Marcin Wesołowski

www.wesolowski.co 

« Gdy samolot zbliża się do Sir Seewoosagur Ramgoolam International Airport, jedynego międzynarodowego lotniska na Mauritiusie leżącym na Oceanie Indyjskim, oczom pasażerów ukazuje się coś, co wielu określiłoby mianem raju na ziemi. Ten mały kraj stanowi część Afryki, choć od jej kontynentalnych wybrzeży dzieli go ok. 2 tys. km. Najbliżej stąd do francuskiego Reunionu. »

 

To kraina wspaniałych plaż, lazurowej wody, pięknych gór i szczęśliwych ludzi. Mauritius jest wielokulturowy i kolorowy. Wiele można powiedzieć na jego temat, ale co do jednego nie sposób mieć wątpliwości – warto go odwiedzić, aby spędzić tu idealne wakacje.

Przez setki lat wyspa Mauritius, położona daleko od rozwijającego się kolonialnego świata, pozostawała ziemią nietkniętą ręką człowieka. Była schronieniem dla nielotnych ptaków dodo (wymarłych ok. 1662 r.) i gigantycznych żółwi lądowych z rodzaju Cylindraspis żyjących czasami ponad 200 lat. Pierwsi przybysze docierali do niej powoli i jakby nieśmiało. 

 

NA PERYFERIACH

Przytoczenie skróconej historii kraju pomoże go lepiej poznać. Pierwsi osadnicy pojawili się na wyspie Mauritius w początkach XVI w., gdy przez kilka kolejnych lat zatrzymywali się na niej portugalscy żeglarze przemierzający oceany w poszukiwaniu nowych lądów. Stulecie XVII upłynęło pod znakiem rządów Holendrów, którzy szybko zużywali miejscowe naturalne bogactwa, w skutek czego przyczynili się do wyginięcia wspomnianego endemicznego dodo, do dziś pozostającego jednym z symboli republiki. Sprowadzili oni tu jednak trzcinę cukrową. Jej uprawa odgrywa współcześnie ważną rolę w gospodarce kraju. Holendrzy nadali też temu miejscu nazwę od imienia księcia Mauritsa van Nassau (Maurycego Orańskiego, 1567–1625). Obecnie to jedno z 25 państw na świecie nazwanych na cześć jakiejś osoby. 

W stuleciu XVIII kolonią zarządzali Francuzi, a w XIX i przez większość XX w. Mauritius znajdował się w rękach Brytyjczyków. To właśnie wpływy francuskie i brytyjskie są najlepiej widoczne na wyspie. Współczesny kraj ogłosił niepodległość w marcu 1968 r. Oprócz wyspy Mauritius w granicach republiki leżą również wyspy: Rodrigues, Cargados Carajos (Saint Brandon) i Agalega.

Jak widać, Mauritius wciąż przechodził z rąk do rąk. Poza tym sprowadzano tu także niewolników z Afryki. Po zniesieniu niewolnictwa w latach 30. XIX stulecia Brytyjczycy przywozili ze sobą służbę z subkontynentu indyjskiego. Wszystko to sprawiło, że dziś Mauritius charakteryzuje się niesamowitą mozaiką języków, obyczajów i kultur. Jego mieszkańcy żyją ze sobą w zgodzie. W kraju, którego populacja liczy blisko 1,3 mln ludzi, mówi się głównie trzema językami: lokalnym kreolskim (morisien, maurytyjskim), angielskim i francuskim. Spotkamy w nim wyznawców wszystkich największych religii świata (hinduizmu, chrześcijaństwa, islamu i buddyzmu). Sama wyspa Mauritius ma powierzchnię ok. 1,9 tys. km2. Od czasu uzyskania niepodległości w 1968 r. w republice nie doszło do żadnego powstania, przewrotu ani puczu wojskowego.

 

MAURYTYJSKIE CUDA

Nieziemsko piękna natura to jeden z głównych powodów, dla których coraz więcej podróżnych dociera na wulkaniczny Mauritius otoczony długim pasem piaszczystych plaż. Do wspanialszych skarbów wyspy należy majestatyczne drzewo zwane płomieniem Afryki, rozkwitające tutaj jedynie w okresie Bożego Narodzenia. Wianowłostka królewska, bo taką ma nazwę systematyczną, naturalnie występuje w lasach położonego nieopodal Madagaskaru. Na Mauritiusie natrafimy na nią w wielu miejscach. Jednak roślinę, która w dużej mierze wpłynęła na wygląd wyspy, stanowi wspomniana już, soczyście zielona trzcina cukrowa.

Afrykę można odkryć w głębi lądu. Kto wybierze się do dystryktu Rivière Noire (inaczej Black River; w południowo-zachodniej części Mauritiusu), trafi m.in. na uprawy kawy. Nieopodal wioski Chamarel znajduje się też jedno z wielu miejsc, w których produkuje się lokalny niezwykle lekki, biały rum. Bujna roślinność wyspy mogła się rozwinąć dzięki specyficznemu mikroklimatowi regionu. On również sprzyja wysokiej wydajności upraw. W grudniu na plaży wczasowicze cieszą się pełnią lata, lazurową wodą Oceanu Indyjskiego i boskim błękitnym niebem. W tym samym czasie kilkanaście kilometrów dalej, wewnątrz Mauritiusu, pada lekki, tropikalny deszcz, który nawadnia wybujałą florę. 

Wspomniana destylarnia to Rhumerie de Chamarel. Można w niej poznać wyjątkową historię kraju i spróbować jednego z jego największych skarbów – maurytyjskiego białego rumu należącego do najlepszych na świecie. Także w tej okolicy kryje się inna interesująca atrakcja, czyli geologiczna formacja Ziemia Siedmiu Kolorów (Seven Coloured Earth, Terre des Sept Couleurs). Powstała ona w wyniku osadzania się na skale wulkanicznej piasków o różnej barwie. Co ciekawe, mimo ulewnych deszczy kolorowe warstwy nie spływają i nie mieszają się ze sobą. 

Poza tym w centrum wyspy, z dala od rajskich plaż, znajduje się świątynia wybudowana ku czci hinduistycznego boga Śiwy. Wzniesiono ją nad jeziorem Grand Bassin (Ganga Talao), które powstało w wygasłym kraterze wulkanicznym. Z położonego w pobliżu świątyni szczytu roztacza się wspaniały widok na Mauritius i jego linię brzegową. Jednak w tej okolicy najbardziej dominującym elementem jest ogromny, 33-metrowy posąg Śiwy (Mangal Mahadev). Podczas święta Mahaśiwaratri (wypadającego pod koniec lutego lub na początku marca) wyznawcy hinduizmu, którzy stanowią niemal połowę populacji wyspy, pielgrzymują licznie do tego miejsca. Zamienia się ono wtedy w niesamowicie kolorową krainę, a zewsząd słychać szmer modlitw.

Mauritius to jednak przede wszystkim piękne plaże i cudowne widoki na ocean. Dystrykt Rivière Noire znajduje się na południowy zachód od ponad 150-tysięcznej stolicy kraju, Port Louis. Od tego regionu właśnie można rozpocząć podróż dookoła wyspy w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara. Warto zatrzymać się w miejscowości Flic en Flac i wypożyczoną motorówką wybrać się z doświadczonym specjalistą od nurkowania z delfinami w głąb tutejszej zatoki. Ci, którzy wynajęli łodzie na dłużej, płyną po lazurowych wodach oceanu w kierunku Île aux Bénitiers, niewielkiej, bezludnej wysepki położonej tuż przy południowo-zachodnich brzegach Mauritiusu. To z niej rozciąga się wspaniały widok na słynną bazaltową górę na półwyspie Le Morne Brabant. Półwysep ten jest jedną z najbardziej luksusowych części wyspy, wypełniają go ekskluzywne hotele i pola golfowe. Właśnie na nim wiele zakochanych par z Europy i Stanów Zjednoczonych postanawia przyrzec sobie wieczną miłość. Z racji prostych przepisów i przyjaznego podejścia do gości z zagranicy Mauritius stał się miejscem niezmiernie popularnym wśród osób, które wolą zorganizować kameralną ceremonię ślubną w egzotycznej okolicy niż ogromne przyjęcie w swoim kraju.

Tutejsza charakterystyczna góra Le Morne Brabant (556 m n.p.m.) uchodzi za symbol związany z historią wyspy. Według legendy na początku XIX w. półwysep stał się schronieniem dla uciekających niewolników. W dniu zniesienia niewolnictwa na Mauritiusie, 1 lutego 1835 r., wysłano tu grupę funkcjonariuszy policji, którzy mieli poinformować ukrywających się, że zostali wyzwoleni. Jednak niewolnicy źle zinterpretowali widok sił policyjnych u podnóża góry. Ponieważ obawiali się schwytania, wspięli się na szczyt, a następnie skoczyli z niego w akcie samobójstwa. Od 1987 r. 1 lutego miejscowi świętują zniesienie niewolnictwa. Choć nie ma żadnych dowodów na potwierdzenie tej historii, pozostaje ona żywa. Góra Le Morne Brabant symbolizuje tragiczny los niewolników, którzy nie widzieli wyjścia ze swojej dramatycznej sytuacji. 

Podążający dalej drogą lądową wzdłuż południowego wybrzeża wyspy powinni odwiedzić Gris Gris, jej najbardziej na południe wysunięty kraniec. W tej części kraju zobaczymy zupełnie inny ocean – otwarte przestrzenie, odsłonięte brzegi bez lagun. Okolica stanowi istny raj dla tych, którzy uprawiają kitesurfing, a także… rekinów, od czasu do czasu pojawiających się w pobliżu. 

Mauritius słynie nie tylko z bajecznych widoków, ale również z trzciny cukrowej i wytwarzanego z niej rumu. Dlatego w trakcie jego zwiedzania nie można pominąć wizyty w istniejącej od 1819 r. fabryce rumu w Saint Aubin (Rhumerie de Saint Aubin). Pięknie utrzymany kolonialny dom (należący do przybyłej z Francji rodziny Guimbeau), przypominający o okresie panowania francuskiego imperium, stoi w otoczeniu wypielęgnowanej zieleni. Mieszkał w nim kiedyś maurytyjski poeta, dziennikarz i dyplomata Édouard Maunick (urodzony we wrześniu 1931 r. w dystrykcie Flacq). Posiadłość sąsiaduje z rozległymi uprawami trzciny cukrowej, herbaty i wanilii. 

W południowej części wyspy warto też odwiedzić Park Przyrodniczy La Vanille w Rivière des Anguilles, gdzie podziwiać można żółwie olbrzymie i inne gatunki zwierząt. Przed przybyciem Holendrów, obok słynnego ptaka dodo, Mauritius zamieszkiwały gigantyczne żółwie (Cylindraspis inpeta), które były bardzo przyjazne, ciekawskie i nie bały się ludzi. Kolonizatorzy z Europy przyczynili się do ich wyginięcia. Z głównej wyspy zniknęły najprawdopodobniej ok. 1700 r., a z większości okolicznych wysepek – do 1735 r. Dziś we François Leguat Reserve na Rodrigues żyje łącznie ponad 3 tys. żółwi promienistych i olbrzymich. Te pierwsze uważane są za jedne z najpiękniejszych na świecie. Z kolei żółwie olbrzymie należą do ostatnich żyjących przedstawicieli gigantycznych żółwi, które kiedyś zamieszkiwały wyspy Oceanu Indyjskiego.

Osoby lubiące się bawić i korzystać z uroków życia nocnego powinny udać się na północny kraniec Mauritiusu do Grand Baie, gdzie znajdują się najlepsze kluby w kraju. Przy okazji warto zatrzymać się jeszcze w okolicy Cap Malheureux, żeby odwiedzić najbardziej urokliwy kościół na wyspie (Notre-Dame Auxiliatrice z 1938 r.). W końcu, jak w życiu, także i tu sacrum ciągle miesza się z profanum. 

Port Louis jest miastem pełnym życia i kolorów. Turyści zazwyczaj nie spędzają w nim zbyt dużo czasu. To przede wszystkim główny ośrodek administracyjny, biznesowy i kulturalny kraju. Z tego względu może sprawiać wrażenie zatłoczonego i głośnego. Serce stolicy stanowi wielki targ położony w jej centrum, na którym mieszkańcy zaopatrują się w świeże produkty z całego Mauritiusu. W mieście żyje niemal 15 proc. populacji republiki. Planem przypomina ono ośrodki miejskie w Europie – wokół historycznej części na przestrzeni wieków powstawały kolejne dzielnice. W dzisiejszym Port Louis mieszają się ze sobą wpływy europejskie, indyjskie, arabskie czy chińskie. Większość turystów po krótkiej wizycie na nabrzeżu noszącym nazwę Caudan Waterfront, gdzie działa wiele ciekawych kawiarni, barów i restauracji, rusza dalej, aby odkrywać najbardziej ujmujące zakątki wyspy.

 

PODĄŻAJĄC ZA SMAKIEM

Znakomitym sposobem na poznanie kraju jest zaznajomienie się z jego kulinariami. Kuchnia Mauritiusu należy do najsmaczniejszych na świecie. Uchodzi za jedną z najlepszych kuchni kreolskich i słynie z naprawdę dobrego jedzenia ulicznego. Przez wieki imigranci z Chin, Europy (zwłaszcza Francji), Indii i Afryki osiedlali się na wyspie i przywozili ze sobą przepisy ze swoich rodzinnych stron. Elementy z różnych tradycji kulinarnych mieszały się z lokalnymi recepturami, w wyniku czego powstawały tutejsze potrawy. 

Oto kilka dań maurytyjskiej kuchni, bez których żadna podróż do tego kraju nie będzie pełna. Na uwagę zasługuje szczególnie curry z Mauritiusu. Ważne są w nim wszystkie składniki. Warto spróbować kreolskiego curry lub udać się do restauracji „Chez Rosy” w Souillac na curry z ośmiornicy czy świeżego homara.

Kolejną tradycyjną maurytyjską potrawą jest fish vindaye. To bardzo aromatyczne danie, należące do najbardziej znanych na wyspie. Główne jego składniki mogą się różnić w zależności od wersji. Wyjątkowy smak nadają mu dodatki w postaci pikantnej cebuli, kurkumy, nasion gorczycy, czosnku i sosu imbirowego. 

Poza tym koniecznie trzeba tu spróbować boulet dim sum, czyli pierożków na parze z kolczochem jadalnym (warzywem w kształcie gruszki), kurczakiem, owocami morza lub warzywami, podawanych w bulionie z chili i szczypiorkiem. Ten przysmak można znaleźć na większości straganów i w wielu restauracjach na całej wyspie. Dużą popularnością cieszy się również bol renversé. Kurczaka lub krewetkę, smażone warzywa, chińskie sosy i ryż układa się w misce i odwraca do góry nogami podczas podawania. Na koniec na wierzchu kopuły układa się jajko sadzone.

Żadnego turysty nie powinno także dziwić, gdy w menu znajdzie sałatkę z owoców tropikalnych. To jednak odmienna jej wersja niż ta, którą zwykle można zjeść w innych miejscach na świecie. Tutaj do owoców, takich jak ananas, mango, liczi, guawa (gujawa) czy jabłko (niekiedy dorzuca się nawet odrobinę ogórka), dodaje się pikantny sos z tamaryndowca, chili i sól, co zmienia charakter tego pozornie prostego dania i czyni je naprawdę pysznym specjałem. 

Podczas długich spacerów po plaży warto też pamiętać o piciu świeżej wody kokosowej. Jest jednym z najsmaczniejszych napojów do ugaszenia pragnienia. Słońce grzeje tu bardzo mocno, więc o nawadnianiu zdecydowanie nie wolno zapomnieć. 

 

INFORMACJE PRAKTYCZNE

Położony zaledwie 20° na południe od równika Mauritius promuje się jako cel podróży idealny przez cały rok, choć wielu Europejczyków kojarzy go głównie jako świetne miejsce dla osób uciekających przed mroźną zimą. Szczyt sezonu turystycznego na wyspie przypada na okres od października do kwietnia. Jest wówczas gorąco, wilgotnie i deszczowo. Od stycznia do marca występuje niewielkie ryzyko cyklonów. Zima trwa tutaj od maja do końca września. To pora ciepła i sucha. Wyspa ma swój charakterystyczny mikroklimat – kiedy w jednym rejonie pada, kilka kilometrów dalej z bezchmurnego nieba świeci słońce. 

Na Mauritius leci się z Polski tradycyjnymi liniami lotniczymi mniej więcej 12 godz., najczęściej z przesiadką w Dubaju, Rzymie, Londynie, Paryżu, Frankfurcie nad Menem czy Wiedniu. Ze względu na stosunkowo niedużą różnicę czasu nie grożą nam konsekwencje jet lagu. Międzynarodowy Port Lotniczy Sir Seewoosagura Ramgoolama leży w pobliżu Mahébourg na południowym wschodzie wyspy. Dojeżdżające do niego autobusy ekspresowe kursują z Port Louis i Mahébourg wiele razy dziennie. Poza tym można też skorzystać z taksówki. Hotele często oferują transfer z lotniska i na nie, zazwyczaj za dodatkową opłatą. Większość miejsc na Mauritiusie dzieli od portu lotniczego przynajmniej godzina jazdy.

Funkcję komunikacji publicznej pełnią na wyspie autobusy, które są zwykle niezawodne, choć poruszają się nieco powoli. Usługę świadczą różni przewoźnicy (w zależności od regionu). Korzystanie z tego środka transportu należy do najtańszych sposobów podróżowania po Mauritiusie. Można także wypożyczyć samochód. Kierowcy muszą posiadać międzynarodowe prawo jazdy i mieć ukończone 23 lata. Na ulicach obowiązuje ruch lewostronny (pamiątka po brytyjskim panowaniu).

Walutą kraju jest rupia maurytyjska (MUR). Na miejscu można bez problemu wymienić na nią dolary amerykańskie i euro czy inne najpopularniejsze na świecie waluty. Karty płatnicze są akceptowane w hotelach, dużych sklepach i restauracjach. W większości miast i miejscowości turystycznych znajdują się bankomaty. 

Mieszkańcy Mauritiusu to ludzie bardzo gościnni. Często oferują poczęstunek przyjezdnym. Wyspa jest niezmiernie zróżnicowana pod względem kulturowym i religijnym, dlatego spotkamy się na niej z rozmaitymi zwyczajami i zachowaniami. Choć mieszkańcy na pierwszy rzut oka wydają się preferować zachodni styl życia, w rzeczywistości są bardziej konserwatywni. Dlatego jeśli np. wybieramy się do miejsc kultu religijnego, powinniśmy zadbać o odpowiedni strój, nieodkrywający zbyt dużo ciała (kobietom przyda się chusta lub szal na głowę). Na plażach publicznych nie należy opalać się nago i topless.

Mauritius jako cel wyjazdów wypoczynkowych cieszy się popularnością przede wszystkim wśród obywateli krajów Unii Europejskiej, Republiki Południowej Afryki czy Rosji. W związku z tym wybrzeże wyspy jest wypełnione luksusowymi enklawami hotelowymi. Jeśli akurat zatrzymamy się w jakimś urokliwym hotelu butikowym lub wynajętej willi, a chcielibyśmy skorzystać z jednych z piękniejszych plaż, powinniśmy sprawdzić, gdzie znajdują się większe obiekty o wysokim standardzie. Na Mauritiusie najlepsze plaże należą zazwyczaj do ekskluzywnych kompleksów hotelowych. Są upiększone dosypanym piaskiem i zasadzonymi palmami, bo te przywieźli ze sobą biali kolonizatorzy, aby stworzyć tu dla siebie raj. Często, żeby wejść na teren 5-gwiazdkowego hotelu, trzeba po prostu uiścić niewielką opłatę. Na plaże publiczne warto zabrać ze sobą specjalne buty do pływania. Brzeg oceanu bywa pokryty małymi kamieniami. 

 

TYDZIEŃ NA WYSPIE

Jeśli udajemy się na Mauritius na pobyt w formule all inclusive lub zorganizowane zwiedzanie, nie musimy sobie specjalnie zaprzątać głowy planowaniem wyjazdu. Jeżeli jednak zamierzamy poznawać wyspę na własną rękę, mamy się nad czym zastanowić. Oto moja propozycja, jak spędzić tutaj tygodniowy urlop.

Pierwszy dzień po długim locie z Europy najlepiej przeznaczyć na relaksowanie się na plaży lub nurkowanie w pięknym Oceanie Indyjskim. Dzięki temu odpoczniemy nieco po trudach podróży. Wieczorem polecam odwiedzić lokalne knajpki i spróbować dań pysznej maurytyjskiej kuchni i wyśmienitego lokalnego rumu. 

Drugiego dnia warto wybrać się na zwiedzanie południowej części wyspy. Na początek należy udać się pod wspomnianą wcześniej bazaltową górę Le Morne Brabant, której kulturowy krajobraz (Le Morne Cultural Landscape) został wpisany w 2008 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Kolejnym punktem wycieczki powinny być malownicze wzgórza Chamarel. Lunch najlepiej zjeść w jednej z pobliskich restauracji. Potem można jeszcze odwiedzić utworzony w 1994 r. Park Narodowy Wąwozów Rzeki Czarnej (Black River Gorges National Park), a wyprawę zakończyć podziwianiem zachodu słońca z panoramicznej restauracji „Le Chamarel”, z której roztaczają się niesamowite widoki.

Osoby lubiące różnego rodzaju aktywności mogą trzeci dzień spędzić na grze w golfa, wędkowaniu na otwartych wodach, trekkingu lub przejażdżkach rowerem (górskim czy szosowym). Dużym zainteresowaniem cieszą się także rejsy wokół wyspy lub pływanie z delfinami. Na południowo-zachodnim wybrzeżu Mauritiusu panują znakomite warunki do uprawiania surfingu. 

Czwartego dnia można wybrać się na wycieczkę do miasta, chociażby stolicy kraju. Po spacerze po kolonialnym centrum Port Louis proponuję wstąpić na lunch na otworzony w 1812 r. tor wyścigów konnych Champ de Mars (najstarszy na półkuli południowej i jeden z najstarszych na świecie) lub posilić się przysmakami z ulicznych stoisk. Pamiątki z Mauritiusu zakupimy np. na Caudan Waterfront. 

Na dzień piąty warto zaplanować zwiedzanie północy wyspy, przede wszystkim rozległego Ogrodu Botanicznego Sir Seewoosagura Ramgoolama (Sir Seewoosagur Ramgoolam Botanic Garden) w Pamplemousses, który jest jednym z najznakomitszych na świecie. Obiad można zjeść w Grand Baie, głównej miejscowości turystycznej Mauritiusu. Potem polecam udać się na przemierzanie dzikiej północy, szczególnie okolic miasteczka Grand Gaube. 

Ostatnie dwa dni, szósty i siódmy, najlepiej przeznaczyć na odwiedzenie różnych parków, jak chociażby wspomnianego już Parku Przyrodniczego La Vanille, gdzie żyją liczne żółwie olbrzymie i ponad 100 krokodyli nilowych. Poza tym warto też skorzystać z uroków najpiękniejszych plaż świata. To dobry moment, aby ogrzać się promieniami ciepłego słońca przed powrotem do Europy.

***

Wielu uważa, że ​​amerykański pisarz Mark Twain (1835–1910) opisał Mauritius jako raj na ziemi po swojej wizycie w 1896 r. W wydanej rok później ponad 700-stronicowej książce Following the Equator zawarł takie zdanie: This is the only country in the world where the stranger is not asked “How do you like this place?” (To jedyny kraj na świecie, w którym nieznajomemu nie zadaje się pytania: „Jak podoba ci się to miejsce?”.). Za każdym razem, gdy spoglądałem na innych ludzi, którzy przybyli do tego magicznego zakątka Afryki, odnosiłem wrażenie, że bardzo im się tutaj podoba. Wracające stąd osoby same zresztą to przyznają. Wielu naszych rodaków postanowiło nawet zostać na Mauritiusie na stałe. Miałem ich przyjemność spotkać, kiedy odwiedziliśmy ten kraj z moją przyszłą żoną, aby na czarującej plaży na romantycznej wysepce Bénitiers powiedzieć sobie sakramentalne tak

 

 

 

Artykuły wybrane losowo

WAKACJE Z PERSPEKTYWY SIODEŁKA

PAWEŁ PAKIEŁA

 

  FOT. TOURISMUSVERBAND MECKLEMBURG-VORPOMMERN

Aktywny wypoczynek staje się coraz bardziej popularną formą spędzania wolnego czasu. Z roku na rok przybywa w Polsce zwolenników turystyki rowerowej. Zamiana czterech kółek na dwa jest korzystna nie tylko ze względu na nasze zdrowie czy ochronę środowiska naturalnego. Rowerem można często dotrzeć w miejsca, do których samochodem nie da się po prostu dojechać, i to na dodatek dużo tańszym kosztem. Nie bez znaczenia pozostaje też fakt, że zamknięci w aucie tracimy możliwość nawiązania więzi z otoczeniem. Rowerzysta ma szansę na bezpośredni kontakt z przyrodą, a także przypadkowo spotkanymi na trasie ludźmi, co często staje się okazją do przełamania barier kulturowych i językowych. Wszystko, czego potrzebujemy do uprawiania tego rodzaju turystyki, to solidny rower. Podróżując w ten sposób, nie tylko oszczędzamy pieniądze, które musielibyśmy przeznaczyć na paliwo, i dbamy o nasze samopoczucie, lecz także poznajemy świat z zupełnie innej, niezmiernie interesującej perspektywy.

Więcej…

Veneto – peregrynacje nie tylko weneckie

Verona   Piazza Bra  di fronte il municipio e a destra l arena

Przy Piazza Bra w Weronie stoją m.in. Palazzo Barbieri i rzymski amfiteatr

© FOTOTECA REGIONE DEL VENETO

 

MAKSYMILIAN CZORNYJ

 

Jeżeli jak pisał amerykański pisarz i scenarzysta Truman Capote: „Być w Wenecji to jakby zjeść całe pudełko czekoladek z likierem naraz”, to odwiedziny w regionie Veneto należałoby przyrównać do wizyty w cukierni albo jeszcze trafniej – w wielkiej fabryce słodkości. Znajdziemy w nim wszystko, z czego słyną Włochy: miasta pełne najwyższej klasy zabytków, morze, plaże, urokliwe wysepki, malownicze jeziora i góry. Nie brakuje tu modnych kurortów, ośrodków rozrywkowych, tras narciarskich, doskonałych enotek i winnic.

 

Wszak Veneto, czyli Wenecja Euganejska, to Italia w miniaturze. Aby zobrazować skalę tej miniatury, wystarczy wspomnieć, że region ten ma powierzchnię porównywalną do województwa pomorskiego lub łódzkiego (blisko 18,5 tys. km²). Zamieszkuje go niespełna 5 mln osób, a szacuje się, że samą Wenecję odwiedza rocznie nawet sześć razy więcej turystów.

 

Kształtem Veneto przypomina konia stojącego dęba. Pysk opiera o wschodnie Dolomity i sięga nim aż do granicy z Austrią, grzbiet pręży ku jezioru Garda, zad unosi ponad deltą rzeki Pad, a nogami oplata wybrzeże Adriatyku. Z racji różnorodności rejonu dla pewnego porządku w tekście będę się trzymać tras kolejowych i to z ich perspektywy rozpoczniemy zwiedzanie miast. Bramy do nich stanowić będą właśnie dworce.

 

 Villa La Rotonda colza

Villa Rotonda w Vicenzy – renesansowa rezydencja projektu Andrei Palladia

© CONSORZIO VICENZA È/WWW.VICENZAE.ORG

 

WENECJA

 

Podczas peregrynacji po Veneto nie wypada pominąć Wenecji. To słynne miasto na wodzie jest obowiązkowym celem wypraw każdego turysty i podróżnika. Plac św. Marka, Most Westchnień, Bazylika św. Marka czy Pałac Dożów – któż o nich nie słyszał?

 

Jednak Wenecja to znacznie więcej. Poznać ją od innej strony można, gdy przybędzie się na stację kolejową Venezia Santa Lucia. Znajduje się ona przy Canal Grande, ale w innym miejscu niż najsłynniejsze zabytki. Park naprzeciw stacji, zwany Giardini Papadopoli, jest jednym z nielicznych zielonych fragmentów w historycznym centrum miasta. Po drugiej stronie kanału stoi Kościół św. Mikołaja z Tolentino (Chiesa di San Nicola da Tolentino) – świątynia niepozorna, rzadko odwiedzana przez turystów, a mogąca poszczycić się zachwycającymi freskami i chyba najpiękniej oświetlona naturalnym światłem w całej Wenecji. Właśnie takie, położone na uboczu miejsca pozwalają odkryć prawdziwe oblicze tego miasta. Tak wygląda niezadeptana przez zwiedzających Wenecja, zwyczajna i rozbrzmiewająca jedynie szumem przepływającej obok wody.

 

Tutaj najlepiej jest się zgubić. Zamiast podążać za tłumami turystów, gnać ślepo wzdłuż wykreślonych wcześniej na mapie szlaków warto zatracić się w atmosferze, zagłębić się w zaułki i tajemnice La Serenissimy, czyli Najjaśniejszej, jak mówią o swoim mieście wenecjanie. Podczas takiego spaceru przejdziemy przez bramę prowadzącą na niespełna metrowe nadbrzeże nad jednym z ponad 170 kanałów, dostrzeżemy wenecjanina cumującego łódkę bezpośrednio przy drzwiach kamienicy lub trafimy na maleńki targ pełen najświeższych ryb i owoców morza.

 

Tylko jeśli się zgubimy, unikniemy lokali, gdzie zwykły obiad kosztuje więcej niż wykwintna kolacja w luksusowej restauracji, i oszustów oferujących kurs wodną taksówką za bajońską sumę czy wystaw pełnych tandetnych masek karnawałowych sprowadzonych wprost z Chin lub Tajwanu. Błądząc wśród zaułków, poczujemy mistycyzm miasta wyrastającego z wody, w którym samochody, karetki i śmieciarki zostały zastąpione przez łodzie. Wenecja sprawia czasem wrażenie opuszczonej i wymarłej. Tak, naprawdę są w niej takie miejsca. Jeżeli skierujemy się np. w stronę Canale della Giudecca, trafimy na niemal bezludne place, przejdziemy uliczkami, na których spotkamy jedynie gołębie i koty.

 

Podczas dłuższego pobytu w Wenecji warto korzystać z tramwajów wodnych i udać się na inne wysepki Laguny Weneckiej. Na zainteresowanie zasługują szczególnie Murano (słynąca z wyrobów szklanych), Burano (pełna niezmiernie kolorowych domów) i Torcello (jeden z najstarszych tutejszych ośrodków, z Bazyliką Wniebowzięcia NMP – Basilica di Santa Maria Assunta).

 

Tramwajem wodnym (vaporetto) dotrzemy także znacznie dalej, np. do przylegającej do północno-wschodniego brzegu Laguny Weneckiej gminy Jesolo. Leży w niej jeden z najsłynniejszych włoskich kurortów – Lido di Jesolo rozciągnięte na zewnętrznej stronie cypla, wzdłuż wybrzeża Adriatyku. Jego wizytówkę stanowi długa na ok. 15 km i szeroka miejscami na prawie 200 m piaszczysta plaża. W 2017 r. ponownie otrzymała ona Błękitną Flagę, dzięki czemu możemy mieć pewność, że jest czysta i posiada odpowiednią infrastrukturę. Mimo dość dużych rozmiarów w sezonie w dzień plaża zwykle bywa szczelnie wypełniona ludźmi, którzy po zapadnięciu zmroku przenoszą się na niedaleki niewiele krótszy bulwar. Warto wiedzieć, że za wstęp na przeważającą jej część trzeba zapłacić, a niektóre fragmenty należą do pobliskich hoteli. Znajduje się tu również odcinek wydzielony dla naturystów. Poza tym w pobliżu funkcjonuje port jachtowy. Infrastruktura gastronomiczna jest bardzo bogata – w okolicy plaży można zjeść dania niemal z całego świata, a nawet wybrać się do restauracji, którym przyznano gwiazdki w prestiżowym przewodniku Michelin.

 

W Lido di Jesolo na turystów czekają oprócz tego profesjonalne 18-dołkowe pole golfowe klasy mistrzowskiej, tor gokartowy Pista Azzurra i rozległy park wodny Aqualandia. W SEA LIFE i Tropicarium Park zobaczymy ryby i zwierzęta wodne z całego świata. Kluby nocne zapewnią z kolei szaloną zabawę do białego rana.

 

Pamiętajmy jednak, że Veneto to nie tylko pełna atrakcji Laguna Wenecka, dlatego trzeba odwiedzić i inne miejsca w regionie. Warto więc zawrócić na kolejowy szlak, po czym ruszyć na zachód.

 

PiazzaSanMarcoDSC 8787

Wenecka Piazzetta San Marco z dwiema kolumnami

© SERVIZIO COMUNICAZIONE VISIVA DEL COMUNE DI VENEZIA

 

PADWA

 

Polakom Padwa znana jest przede wszystkim ze względu na uczących się tu niegdyś studentów. Wszak wiedzę zdobywali w niej Mikołaj Kopernik, Jan Kochanowski i Jan Zamoyski (wybrany nawet w 1563 r. rektorem tutejszej uczelni), ale założony w 1222 r. uniwersytet stanowi tylko jeden z wielu klejnotów w padewskiej koronie.

 

Według Eneidy Wergiliusza miasto mieli założyć Trojanie, którzy po upadku własnej stolicy wznieśli tu gród o nazwie Patavium. Przez setki lat osada rozrastała się, a w średniowieczu stała się istotnym ośrodkiem gospodarczym i dydaktycznym.

 

Trafienie z dworca kolejowego do historycznego centrum nie powinno przysporzyć problemów. Wystarczy kierować się główną arterią,Corso del Popolo, która po kilkuset metrach płynnie przechodzi w Corso Giuseppe Garibaldi. Gdy miniemy rozległy zielony park (Giardini dell’Arena), możemy zwolnić kroku. Po chwili z lewej strony dostrzeżemy ruiny rzymskiego amfiteatru, a po prawej klasycystyczną bryłę Pałacu Zuckermanna (Palazzo Zuckermann), w którym funkcjonują dwa muzea – sztuki użytkowej i numizmatyczne.

 

Jeśli będziemy szli dalej, po kilkunastu minutach dotrzemy do Pałacu Bo (Palazzo Bo). Pod tą niewiele mówiącą nazwą kryje się w rzeczywistości główny gmach uniwersytecki. Przy jego schodach stoi pomnik Eleny Lucrezii Cornaro Piscopii (1646–1684), matematyczki i filozofki. W 1678 r. jako pierwsza kobieta w historii otrzymała stopień naukowy doktora. Wewnątrz budynku zachowała się m.in. katedra, z której nauki wygłaszał Galileusz (Cattedra di Galileo), a także teatr anatomiczny, czyli pomieszczenie, gdzie najsłynniejsi włoscy medycy w tajemnicy przeprowadzali przed studentami sekcje zwłok.

 

Na północny zachód od uniwersytetu leży Piazza della Frutta, gdzie odbywają się miejskie festyny, a lokalni producenci i wytwórcy wystawiają towary. Niemalże całą południową pierzeję placu zajmuje Palazzo della Ragione. Wielokrotnie przebudowywany gmach nabrał nieco pokracznej, przysadzistej formy, jednak szczyci się podobno największą w Europie powierzchnią dachu, którego nie podpierają kolumny.

 

Jeszcze dalej znajduje się Piazza dei Signori. Wschodni kraniec zamyka tu Kościół św. Klemensa (Chiesa di San Clemente), wzniesiony na miejscu jednej z najstarszych chrześcijańskich świątyń, a przeciwległy – ledwie 30-metrowa, lecz zgrabnie wkomponowana w miejski krajobraz Wieża Zegarowa (Torre dell’Orologio). Na trzecim piętrze umieszczono w niej wspaniały mechanizm wprawiający w ruch zegar astronomiczny, który po niedawnej renowacji ponownie odmierza turystom i padewczykom czas. Spostrzegawcze osoby dostrzegą, że na tarczy znaków zodiaku brakuje wagi, ale nie ma tutaj dość miejsca, aby poruszać legendy uzasadniające ten stan rzeczy.

 

Jeśli poszlibyśmy dalej prosto, dotarlibyśmy do Muzeum Nauk Archeologicznych i Sztuki. Odbijemy jednak w lewo i nie przejdziemy przez bramę Wieży Zegarowej. Wąska uliczka wijąca się pośród kamienic wiedzie do placu katedralnego. Katedra (Duomo di Padova) miała zostać wzniesiona według projektu Michała Anioła, lecz kierujący pracami architekci wprowadzili liczne zmiany i nadali budowli dość ostre, surowe rysy. Również jej wnętrze jest zimne i skromne. Znacznie ciekawsze są XIV-wieczne freski w przylegającym do świątyni baptysterium. Jego kopułę pokrywa monumentalne przedstawienie raju z Chrystusem otoczonym zastępami świętych.

 

Po skierowaniu się znowu na południe i przejściu wąskiego miejskiego kanału zbliżymy się do jednego z najbardziej rozpoznawalnych miejsc Padwy – Prato della Valle. Ten największy plac we Włoszech (aż ok. 90 tys. m² powierzchni!) znajduje się w pobliżu słynnych bazylik: św. Antoniego i św. Justyny. Na jego środku leży otoczona eliptycznym kanałem wysepka Memmia. Wokół ustawiono 78 posągów osób zasłużonych dla miasta. Co ciekawe, wśród nich są także statuy Stefana Batorego i Jana III Sobieskiego, ufundowane przez Stanisława Augusta Poniatowskiego.

 

Na zakończenie padewskiej wędrówki koniecznie należy odwiedzić obie wspomniane bazyliki. Bez wątpienia każda z nich wywiera większe wrażenie niż szacowna miejska katedra. Bazylika św. Antoniego z Padwy charakteryzuje się architektonicznym przemieszaniem stylu romańskiego i gotyckiego – przysadzistą, jakby przygiętą do ziemi fasadę zdobią ostrołukowe wnęki i arkady wspierane na filarach, a również jakże typowa rozeta zdobiona maswerkiem. Budowla ma osiem kopuł, z których centralna, umieszczona ponad skrzyżowaniem naw, została oparta na bryle ostrosłupa zwieńczonego latarnią. We wnętrzu bazyliki znajduje się grób jej patrona. Ołtarz główny jest autorstwa Donatella, jednak był wielokrotnie przekształcany i całkowicie zatracił swój pierwotny charakter.

 

Bazylika św. Justyny z Padwy, męczennicy ściętej 7 października 304 r. za panowania cesarza Dioklecjana, została wzniesiona na miejscu romańskiego kościoła zniszczonego przez trzęsienie ziemi. Budowla zachwyca już samymi rozmiarami – ma ponad 118 m długości i przeszło 82 m szerokości. W kampanili zawieszonych jest siedem dzwonów, z których największy waży niemal 2,5 t. W świątyni znajdują się liczne zabytki sztuki oraz relikwie świętych, w tym szczątki św. Łukasza Ewangelisty i św. Macieja Apostoła.

 

Pomiędzy obiema bazylikami leży zabytkowy ogród botaniczny (Orto Botanico di Padova), założony w 1545 r. jako miejsce, w którym ówcześni studenci medycyny mieli zapoznawać się z roślinami leczniczymi. To w nim uprawiano pierwsze warzywa sprowadzone z nowo odkrytych Ameryk.

 

Prato della Valle PH andrea babetto1

Prato della Valle – kanał i posągi

© PADOVAMERAVIGLIA PHOTO CONTEST/ANDREA BABETTO

 

VICENZA

 

Mniej więcej w połowie drogi pomiędzy Wenecją a Weroną, trzy kwadranse koleją od obu z nich, znajduje się miasto, które większość turystów albo omija, albo podziwia jedynie przez okna pociągu. Przyjezdni gnają spod balkonu szekspirowskiej Julii ku placowi św. Marka, spod Mostu Westchnień ku werońskiej Arenie. Blask Vicenzy bezsprzecznie przygasiła bliskość tych dwóch bodaj najsłynniejszych ośrodków północnej Italii. Położone u podnóża monumentalnych gór miasto sprawia wrażenie, jakby spłynęło z alpejskiego stoku i zastygło w bezruchu. Gdy zanurzymy się w jego uliczkach, uderzy nas ich spokój i wytworność, nieuchwytne w wielu innych, zadeptanych przez turystów miejscach Veneto.

 

Spójność architektoniczna tutejszej zabudowy, jej głęboka harmonia, choć trudno w to uwierzyć, jest dziełem jednego architekta. Andrea Palladio (właściwie Andrea di Pietro della Gondolo) urodził się w 1508 r. w rodzinie padewskiego młynarza, lecz niemal całe dorosłe życie związał właśnie z Vicenzą. Wykreślił fasady Bazyliki Palladiana (Basilica Palladiana), Katedry (Cattedrale di Santa Maria Annunciata), wspaniałych rezydencji i miejskich pałaców. Lekkość odrodzenia, liczne nawiązania do starożytnych rozwiązań i świeżość, które dostrzec można w tej architekturze, sprawiają, że miasto kontrastuje z gotyckim wspomnieniem Wenecji. Nic dziwnego, że główna arteria Vicenzy nosi imię Andrei Palladia (Corso Andrea Palladio). Zaczyna się przy Torrione di Porta Castello, monumentalnym fragmencie średniowiecznych fortyfikacji, i ciągnie przez ponad 700 m ku wijącej się rzece Bacchiglione.

 

Główne atrakcje Vicenzy znajdują się w promieniu kilkudziesięciu metrów od wspomnianego corso. Jak na najważniejszą z miejskich ulic jest ona dość wąska i tłoczna, głośna od warkotu skuterów i pokrzykiwań przechodniów. W zabytkowych kamienicach wznoszących się po obu stronach mieszczą się sklepy, restauracje, kawiarnie i kwiaciarnie. Jeśli spojrzymy w górę, bez trudu odnajdziemy gotyckie pozostałości w zabudowie, lecz nie dostrzeżemy ani kopuły Katedry, ani wieży Bazyliki Palladiana, ani wspaniałego Teatru Olimpijskiego (Teatro Olimpico). Aby je zobaczyć, musimy nieco zboczyć z obranej trasy. Wpierw jednak warto przyjrzeć się zwartej bryle Pałacu Thiene Bonin Longare (Palazzo Thiene Bonin Longare), monumentalnej kolumnadzie Pałacu Trissino Baston (Palazzo Trissino Baston), a wreszcie szeregowi figur obserwujących przechodniów z Pałacu Chiericati (Palazzo Chiericati). We wnętrzu tego ostatniego działa muzeum z ciekawym zbiorem malarstwa (pinakoteką).

 

Jeżeli zapuścimy się w boczne uliczki, dotrzemy do wspomnianejBazyliki Palladiana.Wbrew nazwie nie jest ona świątynią, a budynkiem użyteczności publicznej powstałym po przebudowie mniejszych kamienic i później jeszcze przerabianym. Dawniej stanowiła siedzibę władzy administracyjnej i sądowniczej, a w dolnych arkadach znajdowały się tu lokale rzemieślnicze i kupieckie. Wspaniale prezentuje się zachód słońca obserwowany z sąsiedniego placu (Piazza dei Signori). Wieża zegarowa (82-metrowa Torre Bissara) i dach gmachu zdają się wtedy tonąć w złocistych promieniach, podczas gdy marmurowe arkady okrywa kojący półcień. Nie ma nic bardziej włoskiego niż delektowanie się kawą przy takim widoku.

 

Kilkadziesiąt metrów dalej po drugiej stronie corso trafimy na Teatr Olimpijski – ostatnie dzieło wielkiego Andrei Palladia (z 1580 r.). To pierwowzór wielu europejskich teatrów. Jego scena stanowi doskonałe odzwierciedlenie rzymskiej tradycji stałej i przemyślanej dekoracji. Dostrzega się w nim antyczny rodowód miasta, który architekt tak doskonale potrafił uwypuklić.

 

Jeżeli mamy więcej czasu, koniecznie powinniśmy udać się do znajdującej się poza obrębem historycznego centrum Villi Rotonda. Do tej kolejnej realizacji projektu Palladia można dojechać bez problemu autobusem (numer 8, 108 i 132 z przystanku przy dworcu). Każdy z boków zbudowanej na wzniesieniu rezydencji znaczą klasyczne, jońskie portyki. Jej centralny punkt stanowi okrągła sala okryta kopułą. Ten symetryczny obiekt jest zwieńczeniem drogi, jaką architekt obrał w swoim literackim opus vitae zatytułowanym Cztery księgi o architekturze (1570 r.), i stał się inspiracją dla nurtu (palladianizm), w którym wzniesiono m.in. warszawską Królikarnię.

 

W Vicenzy warto zwrócić również uwagę na inne pałace – Palazzo del Capitaniato, Palazzo Valmarana i Palazzo Porto. Oczywiście, w każdym z nich widać wyjątkową rękę Palladia.

 

WERONA

 

Po opuszczeniu werońskiego dworca kolejowego powinniśmy skierować się ku ufortyfikowanej południowej bramie miejskiej o nazwie Porta Nuova, zbudowanej w latach 1532–1540. Jeśli pójdziemy stąd na wprost, już po kilku minutach dotrzemy do pięciokątnej wieży (Torre Pentagona) oraz łukowatych przejść (Portoni della Bra), powstałych w miejscu średniowiecznych murów. W 1872 r. między tymi drugimi zamontowano dwustronny zegar. To bezpośrednio za nimi, w zakolu Adygi, leży historyczna część Werony. W tej okolicy można wstąpić do Muzeum Lapidarnego Maffeiano (Museo Lapidario Maffeiano). Znajdują się w nim bogate zbiory etruskiej, greckiej i rzymskiej ceramiki, kamieni nagrobnych oraz inskrypcji.

 

Po minięciu Portonidella Bra wkraczamy na największy tutejszy plac miejski (Piazza Bra), gdzie stoją trzy istotne zabytki – amfiteatr, Palazzo Barbieri i statua Wiktora Emanuela II. O każdym z nich należy wspomnieć choć w kilku zdaniach.

 

Amfiteatr rzymski, przez werończyków zwany po prostu Areną, powstał w I w. Mógł pomieścić nawet prawie 30 tys. widzów i stanowił scenę walk gladiatorów czy spektaklów. Obecnie jest jednym z najsłynniejszych obiektów Werony, na którym odbywają się rozmaite wydarzenia kulturalne, w tym liczne koncerty gwiazd muzyki.

 

Palazzo Barbieri, encyklopedyczny przykład neoklasycyzmu, pierwotnie zajmował sztab armii austriackiej. Obecnie budynek pełni funkcję ratusza miejskiego. Na ścianę tuż obok wejścia został przeniesiony XIV-wieczny fresk przedstawiający ukrzyżowanie Chrystusa. Liczne sale zdobią zabytkowe płótna i tapiserie.

 

Brązową statuę króla Wiktora Emanuela II odsłonięto w styczniu 1883 r. Warto zwrócić na nią uwagę, choć nie jest to dzieło wybitne. Zarówno sylwetka konia, jak i władcy rażą sztucznością i brak im lekkości.

 

Na północny wschód od Areny uliczki stają się coraz gęściej wypełnione turystami. Niedaleko znajduje się najsłynniejsza atrakcja Werony – Casa di Giulietta. Nie da się potwierdzić, czy piękna Julia z dramatu Williama Szekspira wzdychała tu do Romea. Pewne jest, że w mieście żyły rodziny Montecchich i Cappellettich. Aby uczynić zadość tradycji, turyści zostawiają w murze kamienicy listy. Robią też sobie zdjęcia pod osławionym balkonem. Za wstęp na dziedziniec nie ma opłat.

 

Stąd już tylko kilka kroków dzieli nas od innego werońskiego placu, obowiązkowego celu wędrówek po mieście. Piazza delle Erbe leży w miejscu starożytnego rzymskiego forum. Wokół wznoszą się średniowieczne kamienice, wieże i pałace. Na zainteresowanie zasługuje przede wszystkim Casa dei Mercanti (Domus Mercatorum) – budynek gildii kupieckiej. Z jego niskimi arkadami doskonale współgrają ciągnące się wzdłuż fasady zgrabne bifory (okna podzielone kolumienką na dwie części) i wieńczące ściany blanki.

 

Najwyższa wieża widoczna z placu to Torre dei Lamberti. Mierzy 84 m i znajduje się na niej XVIII-wieczny zegar. W środku wiszą dwa słynne dzwony (a w sumie cztery) – Marangona i Rengo, które odmierzały czas i regulowały życie mieszkańców Werony. Pierwszy z nich (o średnicy 130 cm i wadze 1300 kg) oznajmiał koniec dnia pracy dla miejscowych rzemieślników, w tym stolarzy (marangoni), i ogłaszał również alarm w przypadku pożaru. Z kolei Rengo (184 cm i 4215 kg) odzywał się, żeby zainicjować zebrania rajców i wezwać ludzi do broni w czasach wojny. Oba dzwony nadal rozbrzmiewają z okazji pogrzebów. Budynkiem, z którego zdaje się wyrastać Torre dei Lamberti, jest Palazzo della Ragione, miejsce dawnych zebrań mieszczan i skład soli.

 

Kiedy podążymy na północny wschód, niejako wzdłuż koryta Adygi, trafimy na jeszcze jeden wyjątkowy zabytek – Kościół św. Anastazji (Chiesa di Sant’Anastasia). Doskonale widać go zresztą z opisywanej wieży. Tę największą świątynię Werony wzniesiono w stylu gotyckim, lecz jej budowa nie została do tej pory zakończona. Choć z zewnątrz kościół nie sprawa szczególnego wrażenia, koniecznie należy wykupić bilet i wejść do środka. Krzyżowo-żebrowe sklepienie, które wspiera 12 potężnych marmurowych kolumn, zdaje się być zawieszone znacznie wyżej niż można przypuszczać, gdy patrzy się z zewnątrz. Pod nim znajdziemy bogate kaplice, barwne freski i precyzyjne detale.

 

Niedaleko kościoła stoi kolejny zabytek werońskiej architektury sakralnej – Katedra (Duomo di Verona). Świątynia powstała na miejscu dwóch kościołów zniszczonych przez trzęsienie ziemi w 1117 r. Jej wielokrotnie przebudowywana fasada to prawdziwa mozaika stylów, na którą składa się romańska bryła, gotyckie okna, barokowe dodatki i zaczątek renesansowej dzwonnicy. Jeśli ruszymy wzdłuż katedralnych murów i przejdziemy dalej, trzymając się linii kamienic wzniesionych tuż nad Adygą, dotrzemy do Kamiennego Mostu (Ponte Pietra). Wbrew temu, co często pisze się w przewodnikach, nie jest to oryginalna rzymska konstrukcja. W trakcie wieków pierwotna przeprawa była wielokrotnie niszczona i odbudowywana, a wreszcie została pieczołowicie zrekonstruowana (częściowo z dawnego budulca) po tym, jak w 1945 r. wysadziły ją wycofujące się wojska niemieckie.

 

Doskonałym zwieńczeniem wizyty w Weronie będzie chwila zadumy nad szumiącym nurtem Adygi, w którym odbija się złocisty zachód słońca. Miasto rzeczywiście emanuje niepowtarzalnym nastrojem.

 

GARDALAND

 

Wspomniałem na początku o tym, że w Veneto nie brakuje również ośrodków rozrywkowych. Oczywiście, w każdym z nadmorskich kurortów kwitnie życie nocne, odbywają się liczne festyny i imprezy uliczne. Jednak nieco ponad 20 km na zachód od Werony (zjazd z autostrady – Peschiera del Garda) znajduje się prawdziwe centrum zabawy. Gardaland, bo o nim mowa, to najczęściej odwiedzany park rozrywki we Włoszech (niemal 2,9 mln gości rocznie!). Na powierzchni ponad 200 tys. m² w malowniczym sąsiedztwie jeziora Garda ulokowano mnóstwo atrakcji, kilka barów i restauracji.

 

Park został podzielony tematycznie (m.in. na strefy: Średniowiecze, Rio Bravo, Akademia Kung Fu Pandy, Atlantyda, Piraci czy Królestwo Fantazji), dzięki czemu nadaje się zarówno dla dorosłych, jak i rodzin z dziećmi. Znajdziemy tu trzy rodzaje atrakcji – Fantasy (Fantazja), Adventure (Przygoda) i Adrenaline (Adrenalina), a także kino 4D. Oczywiście, największym zainteresowaniem cieszą się ekstremalne rollercoastery: Blue Tornado i Oblivion The Black Hole. Krzyki pędzących na nich osób niosą się daleko po tafli jeziora...

 

Ceny karnetów na cały sezon zaczynają się już od 50 euro (tzw. Season Pass One). Taki abonament uprawnia do nielimitowanych wejść i korzystania ze wszystkich rozrywek parku. Należy pamiętać, że Gardaland jest otwarty od wiosny do jesieni (w 2018 r. od 29 marca do 4 listopada). Poza sezonem odbywają się w nim widowiskowe wydarzenia tematyczne (np. Gardaland Magic Winter).

 

W REGIONIE

 

Oczywiście, w artykule udało mi się przedstawić jedynie drobny wycinek Veneto. Ten region Włoch idealnie nadaje się również m.in. dla miłośników sportów zimowych. Ów pysk konia skierowany ku Dolomitom przecinają jak mocowania uzdy szlaki narciarskie i wyciągi, a znaczy go najwyższy szczyt tego malowniczego pasma górskiego – Marmolada (3343 m n.p.m.). W gminie Cortina (Cortina d’Ampezzo) wytyczono 85 km doskonale przygotowanych tras zjazdowych.

 

Veneto to także ojczyzna grappy (z uroczym, pochylonym nad rzeką Brentą miastem Bassano del Grappa), kraina doskonałych win (przeszło 90 tys. ha winnic) i rejon słynący z carpaccio. W Wenecji Euganejskiej znajduje się też przycupnięta nad brzegiem Gardy turystyczna miejscowość Malcesine, skąd możemy dostać się koleją (tym razem linową) na szczyt masywu Monte Baldo (2218 m n.p.m.). Panorama roztaczająca się z niego w pogodne dni zapiera dech w piersiach.

 

Nie sposób opisać całego Veneto na kilku czy nawet kilkunastu stronach jednego artykułu. Trzeba po prostu samemu przybyć do tego regionu Italii. Podczas poznawania jego atrakcji możemy delektować się najlepszymi słodyczami z tej osobliwej cukierniczej fabryki.

 

Fotoekspedycje – z miłości do podróży i fotografowania

WOJCIECH KUDER

 

<< Odkąd na początku XX stulecia wynaleziono pierwszy małoobrazkowy aparat fotograficzny, podróżowanie zaczęło nierozerwalnie wiązać się z dokumentowaniem rzeczywistości w kadrach. Dziś następca „camery obscury” towarzyszy człowiekowi wszędzie – od zaśnieżonych szczytów Himalajów po piaski Sahary i porywający magią tysiąca barw wodny świat Wielkiej Rafy Barierowej u wybrzeży Australii, na lądzie, w powietrzu i głęboko pod ziemią, wśród soczystej zieleni tropikalnych lasów Amazonii i surowej bieli niedostępnej Arktyki… >>

 

 FOT. INDIA TOURISM FRANKFURT Tadź Mahal w Agrze w Indiach – mauzoleum cesarzowej Mumtaz Mahal

Nic tak doskonale nie oddaje przecież niepowtarzalnego klimatu miejsca czy atmosfery wydarzenia jak znakomite ujęcie, które na ułamek sekundy zatrzymuje czas i w perfekcyjny sposób utrwala to, co najcenniejsze i warte pokazania. Przez długie dziesięciolecia ani odrobinę nie zmalały godne podziwu pasja i poświęcenie fotografów-globtroterów. Powstała za to nowa forma turystyki – fotoekspedycje. Obecnie to już nie tylko osobliwe hobby zarezerwowane dla garstki zapaleńców, ale prawdziwa moda, która podbija serca milionów ludzi na całej ziemi.  

Więcej…