ZUZANNA CHMIELEWSKA

www.zuinasia.com 

 

<< Malezyjczycy najczęściej porównują swój kraj do lokalnego specjału – owocowo-warzywnej sałatki „rojak”. Są w niej wszystkie możliwe smaki, dodaje się tofu, ananasa, mango, ale też grillowane kalmary, surowego ogórka i pikantny, aromatyczny sos na bazie orzeszków, wyciągu z tamaryndowca i chili. Jest słodko, wytrawnie, ostro i kwaśno, miękko i chrupiąco. W Malezji jak w sałatce mieszają się różne wpływy kulturowe, języki i religie, a jednak wszystko tworzy przepyszną całość. >>

 

Kiedy przenosiłam się do tego kraju w 2012 r., tak naprawdę niewiele wiedziałam na jego temat. Kojarzyłam Petronas Towers w Kuala Lumpur, które zapadły mi w pamięć po obejrzeniu amerykańskiego filmu Osaczeni z Seanem Connerym i Catherine Zetą-Jones w rolach głównych. Pomiędzy tymi dwoma ogromnymi, spiczastymi wieżami o wysokości 451,9 m rozgrywa się wspaniała scena akcji. Zdawałam też sobie oczywiście sprawę, że większość Malezyjczyków to muzułmanie (ponad 61 proc. obywateli tej federacyjnej monarchii konstytucyjnej). Leciałam więc do Kuala Lumpur z niewielką wiedzą, ale z ogromną ochotą, żeby zobaczyć Malezję i zrozumieć ją najlepiej, jak tylko mogę. 

 

Gdy po wyjściu z lotniska buchnęło mi w twarz gorące, lepkie, tropikalne powietrze, wiedziałam, że znalazłam się w jednym z najciekawszych krajów, jakie kiedykolwiek widziałam. Sprzyjająca pogoda przez cały rok, mnóstwo zieleni (nawet w dużych miastach!) i niesamowita kuchnia – to wszystko sprawia, że chce się tu wracać jak najczęściej. 

 

KUALA LUMPUR

To właśnie w stolicy, czyli Kuala Lumpur, większość turystów z Europy zaczyna swoją malezyjską przygodę. Dwa pobliskie międzynarodowe lotniska (Kuala Lumpur International Airport – KLIA, Sultan Abdul Aziz Shah Airport) łączą miasto praktycznie z całym światem. Poza tym właśnie tutaj swój hub mają azjatyckie tanie linie lotnicze AirAsia. Do Tajlandii, Singapuru czy Laosu dolecimy stąd za kilkanaście złotych. Często pojawiają się promocje Free Seats – na cenę biletu składają się wtedy wyłącznie opłaty lotniskowe i podatek. Jeśli więc planujemy większą wyprawę, powinniśmy sprawdzić, ile zaoszczędzimy, jeżeli przesiądziemy się w rejonie stolicy Malezji.

 

Uważam, że Kuala Lumpur najbardziej docenią osoby podróżujące do Azji po raz pierwszy w życiu. Po mniej więcej dwóch dniach pobytu i przechadzce do najważniejszych punktów miasta możemy już wyczuć, czy następnym razem odwiedzimy raczej Chiny, Indie czy Indonezję, czy też ten kontynent to zupełnie nie nasza bajka (zdarza się to niezmiernie rzadko, ale bywa i tak). 

 

W Chinatown (okolice ulicy Petaling i stacji LRT/MRT Pasar Seni) zjemy przepyszne danie z makaronem wantan mee (makaron wonton) i napijemy się ziołowej herbaty w autentycznej chińskiej herbaciarni, w której napary serwują starsze kobiety udzielające jednocześnie rad dotyczących zdrowia, opartych na tradycyjnej chińskiej medycynie. Nos łatwo doprowadzi nas do świątyni Guan Di, poświęconej bogu wojny i literatury – palą się w niej setki kadzidełek, a pachnący dym unosi się z wielkiego pieca stojącego w centrum wewnętrznego dziedzińca. Na ulicy nieustanne nawoływania sprzedawców zachęcających do kupna podróbek torebek Chanel czy zegarków Rolexa sprawiają, że ma się ochotę zatkać uszy. Chińczycy, którzy przybywali w te strony masowo w XIX w. zwabieni możliwością pracy w kopalniach cyny i na plantacjach kauczukowców, stanowią obecnie ponad 23 proc. populacji Malezji. Tworzą drugą największą na świecie chińską społeczność mieszkającą poza ojczyzną (zaraz po Tajlandii), dlatego można tu naprawdę poczuć atmosferę Wschodu. 

 

Chińską potrawą, której warto spróbować w Kuala Lumpur, jest Hokkien mee (makaron w stylu Hokkien – z prowincji Fujian). Występuje ona w wielu wariantach typowych dla różnych regionów kraju, jednak to wersja ze stolicy (przepis ma już ponad 90 lat) budzi największe zainteresowanie. Długi i gruby makaron, symbolizujący długie życie, przybiera w tym daniu prawie czarną barwę, a to za sprawą ciężkiego sosu opartego na słodkim sosie sojowym i najlepszym przyjacielu kubków smakowych – smalcu! Do tego do woka dorzuca się owoce morza, takie jak krewetki i kalmary, nieco zieleniny i voilà! Uliczni kucharze potrafią idealnie kontrolować temperaturę patelni i stworzyć dzięki temu niesamowity dymny i lekko słodki smak Hokkien mee. 

 

Zaledwie jakieś 3 km dalej rozciąga się prawdziwa wioska w mieście, czyli Kampung Baru (stacja LRT Kampung Baru). Świątynie buddyjskie ustępują w tym rejonie miejsca meczetom, na ulicznych stoiskach z herbatą serwuje się teh tarik – malezyjską czarną herbatę z mlekiem skondensowanym, a zatłoczone bazary zdobią setki kolorowych chust na głowach muzułmanek. Nie zobaczymy tutaj kobiet ubranych od stóp do głów na czarno (to zwyczaj arabski). Malezyjki preferują kwiatowe wzory, błyszczące cekiny i kryształki na ubraniach. Często noszą baju kurung – klasyczny lokalny zestaw składający się z długiej tuniki z długą spódnicą, ale też dla wygody łączą po prostu kolorowe bluzki z dżinsami. Mężczyźni, zwłaszcza jeśli akurat wybierają się do meczetu na piątkowe modlitwy, zakładają baju Melayu – satynową koszulę z długim rękawem i spodnie uszyte z tego samego materiału. Głowę przykrywają czarną, obłą czapką ze sztywnego materiału, znaną pod nazwą songkok. Ulice mienią się więc tysiącami kolorów, a wśród tego morza ludzi biegają także kurczaki i koty – w końcu to miejska wioska! Warto dodać kilka słów na temat bezpieczeństwa. Kampung Baru (jak i cała Malezja) jest całkowicie bezpiecznym miejscem dla turystów, w tym również samotnie podróżujących kobiet. Nie spotkamy się tu z zaczepkami, nawoływaniami czy robieniem zdjęć z ukrycia. Malezyjczycy przyzwyczaili się do funkcjonowania w wielokulturowym społeczeństwie. Poza tym traktują kobiety z niesamowitym szacunkiem, bez względu na ich wyznanie czy kolor skóry. Można więc spokojnie zwiedzać muzułmańskie dzielnice, trzeba tylko uważać na kieszonkowców, których nie brakuje w turystycznych regionach.

 

Z pewnością warto w takich rejonach zjeść satay (sate) – szaszłyki z kurczaka lub wołowiny podawane z sosem orzechowym. Długie, wąskie grille przeznaczone do ich pieczenia znajdziemy bez trudu, bo unoszący się nad nimi lekko słodkawy, przydymiony zapach czuć z daleka. Mistrz ceremonii dokłada coraz to nowe patyczki z mięsem, porusza węglem, aby wydobyć odpowiedni żar i co kilka minut smaruje szaszłyki słodką marynatą z miodu, trawy cytrynowej i limonki, a jego pomocnik miesza w ogromnym kotle z orzechowym sosem. Przygotowanie satay to sztuka sama w sobie, a w całej Malezji od dziesiątek lat tysiące kucharzy rywalizują ze sobą o miano najlepszego w tym fachu.

 

Trzecią największą społeczność w kraju stanowią Hindusi (ok. 7 proc. populacji), skupieni w Kuala Lumpur w okolicach jednego z najstarszych meczetów w mieście (powstałego w 1909 r.) – Masjid Jamek – oraz obszaru Brickfields (przy dworcu KL Sentral). Przybysze z Indii licznie napływali do Malezji w czasach brytyjskiej kolonizacji, w XVIII i XIX stuleciu. Większość z nich pochodziło z południowych stanów Tamilnadu i Kerala. Malezyjscy Hindusi uwielbiają jaskrawe kolory i ostre jedzenie. Widać to zwłaszcza w okolicach Brickfields – na drodze wymalowane są tutaj kwiaty, a wzdłuż jezdni ciągną się dekoracyjne, różowe, gipsowe łuki. Odwiedzający najczęściej zachwycają się wystawami jubilerskimi z ogromnymi, złotymi naszyjnikami, a także sklepikami z bransoletkami, gdzie różnobarwne ozdoby zajmują całe metry kwadratowe powierzchni. W powietrzu unosi się zapach marynowanego, pikantnego kurczaka pieczonego w glinianym piecu tandoor, sklep z pirackimi filmami bollywoodzkimi gra głośno muzykę indyjską, a za rogiem swoje królestwo mają kwiaciarze tworzący prawdziwe cuda z kwiatów jaśminu i storczyków. Mieszkałam przez pewien czas w Indiach i moim zdaniem w Malezji zobaczycie nieco uproszczoną i wygładzoną ich wersję. Nie ma tu krów na ulicach i brudu, nikt też nie zaczepia turystów, jednak potrawy, ceremonie w świątyniach czy obchody Diwali (hinduistycznego święta światła) wyglądają tak samo jak w Delhi albo Mumbaju (Bombaju).

 

Daniem, które zawsze przenosi mnie we wspomnieniach do moich wakacji w stanie Kerala, jest banana leaf rice. To swoisty ryżowy bufet i zwykle po jego zjedzeniu człowiek czuje się zrelaksowany i... senny. W ten sposób dają o sobie znać spożyte węglowodany. Potrawę serwują kelnerzy, którzy po kolei przynoszą: wielki liść bananowca (służący za talerz), gorący, parujący ryż, zestaw trzech różnych dodatków warzywnych (smażone kalafiory z kurkumą, sałatkę z buraków na ciepło, szpinak na ostro itp.), a na końcu kilka sosów curry do wyboru (z kraba, kurczaka, ryby lub warzyw). Liść bananowca nie tylko dodaje daniu aromatu (powstaje on w kontakcie z ciepłym jedzeniem), lecz także służy jako rodzaj ankiety – jeśli gościowi smakowało, po posiłku zawija liść w kierunku do siebie, a jeżeli nie był zadowolony, zwija go od siebie. Aby wczuć się w lokalną atmosferę, warto spróbować zjeść banana leaf rice rękoma, bez użycia sztućców. Malezyjczycy twierdzą, że potrawa smakuje wtedy lepiej.

 Widok z tarasu Menara Kuala Lumpur (KL Tower), wieży telewizyjnej o wysokości 421 m

© MalaysiaTourisMProMoTionBoard

 

 © MalaysiaTourisMProMoTionBoard

CAMERON HIGHLANDS

Jednak Malezja to nie tylko miasta. Uwagę zwraca w niej przede wszystkim natura: rajskie wyspy z piaszczystymi plażami, otoczone kolorowymi rafami koralowymi, jedne z najstarszych lasów tropikalnych na świecie czy też formacje skalne i jaskinie w Parku Narodowym Gunung Mulu na Borneo. Zaledwie po 3 godz. jazdy samochodem z Kuala Lumpur dotrzemy do Cameron Highlands, wciąż żywego skansenu brytyjskiej kolonizacji, gdzie na przekąskę podawane są klasyczne ciastka scones i herbata, a za rzędem domów i hoteli rozpościerają się bezkresne, zielone pola krzewów herbacianych. Malezyjczycy przyjeżdżają tutaj, żeby odpocząć od upałów. Na obszarze dystryktu temperatury powietrza utrzymują się w okolicach 20°C, dzięki czemu można w nim odetchnąć pełną piersią. Kilkugodzinny spacer jednym ze szlaków turystycznych pozwala odkryć prawdziwe piękno tego miejsca. Oprócz pól herbaty rozciąga się tu także las tropikalny, w którym rośnie m.in. raflezja Arnolda (bukietnica Arnolda). To roślina z największym kwiatem na świecie. Charakteryzuje się on dość nieprzyjemną wonią, opisywaną zwykle jako zapach zepsutego mięsa. Tutejszy Mszysty Las (Mossy Forest) istnieje już od tysięcy lat, a jego położenie sprawia, że zawsze wypełnia go gęsta, chłodna mgła. Wygląda jak przerażający las czarownicy z bajek i legend. Podczas wycieczki z lokalnym przewodnikiem wypatrzymy jego ukryte skarby, np. dziko rosnące cynamonowce, eukaliptusy czy mięsożerne dzbaneczniki. 

 

Okolice Cameron Highlands są wyjątkowe również pod innym względem. Dzięki chłodniejszemu klimatowi to jedyne miejsce w Malezji, gdzie można uprawiać tak egzotyczne dla tego regionu świata rośliny jak pomidory, cukinie czy kukurydza. Wieczorami zarówno turyści, jak i miejscowi chętnie posilają się bardzo integrującym daniem o nazwie steamboat. To zupa w rodzaju zrób to sam. Przy dużych, okrągłych stołach siedzą grupy 4–10 osób i dorzucają do wspólnego garnka rozmaite składniki: świeże warzywa, owoce morza, mięso i makaron. W rejonie Cameron Highlands zupa jest dodatkowo podgrzewana za pomocą komina wypełnionego węglem, ustawionego w środku naczynia. Wszystko gotuje się razem jakiś czas, a potem każdy uczestnik biesiady wyławia swoją łyżką wybrane kąski. Danie nabiera powoli aromatu wszystkich składników i uzyskuje oryginalny smak, a uczestnicy ogrzewają się gorącymi oparami z garnka (w nocy bywa tu dość chłodno). 

Raflezja Arnolda w Parku Narodowym Gunung Gading

 

© MalaysiaTourisMProMoTionBoar

WYSPY PERHENTIAN

Dla wielbicieli nieco wyższych temperatur i rajskich widoków idealnym rejonem będzie wschodnie wybrzeże Półwyspu Malajskiego. Każda z setek tutejszych wysepek ma własny charakter i przyciąga innych gości. Perhentian Kecil (z malajskiego Mały Przystanek), znana z nieoficjalnie najpiękniejszych raf koralowych w okolicy, przypadnie do gustu miłośnikom podwodnych przygód, backpackerom i hippisom. W ciągu dnia można tu zrobić certyfikat nurka (to jedno z miejsc oferujących najtańsze kursy nurkowe w całej Azji!) i podziwiać ogromne żółwie, rekiny i barwne koralowce lub po prostu wygrzewać się w hamaku pod kołyszącymi się palmami. 

 

Podczas moich wizyt na Perhentian Kecil zachwyciłam się wszechobecnymi waranami – wielkimi jaszczurkami spokrewnionymi ze słynnymi smokami z Komodo. Te nieco przerażające stworzenia przyzwyczaiły się do obecności ludzi do tego stopnia, że gdy wychodziłam z mojej chatki na palach, znajdowałam jedno z nich odpoczywające pod podłogą mojej sypialni. Wieczory na wyspie można spędzić w plażowym kinie pod gołym niebem, popijając drinka, aby potem wziąć udział w imprezie na plaży z ludźmi z całego świata. Na Perhentian Kecil nie ma brukowanych dróg czy samochodów, jest piaszczyste wybrzeże i porośnięte gęstym, tropikalnym lasem wnętrze. W wielu hotelach prąd wytwarzają stare generatory, które uruchamia się tylko wieczorem i w nocy. Dlatego odwiedzający wyspę zamiast wpatrywać się w ekrany swoich telefonów mogą oddać się błogiemu relaksowi. Na leżącej nieopodal Perhentian Besar, większej siostrze Perhentian Kecil, stworzono bardziej komfortowe warunki np. dla rodzin z dziećmi. Działają na niej duże, eleganckie resorty z własnymi restauracjami i basenami, a prywatne łodzie dowożą gości z wybrzeża Półwyspu Malajskiego. 

 

Klasyczną pozycją w menu podczas wyspiarskiej kolacji są potrawy z grillowanych kalmarów, krewetek tygrysich lub całych ryb (najczęściej lucjana bądź groupera). Owoce morza smaruje się ostrym sosem sambal i zawija w liść bananowca, a następnie grilluje na węglach. Dzięki temu zachowują soczystość, a mięso nie robi się gumiaste. Sos z chili pobudza z kolei kubki smakowe. 

© MalaysiaTourisMProMoTionBoard

 

PENANG

W Malezji nie sposób nie spędzić choć jednego dnia w stanie Penang (obejmującym wyspę w Cieśninie Malakka o tej samej nazwie i pas wybrzeża na Półwyspie Malajskim), a zwłaszcza jego stolicy – George Town. W 2008 r. to historyczne miasto (razem z Melaką, Malakką) wpisano na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Na Wyspie Gałki Muszkatołowej, jak kiedyś nazywano Penang, spotykały się szlaki, którymi podążali handlarze przypraw. W drugiej połowie XVIII w. swoje zwyczaje przywieźli tutaj ze sobą Brytyjczycy. Do dziś wyspa pozostaje kalejdoskopem kultur. Najbardziej widoczne są wpływy społeczności chińskiej, w tym Peranakanów (potomków chińskich imigrantów). 

 

George Town najlepiej zwiedzać pieszo. Jest w nim co prawda upalnie (bliskość morza potęguje wrażenie gorąca), ale najciekawsze atrakcje można znaleźć właśnie podczas spaceru wśród starych chińskich domów i murali pojawiających się na zabytkowych murach od 2012 r. Najsłynniejsze malowidła zostały stworzone przez litewskiego artystę Ernesta Zacha Zacharevica. Przedstawiają realistycznie odtworzone życie mieszkańców wyspy, zwłaszcza dzieci (Dziewczynka skacząca przez skakankę czy Chłopiec na krześle). Te niesamowite dzieła sztuki włączają w swoją kompozycję nie tylko powierzchnię ścian, ale też przedmioty codziennego użytku takie jak drabina czy motocykl (chyba najbardziej znane są Chłopiec na motocyklu i Dzieci na rowerze). Urząd miasta wydał świetne mapki z informacjami o muralach i ich lokalizacją. Materiały te udostępniono bezpłatnie w hotelach, hostelach i restauracjach w George Town. 

 

Penang można zwiedzać tygodniami. Czego tu nie ma: od pływających na wodzie wiosek rybackich (tzw. jetties) zamieszkanych przez klany chińskie, przez świątynie węży, które wciąż w nich mieszkają i grzecznie śpią przy ołtarzu, po niespodziewane uliczne przedstawienia chińskiej opery czy wieczorne chińskie karaoke. Ta ostatnia rozrywka cieszy się popularnością wśród starszych mieszkańców – wystawiają telewizor i krzesła przed dom, zapraszają sąsiadów i rozpoczynają śpiewającą imprezę.

 

Wyjątkowe miejsce w moim sercu zajmuje jednak Kek Lok Si w Air Itam (Ayer Itam), przedmieściu George Town. To największa świątynia buddyjska w Malezji, zbudowana na wzgórzu, na kilku poziomach. Samo dotarcie do niej jest ciekawym doświadczeniem. Wchodzi się po dziesiątkach schodków, a z każdej strony sprzedawcy oferują T-shirty, przyprawy i dewocjonalia wszystkich religii świata – to jeden wielki jarmark. Po drodze mija się ogromny staw z żółwiami, które można na szczęście dokarmić warzywami. Zaraz za nim rozciąga się już ogród świątynny z kilkoma poziomami wypełnionymi roślinami, pagodami i małymi kapliczkami. W jednej z pagód (Pagoda Ban Po Thar) znajduje się ok. 10 tys. posągów Buddy, a w całym kompleksie są setki wizerunków bogów taoistycznych. Drogę na sam szczyt pokonać można kolejką szynowo-linową, która zabiera wiernych i turystów na taras widokowy, a także przed ogromną, 30-metrową statuę bogini miłosierdzia Guanyin. W okolicznych kapliczkach zawiążemy wstążkę na drzewku szczęścia, dowiemy się, czym charakteryzuje się nasz chiński znak zodiaku, czy wywróżymy sobie przyszłość przy pomocy drewnianych patyczków. 

 

W świątyni da się spokojnie spędzić pół dnia, ale po męczącym zwiedzaniu przydałoby się wrzucić coś na ząb. Całe szczęście 100 m dalej, na rogu ulicy funkcjonuje legendarne stoisko uliczne, czyli Penang Air Itam Laksa. Kilkoro kucharzy z wieloma latami praktyki (widać to po ich ruchach w kuchni!) w przeciągu kilku sekund tworzy danie, które określa, czym smakuje Penang. Laksa, gęsta, aromatyczna zupa na bazie rybnego wywaru, z kawałkami makreli i świeżego ananasa, liśćmi mięty, grubym makaronem ryżowym i ostrym chili, to potrawa, po której człowiek się poci, czasem przeklina (bo pali go język), ale i tak potem wraca po kolejną jej miskę. Stanowi swoisty odpowiednik żurku – w każdym rejonie kraju przygotowuje się to danie nieco inaczej, choć baza jest podobna. Czasem przyrządza się je z rybnego wywaru, czasem bardziej smakuje przyprawami, np. curry, a w stanie Sarawak położonym w północno-zachodniej części wyspy Borneo przybiera postać delikatnej kokosowej zupy z mnóstwem krewetek. 

 

Jednak Penang to nie tylko laksa. Znajdziemy tu także mnóstwo specjałów kuchni ulicznej, które choć powszechne w całej Malezji, w tym regionie smakują jakoś lepiej. Malezyjczycy tłumaczą ten fenomen na kilka sposobów. Według najpopularniejszej z hipotez tutejsza woda ma lekko słodkawy aromat, co pomaga podkręcić smak potraw. Inni twierdzą po prostu, że… w Penang mieszkają najwybitniejsi mistrzowie woka w kraju. Które z wyjaśnień jest prawdziwe, nie wiadomo, ale z pewnością podczas wycieczki po tym stanie nie sposób poczuć głodu. Nawet jeśli właśnie zjedliśmy obiad, od razu damy się skusić ulicznemu sprzedawcy ice lollies. Przygotowuje się je ze skrobanego lodu nałożonego ręcznie na patyk i uformowanego w kulę, którą polewa się potem wybranym przez klienta syropem smakowym. Mrożona woda z syropem na patyku – tak proste, a tak pyszne! Dla odważnych są też oczywiście lody o smaku króla owoców – durianu. Warto również zwrócić uwagę na cendol, czyli deser lodowy z mlekiem kokosowym, zielonymi galaretkami o smaku liści pandanu, polany syropem z cukru palmowego. 

 

ŚWIĄTECZNE UCZTY

Ze względu na kulturową różnorodność w Malezji praktycznie co miesiąc coś się świętuje. Można wziąć udział w paradzie posągów Buddy z okazji święta Wesak, obfotografować dość krwawe rytuały podczas Thaipusam w jaskiniach Batu (pielgrzymi przebijają sobie ciała hakami i igłami i tak maszerują do świątyni) lub zostać zaproszonym na rodzinne obchody muzułmańskiego święta Hari Raya Aidilfitri i zajadać się potrawami domowej kuchni malajskiej, gdy wokół biegają dzieci i koty. Chiński Nowy Rok z kolei to cały tydzień fajerwerków. W tym czasie organizuje się uliczne tańce lwa czy podrzuca w powietrze sałatkę yee sang (yusheng), a wszystko zdobią czerwono-złote dekoracje.

 

W stanie Sarawak na Borneo obchodzi się lokalne dożynki, czyli Gawai Dayak. Leje się wtedy sporo miejscowego wina ryżowego (tuak). Według zwyczaju przed wypiciem trzeba rozlać kilka kropel na ziemię z szacunku dla zmarłych i bogów. Na wyspie odbywają się też widowiskowe aborygeńskie konkursy piękności i tańca.

 

Na zakończenie ramadanu tłumy mieszkańców z całego kraju przyjeżdżają do Kuala Lumpur na największą imprezę gastronomiczną roku, czyli piknik organizowany w oficjalnej rezydencji premiera (Seri Perdana w sąsiednim mieście Putrajaya). Jej ogrody wypełniają dziesiątki stoisk z daniami z różnych regionów Malezji. Wszyscy są tu mile widziani, również turyści. Po zaspokojeniu apetytu można ustawić się w kolejce do uściskania dłoni szefowi rządu (urzędujący obecnie Mahathir bin Mohamad po objęciu stanowiska w maju 2018 r. stał się najstarszym premierem na świecie – ma 93 lata). 

 

Malezyjczycy twierdzą, że najważniejsze rzeczy w życiu to Bóg, rodzina i jedzenie, dokładnie w tej kolejności. Malezja jest krainą wspaniałej pogody, niesamowitych plaż i szczerze uśmiechniętych ludzi. Stanowi jeden z tych zamieszkanych głównie przez muzułmanów krajów, które mogą służyć za wzór wypracowanej przez lata równowagi kulturowej i religijnej. Coś dla siebie znajdzie tutaj każdy podróżnik, może poza osobami będącymi na diecie. W Malezji trzeba po prostu zapomnieć o liczeniu kalorii i cieszyć się najpyszniejszym jedzeniem w Azji. 

 

Artykuły wybrane losowo

Zaproszenie na Kaukaz – do Gruzji i Armenii

 

Tamar Gelashvili-Dąbrowska

Krzysztof Dąbrowski

www.kaukaz.pl

 

<< Gruzja i Armenia to chrześcijańskie wyspy zanurzone w kaukaskiej mozaice narodów i kultur. Leżą na pograniczu kontynentów kształtowanym przez ścieranie się sił przyrody i rywalizujących ze sobą cywilizacji. Efektem tych odwiecznych zmagań jest rzadko spotykana różnorodność krajobrazów oraz duże bogactwo tradycji na stosunkowo niewielkim obszarze, który odpowiada 1/3 terytorium Polski. Zobaczymy tu subtropikalne lasy pełne lian, przejedziemy przez surowe płaskowyże wulkaniczne, a także doświadczymy chłodu bijącego od wiecznych lodowców. Poza tym możemy przeczesać labirynty miast wykutych w skale, zwiedzić imponujące katedry o tysiącletniej historii i zrelaksować się w starożytnych łaźniach, a to wszystko urozmaicić sobie zgłębianiem tajników sztuki winiarskiej, degustacją przysmaków przepysznej kuchni kaukaskiej oraz zabawą w ekskluzywnych klubach muzycznych. >>

Więcej…

Hamburg – metropolia na wodzie

 

Magdalena Ciach-Baklarz


W tej charyzmatycznej i gwarnej metropolii z przepięknymi jeziorami położonymi w samym jej sercu działa prężnie olbrzymi port zapewniający jej bogactwo. Hamburg zawsze był i do dziś jest wolnym miastem, tak kulturowo, jak i obyczajowo i politycznie. To tu żyją najszczęśliwsi mieszkańcy Niemiec, choć z drugiej strony to podobno najmniej niemiecki ośrodek w kraju.Warto sprawdzić, jak dziś wygląda dawne centrum handlu należące do Hanzy.

Więcej…

W ciepłym toskańskim słońcu

BEATA GARNCARSKA

<< Dzisiejsza Toskania – jedno z najpiękniejszych krajobrazowo miejsc we Włoszech, gdzie zagęszczenie zabytków na 1 km² przekracza wszelkie normy światowe, nazywana była niegdyś Etrurią bądź Tuscią. Od północy graniczy ona z Ligurią i Emilią-Romanią, od wschodu – z zieloną Umbrią i Marche, na południu – z majestatycznym Lacjum z Rzymem, a zachodnie jej krańce oblewają wody Morza Tyrreńskiego. Poza tym należą do niej także Wyspy Toskańskie, m.in. Elba, Giglio, Capraia, Montecristo czy Gorgona. >>

Więcej…