizowane na jej terytorium safari. Miłośnicy dzikich stworzeń mogą spotkać tutaj znane im często z zoo zwierzęta, takie jak zebry, żyrafy, antylopy, lwy, hipopotamy, nosorożce, hieny, szakale czy afrykańskie bawoły i słonie. Ciekawe jest obserwowanie naczelnych – pawianów i gerez. Amatorzy podglądania ptaków również nie będą rozczarowani. W Kenii żyje ponad 1,1 tys. ich gatunków, w tym takie piękności jak sekretarze, flamingi, pelikany, strusie, toko czarnogłowe, dropiki białouche, nektarniki szkarłatne, dzioborogi kafryjskie, hałaśniki białobrzuche, bieliki afrykańskie i kraski liliowopierśne – nieoficjalnie uważane za jeden z symboli kraju. Duże wrażenie robią wylegujące się na brzegach rzek wielkie krokodyle. Ogromnym przeżyciem jest też zobaczenie na wolności któregoś z dzikich kotów, np. geparda lub lamparta. 

 

Chyba każdy wybierający się na safari turysta najbardziej chciałby spotkać tzw. Wielką Piątkę Afryki, a lokalni kierowcy i przewodnicy robią wszystko, aby spełnić życzenie klientów. Określenie to pochodzi z czasów, gdy na grubą zwierzynę polowano nie z aparatem, lecz z bronią palną. Słoń, lew, lampart, nosorożec i bawół afrykański, wchodzące w skład rzeczonej Wielkiej Piątki, uważane były za najtrudniejsze do wytropienia i zabicia, a myśliwi uwielbiali takie wyzwania. Dzisiaj większości tych stworzeń niestety grozi wyginięcie. Dlatego najlepiej polować na nie wyłącznie za pomocą aparatu fotograficznego. Samo podglądanie polujących lwów czy przechadzającego się kilka metrów od samochodu słonia afrykańskiego wywołuje przyspieszone bicie serca u większości z turystów.

 

Poranne safari trwa ok. 2 godz., podobnie jak popołudniowe. Zwierzęta najbardziej aktywne są rano i wieczorem, gdy nie doskwiera im upał, i wtedy najłatwiej je wytropić. Warto zdecydować się na wyprawę z doświadczonym miejscowym kierowcą przewodnikiem, który nie tylko opowie o napotkanych gatunkach, ich zwyczajach i zachowaniu, ale także, a może właśnie przede wszystkim, pomoże wypatrzyć je wśród roślinności. Przekonuję się o tym, gdy nasz afrykański szofer wskazuje nam ukrytego gdzieś daleko w trawie geparda. Podjeżdżamy kilkanaście metrów, a ja dostrzegam cętkowanego kota wylegującego się przy kępie źdźbeł dopiero, kiedy jesteśmy tuż przy nim. Nie ma mowy, abym wypatrzyła go z większej odległości.

 Żyrafa kenijska (masajska), najwyższy z obecnie żyjących ssaków lądowych (ma średnio ok. 5,5 m)

© MEAACTPHOTO/STUARTPRICE

SŁONIE, FLAMINGI I KILIMANDŻARO

W Kenii utworzono ponad 50 parków narodowych i rezerwatów, w których można spotkać dziką zwierzynę. Każdy z tych obszarów wyróżnia się czymś szczególnym. Udało mi się odwiedzić wiele z nich, ale do dziś nie potrafię zdecydować, który jest moim ulubionym.

 

Pierwszy na mojej liście zwiedzania był Rezerwat Narodowy Masai Mara, położony w głębi kraju, na granicy z Tanzanią. Obejmuje on tereny równiny Serengeti i słynie z chyba największej zasobności w zwierzęta. Właśnie na jego obszarze odbywa się co roku wielka migracja, kiedy to miliony zebr, gnu pręgowanych i innych kopytnych wędrują z wyschniętego południa na wilgotniejszą północ w poszukiwaniu pokarmu, a za nimi podążają głodne drapieżniki. W październiku lub na początku listopada, gdy w Masai Mara zaczyna brakować pożywienia, te same stada wyruszają z powrotem na południe. Niesamowite przeżycie stanowi obserwowanie kopytnych przekraczających w ogromnych grupach rzekę Marę, w której czekają na nie liczne krokodyle. Na brzegach polują również lwy i lamparty. Spektakl bywa krwawy, ale taka właśnie jest dzika przyroda – czasem bezlitosna i nieokiełznana.

 

Zupełnie inny charakter ma Park Narodowy Jeziora Nakuru, otaczający ten słony zbiornik wodny, odwiedzany przez stada różowych flamingów. Powierzchnia jeziora raz zwiększa się (do 45 km²), raz zmniejsza (do 5 km²), w zależności od pory roku. W okresie suszy, gdy w malejącym zbiorniku robi się gęsto od glonów, żerujące w nim ptaki przyjmują piękną jaskraworóżową barwę. Ze względu na rosnący poziom wody w Nakuru część flamingów przeniosła się wprawdzie w inne rejony (nad jezioro Bogoria), ale sam park nadal jest jednym z najładniejszych w Kenii. Oprócz tych fascynujących stworzeń można tu spotkać też stosunkowo liczne nosorożce (zarówno czarne, jak i białe), hipopotamy czy lwy, lamparty, bawoły, żyrafy, zebry i inne zwierzęta. Jedyny przedstawiciel Wielkiej Piątki Afryki, którego nie znajdziemy na tym obszarze, to słoń. 

 

Ogromne stada afrykańskich słoni widziałam natomiast w Parku Narodowym Amboseli. To stąd pochodzą słynne pocztówki z Kenii, na których ten potężny ssak przechadza się wśród parasolowatych akacji, na tle najbardziej charakterystycznej i najwyższej góry kontynentu, czyli Kilimandżaro (5895 m n.p.m.). I choć sam szczyt leży już na terenie Tanzanii, to właśnie z okolic kenijskiego parku rozpościera się na niego najładniejszy widok. Nie ma w tym nic dziwnego, bo Amboseli znajduje się na rozległej równinie, poprzetykanej jedynie gdzieniegdzie drzewami, dzięki czemu dostrzeżenie zarówno zwierzyny, jak i Kilimandżaro nie nastręcza problemów.

 

Największy w Kenii jest obszar parków narodowych Tsavo Wschodnie i Tsavo Zachodnie, oddzielonych od siebie linią kolejową łączącą Mombasę z Nairobi. Łącznie zajmują one niemal 4 proc. powierzchni kraju (20 812 km²). Turyści przyjeżdżający w to miejsce na safari mogą spodziewać się nie tylko bogactwa zwierzyny, lecz także przepięknych, zróżnicowanych krajobrazów: począwszy od rozległych, trawiastych sawann z akacjami i baobabami, przez gęsty, karłowaty busz, zielone doliny rzeczne, wodospady i mokradła, aż po wzgórza i potoki zastygłej lawy, będącej dowodem na aktywność wulkaniczną sprzed kilkuset lat. Miałam tutaj okazję obserwować czerwone słonie, których szara skóra pokryta zaschniętym, rdzawobrązowym błotem i kurzem upodabnia je z daleka do wielkich głazów.

 

RAJ NA PLAŻY

Park Narodowy Tsavo Wschodnie jest ulubionym rejonem wypraw wielu turystów wypoczywających na kenijskim wybrzeżu, gdyż wystarczą ok. 4 godz., aby z bajecznej, piaszczystej plaży dostać się do pełnej zwierząt dziczy. W końcu nie tylko safari przyciąga odwiedzających do Kenii. Innym powodem, dla którego warto wybrać się do tego kraju, są doskonałe warunki do wypoczynku.

 

Uwielbiam spacerować po kilkunastokilometrowej plaży Diani znajdującej się na południe od Mombasy. Ciepły, miękki jak mąka piasek stanowi ukojenie dla stóp. Przejrzysta, lazurowa woda kusi, aby się w niej zanurzyć. Kiedy trochę mocniej powieje wiatr, dostrzec można wielu kitesurferów śmigających po powierzchni Oceanu Indyjskiego. Nie mija kwadrans od wyjścia z hotelu, gdy podchodzi do mnie pierwszy miejscowy, oferujący drewniane figurki. Trzeba się tutaj z tym liczyć – tzw. beach boys sprzedają wszystko: pamiątki, wycieczki, masaże, świeże kokosy i wędrówki po odsłoniętym w czasie odpływu dnie morskim. Najczęściej uśmiecham się przyjaźnie, ale odmawiam. Lubię po prostu pospacerować sobie w ciszy i spokoju po piasku.

 

Plaże na kenijskim wybrzeżu wyglądają często niczym urzeczywistnienie pocztówkowego raju. Wystarczy wymienić takie nazwy jak Diani, Tiwi, Watamu czy Malindi. Wszystkie te miejscowości przyciągają przepięknym piaskiem, krystalicznie czystą wodą i wysmukłymi palmami kokosowymi dającymi odrobinę cienia. W czasie odpływu ocean cofa się, odkrywając fragmenty dna. Spacer po nim jest ciekawym doświadczeniem – można dostrzec przyczepione do podłoża jeżowce, rozgwiazdy, uwięzione w zagłębieniach skał ryby czy kraby. 

 

Miłośnicy obserwowania podwodnego życia znajdą w okolicy kenijskiego wybrzeża mnóstwo pięknych, wielobarwnych raf koralowych zamieszkanych przez najprzeróżniejsze gatunki ryb. Warto więc wybrać się na wycieczkę połączoną ze snorkelingiem lub nurkowaniem, która odbywa się na pokładzie tradycyjnej tutejszej drewnianej łodzi żaglowej dau (dhow). Podczas pobytu w Diani kilkukrotnie pływałam na wyspę Wasini, gdzie nie tylko zaglądałam pod wodę w Morskim Parku Narodowym Kisite-Mpunguti, lecz także mogłam zjeść przepyszne owoce morza, takie jak kraby czy langusty. Również na północ od Mombasy, w okolicach Watamu czy Malindi, znajduje się wiele fascynujących miejsc nurkowych.

 

KULTUROWY KALEJDOSKOP

Trudno mówić o kenijskim wybrzeżu bez wspominania o Suahili, kulturze, która wykształciła się w tej części kontynentu na obszarze od wyspy Lamu na północy aż po wschodni kraniec Tanganiki i Zanzibar. Stanowi ona mieszankę wierzeń i zwyczajów Czarnej Afryki oraz wpływów Persów i Arabów z czasów, gdy przybywali oni w te okolice w celach handlowych. W żyłach wielu mieszkańców terenów położonych nad Oceanem Indyjskim płynie zatem nieco krwi arabskiej i perskiej, a także hinduskiej czy nawet europejskiej. Język suahili zalicza się do rodziny afrykańskich języków bantu, ma on jednak dużo zapożyczeń z arabskiego, a niektóre jego słowa pochodzą z portugalskiego, niemieckiego lub angielskiego. Mimo iż w całym kraju chrześcijanie stanowią blisko 85 proc. ludności, to na wybrzeżu przeważają nieco muzułmanie. Nie dziwią tu więc kobiety w hidżabach i mężczyźni w tradycyjnych, długich tunikach kanzu. 

 

W okolicach hoteli często spotykam też Masajów. Chociaż są jedną z najmniejszych kenijskich grup etnicznych (ok. 2 proc. populacji kraju), pozostają jednocześnie najbardziej rozpoznawalni. Wszystko dzięki charakterystycznej smukłej i wysokiej sylwetce, tradycyjnemu stylowi życia, jak również fascynującym zwyczajom. Nie bez znaczenia jest fakt, że większość Masajów w Kenii (z mniej więcej 850 tys.) żyje w rejonie Parku Narodowego Amboseli i Rezerwatu Narodowego Masai Mara. Gdy odwiedzający te obszary turyści z zaciekawieniem zaczęli zaglądać do masajskich wiosek, ich mieszkańcy stali się znani. Skąd zatem wzięli się Masajowie na wybrzeżu? Przybyli tu za chlebem. Z jednej strony mogą zarobić naprawdę niezłe pieniądze na pozowaniu do zdjęć z obcokrajowcami, z drugiej czeka na nich też praca przy ochronie hoteli, do której ci świetni wojownicy doskonale się nadają.

 

Szacuje się, że Kenię zamieszkuje ponad 40 grup etnicznych i kilka mniejszości narodowych. Przynależność do danej społeczności jest w niej nadal niezmiernie ważna, co można zauważyć zwłaszcza w okolicach wyborów parlamentarnych i prezydenckich. Jednak bez względu na korzenie większość Kenijczyków żyje zgodnie z dwoma popularnymi zasadami, których trzeba nauczyć się od razu po wyjściu z samolotu. Pierwsza z nich brzmi pole, pole, co tłumaczy się na polski jako „powoli”. Życie toczy się tu niespiesznie, bo jak można się spieszyć w upale, kiedy koszulka mokra od potu klei się do skóry. Zresztą po co w ogóle się spieszyć, gdy życie jest tak piękne… Do promu ustawiła się długa kolejka? Nie szkodzi, poczekamy. Coś się zepsuło? Naprawi się później. Na wszystko zawsze przyjdzie pora. W Kenii mówi się zresztą, że w Europie ludzie mają zegarki, a w Afryce – czas.

 

Druga słynna zasada to hakuna matata, czyli „nie ma problemu”. I choć rodowici Kenijczycy częściej powiedzą w języku suahili hamna shida, co oznacza dokładnie to samo, turystom, szczególnie od momentu pojawienia się w kinach animowanego filmu Król Lew (w 1994 r.), do gustu bardziej przypadła pierwsza wersja. W Kenii wszystko dzieje się według tej maksymy, bo w końcu nie należy się niczym za bardzo przejmować. Dla przyzwyczajonych do codziennego pędu przybyszy z Europy przestawienie się na taki tryb funkcjonowania nie zawsze jest łatwe, ale jak już człowiek porządnie się odpręży, może docenić tutejsze podejście do życia.

 

KLEJNOT WYBRZEŻA

Wydawałoby się, że w drugim co do wielkości kenijskim mieście i jednym z największych portów Afryki Wschodniej dni płyną nieco szybciej. Jednak mieszkańcy ponad 1,5-milionowej Mombasy żyją zgodnie z ulubionym powiedzeniem Haraka haraka, haina baraka (co znaczy w języku suahili tyle, co polskie „Gdy się człowiek spieszy, to się diabeł cieszy”). Dlatego chociaż jej ulice pełne są ludzi, tuk-tuków i samochodów, to tak naprawdę nikt w niej nigdzie nie pędzi. 

 

Najstarszy fragment miasta leży na koralowej wyspie Mombasa. Pozostałe jego części powstały na obszarze kontynentalnej Kenii. Znajdująca się od ok. 900 r. pod wpływem Arabów Mombasa przez długi czas była prężnie działającym ośrodkiem handlowym. Pod koniec XV stulecia przybyli do niej Portugalczycy (w kwietniu 1498 r. przypłynął do jej brzegów słynny odkrywca Vasco da Gama). W kolejnych wiekach miasto kilkukrotnie przechodziło z rąk arabskich w portugalskie i z powrotem. Dopiero koniec XIX stulecia przyniósł pewną stabilizację, gdy rządzący tutaj wówczas sułtan Zanzibaru przekazał ośrodek Brytyjczykom. Nowi zarządcy wcielili Mombasę do protektoratu Brytyjskiej Afryki Wschodniej.

 

Historyczna część miasta leży na południowym wschodzie wyspy i stanowi labirynt wąskich, krętych uliczek. Najlepiej poruszać się po nich z miejscowym przewodnikiem, który nie tylko wskaże drogę, ale też opowie o historii Mombasy i lokalnej kulturze. Można tu znaleźć liczne meczety, w tym najstarszy, pochodzący z 1570 r., Mandhry (do obejrzenia jedynie z zewnątrz). Wzrok przyciągają także stare, zabytkowe domy, zarówno w stylu arabskim, hinduskim, jak i kolonialnym. Te pierwsze wyróżniają się często wspaniałymi, ciężkimi i misternie zdobionymi drzwiami i okiennicami. 

 

Podczas spaceru po historycznym centrum Mombasy prędzej czy później dojdziemy do Fortu Jesus, czyli twierdzy wybudowanej przez Portugalczyków w latach 1593–1596, mającej ochraniać miasto przed arabskimi atakami. Obecnie działa tutaj interesujące muzeum prezentujące eksponaty z całego suahilijskiego wybrzeża, upowszechniające wiedzę o historii tej części kraju. Warto zwrócić uwagę na tablicę wmurowaną nieopodal wejścia, upamiętniającą Polaków przebywających w Mombasie w czasie II wojny światowej. 

 

Na skraju najstarszej części miasta znajduje się bazar Mackinnon. Chętnie zaglądam na to barwne targowisko w poszukiwaniu świeżych owoców i warzyw. Mieszkańcy Mombasy zaopatrują się tu również w mięso i ryby, przyprawy, zioła, kawę czy herbatę. Dookoła pełno jest sklepów i sklepików z mydłem i powidłem. Sprzedaje się w nich wszystko: od naczyń i sztućców, przez części do motocykli, aż po chemię gospodarczą.

 

Być w tym kenijskim mieście i nie zobaczyć słynnych kłów słoniowych, ustawionych nad główną aleją – Moi Avenue, to jak być w Paryżu i nie zobaczyć wieży Eiffla. Cztery wykonane z aluminium ciosy układają się w wielką, białą literę M. Dla Kenijczyków są pamiątką podróży brytyjskiej królowej Elżbiety II do kolonii w Afryce Wschodniej. Odbyła ją w 1952 r., jeszcze jako księżniczka. Nie dotarła jednak do Mombasy, ponieważ podczas podróży po Kenii dostała wiadomość o śmierci swojego ojca. Król Jerzy VI zmarł 6 lutego i tego samego dnia jego córka wstąpiła na tron, dlatego musiała szybko wracać do Wielkiej Brytanii. Pierwsze kły zastąpiono nowymi z okazji wizyty siostry władczyni, Małgorzaty Windsor (1930–2002), w 1956 r. Sama Moi Avenue jest czasem nazywana Polami Elizejskimi Mombasy. Aleja otrzymała to miano ze względu na fakt, że mieści się przy niej wiele sklepów, lokali usługowych i hoteli. Oczywiście do paryskiego oryginału jeszcze jej trochę brakuje.

 

MŁODA STOLICA

W zachodniej części Mombasy znajduje się stary dworzec. W tym miejscu zaczynała się dawna linia kolejowa (Uganda Railway) wybudowana przez Brytyjczyków, którzy chcieli połączyć wybrzeże Kenii z Kampalą w Ugandzie. W 1899 r. budowniczowie dotarli do bagnistego terenu porośniętego buszem. Z powodu trudnych warunków wstrzymano na jakiś czas prace. Aby móc lepiej zaplanować kolejne odcinki torów, założono tu niewielką osadę, która bardzo szybko zaczęła się rozrastać. Na początku XX w. ośrodek stał się stolicą protektoratu Brytyjskiej Afryki Wschodniej (Protektoratu Afryki Wschodniej). Miasto nazwano Nairobi. Toponim ten pochodzi od masajskiej nazwy tych okolic – Enkere Nyrobi (Enkare Nairobi), tłumaczonej jako Zimna Woda.

 

Dzisiaj zamiast bagien i buszu są tutaj ulice i wieżowce. Stara linia kolejowa została zastąpiona całkiem nową. Dzięki szybkiemu połączeniu podróż z Mombasy do Nairobi (blisko 500-kilometrowa) skróciła się z niemal doby do zaledwie kilku godzin. I choć obecna stolica Kenii jest jednocześnie największym miastem tego kraju, trudno powiedzieć, żeby była piękna. Mimo braku zabytków i swoistej atmosfery wiekowych ośrodków warto dać jednak Nairobi szansę. Uchodzi ona za jedną z najszybciej rozwijających się stolic w Afryce. Można w niej obejrzeć takie obiekty jak budynki kenijskiego parlamentu, 105-metrowy wieżowiec Kenyatta International Convention Centre (KICC) czy siedzibę władz miejskich.

 

W Nairobi funkcjonuje również kilka ciekawych placówek muzealnych. Miłośnicy pociągów powinni koniecznie wybrać się do Muzeum Kolejnictwa (Nairobi Railway Museum), gdzie oprócz licznych fotografii i dokumentów obejrzą kolekcję lokomotyw i wagonów. Pasjonatów historii i kultury z pewnością zainteresuje Muzeum Narodowe (Nairobi National Museum), które prezentuje zbiory związane z przeszłością kraju, jego kulturą, sztuką, a także przyrodą. Wreszcie ciężko odmówić sobie zajrzenia do jedynego w swoim rodzaju Muzeum Karen Blixen. To obowiązkowa atrakcja szczególnie dla fanów książki lub filmu Pożegnanie z Afryką.

 

Tym, co wyróżnia Nairobi spośród innych miast, jest jej położenie w sąsiedztwie najstarszego parku narodowego w Kenii (Nairobi National Park), utworzonego na przedmieściach w 1946 r. Można wybrać się do niego na safari, podczas którego będziemy oglądać lwy czy bawoły afrykańskie na tle miejskich wieżowców. Park ma zaledwie nieco ponad 117 km2 powierzchni, a jego brama znajduje się jedynie ok. 7 km na południe od centrum stolicy. Na tutejszej sawannie żyją nosorożce, gepardy, lamparty, hieny, żyrafy, gnu pręgowane, zebry i różne antylopy. Zdarza się, że miejscowym lwom uda się wymknąć z terenu parkowego i wędrują po pobliskich ulicach, wstrzymując ruch w i tak już zakorkowanym mieście.

 

Nieopodal znajduje się Centrum Żyraf (Giraffe Centre), zarządzane przez jeden z wielu funduszy mających na celu ochronę dzikich zwierząt (African Fund for Endangered Wildlife). Organizowane są w nim warsztaty edukacyjne, spacery ścieżkami przyrodniczymi, a także sesje karmienia żyjących w ośrodku długoszyich podopiecznych. Stanięcie oko w oko z niesamowicie wysoką żyrafą może być naprawdę ciekawym przeżyciem.

 

Według mnie jednak najwięcej emocji dostarcza wizyta w ośrodku Sheldrick Wildlife Trust, będącym znanym sierocińcem dla słoni i nosorożców, które z różnych powodów straciły matki czy kontakt ze stadem. Młode najczęściej zostają osierocone w wyniki działalności kłusowników, czasem dzieje się to na skutek nieszczęśliwego wypadku czy choroby. Napotkane przez strażników parku lub kierowców wiozących uczestników safari zwierzęta obejmowane są tutaj kompleksową opieką, leczone i przystosowywane do ponownego wypuszczenia w naturalnym środowisku, kiedy już podrosną i staną się samodzielne. Istniejące od 1977 r. centrum wychowało ponad 150 słoniowych sierot, które mogły wrócić na łono natury. W czasie wizyty opiekunowie opowiadają historie wybranych podopiecznych i pokazują, jak karmi się małe słonie. Odwiedzający, jeśli wyrażą takie życzenie, mają możliwość zaadoptowania osieroconego zwierzęcia. W ramach adopcji należy na swojego wychowanka (słonia, nosorożca lub żyrafę) dokonywać wpłaty 50 dolarów amerykańskich rocznie. Przybrani rodzice otrzymują specjalny certyfikat i regularne wiadomości o rozwoju podopiecznego. 

 

***

Ten wyjątkowy afrykański kraj przyciąga niczym magnes. Tak ogromną moc ma ze względu na fascynującą dziką przyrodę, zapierające dech w piersiach rajskie plaże, pasjonującą kulturę i historię czy wreszcie uśmiechniętych i sympatycznych mieszkańców. Gdy pierwszy raz tu przyjechałam, ktoś podszepnął mi zdanie: Możesz opuścić Kenię, ale Kenia zawsze pozostanie w tobie. Całkowicie zgadzam się z tym stwierdzeniem. Żegnałam się z tym krajem już kilka razy, ale jakiś mały jego fragment wciąż noszę w moim sercu.

Artykuły wybrane losowo

Gruzja winem płynąca

MARIUSZ KAPCZYŃSKI
REDAKTOR NACZELNY PORTALU VINISFERA.PL

 

<< Wyprawy do Gruzji w ostatnich latach cieszą się wśród Polaków dużą popularnością. Trudno jednoznacznie stwierdzić, co tak szczególnego przyciąga ich w te strony: niesamowite krajobrazy, wiekowe zabytki kultury chrześcijańskiej, smaczna regionalna kuchnia i wyjątkowe wina czy wreszcie życzliwi mieszkańcy, traktujący gości jak członków rodziny. Być może zresztą wszystkie te aspekty razem wzięte sprawiają, że w tym niewielkim kraju skrytym w cieniu gór łatwo poczuć się jak w domu. >>

Więcej…

Armenia – powabna córa Kaukazu

KINGA BIELEJEC

www.gadulec.me

 

« Armenia bywa często niesłusznie niedoceniana i omijana w trakcie wypraw na Kaukaz na rzecz swojej słynnej sąsiadki, Gruzji. Jednak ten niewielki kraj, położony na pograniczu Europy i Azji, zupełnie sobie na to nie zasłużył. Na turystów, którzy mimo wszystko do niego trafią, czekają fascynująca stolica – Erywań, przepyszne jedzenie, niekończące się toasty, jedna z najlepszych brandy świata, ogromne jezioro Sewan czy liczne monastyry. W dodatku terytorium państwa wynosi niecałe 30 tys. km², więc w 10–14 dni da się zobaczyć główne tutejsze atrakcje. »

Więcej…

Słodkie życie w Kalabrii

MARZENA PAWŁOWICZ

 

Jeśli zdecydujemy się na podróż na słoneczny południowy kraniec Włoch, będziemy czuć się na miejscu jak prawdziwi odkrywcy. W Kalabrii można delektować się pełnym relaksem nad ciepłym Morzem Tyrreńskim, odpoczynkiem na pięknych plażach, uprawianiem sportów wodnych, bogatą przyrodą, wspaniałymi zabytkami, przepyszną kuchnią i słynnym, przyjemnym dolce vita, czyli „słodkim życiem”.

Więcej…