LAURA KUZAK-MARKOWSKA

 

« Co pojawia się przed oczami, gdy pomyśli się o Zanzibarze? Zwykle są to białe plaże, turkusowy ocean, błękitne niebo, wysmukłe palmy i słońce. To wystarczające powody, żeby go odwiedzić. Jednak dopiero na miejscu da się w pełni zachwycić tym rajem. Można tu poczuć smak i zapach przypraw – wszak archipelag bywa nazywany również Spice Islands, czyli Wyspami Korzennymi. Na Zanzibarze skosztujemy owoców prosto z drzewa i zobaczymy, jak uprawia się wanilię, pieprz, kurkumę i cynamonowce. Spotkamy delfiny i będziemy podziwiać rafę koralową wokół wysepki Mnemba, a na targu rybnym znajdziemy wszystko, co rybacy wyławiają z morza. Ich zdobycze tego samego dnia trafiają na stoły w restauracjach i hotelach. »

 

Na słonecznym Zanzibarze można cieszyć się odpoczynkiem na plaży bez konieczności rozstawiania parawanu jeszcze przed śniadaniem. Spotkamy na nim szczęśliwych, choć często ubogich, ludzi, którzy potrafią cieszyć się każdą chwilą i nie gonią za pieniędzmi i tym wszystkim, bez czego my nie wyobrażamy już sobie życia. Tu żyje się spokojnie, powoli. To, że na jedzenie w restauracji poczekamy godzinę, nie ma jednak przecież wielkiego znaczenia. W końcu jesteśmy na wakacjach, dania na pewno będą świeże i smaczne. Zamiast leżeć na plaży całymi dniami warto pojechać na wycieczkę, przespacerować się do wioski, spróbować specjałów na ulicznym straganie. Nie trzeba obawiać się o swoje bezpieczeństwo. Wśród miejscowych nie poczujemy się niemile widziani.

 

Czasami czytam na różnych forach internetowych pytania o zanzibarski islam. Przez cały mój pobyt na Zanzibarze (już ponad trzyletni) nie spotkałam się z żadnym przejawem niechęci. Jego mieszkańcy często się uśmiechają, nieznajomi pozdrawiali mnie na ulicy. W okresie Bożego Narodzenia życzono mi wesołych świąt. Ja rewanżowałam się życzeniami z okazji ramadanu (Ramadan mubarak! – „Błogosławionego ramadanu!”). Czy Zanzibar to rzeczywiście raj na ziemi? Dla mnie tak, uważam, że mieszkam w najwspanialszym zakątku naszego globu, chociaż być może są na świecie miejsca piękniejsze, z bielszymi plażami i bardziej turkusowym oceanem. Najlepiej jednak przekonać się o tym samemu.

 

NA POCZĄTEK

Na jak długo powinniśmy zatrzymać się na Zanzibarze, żeby nie tylko odpocząć, lecz także znaleźć czas na zobaczenie najciekawszych atrakcji? Moim zdaniem wystarczy 10–11 dni. Przy krótszym pobycie tak naprawdę szkoda wydawać pieniądze na bilet lotniczy, który nie należy do najtańszych. Na szczęście nie musimy się w tym przypadku martwić jet lagiem – różnica czasu między Zanzibarem (obszarem autonomicznym Tanzanii) a Polską to w lecie jedna, a zimą dwie godziny. Urlop 11-dniowy wystarczy, aby oddać się spokojnemu plażowaniu i odbyć kilka najważniejszych wycieczek, bez których nie poznamy prawdziwego oblicza tego pięknego regionu. Na dłuższą podróż powinny zdecydować się osoby planujące nurkować czy uprawiać kitesurfing lub wybierające się na krótkie safari do kontynentalnej części Tanzanii.

 

Na wyprawę na Zanzibar odpowiedni będzie każdy miesiąc oprócz maja, w którym występują długie i obfite opady deszczu. Czasem może tutaj popadać (częściej w listopadzie i na początku grudnia oraz w drugiej połowie kwietnia i na początku czerwca), ale zawsze jest ciepło. Słońce opala nawet wtedy, gdy niebo zasnuwają chmury.

Rybacy chętnie sprzedają świeże ryby turystom

© AsILIAcAMPs,LODgEs,sAfARIs


 

PIERWSZE WRAŻENIE

Jeżeli ktoś spodziewa się nowoczesnego, klimatyzowanego terminala na zanzibarskim lotnisku na Unguji (Ungudży, głównej wyspie archipelagu, zwanej też Zanzibarem), to musi poczekać jeszcze pół roku. Wtedy, jak mówią, ma zostać zakończona jego budowa. Ale to samo można było usłyszeć cztery lata temu… Póki co trochę tu duszno i tłoczno (nie powinniśmy tego raczej odczuć, jeśli wyrobimy sobie wcześniej wizę na stronie internetowej www.eservices.immigration.go.tz). Bagaże nie przyjeżdżają taśmą, zostają jednak bezpiecznie dostarczone do rąk pasażerów przez pracowników portu lotniczego. Chętnych do pomocy jest wielu. Jeżeli skorzystamy z ich usług, zrewanżujmy się jednym dolarem amerykańskim albo dwoma.

 

Jeżeli nie mamy zamówionego przez hotel lub touroperatora transferu do naszego miejsca zakwaterowania, spod lotniska najlepiej wziąć taksówkę. Nie polecam szukać tańszego transportu, chociaż można się skusić na jazdę miejscowym minibusem, zwanym dala-dalą. Jednak zmęczeni po locie, z dużymi bagażami, nie znający jeszcze okolicy podniesiemy sobie tylko w ten sposób ciśnienie na początku wyjazdu. Podczas kursu wygodną, klimatyzowaną taksówką ma się za to okazję rzucić okiem na Zanzibar, jakiego nie da się zobaczyć, gdy spędza się urlop jedynie w hotelu. Dzięki temu łatwiej też podjąć decyzję, czy chce się ryzykować wypożyczenie skutera lub samochodu w trakcie pobytu. Aby móc prowadzić auto na zanzibarskich drogach, należy postarać się o lokalne pozwolenie wydawane na podstawie kserokopii polskiego prawa jazdy. Za załatwienie dokumentu trzeba zapłacić od 10 do 20 dolarów amerykańskich. Nie polecam robienia tego samodzielnie – stracimy wtedy cały dzień na szukanie właściwego urzędu. Przed wyruszeniem w trasę warto zdawać sobie sprawę z kilku rzeczy. Obowiązuje tutaj ruch lewostronny. Maksymalna prędkość poza terenem zabudowanym to na Unguji 60 km/godz., a policja chętnie używa ręcznych radarów. Poza tym na drogach należy uważać na kury, kaczki, kozy, krowy, osły, dzieci i skutery, pojawiające się czasem zupełnie niespodziewanie. Ponieważ kierowca nie ma szans na spokojne podziwianie widoków, powinniśmy się zastanowić, czy nie lepiej poruszać się taksówką lub wybrać się na zwiedzanie z przewodnikiem.

 

ZMIENIAJĄCE SIĘ PLAŻE

Zanzibar leży na Oceanie Indyjskim. Jego wybrzeże zmienia się w trakcie przypływów i odpływów, największych podczas pełni i nowiu Księżyca. Efekty tych zjawisk najmniej widoczne są w okolicy miejscowości Kendwa i Nungwi – tu dno oceanu obniża się znacznie na stosunkowo krótkim odcinku, więc woda cofa się maksymalnie o kilka bądź kilkadziesiąt metrów. W rejonie wschodnich brzegów może to być nawet kilkaset metrów. Warto skorzystać z odpływu, aby wybrać się na spacer w stronę rafy. Należy jednak koniecznie założyć specjalne gumowe buty do pływania i uważać na jeżowce. W płytkiej wodzie spotkamy wiele ciekawych okazów morskich stworzeń. Przy okazji przyjrzymy się też z bliska plantacji alg. Zanzibarskie wybrzeże pokrywa biały piasek o konsystencji mąki, powstający z pokruszonych koralowców i muszli. Plaże są zazwyczaj prawie puste. Oczywiście, czasem pojawiają się na nich obnośni sprzedawcy biżuterii czy usług dla turystów, takich jak masaż, spacer po rafie, wędkowanie albo snorkeling. Jednak jeżeli będziemy stanowczy i grzecznie odmówimy, dadzą nam spokój, chociaż zawsze chętnie z nami pogadają i zapytają, skąd przylecieliśmy lub jak się nazywamy.

 

Plażowicze powinni pamiętać, że Zanzibar znajduje się tuż poniżej równika. Dlatego nawet gdy niebo jest zachmurzone, trzeba używać preparatów do opalania z wysokim filtrem. Nieostrożni amatorzy kąpieli słonecznych mogą spędzić urlop na leczeniu poparzeń słonecznych.

 

LOKALNA KUCHNIA

Jeśli ktoś będzie miał okazję zjeść coś poza hotelem, nie musi się obawiać. Potrawy są smaczne, dobrze przyprawione, świeże i niedrogie. Do specjałów ulicznej kuchni należą szaszłyki z kurczaka lub wołowiny (mishkhaki) podawane z frytkami i surówką z kapusty z różnymi warzywami, miejscowe drobne wypieki oraz trójkątne pierożki samosa z mięsem lub warzywami (najczęściej ostro przyprawione). W barach i na stoiskach sprzedaje się także pyszną zupę urojo, przypominającą trochę smakiem nasz żurek, gotowaną z dodatkiem kwaśnego mango i mąki, wzbogaconą ziemniakami, warzywami i często mięsem zdjętym z szaszłyków. Koniecznie trzeba spróbować soku z trzciny cukrowej. Serwowany z plasterkiem limonki i imbiru smakuje naprawdę niezapomnianie. Warto zwrócić też uwagę na owoce. Mango, papaje, awokado, banany, marakuje, ananasy, dżakfruty i rambutany dojrzewają tu w naturalnych warunkach i dlatego są niesamowicie smaczne i soczyste. Jeśli trafimy akurat na sezon, możemy spróbować durianu. Moim zdaniem wcale nie śmierdzi tak bardzo ani nie jest taki dobry, jak głosi obiegowa opinia. W smaku przypomina mi smażoną, słodką cebulę. Zdecydowanie trzeba również napić się Zanzibar coli, czyli wody z kokosa. Obecnie uchodzi ona powszechnie za najzdrowszy napój świata. Pod względem zawartości elektrolitów porównuje się ją do ludzkiego osocza krwi. Jest bogata w potas, magnez, wapń i fosfor, witaminy z grupy B i witaminę C.

 

Alkohol to na Zanzibarze z pozoru temat trudny. Aż 98 proc. mieszkańców regionu wyznaje islam, który zakazuje jego spożywania. W praktyce napoje alkoholowe dostępne są w większości hoteli. Tylko w niektórych spotkamy się z zakazem ich sprzedaży. Oprócz tego działa tutaj trochę sklepów z alkoholem, głównie w Stone Town (najstarszej części miasta Zanzibar), miejscowościach Nungwi i Kiwengwa. Na Zanzibarze nie produkuje się napojów alkoholowych, poza wytwarzanym domowymi metodami gongo (z papai), którym miejscowi czasami częstują turystów zwiedzających plantacje przypraw. Tanzańskie piwa, np. Kilimanjaro, Serengeti czy Safari, są bardzo przyzwoitej jakości. Sprzedaje się je jedynie w butelkach. Ja osobiście polecam dobrze schłodzone Ndovu – idealnie gasi pragnienie w upalny dzień. Wśród lokalnych mocniejszych trunków należy wymienić konyagi, czyli alkohol o lekkim posmaku ginu i mocy 35 proc. produkowany w Tanzanii. Na jego bazie sporządza się wyśmienity koktajl dawa z dodatkiem soku z limonki, cukru, miodu i lodu. Nie sposób nie skusić się również na drinki serwowane ze świeżymi składnikami. Piña colada z sokiem z tutejszych ananasów nie ma sobie równych. Trzeba pamiętać, że zanzibarskie przepisy o ruchu drogowym zakazują prowadzenia samochodu po spożyciu alkoholu.

 

 Nasiono z owocu muszkatołowca korzennego

© MARIUSZKOZAK-ZAGOZDA

 

 

MIEJSCOWE ATRAKCJE

Na Zanzibarze obowiązkowo należy zawitać w trzy miejsca: na plantację przypraw, do wspomnianego Stone Town, czyli Kamiennego Miasta, i na Changuu (Prison Island, Wyspę Więzienną). Dzięki wizycie w nich, a warto odwiedzić je jednego dnia, poznamy zdecydowanie lepiej ten autonomiczny region Tanzanii, dowiemy się, jaka jest jego historia i jak się tu żyje na co dzień. 

 

Na plantacji zobaczymy, skąd biorą się składniki używane w każdej kuchni, spróbujemy świeżych owoców, wypijemy wodę z właśnie zerwanego kokosa i będziemy mogli kupić przyprawy. Kilka razy z pewnością się zdziwimy, np. kiedy okaże się, że ananasy nie rosną na drzewach, wanilia to pnącze, a pieprz zielony, czarny, czerwony i biały pochodzi z tej samej rośliny, owoce są po prostu zrywane w różnym stadium dojrzewania. Ujrzymy tutaj drzewo szminkowe (arnotę właściwą), nauczymy się dezynfekować rany liśćmi i sokiem z krzewu jodynowego (Jatropha multifida) oraz dowiemy się, że roztarta w dłoni trawa cytrynowa odstrasza komary. 

 

W Stone Town, wpisanym w 2000 r. na prestiżową Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO, można podziwiać architekturę z wpływami afrykańskimi, arabskimi, perskimi, indyjskimi i europejskimi. Znajduje się w nim Dom Cudów (House of Wonders) – pierwszy na Zanzibarze budynek (wzniesiony w 1883 r.) z dostępem do bieżącej wody i prądu, kanalizacją i windą. Podczas spaceru wąskimi uliczkami, wśród sklepików i straganów, natkniemy się na słynne zanzibarskie drzwi, będziemy mieli okazję kupić wyroby lokalnego rzemiosła, często wytwarzane wprost na ulicy, i spróbować lokalnych przysmaków. Na miejscu portugalskiej kaplicy stoi w Kamiennym Mieście Ngome Kongwe – Stary Fort, w którym obecnie odbywają się koncerty i inne wydarzenia kulturalne. 

 

Na pobliskiej Changuu zachowały się dawne zabudowania więzienne. Nigdy jednak nie pełniły one swojej funkcji (służyły przez pewien okres jako miejsce kwarantanny dla chorych na żółtą febrę). Na wysepce znalazły schronienie żółwie olbrzymie przywiezione w 1919 r. na Zanzibar z Seszeli. Najstarszy ma dziś podobno aż 196 lat i dobrze się trzyma. 

 

Jeżeli ktoś będzie miał wystarczająco dużo czasu, powinien odwiedzić Jozani Chwaka Bay National Park (o powierzchni 50 km²), w którym żyją endemiczne gerezy trójbarwne (gerezanki trójbarwne), niewielkie małpy żywiące się m.in. niedojrzałymi owocami. Obszar parku porastają mahoniowce, palmy olejowe (olejowce gwinejskie), pandany (pochutniki) i różne gatunki fikusów. W okolicy występuje również las namorzynowy z drzewami zapuszczającymi korzenie w słonej wodzie. Warto wybrać się tu do restauracji „The Rock”. Jest malowniczo położona na skale wystającej z oceanu i słynie z wyśmienitych ryb i owoców morza. Podczas przypływu obsługa transportuje turystów do restauracji łodzią. Po drodze można wstąpić na chwilę do Seaweed Center. Zobaczymy w nim, jak produkuje się naturalne kosmetyki z alg morskich, a także je przetestujemy. Chętni mogą później kupić wybrane przez siebie produkty w firmowym sklepie. Popularną atrakcją w okolicy są też wycieczki łodzią z wioski rybackiej Kizimkazi na obserwowanie delfinów butlonosych i pływanie wśród nich. Przypływają one w to miejsce, żeby żerować. Codziennie pojawia się ich nawet kilkadziesiąt sztuk.

 Darajani Market (Darajani Bazaar) z 1904 r. w Stone Town – stoiska sprzedawców mięsa

© MARIUSZKOZAK-ZAGOZDA

 

PIŁKA I WODA

Dla Zanzibarczyków najważniejszym sportem jest piłka nożna. Niemal w każdej wiosce znajduje się co najmniej jedno boisko, na którym codziennie ktoś gra. Jeżeli również lubimy biegać za piłką, możemy dołączyć do miejscowych, na pewno nie będą protestować, chyba że trafimy akurat na rozgrywki lokalnej ligi. Od razu uprzedzam, iż Robert Lewandowski jest tutaj powszechnie znany. Zanzibarczycy chętnie oglądają transmisje wszelkich meczów, jakie uda się im znaleźć w telewizji. Czasami przed jednym odbiornikiem gromadzi się kilkadziesiąt osób. Niestety Zanzibar nie wystawia w zawodach afrykańskich i światowych swojej drużyny, bo choć przysługują mu prawa autonomii, stanowi część Tanzanii.

 

Turyści mogą tu korzystać z doskonałych warunków do uprawiania kitesurfingu, mimo iż sprzyjające wiatry wieją tylko mniej więcej pięć miesięcy w roku. W regionie działają liczne szkoły kitesurfingowe, także polskie. W okolicy znajdują się też idealne miejsca do nurkowania, dlatego na Unguji funkcjonuje kilka bardzo dobrych baz. Za szczególną atrakcję uchodzi wycieczka na rafę koralową okalającą wysepkę Mnemba usytuowaną naprzeciwko plaży Muyuni. Osoby nie mające licencji mogą nurkować z instruktorem.

 

NIECO KULTURY

Na Zanzibarze obchodzi się rozmaite święta, praktykuje lokalne zwyczaje i tradycje oraz organizuje różne barwne wydarzenia kulturalne. Latem w miejscowości Makunduchi (położonej w południowo-wschodniej części Unguji) wita się perski Nowy Rok. Podczas święta o nazwie Mwaka Kogwa mężczyźni z dwóch części miasteczka (starej i nowej) stają do rytualnej walki, która ma wypędzić stąd złe demony. Walczą, używając pędów bananowca. Mieszkanki Makunduchi zachęcają ich, śpiewając i tańcząc. Niektórzy mężczyźni dla zmylenia przeciwnika przebierają się za kobiety i malują twarze. Na koniec miejscowy szaman buduje chatę z liści i gałęzi, którą podpala. Kiedy płomienie trawią konstrukcję, wybiega on ze środka z triumfalnym okrzykiem. Rytuał ma ochronić mieszkańców miasteczka przed pożarami i śmiercią w płomieniach. Odprawia się go w atmosferze pełnej radości.

 

Co roku na początku lutego organizowany jest festiwal Sauti za Busara (w 2019 r. odbyła się jego 16. edycja). To prawdziwe święto afrykańskiej muzyki. Podczas czterodniowej imprezy występują muzycy z Zanzibaru i Tanzanii oraz gwiazdy z całej Afryki. Koncerty grają na dwóch scenach w Starym Forcie w Stone Town.

 

W lipcu odbywa się Zanzibarski Międzynarodowy Festiwal Filmowy (Zanzibar International Film Festival – ZIFF). Projekcje filmów z całego świata i spotkania z aktorami i twórcami trwają ponad tydzień. Zazwyczaj na przełomie sierpnia i września organizuje się Jahazi Literary & Jazz Festival, trzydniowe wydarzenie o charakterze literacko-muzycznym. Znajdujące się w jego programie koncerty jazzowe są moim zdaniem znakomite.

 

CZAS NA WSZYSTKO

Na rajskim Zanzibarze czas płynie zdecydowanie inaczej niż w Europie. Powiedzenie Wy macie zegarki, my mamy czas doskonale oddaje tę sytuację. Nikt się nie spieszy, terminy urzędowe istnieją, ale nie są zbytnio przestrzegane. Na jedzenie w większości restauracji czeka się długo, jednak na wakacjach to żaden powód do stresu. Nie należy się denerwować, podnosić głosu, kiedy sprawy dzieją się nie tak szybko, jakbyśmy sobie tego życzyli. Miejscowych nasze zachowanie bardzo zdziwi i będą trochę zażenowani, bo nie zrozumieją, dlaczego się spieszymy. Nic ono zresztą nie zmieni. Nie przygotują niczego szybciej, a jeżeli nawet podejmą taką próbę, to możemy być prawie pewni, że coś pójdzie nie tak. Na koniec jeszcze jedna przydatna rada – w restauracji zawsze lepiej poprosić kelnera o powtórzenie przyjętego zamówienia. To zdecydowanie zmniejszy szansę pojawienia się na stole niespodzianek.

 

Artykuły wybrane losowo

DOMINIKANA TO STAN UMYSŁU

MARCIN WESOŁY

 

 FOT. DOMINICAN REPUBLIC MINISTRY OF TOURISM

<< Raj to poniekąd rzecz względna – również w Republice Dominikańskiej. W tym malowniczym zakątku świata może być bajkowo tylko gdzieniegdzie – ale za to jak bardzo! Niebiańskie Karaiby to bardziej stan umysłu. Gdy człowiek napatrzy się na zjawiskowe pejzaże, posiedzi w cieniu palmy nad brzegiem lazurowej wody, zakosztuje tropikalnych specjałów, popije koktajli na bazie rumu, odwzajemni serdeczne uśmiechy Dominikańczyków, to zechce tutaj wracać jak najczęściej… Wizyta w tym karaibskim kraju pozostawia w duszy ślad na całe życie! >>

 

Republika Dominikańska, położona na wyspie La Española (znanej w Polsce jako Haiti) na Morzu Karaibskim, to popularny kierunek podróży szczególnie wśród tych turystów, którzy raz w roku (zimą) uciekają przed niesprzyjającą pogodą we własnym kraju. Językiem urzędowym jest hiszpański i mimo iż jego tutejsza odmiana nieco różni się od wersji z Półwyspu Iberyjskiego, nie stanowi to przeszkody w komunikacji (oczywiście, dla znających go osób). Poza tym sami Dominikańczycy są niezmiernie otwarci i towarzyscy, więc naprawdę trudno się z nimi nie dogadać.

Więcej…

Kambodża śladami Lary Croft

MAŁGORZATA GAŁKOWSKA-BŁĄDEK

www.myfengstyle.com

                                      

<< Kiedy Europejczyk słyszy o Kambodży, często przed oczami stają mu pola minowe i zasieki, a na myśl przychodzi bieda i śmierć setek tysięcy ludzi za krwawych rządów Czerwonych Khmerów. Za tą nazwą kryje się jednak przepiękny krajobrazowo kraj o niezwykłej kulturze, szczycący się wieloma wspaniałymi zabytkami, w tym słynnym kompleksem Angkor ze świątynią Ta Prohm, gdzie Lara Croft w filmie „Lara Croft: Tomb Raider” zwinnie przeskakiwała z jednej komnaty do drugiej. Większość osób nie ma pojęcia o tym, jak bardzo jest interesujący. Kambodża dopiero zaczyna zyskiwać popularność jako cel podróży. Dlatego warto ją odwiedzić, aby wyrobić sobie własną opinię. Najlepiej wyruszyć w drogę już teraz, póki jeszcze wszystkie magiczne zakątki nie zostały zadeptane przez tłumy turystów. Również i mnie przyciągnęła tu właśnie ciekawość. >>

 

Deptak Pub Street w mieście Siem Reap tętni życiem zwłaszcza po zmroku

© MAŁGORZATA GAŁKOWSKA-BŁĄDEK/WWW.MYFENGSTYLE.COM

 

Przekraczanie kambodżańskiej granicy już samo w sobie stanowi przygodę. Od turystów pobierane są odciski palców, fotografuje się także twarze przybywających. Obywateli Polski obowiązują wizy, ale można je bez problemu załatwić przy wjeździe do kraju. Trzeba być jednak przygotowanym na długie kolejki. My przyjechaliśmy do Kambodży z Tajlandii, przez tajlandzkie miasto graniczne Aranyapradet (Aranyaprathet). Sama przeprawa z urzędnikami może trwać wiele godzin albo… niecałą godzinę. Podobnie jak w większości krajów tak i tutaj odpowiednia suma pieniędzy otwiera każde drzwi. Nieoficjalna zasada każe wręczyć pewną kwotę obsłudze, aby przyspieszyć odprawę bagażu. Po przekazaniu datku pojawia się życzliwy człowiek z wozem drabiniastym, na który ładuje się walizki, żeby odebrać je już po właściwej stronie granicy. Nie mam pojęcia, czy ktoś w ogóle ogląda bagaże. Prawdopodobnie (sądząc po ilości czasu) nikt ich nie sprawdza, są przewożone wprost przez przejście. Słyszeliśmy za to opowieści o turystach, którzy chcieli oszczędzić na tej łapówce i spróbować przejść całą procedurę normalnie. Niewykluczone, że wciąż jeszcze czekają na wszystkie swoje walizki, torby czy plecaki…

Gdy wreszcie przekraczamy w Poipet (sąsiadującym z Aranyapradet) bramę z napisem Królestwo Kambodży, towarzyszy nam niezwykłe uczucie. Już sam wjazd zapowiada krainę piękna, tajemniczości i przygód. Przed nami otwiera swoje podwoje wspaniały kraj, z ciekawą, choć smutną, historią i życzliwymi, pracowitymi mieszkańcami.

 

KAMBODŻAŃSKA CODZIENNOŚĆ

Naszym celem był kompleks Angkor i okolice miasta Siem Reap (Siĕm Réab). Poza tym nastawiliśmy się na chłonięcie tutejszej atmosfery. Zdaję sobie sprawę, że nie widzieliśmy różnych innych ciekawych miejsc ani stolicy czy pozostałych miast, ale to, co zobaczyliśmy, i tak wystarczyło, aby Kambodża zapadła nam mocno w pamięć i na zawsze zamieszkała w naszych sercach. Przede wszystkim zwróciliśmy uwagę na ludzi: drobnych, ze zmęczonymi, ale nieraz pięknymi twarzami, bardzo uczynnych, wręcz usłużnych. Co ciekawe, nie spotkaliśmy osób żebrzących. Dostrzegaliśmy biedę panującą wokół, lecz też poczucie godności i zaradność mieszkańców. Zamiast usiąść na ulicy i żebrać każdy coś ze sobą niósł czy ciągnął: obwoźną garkuchnię, wyciskarkę soków lub towary do sprzedania. Potrawy przygotowywane na takich prowizorycznych stoiskach są niezmiernie smaczne i można je bezpiecznie jeść. Wybór jest bardzo szeroki – spróbujemy zarówno miejscowych specjałów, takich jak szaszłyki z larw, pająków i różnych owadów, jak i bardziej tradycyjnych zup lub pieczonych mięs i ryb. Gdziekolwiek trafiamy, zawsze staramy się zaznajomić z lokalną kuchnią, bo w ten sposób bliżej poznaje się dane miejsce.

                Lepiej też odwiedzać lokale, gdzie jadają Kambodżanie, niż te nastawione na turystów. Kuchnia kambodżańska jest zbliżona do tajskiej, wiele w niej słodkich smaków, ale również ostrych przypraw. Koniecznie trzeba spróbować miejscowych lodów zamrażanych na płycie i zwijanych w rulonik – niebo w gębie! Przeróżne soki świeżo wyciskane z tropikalnych owoców znakomicie gaszą pragnienie podczas upału. Jednak prawdziwym przebojem w gorące dni jest dobrze schłodzona woda kokosowa podawana w orzechu z wetkniętą słomką. Jeden taki napój wystarczy, aby się nieco orzeźwić i odzyskać siły. Sprzedawcy kokosów są niemal wszędzie, stoją praktycznie na każdym rogu ulicy, spotkamy ich nawet przy świątyniach kompleksu Angkor.

 

Uliczne stoisko z przysmakami – szaszłykami z larw, pająków i owadów

© MAŁGORZATA GAŁKOWSKA-BŁĄDEK/WWW.MYFENGSTYLE.COM

 

NA PROWINCJI

Jeśli zamierzamy przywieźć z naszej podróży pamiątki, pomyślmy o czymś niestandardowym. Warto zatrzymać się po drodze przy wiejskiej chacie i kupić świeży kambodżański ryż, prawie prosto z pola. Ma zupełnie inny aromat i smak niż ten ze sklepu. Można także przyjrzeć się, jak miejscowi robią cukierki z owoców palmy cukrowej (arengi pierzastej) i przy okazji zakupić trochę takich słodyczy. Przy domach często znajdują się stoły z wystawionymi na sprzedaż naczyniami i ozdobami wyplatanymi z liści palmy czy z trzciny. Mieszkańcy Kambodży w ten sposób zarabiają na życie i dzięki kupującym mogą stanąć na nogi i polepszyć swój byt. W wielu miejscach sprzedaje się też niezwykłą kambodżańską herbatę w różnych smakach i kolorach. Odwiedziliśmy jeden z takich prywatnych domów i gospodarze z radością pokazali nam jego wnętrze oraz nową, umieszczoną na zewnątrz „łazienkę”, gdzie z dumą wskazali na pompę wodną, stanowiącą luksus na prowincji. Dostęp do świeżej wody wciąż jest tu utrudniony. Po wielu latach wojny część brzegów rzek i pola są nadal zaminowane. Co roku wiele osób ginie od min przeciwpiechotnych podczas uprawiania ziemi lub czerpania wody. Swoje uprawy miejscowi podlewają często wodą przyniesioną z daleka, każda zwyczajna czynność bywa więc okupiona dużym trudem, ale nikt nie okazuje niezadowolenia czy zniechęcenia. Mieszkańcy kambodżańskiej wsi ciężko pracują i nie mają czasu na narzekanie. O dziwo, do życia są nastawieni optymistycznie i życzliwie odnoszą się do innych. To jest właśnie niesamowite w tym kraju. Wielu lokalnych przewodników wycieczek prowadzi wśród turystów zbiórki niewykorzystanych hotelowych kosmetyków czy jednorazowych szczoteczek do zębów i grzebieni. Potem te podarki jadą na wieś, a w zamian można otrzymać woreczek świeżego ryżu. Czyż to nie cudowna wymiana?

 

SMUTEK I RADOŚĆ

Aby lepiej zrozumieć Kambodżę, jej mieszkańców i ich problemy, warto udać się do Muzeum Min Lądowych w pobliżu miasta Siem Reap. Założył je Aki Ra, który jako dziecko został siłą wcielony do wojska Czerwonych Khmerów. Później walczył przeciwko nim, a po wojnie poświęcił się szukaniu i rozbrajaniu min. W muzeum można dowiedzieć się, jakiego ogromu cierpienia ten naród doświadczył w przeszłości i – niestety – znaleźć też akcent polski: granaty i miny produkowane w Polsce…

                Z tego miejsca wychodzi się przygnębionym, ale na szczęście potem niemal od razu wtapiamy się w różnokolorowy, optymistyczny i pracowity tłum w Siem Reap. To całkiem duże miasto (ok. 200-tysięczne) i stanowi wspaniałą bazę wypadową do kompleksów świątynnych. Znajdują się w nim przyjemne, a nawet eleganckie hotele, wiele sklepów (m.in. wielki sklep bezcłowy, świetnie zaopatrzony i z korzystnymi cenami), a także Pub Street – deptak słynący z bogatego nocnego życia, mnóstwa knajpek i ulicznych występów. To właśnie przy nim działa znany klub „Angkor What? Bar”, gdzie drinki serwowane są w… wiadrach.

                Pub Street najlepiej odwiedzić wieczorem, ponieważ wtedy otwierają się puby, restauracje, przeróżne kluby i sklepy. Wszystko rozbłyskuje kolorowymi światłami. Deptak zastawiony jest przenośnymi garkuchniami i rozmaitymi stoiskami, a wszędzie dookoła przelewa się rzeka ludzi mówiących w niezliczonych językach. Czasem turystę zaczepi właściciel tutejszej knajpki czy klubu i wręczy ulotkę z aktualnymi promocjami. Trochę dalej ktoś gra na jakimś instrumencie, magik pokazuje sprytne sztuczki. W innym miejscu znów skąpo ubrane hostessy zapraszają do klubu go-go. Na Pub Street zagraniczni goście spędzają wiele godzin, ani chwili się nie nudząc. Można tu wtopić się w wielobarwny tłum i płynąć łagodnie z punktu do punktu albo zasiąść w którejś z knajpek na tarasie i obserwować żywą rzekę z góry, sącząc jakiegoś drinka lub zajadając się lokalnym rarytasem. Nie trzeba się przejmować brakiem miejscowej waluty, ponieważ podstawowym środkiem płatniczym jest tutaj dolar amerykański, a ceny są bardzo przystępne.

 

W CIENIU ZABYTKÓW

W Siem Reap zatrzymaliśmy się w miejscu, które szczerze polecam – to Mémoire d’Angkor Boutique Hotel. Wnętrza wyglądają przepięknie, urządzono je ze smakiem, a obsługa staje na rzęsach, aby goście byli zadowoleni. Codziennie w pokoju pojawia się też taca z owocami i butelkowana woda. Picie tej ostatniej jest w Kambodży koniecznością. Należy pamiętać o tym, że lokalna woda nie nadaje się dla zagranicznych turystów. Miejscowi są przyzwyczajeni do specyficznej flory bakteryjnej i jakości tutejszej wody, przyjezdni po jej spożyciu mogą – niestety – cierpieć na nieprzyjemne dolegliwości. Co zaskakujące, bezprzewodowy internet działa w hotelach i pubach bardzo dobrze. Wynika to z tego, że infrastruktura sieci komunikacyjnych została w kraju zbudowana niedawno i zastosowane rozwiązania nadal uchodzą za w miarę nowoczesne.

Jednak najciekawsze i najcenniejsze w Kambodży są świątynie i dawne miasta. To prawdziwe perły architektury, ukryte głęboko w dżungli. Wśród nich znajduje się kompleks Angkor – kiedyś głośny i zatłoczony, dziś opuszczony i poprzerastany niezwykłymi drzewami i pnączami. Natura, zgodnie z odwiecznym prawem, zaczęła w nim powracać na swoje. Tutejsze budowle były niemym świadkiem historii i ludzkich dramatów. Z niewiadomych przyczyn mieszkańcy porzucili to miejsce, aby już nigdy do niego nie powrócić. Przez wieki świątynie okradano, później niszczyły je przechodzące tędy oddziały Czerwonych Khmerów. Historycy mówią, że gdyby materiały wybuchowe były bardziej dostępne, z pewnością cały kompleks zostałby wysadzony w powietrze, na zawsze grzebiąc pod gruzami ten fragment dziejów Kambodży. Na szczęście tak się nie stało, chociaż w wielu miejscach widać ślady po kulach. Dżungla i deszcze dokonały reszty zniszczeń. To, co ocalało, wciąż robi jednak ogromne wrażenie. Angkor został w 1992 r. wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO i obecnie napędza rozwój turystyki w kraju. Sylwetka Angkor Wat (najbardziej znanej tutejszej świątyni) znajduje się nawet na fladze Kambodży.

 

Ruiny wspaniałej świątyni buddyjskiej Bajon

© MAŁGORZATA GAŁKOWSKA-BŁĄDEK/WWW.MYFENGSTYLE.COM

 

NAJCENNEJSZY SKARB

Angkor warto odwiedzić o świcie. Budowle oświetlają wtedy ciepłe promienie słońca. Wieże Angkor Wat odbijają się przepięknie w wodach stawu. Do kompleksu wchodzi się długim mostem. Z Siem Reap można tu dojechać wypożyczonym rowerem lub popularnym w Azji tuk-tukiem. Droga jest całkiem przyzwoita i dobrze oznaczona.

                Cały kompleks zajmuje dość rozległy teren, ale największe zainteresowanie wzbudza główna świątynia – Angkor Wat – do której prowadzą bardzo strome schody. U ich stóp strażnicy kontrolują strój wchodzących. Trzeba pamiętać, że obowiązuje tutaj zwyczaj zakrywania ramion, dekoltów i kolan u kobiet. Również mężczyźni nie wejdą w szortach. Należy także zapomnieć o klapkach (sandały nie będą źle widziane). Miejsce to nadal uchodzi za święte i wciąż składa się w nim ofiary, pali kadzidła i wznosi modły.

Podczas wędrówki po labiryncie komnat za każdym narożnikiem można odkryć coś ciekawego: ukryty w małej wnęce posąg Buddy z palącymi się przed nim kadzidełkami lub fragment dziedzińca z porozrzucanymi kawałkami murów dekorowanych pięknymi reliefami. Ściany zdobią płaskorzeźby przedstawiające boginie, bóstwa i tancerki w niezwykłych pozach. Tu też znajduje się jeden z największych skarbów Angkoru – kamienny relief mający ponad 900 m długości i prezentujący sceny z indyjskich eposów: Ramajany i Mahabharaty.

                Świątynię zaczęto budować w pierwszej połowie XII w., za panowania władcy Imperium Khmerskiego Surjawarmana II (1113–1150), i pierwotnie była poświęcona hinduistycznemu bogu Wisznu. Potem przez pewien czas służyła buddystom, aż w końcu przywrócono jej pierwotny charakter. Wiele osób uważa, że Angkor Wat jest najpiękniejszą budowlą sakralną świata. Oczywiście, to raczej kwestia gustu, ale niewątpliwie ta niepowtarzalna świątynia, tajemnicza i magiczna, potrafi zachwycić swoją surowością i majestatem.

 

MIASTO I FILMOWA SŁAWA

Innym wspaniałym i równie ciekawym obiektem w okolicy są pozostałości miasta Angkor Thom, ostatniej stolicy państwa Khmerów. Prowadzi do niej most i pięknie zdobiona Brama Południowa. Po obu stronach tego pierwszego umieszczono posągi strażników strzegących wjazdu do stolicy.

                Obecnie z dawnej świetności zostało już niewiele, ale u schyłku średniowiecza Angkor Thom było jednym z najludniejszych miast świata i miało mniej więcej 150 tys. mieszkańców. Właśnie tutaj znajduje się przepiękna świątynia buddyjska Bajon ze słynnymi wieżami ozdobionymi głowami Awalokiteśwary, za którego wcielenie uważał się król Imperium Khmerskiego Dżajawarman VII (panujący w latach 1181–1218). Spacer pośród krzyżujących się spojrzeń kamiennych twarzy z zastygłym delikatnym uśmiechem dostarcza niezapomnianych wrażeń.

                Z miasta zostały już tylko ruiny. Większość budynków jest zawalonych i poprzerastanych korzeniami drzew, ale cały ten obszar stanowi niesamowity labirynt, w którym czas się zatrzymał.

Niedaleko świątyni Bajon znajduje się Taras Słoni długi na niemal 350 m i wysoki na ok. 4 m. Jego mur pokrywają realistyczne płaskorzeźby słoni. Stąd oglądano parady wojskowe, zawody sportowe i widowiska. Podczas oficjalnych wizyt i audiencji taras zamieniał się w trybunę. Prawdopodobnie stanowił część pałacu królewskiego, ale sam pałac zachował się tylko w szczątkowym stanie. Pozostały z niego ruiny, rzeźby, piękne schody i fragmenty takich udogodnień jak łaźnia. Ponieważ dużo zabudowań było drewnianych, niestety, nie przetrwały do naszych czasów. Wciąż jednak wzrok przyciągają tu piękne zdobienia w formie kwiatów i ślady po fosie broniącej dostępu do pałacu.

                Kolejna świątynia, choć niewielka, jest niemal tak samo znana jak Angkor Wat. Nazywa się Ta Prohm i to właśnie w niej kręcono w 2000 r. słynne sceny do filmu Lara Croft: Tomb Raider z Angeliną Jolie w roli Lary Croft. Tropikalna roślinność rozsadza tutaj korzeniami każdy mur i podważa każdy kamień. Tak wygląda prawdziwa walka z naturą. Dżungla skutecznie sięga po swoją własność. Przy Ta Prohm zbiera się zazwyczaj wielu turystów i trzeba zaczekać w kolejce, aby móc ją uwiecznić na fotografii. Powstały na przełomie XII i XIII stulecia obiekt służył nie tylko jako świątynia. Znajdował się tu również buddyjski uniwersytet, biblioteka i świetnie zaopatrzony skarbiec. Przechowywano w nim podobno 5 t srebra, diamenty i tysiące drogocennych kamieni szlachetnych. Warto zejść z głównego szlaku i pochodzić wśród murów i rozrzuconych brył. Gdy uważnie się patrzy, można czasem wśród wijących się jak węże korzeni drzew odnaleźć twarz tancerki zdobiącą oderwany kawałek reliefu.

 

NIEPOZORNY KLEJNOT

Mniej więcej 25 km od Angkor Wat i Angkor Thom znajduje się jeszcze jedna przepiękna świątynia, zwana Twierdzą Kobiet – Banteay Srei. Została ona wzniesiona w X w., jednak nie na polecenie khmerskich władców – jak te już wspomniane – a dwóch braminów i doradców królewskich. Jeśli ktoś widział misterne arabskie ornamenty wyrzeźbione w drewnie, od razu dostrzeże tę samą precyzję w wykonaniu tutejszych zdobień w kamieniu. Ta mała świątynia jest prawdziwą perełką. Zbudowano ją w większości z czerwonego piaskowca, co nadaje jej niezwykły wygląd. Szczególnie wspaniale prezentuje się o zachodzie słońca, gdy jego promienie nasycają czerwień ścian, a koronkowe reliefy pokrywające dosłownie każdy metr muru zachwycają bardziej niż w innych porach dnia. Całość stanowi ciekawą kompozycję przestrzenną – wiele bram występuje tutaj w szeregu. Ma się zatem wrażenie, jakby oglądało się widoki otoczone podwójną czy nawet potrójną ramą obrazu. W Banteay Srei uprawiano kult hinduistycznego boga Śiwy, ale dlaczego budowlę nazwano Twierdzą Kobiet (w innych źródłach – Cytadelą Kobiet lub Cytadelą Piękna), niestety, nie wiadomo. Być może nazwa ta nawiązuje do delikatnych, jakby utkanych kobiecą ręką wzorów na kamiennych ścianach…

                Na tyłach świątyni jest piękny staw otoczony bujną roślinnością. Zazwyczaj panuje nad nim cisza, bo nie docierają tu tłumy turystów skupionych głównie na bramach i komnatach po drugiej stronie. W tym cichym zakątku można więc w spokoju kontemplować magiczne piękno tego miejsca.

 

Kambodżańskie tancerki podczas wykonywania tradycyjnego tańca khmerskiego

©MAŁGORZATA GAŁKOWSKA-BŁĄDEK/WWW.MYFENGSTYLE.COM

 

WSKAZÓWKI DLA ZWIEDZAJĄCYCH

Podczas pobytu w okolicy poza zwiedzaniem świątyń warto wybrać się na organizowane w Siem Reap przedstawienia i pokazy dawnych tańców khmerskich. Polecam szczególnie „Restaurację Koulen”, w której podaje się wspaniałe potrawy lokalnej kuchni. Odbywają się w niej występy taneczne i prezentacje różnych miejscowych rytuałów. Takie pokazy najlepiej oglądać po wizycie w Angkor Wat i Angkor Thom oraz pozostałych wspomnianych obiektach. Wtedy ma się wrażenie, że apsary – przepiękne i zwinne indyjskie boginki zaklęte w reliefach na murach świątyń – ożywają na naszych oczach. Na moment zapomina się o codziennym życiu i zanurza w świecie magicznych ceremonii, bajecznie kolorowych strojów i poruszających się z ogromnym wdziękiem khmerskich tancerek. Na zakończenie można zrobić sobie z nimi pamiątkowe zdjęcie.

                Jaki okres jest najlepszy na zwiedzanie Kambodży? My podróżowaliśmy w porze deszczowej, w czerwcu. Deszcz padał raz dziennie, około południa, potem wychodziło słońce. Co kilka dni zdarzała się wieczorna ulewa trwająca mniej więcej godzinę lub dwie, ale nie przypominała opadów, jakie obserwujemy w Polsce. Z nieba spływała ściana wody, a ulice zamieniały się w rwące potoki. Sam deszcz nie stanowi problemu, bo można go gdzieś przeczekać. Dużo bardziej uciążliwa jest wysoka wilgotność powietrza powodująca, że po kilku krokach człowiek staje się cały mokry od potu. Osoby odwiedzające częściej tę część Azji twierdzą jednak, że pora sucha znacznie bardziej daje się we znaki, bo ze względu na upał ciężko zwiedzać cokolwiek. Dla nas istotny był fakt, że w porze deszczowej do Kambodży przyjeżdża mniej turystów i dzięki temu przyjemniej poznaje się ten kraj. Mniej jest kolejek i tłumów, a ceny bywają nieco niższe. Zamiast peleryn przeciwdeszczowych lepiej jednak zabrać ze sobą parasol, ponieważ przy wysokich temperaturach i wilgotności pod nieprzepuszczającym powietrza materiałem człowiek przemaka od… potu. Nie zaszkodzi też krem do opalania z filtrem i dobry środek odstraszający komary (przeznaczony do używania w warunkach tropikalnych). Tych ostatnich nie ma zbyt wiele i w okolicy głównych atrakcji Kambodży nie trzeba obawiać się zagrożenia chorobami przez nie przenoszonymi. Tak zaopatrzeni możemy śmiało ruszać na odkrywanie tego tajemniczego kraju.

 

Wydanien Lato 2018

Nasze piękne tureckie wakacje

IZABELA MISZCZAK

www.turcjawsandalach.pl

                                                                                                 FOT. BIURO RADCY DS. KULTURY I INFORMACJI AMBASADY TURCJI/ÝBRAHÝM ZAMAN
 << Turcja, kraj położony na półwyspie Azja Mniejsza, nazywanym też Anatolią, czyli Krainą Wschodzącego Słońca, oblewany wodami czterech mórz, to idealne miejsce zarówno na błogie wakacyjne lenistwo, jak i aktywny wypoczynek. Można tu podążać śladami dawnych cywilizacji i podziwiać niezwykłe krajobrazy z perspektywy łodzi kołyszącej się na błękitnych falach lub z balonu wznoszącego się o poranku nad przepiękną Kapadocją. >>

W większości wyżynne terytorium państwa otaczają wody mórz Czarnego, Marmara, Egejskiego i Śródziemnego. Linia brzegowa ma ponad 7 tys. km długości, a rozmieszczone wzdłuż niej kurorty są głównymi ośrodkami rozwijającej się dynamicznie turystyki. To one są najczęściej głównym celem letnich wyjazdów mieszkańców Europy.

Więcej…