LAURA KUZAK-MARKOWSKA

 

« Co pojawia się przed oczami, gdy pomyśli się o Zanzibarze? Zwykle są to białe plaże, turkusowy ocean, błękitne niebo, wysmukłe palmy i słońce. To wystarczające powody, żeby go odwiedzić. Jednak dopiero na miejscu da się w pełni zachwycić tym rajem. Można tu poczuć smak i zapach przypraw – wszak archipelag bywa nazywany również Spice Islands, czyli Wyspami Korzennymi. Na Zanzibarze skosztujemy owoców prosto z drzewa i zobaczymy, jak uprawia się wanilię, pieprz, kurkumę i cynamonowce. Spotkamy delfiny i będziemy podziwiać rafę koralową wokół wysepki Mnemba, a na targu rybnym znajdziemy wszystko, co rybacy wyławiają z morza. Ich zdobycze tego samego dnia trafiają na stoły w restauracjach i hotelach. »

 

Na słonecznym Zanzibarze można cieszyć się odpoczynkiem na plaży bez konieczności rozstawiania parawanu jeszcze przed śniadaniem. Spotkamy na nim szczęśliwych, choć często ubogich, ludzi, którzy potrafią cieszyć się każdą chwilą i nie gonią za pieniędzmi i tym wszystkim, bez czego my nie wyobrażamy już sobie życia. Tu żyje się spokojnie, powoli. To, że na jedzenie w restauracji poczekamy godzinę, nie ma jednak przecież wielkiego znaczenia. W końcu jesteśmy na wakacjach, dania na pewno będą świeże i smaczne. Zamiast leżeć na plaży całymi dniami warto pojechać na wycieczkę, przespacerować się do wioski, spróbować specjałów na ulicznym straganie. Nie trzeba obawiać się o swoje bezpieczeństwo. Wśród miejscowych nie poczujemy się niemile widziani.

 

Czasami czytam na różnych forach internetowych pytania o zanzibarski islam. Przez cały mój pobyt na Zanzibarze (już ponad trzyletni) nie spotkałam się z żadnym przejawem niechęci. Jego mieszkańcy często się uśmiechają, nieznajomi pozdrawiali mnie na ulicy. W okresie Bożego Narodzenia życzono mi wesołych świąt. Ja rewanżowałam się życzeniami z okazji ramadanu (Ramadan mubarak! – „Błogosławionego ramadanu!”). Czy Zanzibar to rzeczywiście raj na ziemi? Dla mnie tak, uważam, że mieszkam w najwspanialszym zakątku naszego globu, chociaż być może są na świecie miejsca piękniejsze, z bielszymi plażami i bardziej turkusowym oceanem. Najlepiej jednak przekonać się o tym samemu.

 

NA POCZĄTEK

Na jak długo powinniśmy zatrzymać się na Zanzibarze, żeby nie tylko odpocząć, lecz także znaleźć czas na zobaczenie najciekawszych atrakcji? Moim zdaniem wystarczy 10–11 dni. Przy krótszym pobycie tak naprawdę szkoda wydawać pieniądze na bilet lotniczy, który nie należy do najtańszych. Na szczęście nie musimy się w tym przypadku martwić jet lagiem – różnica czasu między Zanzibarem (obszarem autonomicznym Tanzanii) a Polską to w lecie jedna, a zimą dwie godziny. Urlop 11-dniowy wystarczy, aby oddać się spokojnemu plażowaniu i odbyć kilka najważniejszych wycieczek, bez których nie poznamy prawdziwego oblicza tego pięknego regionu. Na dłuższą podróż powinny zdecydować się osoby planujące nurkować czy uprawiać kitesurfing lub wybierające się na krótkie safari do kontynentalnej części Tanzanii.

 

Na wyprawę na Zanzibar odpowiedni będzie każdy miesiąc oprócz maja, w którym występują długie i obfite opady deszczu. Czasem może tutaj popadać (częściej w listopadzie i na początku grudnia oraz w drugiej połowie kwietnia i na początku czerwca), ale zawsze jest ciepło. Słońce opala nawet wtedy, gdy niebo zasnuwają chmury.

Rybacy chętnie sprzedają świeże ryby turystom

© AsILIAcAMPs,LODgEs,sAfARIs


 

PIERWSZE WRAŻENIE

Jeżeli ktoś spodziewa się nowoczesnego, klimatyzowanego terminala na zanzibarskim lotnisku na Unguji (Ungudży, głównej wyspie archipelagu, zwanej też Zanzibarem), to musi poczekać jeszcze pół roku. Wtedy, jak mówią, ma zostać zakończona jego budowa. Ale to samo można było usłyszeć cztery lata temu… Póki co trochę tu duszno i tłoczno (nie powinniśmy tego raczej odczuć, jeśli wyrobimy sobie wcześniej wizę na stronie internetowej www.eservices.immigration.go.tz). Bagaże nie przyjeżdżają taśmą, zostają jednak bezpiecznie dostarczone do rąk pasażerów przez pracowników portu lotniczego. Chętnych do pomocy jest wielu. Jeżeli skorzystamy z ich usług, zrewanżujmy się jednym dolarem amerykańskim albo dwoma.

 

Jeżeli nie mamy zamówionego przez hotel lub touroperatora transferu do naszego miejsca zakwaterowania, spod lotniska najlepiej wziąć taksówkę. Nie polecam szukać tańszego transportu, chociaż można się skusić na jazdę miejscowym minibusem, zwanym dala-dalą. Jednak zmęczeni po locie, z dużymi bagażami, nie znający jeszcze okolicy podniesiemy sobie tylko w ten sposób ciśnienie na początku wyjazdu. Podczas kursu wygodną, klimatyzowaną taksówką ma się za to okazję rzucić okiem na Zanzibar, jakiego nie da się zobaczyć, gdy spędza się urlop jedynie w hotelu. Dzięki temu łatwiej też podjąć decyzję, czy chce się ryzykować wypożyczenie skutera lub samochodu w trakcie pobytu. Aby móc prowadzić auto na zanzibarskich drogach, należy postarać się o lokalne pozwolenie wydawane na podstawie kserokopii polskiego prawa jazdy. Za załatwienie dokumentu trzeba zapłacić od 10 do 20 dolarów amerykańskich. Nie polecam robienia tego samodzielnie – stracimy wtedy cały dzień na szukanie właściwego urzędu. Przed wyruszeniem w trasę warto zdawać sobie sprawę z kilku rzeczy. Obowiązuje tutaj ruch lewostronny. Maksymalna prędkość poza terenem zabudowanym to na Unguji 60 km/godz., a policja chętnie używa ręcznych radarów. Poza tym na drogach należy uważać na kury, kaczki, kozy, krowy, osły, dzieci i skutery, pojawiające się czasem zupełnie niespodziewanie. Ponieważ kierowca nie ma szans na spokojne podziwianie widoków, powinniśmy się zastanowić, czy nie lepiej poruszać się taksówką lub wybrać się na zwiedzanie z przewodnikiem.

 

ZMIENIAJĄCE SIĘ PLAŻE

Zanzibar leży na Oceanie Indyjskim. Jego wybrzeże zmienia się w trakcie przypływów i odpływów, największych podczas pełni i nowiu Księżyca. Efekty tych zjawisk najmniej widoczne są w okolicy miejscowości Kendwa i Nungwi – tu dno oceanu obniża się znacznie na stosunkowo krótkim odcinku, więc woda cofa się maksymalnie o kilka bądź kilkadziesiąt metrów. W rejonie wschodnich brzegów może to być nawet kilkaset metrów. Warto skorzystać z odpływu, aby wybrać się na spacer w stronę rafy. Należy jednak koniecznie założyć specjalne gumowe buty do pływania i uważać na jeżowce. W płytkiej wodzie spotkamy wiele ciekawych okazów morskich stworzeń. Przy okazji przyjrzymy się też z bliska plantacji alg. Zanzibarskie wybrzeże pokrywa biały piasek o konsystencji mąki, powstający z pokruszonych koralowców i muszli. Plaże są zazwyczaj prawie puste. Oczywiście, czasem pojawiają się na nich obnośni sprzedawcy biżuterii czy usług dla turystów, takich jak masaż, spacer po rafie, wędkowanie albo snorkeling. Jednak jeżeli będziemy stanowczy i grzecznie odmówimy, dadzą nam spokój, chociaż zawsze chętnie z nami pogadają i zapytają, skąd przylecieliśmy lub jak się nazywamy.

 

Plażowicze powinni pamiętać, że Zanzibar znajduje się tuż poniżej równika. Dlatego nawet gdy niebo jest zachmurzone, trzeba używać preparatów do opalania z wysokim filtrem. Nieostrożni amatorzy kąpieli słonecznych mogą spędzić urlop na leczeniu poparzeń słonecznych.

 

LOKALNA KUCHNIA

Jeśli ktoś będzie miał okazję zjeść coś poza hotelem, nie musi się obawiać. Potrawy są smaczne, dobrze przyprawione, świeże i niedrogie. Do specjałów ulicznej kuchni należą szaszłyki z kurczaka lub wołowiny (mishkhaki) podawane z frytkami i surówką z kapusty z różnymi warzywami, miejscowe drobne wypieki oraz trójkątne pierożki samosa z mięsem lub warzywami (najczęściej ostro przyprawione). W barach i na stoiskach sprzedaje się także pyszną zupę urojo, przypominającą trochę smakiem nasz żurek, gotowaną z dodatkiem kwaśnego mango i mąki, wzbogaconą ziemniakami, warzywami i często mięsem zdjętym z szaszłyków. Koniecznie trzeba spróbować soku z trzciny cukrowej. Serwowany z plasterkiem limonki i imbiru smakuje naprawdę niezapomnianie. Warto zwrócić też uwagę na owoce. Mango, papaje, awokado, banany, marakuje, ananasy, dżakfruty i rambutany dojrzewają tu w naturalnych warunkach i dlatego są niesamowicie smaczne i soczyste. Jeśli trafimy akurat na sezon, możemy spróbować durianu. Moim zdaniem wcale nie śmierdzi tak bardzo ani nie jest taki dobry, jak głosi obiegowa opinia. W smaku przypomina mi smażoną, słodką cebulę. Zdecydowanie trzeba również napić się Zanzibar coli, czyli wody z kokosa. Obecnie uchodzi ona powszechnie za najzdrowszy napój świata. Pod względem zawartości elektrolitów porównuje się ją do ludzkiego osocza krwi. Jest bogata w potas, magnez, wapń i fosfor, witaminy z grupy B i witaminę C.

 

Alkohol to na Zanzibarze z pozoru temat trudny. Aż 98 proc. mieszkańców regionu wyznaje islam, który zakazuje jego spożywania. W praktyce napoje alkoholowe dostępne są w większości hoteli. Tylko w niektórych spotkamy się z zakazem ich sprzedaży. Oprócz tego działa tutaj trochę sklepów z alkoholem, głównie w Stone Town (najstarszej części miasta Zanzibar), miejscowościach Nungwi i Kiwengwa. Na Zanzibarze nie produkuje się napojów alkoholowych, poza wytwarzanym domowymi metodami gongo (z papai), którym miejscowi czasami częstują turystów zwiedzających plantacje przypraw. Tanzańskie piwa, np. Kilimanjaro, Serengeti czy Safari, są bardzo przyzwoitej jakości. Sprzedaje się je jedynie w butelkach. Ja osobiście polecam dobrze schłodzone Ndovu – idealnie gasi pragnienie w upalny dzień. Wśród lokalnych mocniejszych trunków należy wymienić konyagi, czyli alkohol o lekkim posmaku ginu i mocy 35 proc. produkowany w Tanzanii. Na jego bazie sporządza się wyśmienity koktajl dawa z dodatkiem soku z limonki, cukru, miodu i lodu. Nie sposób nie skusić się również na drinki serwowane ze świeżymi składnikami. Piña colada z sokiem z tutejszych ananasów nie ma sobie równych. Trzeba pamiętać, że zanzibarskie przepisy o ruchu drogowym zakazują prowadzenia samochodu po spożyciu alkoholu.

 

 Nasiono z owocu muszkatołowca korzennego

© MARIUSZKOZAK-ZAGOZDA

 

 

MIEJSCOWE ATRAKCJE

Na Zanzibarze obowiązkowo należy zawitać w trzy miejsca: na plantację przypraw, do wspomnianego Stone Town, czyli Kamiennego Miasta, i na Changuu (Prison Island, Wyspę Więzienną). Dzięki wizycie w nich, a warto odwiedzić je jednego dnia, poznamy zdecydowanie lepiej ten autonomiczny region Tanzanii, dowiemy się, jaka jest jego historia i jak się tu żyje na co dzień. 

 

Na plantacji zobaczymy, skąd biorą się składniki używane w każdej kuchni, spróbujemy świeżych owoców, wypijemy wodę z właśnie zerwanego kokosa i będziemy mogli kupić przyprawy. Kilka razy z pewnością się zdziwimy, np. kiedy okaże się, że ananasy nie rosną na drzewach, wanilia to pnącze, a pieprz zielony, czarny, czerwony i biały pochodzi z tej samej rośliny, owoce są po prostu zrywane w różnym stadium dojrzewania. Ujrzymy tutaj drzewo szminkowe (arnotę właściwą), nauczymy się dezynfekować rany liśćmi i sokiem z krzewu jodynowego (Jatropha multifida) oraz dowiemy się, że roztarta w dłoni trawa cytrynowa odstrasza komary. 

 

W Stone Town, wpisanym w 2000 r. na prestiżową Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO, można podziwiać architekturę z wpływami afrykańskimi, arabskimi, perskimi, indyjskimi i europejskimi. Znajduje się w nim Dom Cudów (House of Wonders) – pierwszy na Zanzibarze budynek (wzniesiony w 1883 r.) z dostępem do bieżącej wody i prądu, kanalizacją i windą. Podczas spaceru wąskimi uliczkami, wśród sklepików i straganów, natkniemy się na słynne zanzibarskie drzwi, będziemy mieli okazję kupić wyroby lokalnego rzemiosła, często wytwarzane wprost na ulicy, i spróbować lokalnych przysmaków. Na miejscu portugalskiej kaplicy stoi w Kamiennym Mieście Ngome Kongwe – Stary Fort, w którym obecnie odbywają się koncerty i inne wydarzenia kulturalne. 

 

Na pobliskiej Changuu zachowały się dawne zabudowania więzienne. Nigdy jednak nie pełniły one swojej funkcji (służyły przez pewien okres jako miejsce kwarantanny dla chorych na żółtą febrę). Na wysepce znalazły schronienie żółwie olbrzymie przywiezione w 1919 r. na Zanzibar z Seszeli. Najstarszy ma dziś podobno aż 196 lat i dobrze się trzyma. 

 

Jeżeli ktoś będzie miał wystarczająco dużo czasu, powinien odwiedzić Jozani Chwaka Bay National Park (o powierzchni 50 km²), w którym żyją endemiczne gerezy trójbarwne (gerezanki trójbarwne), niewielkie małpy żywiące się m.in. niedojrzałymi owocami. Obszar parku porastają mahoniowce, palmy olejowe (olejowce gwinejskie), pandany (pochutniki) i różne gatunki fikusów. W okolicy występuje również las namorzynowy z drzewami zapuszczającymi korzenie w słonej wodzie. Warto wybrać się tu do restauracji „The Rock”. Jest malowniczo położona na skale wystającej z oceanu i słynie z wyśmienitych ryb i owoców morza. Podczas przypływu obsługa transportuje turystów do restauracji łodzią. Po drodze można wstąpić na chwilę do Seaweed Center. Zobaczymy w nim, jak produkuje się naturalne kosmetyki z alg morskich, a także je przetestujemy. Chętni mogą później kupić wybrane przez siebie produkty w firmowym sklepie. Popularną atrakcją w okolicy są też wycieczki łodzią z wioski rybackiej Kizimkazi na obserwowanie delfinów butlonosych i pływanie wśród nich. Przypływają one w to miejsce, żeby żerować. Codziennie pojawia się ich nawet kilkadziesiąt sztuk.

 Darajani Market (Darajani Bazaar) z 1904 r. w Stone Town – stoiska sprzedawców mięsa

© MARIUSZKOZAK-ZAGOZDA

 

PIŁKA I WODA

Dla Zanzibarczyków najważniejszym sportem jest piłka nożna. Niemal w każdej wiosce znajduje się co najmniej jedno boisko, na którym codziennie ktoś gra. Jeżeli również lubimy biegać za piłką, możemy dołączyć do miejscowych, na pewno nie będą protestować, chyba że trafimy akurat na rozgrywki lokalnej ligi. Od razu uprzedzam, iż Robert Lewandowski jest tutaj powszechnie znany. Zanzibarczycy chętnie oglądają transmisje wszelkich meczów, jakie uda się im znaleźć w telewizji. Czasami przed jednym odbiornikiem gromadzi się kilkadziesiąt osób. Niestety Zanzibar nie wystawia w zawodach afrykańskich i światowych swojej drużyny, bo choć przysługują mu prawa autonomii, stanowi część Tanzanii.

 

Turyści mogą tu korzystać z doskonałych warunków do uprawiania kitesurfingu, mimo iż sprzyjające wiatry wieją tylko mniej więcej pięć miesięcy w roku. W regionie działają liczne szkoły kitesurfingowe, także polskie. W okolicy znajdują się też idealne miejsca do nurkowania, dlatego na Unguji funkcjonuje kilka bardzo dobrych baz. Za szczególną atrakcję uchodzi wycieczka na rafę koralową okalającą wysepkę Mnemba usytuowaną naprzeciwko plaży Muyuni. Osoby nie mające licencji mogą nurkować z instruktorem.

 

NIECO KULTURY

Na Zanzibarze obchodzi się rozmaite święta, praktykuje lokalne zwyczaje i tradycje oraz organizuje różne barwne wydarzenia kulturalne. Latem w miejscowości Makunduchi (położonej w południowo-wschodniej części Unguji) wita się perski Nowy Rok. Podczas święta o nazwie Mwaka Kogwa mężczyźni z dwóch części miasteczka (starej i nowej) stają do rytualnej walki, która ma wypędzić stąd złe demony. Walczą, używając pędów bananowca. Mieszkanki Makunduchi zachęcają ich, śpiewając i tańcząc. Niektórzy mężczyźni dla zmylenia przeciwnika przebierają się za kobiety i malują twarze. Na koniec miejscowy szaman buduje chatę z liści i gałęzi, którą podpala. Kiedy płomienie trawią konstrukcję, wybiega on ze środka z triumfalnym okrzykiem. Rytuał ma ochronić mieszkańców miasteczka przed pożarami i śmiercią w płomieniach. Odprawia się go w atmosferze pełnej radości.

 

Co roku na początku lutego organizowany jest festiwal Sauti za Busara (w 2019 r. odbyła się jego 16. edycja). To prawdziwe święto afrykańskiej muzyki. Podczas czterodniowej imprezy występują muzycy z Zanzibaru i Tanzanii oraz gwiazdy z całej Afryki. Koncerty grają na dwóch scenach w Starym Forcie w Stone Town.

 

W lipcu odbywa się Zanzibarski Międzynarodowy Festiwal Filmowy (Zanzibar International Film Festival – ZIFF). Projekcje filmów z całego świata i spotkania z aktorami i twórcami trwają ponad tydzień. Zazwyczaj na przełomie sierpnia i września organizuje się Jahazi Literary & Jazz Festival, trzydniowe wydarzenie o charakterze literacko-muzycznym. Znajdujące się w jego programie koncerty jazzowe są moim zdaniem znakomite.

 

CZAS NA WSZYSTKO

Na rajskim Zanzibarze czas płynie zdecydowanie inaczej niż w Europie. Powiedzenie Wy macie zegarki, my mamy czas doskonale oddaje tę sytuację. Nikt się nie spieszy, terminy urzędowe istnieją, ale nie są zbytnio przestrzegane. Na jedzenie w większości restauracji czeka się długo, jednak na wakacjach to żaden powód do stresu. Nie należy się denerwować, podnosić głosu, kiedy sprawy dzieją się nie tak szybko, jakbyśmy sobie tego życzyli. Miejscowych nasze zachowanie bardzo zdziwi i będą trochę zażenowani, bo nie zrozumieją, dlaczego się spieszymy. Nic ono zresztą nie zmieni. Nie przygotują niczego szybciej, a jeżeli nawet podejmą taką próbę, to możemy być prawie pewni, że coś pójdzie nie tak. Na koniec jeszcze jedna przydatna rada – w restauracji zawsze lepiej poprosić kelnera o powtórzenie przyjętego zamówienia. To zdecydowanie zmniejszy szansę pojawienia się na stole niespodzianek.

 

Artykuły wybrane losowo

Good Morning, Wietnam!

PAWEŁ SKAWIŃSKI

 

Kraj przytulony do Zatoki Tonkińskiej i Morza Południowochińskiego zazwyczaj łączony jest z wojną, śmiercią i zniszczeniem. Ale turysta nie musi już przedzierać się przez pola minowe, żeby znaleźć dziewicze plaże, cuda natury oraz zabytki starej i bogatej kultury.

Dzień doooobry, Wietnam! – przeciągłe powitanie rozerwało ciszę wiosennego poranka 1965 r. Zaczęła się audycja Radia Amerykańskich Sił Zbrojnych, a za mikrofonem siedział Adrian Cronauer, niedawno przeniesiony z bazy w Grecji. Nowy didżej łamał sztywny gorset reguł wojskowej rozgłośni, która zazwyczaj nudziła żołnierzy obwieszczeniami i niekończącymi się pogadankami. Cronauer opowiadał dowcipy na antenie, puszczał popularną muzykę i walczył z przełożonymi o zachowanie audycji, która przecież nie licowała z powagą armii. Jednak żołnierze go kochali.

Więcej…

Sri Lanka – zielony klejnot Oceanu Indyjskiego

 

Agnieszka Szwed

www.szwedacz.com

 

Położoną na południowy wschód od Półwyspu Indyjskiego Sri Lankę nazywa się niekiedy Łzą Indii. To jednak nie jedyne jej miano, a większość określeń wiąże się z zachwytem, w jaki od wieków wprawiała ona odwiedzających ją ludzi. Dla słynnego weneckiego podróżnika Marca Polo była „najwspanialszą wyspą o tej wielkości na świecie”, a dla portugalskiego kapitana Edwarda Barbosy – „wyspą rozkoszy”. Sri Lanka znana jest również jako Perła Oceanu Indyjskiego. W sanskrycie jej nazwa oznacza po prostu „Lśniący Kraj”. Wszystkie te określenia obiecują wiele, ale nie ma w nich wcale żadnej przesady.

 

Wyspa Cejlon (na której leży Sri Lanka) kojarzy się z zielonymi wzgórzami porośniętymi herbatą, zapachem korzennych przypraw i opowieściami żeglarzy o odległych lądach. Panuje tu tropikalny klimat ze średnią roczną temperaturą powietrza ok. 30°C. Od upałów można odetchnąć tylko w wyższych partiach gór w głębi lądu.

 

Na pogodę wybrzeży Sri Lanki wpływają dwa monsuny: yala i maha. Pierwszy z nich od maja do sierpnia przynosi deszcze w południowo-zachodniej części kraju. Drugi od października do stycznia sprowadza wilgoć w północno-wschodni rejon wyspy. Wiejące tutaj wiatry nie tylko sprzyjają występowaniu opadów i rozwojowi bujnej roślinności, ale także ułatwiały dotarcie do tego regionu podróżnikom i kupcom przybywającym na Cejlon z różnych stron świata. To m.in. dzięki nim Sri Lanka jest dziś miejscem tak różnorodnym kulturowo, w którym różne religie i tradycje współistnieją, wzajemnie się uzupełniając i tworząc lokalny koloryt.

 

Dambulla cave temple World heritage site- 1st Century BC

Jedna z pięciu jaskiń należących do Złotej Świątyni w Dambulli

© SRI LANKA TOURISM PROMOTION BUREAU

 

ŚLADY DAWNEJ ŚWIETNOŚCI

 

Jednak na długo zanim przybyli tu wspomniani podróżnicy i kupcy, na wyspie kwitła kultura, której początki sięgają zamierzchłych czasów. Według historycznej Mahavamsy z V w. n.e., czyli w języku pai „Wielkiej Kroniki”, pierwotnymi mieszkańcami Cejlonu byli Jakszowie i lud Naga. Dzieje pochodzących z północy Indii Syngalezów zaczynają się w 543 r. p.n.e. wraz z przybyciem księcia Vijaya (Zwycięzcy), legendarnego króla Sri Lanki, i utworzeniem przez niego Królestwa Tambapanni (istniejącego do 505 r. p.n.e.). Pojawienie się na tym obszarze narodu syngaleskiego zapoczątkowało kulturalny, religijny i architektoniczny rozkwit, którego ślady podziwiać możemy do dzisiaj.

 

Najwspanialszą stolicą jednego ze starożytnych królestw Syngalezów (Królestwa Anuradhapura z lat 377 p.n.e.–1017) była Anuradhapura, położona w obecnej Prowincji Północno-Środkowej, ok. 200 km na północ od Kolombo (gospodarczej stolicy Sri Lanki). To miasto o niezmiernie bogatej historii rozwijało się od IV w. p.n.e. do końca X stulecia. Anuradhapura do dziś jest jednym z najważniejszych centrów buddyjskich na świecie, a to za sprawą rosnącego tutaj świętego figowca pagodowego zwanego Jaya Sri Maha Bodhi, pod którym według tradycji doznał oświecenia medytujący Budda. Sadzonkę na wyspę przywiozła w III w. p.n.e. Sanghamitta, córka władcy indyjskiego imperium Maurjów – Aśoki, wypełniając tym samym misję szerzenia buddyzmu na Cejlonie. Okaz ten uchodzi za najstarsze posadzone przez człowieka drzewo na świecie z udokumentowaną historią. Zasadzono je w 288 r. p.n.e. i od tego czasu wierni wciąż o nie dbają, nie przestali troszczyć się o świętego figowca nawet wtedy, gdy miasto znajdowało się w rękach Tamilów. Wśród tutejszych ruin zachowało się kilka buddyjskich świątyń i pałaców, a historyczne centrum wpisano w 1982 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.

 

Kiedy Anuradhapura była stolicą państwa Syngalezów, Polonnaruwa pełniła funkcję okresowej rezydencji królewskiej. Jednak po zniszczeniu tej pierwszej w 993 r. przez wojska tamilskie to ona przejęła rolę najważniejszej metropolii na wyspie. Status ten utrzymała do XIII w. W czasach największego rozkwitu była wspaniałym, otoczonym potrójnym murem miastem ogrodem, w którym pałace i świątynie wtapiały się w bujną zieleń.

 

Syngalezi wielokrotnie musieli odpierać ataki z zewnątrz. W XIII stuleciu Sri Lankę najechali ponownie Tamilowie z subkontynentu indyjskiego. W wyniku tych wydarzeń Polonnaruwa została opuszczona. Na odkrycie czekała ponad 500 lat. Dziś możemy podziwiać ruiny zabytkowej metropolii z licznymi posągami i rzeźbami – m.in. z wykutą w skale kilkunastometrową figurą śpiącego Buddy.

 

Na skutek najazdów Syngalezi zostali zmuszeni do osiedlenia się bardziej na południe. W górzystym wnętrzu wyspy założyli w 1469 r. nowe królestwo wokół miasta Kandy (Królestwo Kandy). Obecnie jest ono nie tylko stolicą Prowincji Środkowej, lecz także jednym z ważniejszych ośrodków wyznawców buddyzmu. Wszystko za sprawą znajdującej się tu Świątyni Zęba (Sri Dalada Maligawa), w której w szkatułce złożono według tradycji ząb samego Buddy. Relikwia ma niezwykłą moc – przyciąga zarówno buddystów, jak i tysiące turystów. Mnóstwo osób przybywa z jej powodu do Kandy zwłaszcza raz w miesiącu, kiedy na Cejlonie obchodzi się Poyę, czyli święto przypadające na dzień pełni księżyca. Przez całą dobę we wszystkich buddyjskich świątyniach w kraju odbywają się barwne uroczystości i panuje podniosła atmosfera.

 

WIZJA SZALONEGO WŁADCY

 

Niemal 200-metrowa bryła magmy króluje nad zieloną równiną w okolicy Dambulli. Widoczna z każdej strony już z daleka, stanowi pozostałość po dawno wygasłym wulkanie. Samotna skała, kontrastująca z otoczeniem, robi niemałe wrażenie. Jeszcze bardziej niesamowita jest historia powstałego na niej obiektu. To karkołomne przedsięwzięcie budowlane było realizacją wizji jednego z najbardziej okrutnych władców Sri Lanki – Kassapy I (rządzącego w latach 473–495). Jako potomek z nieprawego łoża nie mógł on legalnie objąć tronu. Zdobył więc władzę, zabijając swojego ojca Dhatusena. Nie opuszczał go jednak strach przed zbiegłym do Indii przyrodnim bratem Mogallaną, który planował powrócić na Cejlon na czele potężnej armii. Aby uchronić się przed gniewem prawowitego następcy tronu, Kassapa I zdecydował się wybudować potężną twierdzę i pałac na szczycie niedostępnej skały.

 

Zaspokojenie wybujałych ambicji władcy kosztowało życie tysięcy robotników. Miejsce o naturalnych walorach obronnych umocniono jeszcze systemem murów i fos, czyniącym je niedostępnym dla wrogów. Jedyną drogę na szczyt stanowiły wykute w kamieniu wąskie schodki. Co jednak najciekawsze, skała przekształcona została w olbrzymiego budzącego grozę lwa. Do ogromnej bryły dodano ceglaną głowę i tors oraz pięknie wyrzeźbione przednie łapy. Do dziś przetrwały tylko one, a także sama nazwa Sigirija, która oznacza Lwią Skałę. Skalne ściany samego pałacu pokryto malowidłami przedstawiającymi najprawdopodobniej damy dworu i królewskie nałożnice. Zachowały się one do dzisiaj w zaskakująco dobrym stanie. Oglądający mogą dzięki nim poznać niegdysiejsze kanony urody. Król lubił podziwiać nie tylko piękne kobiety, ale i siebie samego, a jedna ze ścian pałacu została tak wypolerowana, że przy odpowiednim kącie padania promieni słonecznych służyła władcy za lustro. Panowanie Kassapy I trwało 22 lata, do czasu, gdy Mogallana powrócił, aby odebrać bratu władzę.

 

Do dziś na szczycie przetrwały zaledwie fundamenty zespołu pałacowego i umocnień, tworzą one jednak ciekawy labirynt, z którego rozciągają się fantastyczne widoki. Samą Sigiriję można podziwiać w pełnej okazałości z innej skały – położonej niedaleko Pidurangali.

 

CD5-3

Młodzi buddyjscy mnisi na drodze prowadzącej do słynnej Lwiej Skały

© SRI LANKA TOURISM PROMOTION BUREAU

 

W GÓRACH USŁANYCH ZIELENIĄ

 

Mimo iż aż 80 proc. obszaru Sri Lanki zajmują niziny, jej środkowo-południowy region to zielona górska kraina pokryta w dużej części tropikalnym lasem. Najbardziej znanym z lankijskich szczytów jest niewątpliwie mierząca 2243 m n.p.m. Sri Pada. Wysokość góry nie imponuje, ale nie z tego względu wyróżnia się ona spośród innych. Według legendy na prośbę boga Samana swój ślad zostawił na tym szczycie sam Budda. Tak przynajmniej utrzymują jego wyznawcy. Hinduiści przekonują natomiast, że ślad ten należy do Śiwy. Chrześcijanie i muzułmanie twierdzą z kolei, że odbił tutaj swoją stopę biblijny pierwszy człowiek, który po wygnaniu z raju stał w tym miejscu na jednej nodze w celu odkupienia grzechów. Dlatego w Europie góra znana jest głównie jako Szczyt Adama (Adam’s Peak), a nie Sri Pada czy Samanalakanda, jak nazywa się ją w Azji. Tajemnicze wgłębienie w skale czyni wzniesienie obiektem kultu wielu religii i celem licznych pielgrzymek.

 

Aby wspiąć się na górę przed wschodem słońca, o którego pięknie na Sri Lance krążą legendy, wyruszyliśmy o 2.00 w nocy. Pobudka po 3 godz. snu nie była łatwa, zwłaszcza że mieliśmy w perspektywie pokonanie ponad 5 tys. schodów. To właśnie one, początkowo łagodne, im dalej, tym coraz bardziej strome, prowadzą do celu. Światła latarni rozstawionych wzdłuż stopni znaczyły w mroku wijącą się ścieżkę na szczyt. Na pewnym etapie zmęczenie dawało nieco o sobie znać. Zapominaliśmy jednak o nim, gdy mijaliśmy wspinających się starszych ludzi, nierzadko nawet o kulach. Niektórzy o własnych siłach, inni wsparci na barkach krewnych powoli, ale konsekwentnie zbliżali się do celu. Na trasie panowała zresztą prawdziwa różnorodność. Spotykaliśmy osoby starsze i dzieci, samotnych wędrowców i całe rodziny, mnichów odzianych w tradycyjne szaty i ubraną współcześnie młodzież. Wszyscy w swoim tempie zmierzali na szczyt.

 

Dotarliśmy na górę ok. 5.00. Było nieco za wcześnie. Słońce miało wzejść za godzinę, a na szczycie niska temperatura dawała nam się we znaki. Schroniliśmy się w jednym z przyświątynnych budynków. Jak się okazało, nie byliśmy jedyni. Wewnątrz zebrał się już spory tłum również zmagających się z zimnem ludzi i wciąż ich przybywało.

 

Nagle wszyscy zaczęli kierować się do wyjścia. Większość osób zebrała się na schodach przy świątyni i patrzyła w stronę wschodzącego słońca, a raczej tam, gdzie powinno się ono pojawić, bo w ostatniej chwili zostało zasłonięte przez rozległą chmurę. Ciemność powoli się rozpraszała, gasły tak liczne wcześniej gwiazdy, a opadające mgły odsłoniły widok na okolicę. Przy dobiegających ze świątyni dźwiękach bębnów patrzyliśmy na zmieniający się krajobraz. Pobliskie szczyty wyłaniały się zza chmur, aby znów w nich zatonąć. Wszystko to działo się na tle nieba mieniącego się odcieniami różu, żółci, pomarańczy i błękitu. Staliśmy tak jeszcze jakiś czas, chłonąc niesamowitą atmosferę. O zimnie zapomnieliśmy zupełnie.

 

Wracaliśmy tą samą drogą, jednak wyglądała ona zupełnie inaczej. Dopiero za dnia ukazały nam się zbocza porośnięte wiecznie zielonym wilgotnym lasem równikowym, skryte wcześniej pod osłoną nocy. Przed nami było ponad 5 tys. schodów.

 

Wspaniałą górską panoramę podziwiać możemy także w Parku Narodowym Równin Hortona. To wysoko położony płaskowyż (ok. 2100–2300 m n.p.m.) znany z silnych wiatrów i kapryśnej pogody. Ścieżka w różnych odcieniach pomarańczy tworzy tu pętle prowadzące do dwóch charakterystycznych punktów zwanych Małym Końcem Świata i Końcem Świata. Oba zawieszone są nad głębokimi przepaściami (mającymi odpowiednio mniej więcej 300 i 1,2 tys. m). Rozpościerają się stąd zapierające dech w piersiach widoki na pobliskie szczyty. Niestety, można je oglądać tylko wówczas, gdy okolicy nie spowijają ciężkie chmury i gęsta mgła, co często się tutaj zdarza. Najlepiej wybrać się do parku o wczesnych godzinach porannych, ale nawet to nie daje gwarancji na natrafienie na sprzyjające warunki. Czasem warto jednak trochę poczekać na zmianę pogody, bo potrafi ona nastąpić niespodziewanie.

 

Miłośnicy mgieł powinni za to odwiedzić góry Knuckles (Knuckles Mountain Range). Ich niewielki obszar pokrywają lasy mgliste, w których ze względu na ciągłą kondensację pary wodnej mgły nie ustępują ani na chwilę. Zanim jednak dotrze się do tej tajemniczej krainy, podziwiać można piękno zielonych grzbietów skąpanych w południowym słońcu. W tym regionie znajdziemy również odosobnione domy zamieszkane przez ludzi trudniących się głównie uprawą ryżu i kardamonu.

 

KRÓLESTWO HERBATY

 

Tea Pluckers

Kobiety ciężko pracujące przy zbiorach herbaty to w większości Tamilki

© SRI LANKA TOURISM PROMOTION BUREAU

 

Chociaż na wyspie uprawia się wiele gatunków roślin, w tym zwłaszcza przyprawy takie jak cynamon, gałka muszkatołowa czy kardamon, powszechnie kojarzy się ona przede wszystkim z herbatą, która stała się niejako symbolem Sri Lanki. Trudno się temu dziwić, gdyż ten cejloński produkt doceniany jest od dawna, a sam kraj mimo niewielkiej powierzchni (65 610 km²) zajmuje czwarte miejsce na świecie pod względem wielkości zbiorów (po Chinach, Indiach i Kenii).

 

Więcej sadzonek herbaty trafiło na Sri Lankę dopiero w drugiej połowie XIX w. Sprowadzone zostały z indyjskiego stanu Asam przez Brytyjczyków po tym, jak zaraza zniszczyła uprawianą przez nich wcześniej na wyspie kawę. Sekret wysokiej jakości cejlońskiej herbaty tkwi nie tylko w doskonałych warunkach do jej uprawy. Przede wszystkim wpływa na nią sposób zbierania liści. Podczas gdy w wielu miejscach na świecie używa się do tego celu maszyn, na Sri Lance wciąż tę pracę wykonuje się ręcznie, co umożliwia dokładną selekcję. Dlatego do suszenia trafiają później najlepiej nadające się liście.

 

Jakość ta okupiona jest jednak ciężką pracą kobiet na plantacjach. Zbieraniem herbaty (i wcześniej kawy) trudniły się przede wszystkim Tamilki sprowadzone przez Brytyjczyków po tym, jak Syngalezki odmówiły wykonywania tego zadania. Mimo upływu lat i zmiany sytuacji politycznej nadal to właśnie one są najliczniejszymi pracownicami plantacji. Od bladego świtu krążą wśród równo przyciętych krzewów, żeby zebrać nawet do 20 kg liści w ciągu dnia! Kobiety zrywają jedynie te najmłodsze, jasnozielone listki wraz z nierozwiniętym pączkiem, rosnące na szczycie herbacianego krzewu. Wymaga to nie tylko wiedzy, ale i cierpliwości, a także manualnej sprawności.

 

Specjalnie wyselekcjonowane liście poddawane są procesom suszenia, rolowania i fermentacji. Dopiero tak przygotowany susz trafia na aukcje, na których zaopatrują się w niego światowi producenci. Warto przy tym zaznaczyć, że zarówno herbatę czarną, jak i zieloną czy białą pozyskuje się z jednego typu herbacianego krzewu. Różni je jedynie to, co dzieje się z liśćmi po zerwaniu. W przypadku herbaty czarnej są one w pełni sfermentowane – najpierw więdną, potem zostają skręcone, ulegają fermentacji, a na koniec się je suszy. Liście herbaty zielonej poddaje się tylko minimalnemu utlenianiu, a później suszeniu i podgrzewaniu, co zapobiega rozpoczęciu się procesów fermentacyjnych, dzięki czemu produkt końcowy zachowuje zieloną barwę. Herbatę białą wytwarza się z nierozwiniętych młodych pączków pozostawianych do zwiędnięcia, a następnie suszonych.

 

Wzgórza pokryte przystrzyżonymi herbacianymi krzewami to jeden z najbardziej charakterystycznych, a także najpiękniejszych widoków na Cejlonie. Wspaniale prezentują się zarówno skąpane w południowym słońcu, jak i otulone poranną mgłą. Znajdują się m.in. w pobliżu miejscowości Nuwara Elija (Nuwara Eliya), Kandy, Haputale, Badulla, Bandarawela czy Dimbula, a podziwiać można je również z przebiegającej tu niezwykle widokowej trasy linii kolejowej. Przejażdżka pociągiem w tym malowniczym rejonie jest atrakcją, której podczas podróży po Sri Lance naprawdę nie wolno pominąć.

 

W trakcie wizyty na tutejszych plantacjach nie tylko nacieszymy oczy. Uświadomimy też sobie, jak długotrwały i pracochłonny proces przechodzi herbata, zanim trafi do naszych filiżanek w formie popularnego napoju.

 

Rajskie wybrzeże

 

Sun tanning at one of the many beautiful sandy beaches

Na Cejlonie jest mnóstwo słonecznych plaż idealnych na błogi wypoczynek

© SRI LANKA TOURISM PROMOTION BUREAU

 

Sri Lanka to wręcz wymarzone miejsce dla osób chcących odpocząć na słonecznym wybrzeżu. Wszak wyspę oblewają krystaliczne wody Oceanu Indyjskiego, a długa na 1340 km linia brzegowa usłana jest gęsto naturalnymi, skąpanymi w słońcu plażami. Pasy białego i złocistego piasku urozmaicają namorzynowe laguny, palmowe gaje, zaciszne zatoczki, urokliwe rybackie wioski i rafy koralowe. Lankijskie wybrzeże ma niejedno oblicze. Znajdują się na nim tętniące życiem kurorty, jak i miejsca niemal całkiem bezludne. Są tutaj plaże dla miłośników imprez i nocnego życia oraz takie dla osób lubiących czytać książki w hamaku. Luksusowe hotele zaspokajające oczekiwania bardzo wymagających klientów przeplatają się ze skromnymi domkami pozbawionymi cywilizacyjnych udogodnień. Odnajdą się tu turyści chcący aktywnie spędzić czas na surfowaniu czy nurkowaniu, a także ludzie szukający błogiego spokoju i ciszy, spragnieni obcowania z przyrodą. Warto zatem zrobić wcześniej rozeznanie, żeby wybrać plażę najbardziej odpowiadającą naszym wymaganiom.

 

Na południowo-zachodnim wybrzeżu można odwiedzić Galle. To założone na początku XVI stulecia przez Portugalczyków (w miejscu, gdzie istniał już port) i przebudowane później przez Holendrów miasto słynie z wąskich uliczek, kolonialnych willi, kilkusetletnich kościołów i fortu z XVII w. Jego centrum historyczne zostało wpisane w 1988 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO jako najlepszy przykład ufortyfikowanego ośrodka wzniesionego przez Europejczyków w Azji Południowej i Południowo-Wschodniej.

 

Niedaleko brzegów oceanu położony jest również Park Narodowy Yala, w którym można spotkać wiele gatunków zwierząt takich jak słonie, bawoły indyjskie (wodne), krokodyle błotne i różańcowe czy lamparty w ich naturalnym środowisku. To zresztą nie jedyne takie miejsce na wyspie. W celu obserwowania lokalnej fauny warto wybrać się też do parków narodowych Udawalawe lub Wilpattu.

 

Powierzchnia Sri Lanki wynosi tyle, ile mniej więcej jedna piąta terytorium Polski. Na tak niewielkim obszarze znajdują się wspaniałe góry, piękne plaże, ciekawe skarby kultury i architektury buddyjskiej, a także parki narodowe pełne egzotycznych roślin i zwierząt. Wszystko to sprawia, że po pierwszej wizycie na wyspie odwiedzający ją czują niedosyt, który skłania ich do planowania powrotu do tego niesamowitego zielonego zakątka świata.

 

Viva España i jej słoneczne plaże!

ELŻBIETA I ROBERT PAWEŁEK

 

Jeśli lubicie ciepłe morze, sjestę, owoce morza, wyśmienite wina i atmosferę pueblos blancos, czyli białych miasteczek, na letni urlop powinniście wybrać Hiszpanię . Znajdziecie tu wszystko: wspaniałe zabytki, parki wodne, akweny do nurkowania, kolorowe deptaki, nocne kluby i ciche zatoki. A czasem spotkacie też światowe gwiazdy z pierwszych stron gazet.  

Półwysep Iberyjski jako kierunek turystyczny cieszy się popularnością przez cały rok. Miejscowości nadmorskie przeżywają jednak prawdziwe oblężenie w miesiącach letnich. Szczególnie atrakcyjne są dla tych mieszkańców Europy, którzy po mroźnej zimie marzą o zmianie klimatu i krajobrazu, aby później w pełni sił wrócić do szarej codzienności.

Obfite deszcze w tych stronach to rzadkość. Letnie upały sięgają 40°C. Jeśli jednak nie boimy się wysokich temperatur, pokochamy hiszpańskie wybrzeże, bary z przekąskami zwanymi tapas i kluby, w których można posłuchać flamenco. Dla Hiszpanów synonimem najlepszego wypoczynku jest wyrażenie sol y playa, czyli słońce i plaża. Nic dziwnego, że ponad 3 tys. kilometrów hiszpańskiej linii brzegowej (nie licząc wysp) stało się niekończącą riwierą, wypełnioną amatorami pięknej opalenizny. Dzisiaj sąsiadują tu ze sobą prawdziwe centra turystyczne: tętniąca życiem Costa Blanca, słynna Costa Brava, Costa Dorada i Costa del Azahar, na południu zaś zalane słońcem Costa del Sol, Costa de la Luz, Costa de Almería i Costa Cálida w niewielkim regionie autonomicznym Murcja. 

Więcej…