ROBERT STEFANICKI

Jeśli nie lubimy długich podróży samolotem, a marzy nam się Ameryka Południowa, warto odwiedzić wówczas Wyspy Zielonego Przylądka (Cabo Verde). W odległości jedynie ośmiu godzin lotu z Warszawy znajdziemy wulkany, solniska, tarasowe pola i rozległe plaże. Nie ma tylko lam.

Republika Zielonego Przylądka obejmuje archipelag złożony z Wysp Zawietrznych (Ilhas de Barlavento) i Podwietrznych (Ilhas de Sotavento), leżący w pobliżu najdalej na zachód wysuniętego fragmentu kontynentu afrykańskiego – Przylądka Zielonego. Miejsce to jako pierwsi zasiedlili Portugalczycy, którzy ściągnęli tu niewolników z Czarnego Lądu. Do dziś językiem urzędowym pozostaje portugalski.

To nie jest miłość od pierwszego wejrzenia. Wyspa Sal, na której mieści się lotnisko, oglądana z okien podchodzącego do lądowania samolotu wygląda jak naleśnik z brudnego piachu. Trudno doszukać się choćby skrawka zieleni, zawartej w nazwie tego państwa. Jeśli jednak nie zniechęcimy się na początku, na pewno nie wyjedziemy stąd zawiedzeni.

 

Turystyczna Sal

Po przybyciu udajemy się na południe wyspy, w okolice miasteczka Santa Maria. Poza hotelami są tu tylko restauracje, sklepy z pamiątkami i biura nieruchomości, sprzedające obcokrajowcom nowo powstałe apartamenty. Na ulicach handlarze z Senegalu zaczepiają przybyszów, zadając im w 10 językach pytanie o kraj pochodzenia tylko po to, żeby za chwilę zaproponować kupno jakiegoś bębenka lub wycieczki. Ta typowa osada turystyczna niczym nie różni się od tych znanych z Egiptu czy Tunezji.

Za mocną stronę Sal trzeba uznać jej wyjątkowo ładne plaże o drobnym piasku. Należy jednak pamiętać, że brak na nich naturalnego cienia, rzucanego przez roślinność. Warto więc zadbać o coś do ochrony przed słońcem, które świeci tu przez większość dni w roku.

Na dobry początek postanowiłem wykupić nurkowanie w jednym z tutejszych centrów nurkowych. Motorówka wypłynęła na odległość 10 minut od plaży. Widoczność pod wodą była niestety słaba, a cena tej przyjemności – zaskakująco wysoka: 100 euro za dwa nurkowania.

Za to wind- i kitesurferzy poczują się tu jak w raju – wiatr wieje silnie i równo. Kto nie pasjonuje się walką z falami i ma dość opalania, może udać się taksówką do małej zatoczki Buracona, naturalnego zagłębienia powstałego w skale magmowej, albo w okolice góry Serra Negra, gdzie opustoszałe plaże sąsiadują z czarnymi skałami.

Nazwa Sal – jednej z dziewięciu zamieszkałych wysp Republiki Zielonego Przylądka, jak łatwo się domyślić, oznacza w języku portugalskim „sól”. Saliny, czyli baseny służące do odparowywania tego związku chemicznego z wody morskiej, robią naprawdę duże wrażenie. Położony w nieczynnym wulkanie stary zakład produkcyjny przypomina wymarłą kopalnię złota z Dzikiego Zachodu.

Tyle widzą turyści, którzy przyjechali tu na tygodniowy wypoczynek i nie wykupili żadnych wycieczek po archipelagu. Nie polecam tego rozwiązania. Wyspy Zielonego Przylądka są niezmiernie urzekające. Jednak można przekonać się o tym dopiero wówczas, gdy opuści się Sal lub Boa Vistę (Boavistę), drugi najpopularniejszy kierunek turystyczny w tym kraju.

 

Mała Ameryka Południowa

Zwiedziłem Amerykę Południową i uważam Cabo Verde (tak brzmi portugalska nazwa Zielonego Przylądka, który do 1975 r. był kolonią Portugalii) za jej odpowiednik w wersji miniaturowej. Na pewno zapłacimy trochę mniej za lot do tej części Afryki niż na kontynent amerykański (ok. 3,5 tys. zł). Jednak ceny na miejscu nie należą do najniższych. To dlatego, że jak na Afrykę, dochód na jednego mieszkańca jest tu dość wysoki, bowiem wynosi 4 tys. dolarów, czyli pięciokrotnie mniej niż w Polsce, ale też pięciokrotnie więcej niż np. w Zimbabwe czy Malawi. Wszystko wynagradza fakt, że jest to jeden z najbezpieczniejszych krajów afrykańskich, jednocześnie niemal wolny od korupcji.

Za nocleg i dwa posiłki dziennie trzeba zapłacić ok. 30 euro na osobę (ok. 70 euro w 5-gwiazdkowym obiekcie z all inclusive). Niezbyt drogie pensjonaty, rezydencje i hotele można znaleźć praktycznie w każdej miejscowości, choć poza głównymi ośrodkami turystycznymi nie ma ich wiele. Najlepiej zarezerwować pokój z wyprzedzeniem, ponieważ zwłaszcza na zatłoczonych wyspach Sal i Boa Vista te w rozsądnej cenie bywają zwykle zajęte.

Lepiej też nie przyjeżdżać na Cabo Verde w okresie Wielkanocy i Bożego Narodzenia. Wtedy tysiące obywateli Republiki Zielonego Przylądka wracają do swoich rodzin na święta. W samych tylko Stanach Zjednoczonych mieszka ich ok. 300 tys., co stanowi 60 proc. ludności archipelagu. Zarobione przez nich pieniądze są głównym dochodem tego państwa, niemal pozbawionego surowców naturalnych.

 

Praia znaczy Plaża

Podróżuje się tu na dwa sposoby – albo samolotem, czyli szybko, ale drogo, albo promem – dużo wolniej, za to tanio. Po dniu leżenia na piasku kupujemy bilet na lot. Malutki turbośmigłowiec po 45 minutach kołysania się w powietrzu ląduje na wyspie Santiago w mieście Praia. Jest to stolica kraju, która funkcjonowała dawniej jako ośrodek handlu niewolnikami i port wielorybniczy.

Idziemy pustym, szerokim i piaszczystym brzegiem aż do latarni morskiej. Po spacerze, żeby nieco się ochłodzić, zanurzamy się po szyję w Oceanie Atlantyckim. Następnego dnia odwiedzamy położoną na północy wyspy czarną plażę, wysypaną ciemnym piaskiem wulkanicznym. Potem zmierzamy do Cidade Velha (Starego Miasta), gdzie znajdują się m.in. ruiny zabytkowej katedry (Sé Catedral) i fortu (Forte Real de São Filipe). To leżące niedaleko Prai miasteczko było pierwszym miejscem, jakie na Santiago zasiedlili Portugalczycy (w 1462 r.).

Największą zaletą stolicy jest całkowity brak turystów. Miejscowych też nie spotkamy wielu – ulice są pustawe i trudno uwierzyć, że mieszka tu ponad 130 tys. ludzi. Wieczorem ożywają lokalne bary. Gdy się postaramy, usłyszymy dźwięki dochodzące z okien i zza uchylonych drzwi, unoszące się ponad dachami. To morna, czyli melancholijne pieśni, wyrażające smutek wielu pokoleń, żal po utraconych synach i braciach, których zabrały susze, sztormy i odległe kraje. Miejscowi wykonują je w formie pełnej improwizacji. Kilka osób zestawia stoliki i gra na gitarze godzinami, sącząc powoli wino. Nie dbają o publiczność, o poklask. Śpiewają tylko dla siebie.

Morna narodziła się ponoć w XIX w. na Boa Viście, pod wpływem portugalskiej i brazylijskiej modinhy. Niekwestionowaną królową tego gatunku muzycznego (Rainha da Morna) była zmarła w grudniu 2011 r. Cesária Évora. Zostawiła rzeszę godnych następców, którzy święcą triumfy na światowych scenach. Mieszkańcy Cabo Verde, podobnie jak Jamajczycy, muzykę mają we krwi.

 

JAK DOTRZEĆ NA WYSPY ZIELONEGO PRZYLĄDKA?

Czas podróży samolotem z Warszawy na Cabo Verde – z jedną przesiadką w Lizbonie – wynosi mniej więcej 8 godz. Do tego doliczyć trzeba jednak ok. 3-godzinne oczekiwanie na lotnisku w stolicy Portugalii na połączenie liniami TAP Portugal do Espargos na wyspie Sal lub do Prai na Santiago. Koszt biletu w obie strony wynosi ok. 3,5 tys. zł. Portugalski narodowy przewoźnik lata codziennie z Lizbony na Wyspy Zielonego Przylądka. Do Prai – stolicy Cabo Verde – docierają też każdego dnia z lizbońskiego lotniska Portela samoloty TACV (przelot trwa ok. 4 godz.). Należą one do narodowych linii lotniczych Republiki Zielonego Przylądka. Za bilet powrotny ze stolicy Portugalii do Prai zapłacimy ok. 2–3 tys. zł.       

 

Kraina ognia

Do następnej wyspy – Fogo – dopływamy promem. Największą trudność podróżowania tutaj tym środkiem transportu stanowi brak pewnego rozkładu. Nawet jeśli znajdziemy godziny rejsów w internecie, to, czy prom w ogóle odbije od brzegu, wie tylko jego kapitan.

Nasza podróż trwa całą noc. O świcie najpierw niespodziewanie zawijamy na Bravę. Wyspa jest tak mała, że można ją obejść w ciągu pół dnia. Teraz jednak mamy tylko godzinę na to, aby zejść na ląd i kupić w porcie trochę smażonej ryby, zanim ruszymy w dalszą drogę.

Fogo oznacza w języku portugalskim „ogień”. Nietrudno zgadnąć, dlaczego miejsce to otrzymało taką nazwę: tak naprawdę to piękny, symetryczny wulkan, wyrastający prosto z oceanu, wysoki na 2829 m n.p.m (Pico do Fogo). Wyspa zbudowana jest z czarnej lawy i tufu wulkanicznego. Wbrew pozorom gleba odznacza się tu niezwykłą żyznością – upodobały ją sobie szczególnie agawy o charakterystycznych strzelistych kwiatach, a także krzewy winorośli, z owoców których produkuje się miejscowe Vino di Fogo.

Przed świtem zaczynamy wspinaczkę na szczyt. Wejście zajmuje nam ponad dwie godziny. Z krawędzi krateru roztacza się widok na całą wyspę w otoczeniu kłębiących się nad wodą chmur. Czuć siarkowy zapach, który wydobywa się z wnętrza wulkanu. Ostatnia jego erupcja zdarzyła się całkiem niedawno, bowiem w 1995 r. Zejście trwa trzy razy krócej niż wejście, bo zamiast mozolnej wspinaczki po prostu zbiegamy po tufowym osypisku.

 

Zielone źródło grogu

Dwa dni później jesteśmy już na Santo Antão, uznawanej za najpiękniejszą wyspę archipelagu. Wreszcie krajobraz nieco się zmienia – otacza nas piękny, zielony las. Roślinność rozwija się tu chętniej dzięki deszczom, które są raczej rzadkim zjawiskiem na Cabo Verde. Poza tym klimat na archipelagu można właściwie uznać za idealny. Temperatura w ciągu roku raczej nie spada poniżej 20°C i nie wzrasta powyżej 35°C.

Na Santo Antão znajdziemy znakomite trasy trekkingowe. Rano wjeżdżamy taksówką na przełęcz, aby najpiękniejszym z wąwozów, Ribeira do Paul, zejść w stronę oceanu. Widok zapiera dech w piersiach: ostre, trójkątne szczyty gór okolone starymi kalderami wyrastają ponad zbitą warstwę chmur. Idziemy w dół, pośród tarasowych poletek, gdzie zielenią się pędy trzciny cukrowej, ryżu i warzyw.

To miejsce słynie z produkcji grogu, narodowego trunku Wysp Zielonego Przylądka. Jego główny składnik, trzcina cukrowa, dotarł tu wraz z niewolnikami z Afryki. Jej pędy tradycyjnie wyciskało się w drewnianych prasach, przy których pracowały woły lub muły. Dziś jednak zastąpiły je silniki na ropę. Uzyskany w ten sposób brunatny sok gotuje się i destyluje. Gotowego alkoholu – bardzo mocnego – można spróbować na miejscu. Ci, których odstręcza ostry smak grogu, powinni poprosić o łagodniejszy i słodszy poncz.

Inna całodzienna trasa godna polecenia wiedzie z wioski Chã da Igreja wzdłuż nadmorskiego klifu do miasteczka Ponta do Sol. Ścieżka wije się zygzakiem w górę i w dół pośród wąwozów, pól i kolonii domków przyklejonych do zboczy. W dole fale oceanu tłuką o urwisty brzeg.

 

Raj dla amatorów ryb

Mindelo położone na sąsiedniej wyspie São Vicente jest rodzinnym miastem Cesárii Évory. Warto je odwiedzić choćby dla dzielnicy portowej. Wznosi się tu miniatura słynnej wieży Belém z Lizbony, w której mieści się targ rybny. Na dnach odwróconych łódek suszą się rozkrojone złowione przed chwilą wspaniałe okazy, a rybacy bez zajęcia podpierają odrapane ściany.

Kto lubi ryby, nie będzie narzekał na lokalną kuchnię. Ale za narodową potrawę uchodzi tutaj cachupa, czyli gotowana kukurydza z fasolą z dodatkiem – w zależności od wersji – jajek, ziemniaków, mięsa lub ryb. Kto zdoła rano zjeść cały talerz, do wieczora nie powinien poczuć głodu.

Wyspy Zielonego Przylądka stopniowo przestają być dziewicze. Rząd upatruje w rozwoju turystyki szansę na zwiększenie dochodów, kolejne połacie ziemi zajmują apartamentowce i pola golfowe. Od początku tysiąclecia liczba turystów wzrosła o 115 proc. W tym roku do użytku oddano dwusetny hotel. Podobnie jak na Wyspach Kanaryjskich, zaczynają się tu osiedlać emeryci z Zachodu. Z roku na rok Cabo Verde będzie więc się stawało mniej afrykańskie, a bardziej europejskie. Nie zwlekajmy zatem zbyt długo z odwiedzeniem Wysp Zielonego Przylądka…

 

CABO VERDE – IDEALNY KIERUNEK WYJAZDÓW GRUPOWYCH, INCENTIVE I SPOTKAŃ BIZNESOWYCH

Wyspy Zielonego Przylądka zapewniają wysoki standard hoteli i usług gastronomicznych, a także fascynujące egzotyczne atrakcje i wspaniałe zajęcia dla grup incentive (np. wycieczki pojazdami buggy, jeepami i quadami, rejsy katamaranami, snorkeling, sandboarding – zjazdy na specjalnych deskach z piaszczystych wydm, nurkowanie, kitesurfing, zawody latawców, kursy lokalnej kuchni i tańców, obserwowanie wielorybów i żółwi, łowienie ryb na pełnym morzu, nocne podziwianie gwiazd na pustyni Viana na wyspie Boa Vista, zabawy na plażach i w klubach muzycznych itd.). Cabo Verde to kraj charakteryzujący się polityczną i społeczną stabilnością, przyjaznymi i otwartymi mieszkańcami oraz gorącym tropikalnym klimatem przez cały rok. Poza tym znajdziemy tu afrykańską egzotykę z europejskim standardem usług i profesjonalnych miejscowych organizatorów turystyki. Co ważne, wystarczy jedynie osiem godzin lotu, żeby przenieść się z Polski do słonecznej i pełnej atrakcji Republiki Zielonego Przylądka.                     



        

Artykuły wybrane losowo

Na Jedwabnym Szlaku w Kazachstanie

ANNA KŁOSSOWSKA

 italiannawdrodze.blogspot.com

 

 « Kazachstan ma w sobie cudowną świeżość miejsca nie zalanego jeszcze turystyczną „stonką”. Na każdym kroku czułam się w nim odkrywcą witanym z otwartymi ramionami. »

Więcej…

W Wietnamie, krainie czerwonego smoka

MAGDALENA BARTCZAK

 

<< Pełen smaków, zapachów, barw i magii Wietnam wydaje się stanowić idealny cel podróży zarówno dla osób dopiero rozpoczynających przygodę z Azją, jak i dla tych, którzy już znają ten kontynent dość dobrze. Jeśli ktoś chce spróbować dań pysznej kuchni, odkryć liczne zabytki, przejechać się z kilkoma współpasażerami jednym skuterem lub po prostu zrelaksować na jednej z tropikalnych plaż, powinien postawić właśnie na ten kraj. Tutaj to wszystko jest możliwe. >>

 

Noworoczne lampiony w kolorze czerwonym przynoszącym szczęście

© MAGDALENA BARTCZAK

 

Przez długi czas, zanim jeszcze wybrałam się w pierwszą podróż do Azji, wiedzę na jej temat czerpałam głównie z reportaży i filmów, zarówno dokumentalnych, jak i fabularnych. Jednym z moich ulubionych azjatyckich twórców stał się Trần Anh Hùng, wietnamski reżyser mieszkający od 1975 r. we Francji, gdzie wyemigrował wraz z rodzicami pod koniec wojny wietnamskiej (II wojny indochińskiej). Oglądając Zapach zielonej papai (1993 r.), Rykszarza (1995 r.) czy Schyłek lata (2000 r.), wyobrażałam sobie jego ojczyznę jako kraj pełen soczystych kolorów, intensywnych zapachów, ulicznego gwaru i ciężkiego, tropikalnego powietrza. Jak przyznaje w wywiadach reżyser, w swoich produkcjach często powraca do Wietnamu z czasów własnego dzieciństwa – przedstawia go więc takim, jakim go zapamiętał przed emigracją. Jego filmy, nostalgiczne i zmysłowe, zachęciły mnie, żeby odwiedzić ten kraj. Szybko zagościł więc na mojej liście wymarzonych miejsc do zobaczenia i długo nie pozwalał mi o sobie zapomnieć.

Gdy marzenie wreszcie się spełniło i po raz pierwszy wybrałam się do ojczyzny Trần Anh Hùnga, już po wyjściu z potężnego lotniska w Ho Chi Minh przekonałam się, że wilgotne i lepkie powietrze, które przenikało jego filmowe opowieści, stanowi stały element klimatu Wietnamu, szczególnie na południu. Wszystko tu niemal od pierwszej chwili wydało mi się intensywne, aromatyczne, przesycone dźwiękami i kolorami. Szybko też okazało się, że ten piękny i długi kraj pełen jest skarbów przyrody oraz zniewalających smaków, które jeszcze długo po podróży pozostają w pamięci.

 

BOGATA HISTORIA

Wietnam leży na Półwyspie Indochińskim, od północy graniczy z Chinami, a od zachodu – z Kambodżą i Laosem. Choć pod względem powierzchni nieco przewyższa Polskę (zajmuje powyżej 331 tys. km²), to mieszka w nim ponad dwa razy więcej ludzi niż w naszym kraju (ok. 95 mln) i żyją co najmniej 54 mniejszości etniczne, które mają własne pismo, tradycje i język. Także dialekty w obrębie wietnamskiego znacznie różnią się od siebie – często te same słowa oznaczają coś zupełnie innego na północy, w centrum i na południu. Regiony charakteryzują się również odmiennymi warunkami pogodowymi. W północnych rejonach występuje klimat wilgotny podzwrotnikowy, w środkowej części – zwrotnikowy z porą deszczową i suchą, a na południowym obszarze – zwrotnikowy w odmianie monsunowej. Warto o tym pamiętać przy planowaniu podróży. Różnice w temperaturze między północą i południem mogą sięgać nawet 15–20°C. Wietnam jest też wyjątkowo różnorodny pod względem kultury, która przez wieki czerpała inspiracje m.in. z Chin, Indonezji i Francji. Specyfikę tego kraju stanowi jednak fakt, że dzięki silnemu zakorzenieniu w lokalnych tradycjach Wietnamczycy nie ulegli znacząco wpływom z zewnątrz. Przyswoili je w zmodyfikowanej formie i wzbogacili tym samym własne dziedzictwo kulturowe, oparte na wzorcach zaczerpniętych z buddyzmu, konfucjanizmu i taoizmu.

Według legend państwo wietnamskie, określane mianem krainy smoka (ze względu na rolę, jaką to stworzenie odgrywa w jego mitologii), zostało założone prawie 5 tys. lat temu przez dynastię Hồng Bàng (ok. 2879 r. p.n.e.). Od tego czasu wielokrotnie musiało bronić swoich ziem przed podbojami. Przez ponad tysiąc lat (od 111 r. p.n.e. do 938 r. n.e.) znajdowało się pod chińską okupacją. Potem kilkukrotnie było najeżdżane przez wojska mongolskie, w drugiej połowie XIX w. stało się częścią Indochin Francuskich, a w 1940 r. kontrolę nad jego terytorium przejęła Japonia. Po II wojnie światowej o swoją dawną kolonię upomnieli się Francuzi, co doprowadziło do wybuchu I wojny indochińskiej (1946–1954). W jej wyniku kraj podzielono na północną komunistyczną Demokratyczną Republikę Wietnamu i południową Republikę Wietnamu. Wkrótce potem między oboma państwami wybuchł konflikt zbrojny (wojna wietnamska 1955–1975), który okazał się jednym z najdłuższych i najkrwawszych w regionie.

 

ŚWIAT DUCHÓW I PRZODKÓW

Ze względu na trudną przeszłość i konieczność częstego konfrontowania się z innymi narodami, próbującymi narzucić im swój porządek, Wietnamczycy charakteryzują się dumą z własnych tradycji i patriotyzmem. Poza tym do ich głównych cech należy zaliczyć też niewątpliwie zamiłowanie do targowania się, które – szczególnie w mniejszych sklepikach i na targach – jest tu uważane za naturalny element zakupów. Jeśli ktoś nie podejmuje próby zbicia ceny, wzbudza podejrzenia, a w najlepszym wypadku wywołuje rozbawienie lub niedowierzanie wśród miejscowych. Chcesz kupić kilogram bananów, a sprzedawca życzy sobie 30 tys. dongów (w przeliczeniu na złotówki ok. 4,50 PLN)? Najprawdopodobniej kosztuje on nie więcej niż 10 tys. dongów, więc śmiało możesz powiedzieć quá đắt, czyli „zbyt drogo”, i rozpocząć negocjacje. Nie należy przy tym zapominać o uśmiechu, cenionym przez Wietnamczyków tym bardziej, że jako naród mają również opinię pomocnych, radosnych i uprzejmych ludzi.

Miejscowych cechuje także przywiązanie do przesądów, chroniących przed nieszczęściem i pozwalających (przynajmniej pozornie) utrzymać kontrolę nad otaczającą rzeczywistością, w postrzeganiu której zdroworozsądkowe myślenie często miesza się z fantastycznymi wyobrażeniami i wiarą w magię. Warto wymienić choć kilka popularnych zasad i zwyczajów. Wietnamczycy nie zostawiają pałeczek wetkniętych w jedzenie, ponieważ w ten sposób umieszczają je tylko w posiłku stawianym na ołtarzykach dla zmarłych. Źle widziane jest też otwieranie parasola w domu, gdyż może to doprowadzić do uwolnienia przyczepionych do niego duchów i sprowadzić nieszczęście. Z podobnego powodu nie należy sprzątać ani tym bardziej zamiatać domu pierwszego dnia Nowego Roku (Tết Nguyên Đán, w skrócie Tết), świętowanego przez trzy dni i celebrowanego w Wietnamie, zgodnie z kalendarzem księżycowo-słonecznym, zwykle między drugą połową stycznia a połową lutego (w 2019 r. wypadnie on 5 lutego). Wysprzątanie domowych pomieszczeń oznacza pozbycie się dobrych duchów i szans na pomyślność w kolejnych miesiącach.

Z Nowym Rokiem wiąże się zresztą wiele innych przesądów. Przed jego końcem trzeba zwrócić wszystkie długi – w przeciwnym razie w nadchodzącym roku będziemy mieć problemy finansowe. Podczas noworocznych wizyt rodzinnych nie należy mieć na sobie stroju w jednolitym kolorze, ponieważ to przynosi pecha. Dla Wietnamczyków Nowy Rok to najważniejsze święto ze wszystkich, przygotowują się do niego bardzo skrupulatnie. Około tygodnia wcześniej odwiedzają groby bliskich, gdzie palą kadzidła i modlą się, zachęcając duchy przodków, aby zeszły na ziemię i towarzyszyły im w świętowaniu. Przez trzy świąteczne dni, po okresie zakupowej gorączki i przygotowań, wszystkie sklepy są już zamknięte, a ulice i skwery przyozdobione kwiatami, dekoracjami i lampionami. Ulicami przechodzą parady z tańczącym smokiem i towarzyszeniem muzyki. Nowy Rok jest jednak głównie czasem spotkań z najbliższymi, pogłębiania więzi i oddawania czci duchom przodków. Nieodłączny element świętowania stanowi rodzinna kolacja, na której nie może zabraknąć jednego z najbardziej tradycyjnych dań podawanych na tę okazję – bánh chưng (ciasta z ryżu kleistego, wieprzowiny i fasoli mung, gotowanego w bananowych liściach).

 

Wietnamka przygotowująca pyszną zupę pho na ulicznym stoisku w Hanoi

© MAGDALENA BARTCZAK

 

CAŁA PALETA SMAKÓW

Skoro mowa o kuchni, warto wspomnieć o tym, że Wietnamczycy przejawiają również poważne podejście do gotowania, które uchodzi za ważną część codziennego życia. Widać to zresztą w misternie przygotowywanych potrawach – choćby sajgonkach, czyli starannie zawijanych krokietach z papieru ryżowego z farszem z makaronu ryżowego z dodatkiem mięsa, warzyw lub krewetek, doprawionym kolendrą. W Wietnamie podaje się je nie tylko w wersji smażonej, ale też na surowo (gỏi cuốn). W tym drugim wariancie są zdrowsze i orzeźwiają w tropikalne upały. Warto zresztą dodać, że pełna smaków i kolorów kuchnia Wietnamu jest uważana za jedną z najzdrowszych na świecie. Jej dania powstają zgodnie z założeniami zbilansowanej diety, komponuje się je według reguły pięciu smaków (słodkiego, kwaśnego, gorzkiego, ostrego i słonego) oraz koncepcji yin-yang – dwóch uzupełniających się przeciwieństw. W potrawach używa się dużej ilości świeżych przypraw i ziół, takich jak kolendra, trawa cytrynowa czy mięta. Często występującymi w nich składnikami są ryż, limonka, sos rybny i sojowy.

                Wietnamską kuchnię – podobnie jak w wypadku pogody czy przyrody – cechuje różnorodność, a jej regionalne odmiany różnią się między sobą m.in. z powodu klimatu, dostępności produktów i przyswojonych tradycji. Nawet najpopularniejsze tutejsze danie – zupa pho (phở), czyli rosół z makaronem ryżowym, kawałkami wołowiny lub kurczaka, kolendrą, imbirem, sosem rybnym i limonką – ma swoje rozmaite wersje w zależności od regionu. Choć obcokrajowiec nie poczuje dużej różnicy pomiędzy nimi, to według Wietnamczyków pho smakuje zupełnie inaczej w Hanoi niż w Ho Chi Minh. Warto przy tej okazji dodać, że północna część kraju pozostaje pod wpływem chińskich tradycji kulinarnych – przyrządza się tu wiele potraw smażonych (m.in. różnych rodzajów makaronu czy pierożków bánh gối), obficie polewanych sosem sojowym. W menu południa, które czerpie inspiracje ze zwyczajów kolonialnej Francji, znajdziemy więcej ryb, warzyw i owoców morza. Z kolei kuchnia centralnego Wietnamu, wywodząca się z kręgu cesarskiego, uchodzi za najostrzejszą, a przy tym najbardziej wykwintną, kolorową i wytwornie podawaną. Do klasycznych dań należą w tym rejonie m.in. chrupiące naleśniki z ryżowego ciasta, wypełnione wieprzowiną, krewetkami i kiełkami, ozdobione bazylią, kolendrą i miętą (bánh xèo).

 

Malownicze tarasowe pola ryżowe w górzystej okolicy miejscowości Sa Pa

© TITC – WWW.VIETNAMTOURISM.COM

 

BARWNA STOLICA

Terytorium Wietnamu, które zdaje układać się w kształt litery s, przez samych mieszkańców bywa porównywane do smoka. Według legendy głowę tego stworzenia stanowi północ, a jego oko – leżące w delcie Rzeki Czerwonej Hanoi. To centrum polityczne, kulturalne i gospodarcze współczesnego kraju. Miasto jest różnorodne, pełne kontrastów, z jednej strony przywiązane do tradycji, z drugiej – otwarte na zmiany. Choć przy pierwszej wizycie ta 8-milionowa metropolia może przytłoczyć i oszołomić hałasem i energią, to trudno oprzeć się jej urokowi. Mnie od pierwszego wejrzenia zauroczyło przede wszystkim historyczne centrum, od którego zaczęłam włóczęgę po Hanoi. Stanowi ono prawdziwy żywioł: zatłoczone uliczne restauracyjki i bary sąsiadują tu z warsztatami, sklepikami i bazarami, gdzie wśród przepełnionych stoisk znajdziemy worki ryżu, mięsa, ziół, owoców i warzyw. Między nimi manewrują sprzedawcy oferujący świeże owoce, różnego rodzaju przekąski czy turystyczne pamiątki. Nad wąskimi ulicami z kolonialną architekturą królują malownicze plątaniny kabli, które są jednym z tych widoków, do jakich należy się przyzwyczaić w Wietnamie. Stanowią one równie naturalny element miejskiej tkanki jak gwar, tłok i wszechobecne skutery, nierzadko zajęte przez kilku pasażerów naraz.

Jeśli będziemy chcieli odpocząć od zgiełku, powinniśmy wybrać się do otoczonej ogrodami Świątyni Literatury (Văn Miếu), barwnego konfucjańskiego kompleksu, w którym w drugiej połowie XI w. założono pierwszy uniwersytet w całym Wietnamie. Inną wartą odwiedzenia atrakcją jest liczące ok. 700 m długości Jezioro Zwróconego Miecza (Hồ Hoàn Kiếm), usytuowane w centrum miasta. Jego nazwa pochodzi od legendy o wyłowionym z niego mieczu, dzięki któremu przyszły cesarz i założyciel dynastii, Lê Lợi (ok. 1384–1433), miał pokonać przeciwników i wyzwolić ojczyznę spod chińskiego panowania. Pewnego dnia po broń zgłosił się jednak jej prawowity właściciel, czyli… wielki żółw mieszkający w wodach jeziora. Miecz sam wrócił do zwierzęcia, a władca uznał je za opiekuńczego ducha tego miejsca i aby oddać mu cześć, kazał postawić na tutejszej wysepce Wieżę Żółwia (Tháp Rùa), która stała się symbolem pokoju oraz samego Hanoi.

Podczas pobytu w wietnamskiej stolicy nie można także przegapić innej historycznej ciekawostki, jaką jest monumentalne Mauzoleum Ho Chi Minha, działacza komunistycznego i przywódcy Demokratycznej Republiki Wietnamu, przez jednych kochanego, a przez innych nienawidzonego wujka Ho (1890–1969). Obiekt otwarto w 1975 r. w samym sercu dawnej Dzielnicy Francuskiej na placu Ba Đình. Właśnie w tym miejscu, otoczonym dziś szerokimi bulwarami, eleganckimi willami i ambasadami, Ho Chi Minh ogłosił we wrześniu 1945 r. niepodległość kraju. Mauzoleum stanowi atrakcję również dla samych Wietnamczyków, którzy chętnie je odwiedzają. Ubrani skromnie, ale odświętnie, ustawiają się w kilometrowych kolejkach do wejścia. Czekają wyciszeni i podekscytowani perspektywą ujrzenia z bliska grobu dawnego bohatera.

 

Zatoka Hạ Long od 1994 r. na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO

© TITC – WWW.VIETNAMTOURISM.COM

 

MAGICZNA PRZYRODA

Północny Wietnam fascynuje nie tylko widocznymi na każdym kroku śladami historii, ale też wspaniałą przyrodą, którą można podziwiać m.in. w licznych parkach narodowych. Najstarszym z nich jest założony w 1986 r. Park Narodowy Cát Bà, rozciągający się na prawie całej powierzchni wyspy o tej samej nazwie. Turystów przyciąga on lasami, wodospadami, jeziorami i jaskiniami skrywającymi się w wapiennych górach. Leży w południowym rejonie malowniczej zatoki Hạ Long. Na jej dnie według legendy śpi smok, który w przeszłości miał pomagać Wietnamczykom w zmaganiach z najeźdźcami. Słynna zatoka, uważana za jeden z największych skarbów przyrodniczych Wietnamu, ma powierzchnię ponad 1,5 tys. km². W jej granicach znajduje się ok. 2 tys. skalistych wysp i wysepek. Na wizytę w okolicy warto przeznaczyć przynajmniej jeden lub dwa dni. Najlepiej zwiedzać ją podczas rejsu, który można zorganizować nawet z Hanoi – zatoka wraz z parkiem narodowym położone są mniej więcej 170 km na wschód od miasta.

Z kolei ok. 300 km na północny zachód od stolicy, tuż przy granicy z Chinami, znajduje się górzysty Park Narodowy Hoàng Liên (utworzony w 2002 r.) – jeden z moich ulubionych, a to ze względu na rześkie powietrze, soczystą zieleń i unoszące się tu melancholijne mgły. Rozciąga się on w pobliżu pasma górskiego Hoàng Liên Sơn, którego najwyższą górą (a zarazem najwyższym szczytem Wietnamu i całych Indochin) jest Fansipan (Phan Xi Păng, 3143 m n.p.m.). W okolicy leżą pola ryżu, należącego do kluczowych produktów eksportowych kraju. Malownicze tarasy ryżowe można podziwiać m.in. z zagubionej wśród deszczowych lasów górskiej miejscowości Sa Pa, cieszącej się zasłużoną popularnością wśród turystów dzięki rozpościerającym się wokół wspaniałym krajobrazom i panującemu w tym rejonie przyjemnemu, choć dość deszczowemu, klimatowi. Najlepiej wybrać się tutaj w porze suchej (która wypada od listopada do maja), aby w pełni móc cieszyć się widokiem na pobliskie tarasowe pola uprawne. Warto także zajrzeć na lokalny targ w Sa Pa – spotkamy na nim m.in. przedstawicieli górskich grup etnicznych Hmong i Dao (Yao), będących jednymi z wielu mniejszości zamieszkujących wielokulturowy Wietnam.

 

ZAPACH TROPIKÓW

Jeśli wymieniamy skarby wietnamskiej przyrody, to nie możemy nie wspomnieć o ciągnącym się przez niemal 3,5 tys. km wybrzeżu, należącym do najpiękniejszych i najdłuższych w regionie. Znajdziemy na nim wiele pięknych, złocistych plaż, choćby w okolicy portowego Đà Nẵng w środkowej części kraju (takich jak zapełnione bungalowami An Bang i Cửa Đại). Osoby chcące odpocząć od chaosu dużych miast powinny odwiedzić Mũi Né. Ta niegdyś niewielka osada rybacka w połowie lat 90. XX w. zaczęła zamieniać się w kurort turystyczny. Leży tutaj przepiękna 15-kilometrowa plaża, którą otaczają niezwykłe wydmy i laguny.

Jeżeli pojedziemy dalej na południowy zachód, dotrzemy do delty rzeki Mekong – miejsca, gdzie odnogi jednej z największych rzek świata tworzą jeziora i kanały wpadające do Morza Południowochińskiego. Oplatają one wyspy i wysepki, których mieszkańcy całe swoje życie związali z wodą. Pływające domy, szkoły, świątynie, urzędy i sklepy stoją na samym brzegu lądu lub bezpośrednio na wodzie. Transport lądowy właściwie tu nie istnieje, do większości wiosek można się dostać tylko łodzią. Okolica robi niesamowite wrażenie i stanowi jeden z najbardziej niezwykłych rejonów w Wietnamie.

Osoby mające więcej czasu mogą zajrzeć na położony ok. 80 km na południe od delty archipelag Côn Đảo. Składa się on z 16 tropikalnych wysepek (o łącznej powierzchni 75,15 km²), z których większość do dziś nie jest na stałe zamieszkana. Ponieważ utworzono tutaj w 1993 r. park narodowy, ruch turystyczny podlega kontroli. Dzięki takim warunkom archipelag zachował swój prawdziwie rajski charakter. Wydaje się, że nigdzie indziej w Wietnamie nie znajdziemy plaż, które byłyby równie czyste i jasnozłote, ani tak błękitnej wody. Na największej z wysp, Côn Sơn (51,52 km² powierzchni i ok. 4 tys. mieszkańców), działa lotnisko. Można na niej m.in. uprawiać trekking i nurkowanie. Pobliskie rafy koralowe uważa się za najpiękniejsze w kraju.

 

KRÓLEWSKE MIASTA

Na wielką atrakcyjność środkowo-południowych rejonów Wietnamu wpływają też wspaniałe miasta i miejscowości, przypominające o tym, że jego kultura jest jedną z najstarszych i najbogatszych w Azji Południowo-Wschodniej. Podczas wizyty tutaj nie wolno ominąć Huế – dawnej stolicy imperium dynastii Nguyễn (1802–1945), leżącej nad Rzeką Perfumową. Miasto dość mocno ucierpiało w trakcie wojny wietnamskiej. Jeden z zabytków, które udało się odrestaurować, stanowi Zakazane Purpurowe Miasto – otoczona potężnymi murami cytadeli dawna siedziba cesarza z rozległym kompleksem świątyń i pałaców. Warte uwagi są również położone w okolicy Huế buddyjskie grobowce cesarzy. Najłatwiej dotrzeć do nich skuterem lub łodzią.

Z kolei ok. 130 km na południowy wschód stąd znajduje się jedno z moich ulubionych azjatyckich miast, senne Hội An, uchodzące za najbardziej urokliwe w Wietnamie. W XVI–XVIII stuleciu należało do najważniejszych portów na jedwabnym szlaku, ściągającym kupców z całego świata, czemu zawdzięcza niepowtarzalny styl i atmosferę. Obce wpływy dostrzega się w nim do dziś. Między niskie budynki mieszkalne z piękną ceramiczną dachówką wciśnięte są chińskie domy zgromadzeń i świątynie, a jedną z największych atrakcji jest zabytkowy kryty Most Japoński. Nie można także zapomnieć o ważnym polskim akcencie związanym z najnowszą historią tego miejsca. W połowie lat 90. XX w. władze Hội An przedstawiły plan wyburzenia starszej jego części i wzniesienia w jej rejonie nowoczesnych bloków mieszkalnych. Do odstąpienia od tego pomysłu namówił jednak włodarzy miasta Kazimierz Kwiatkowski (1944–1997), architekt i konserwator zabytków pochodzący z Lublina, który od początku lat 80. minionego stulecia mieszkał i pracował w Wietnamie, gdzie był znany jako Kazik. Z pomocą Polaka udało się odrestaurować historyczne centrum. Dzięki temu trafiło ono w 1999 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Wdzięczna społeczność Hội An nazwała imieniem Kazimierza Kwiatkowskiego miejscowy park, a w 10. rocznicę jego śmierci postawiła mu pomnik.

Na koniec naszej podróży po Wietnamie docieramy do jego dawnej stolicy i największej metropolii – Ho Chi Minh, które do dziś wielu mieszkańców nadal nazywa Sajgonem. W tym potężnym i głośnym ośrodku żyje obecnie blisko 9 mln ludzi, a miasto wciąż się rozrasta i wystrzeliwuje w niebo ostrzami nowych drapaczy chmur. To jedna z tych metropolii, które nigdy nie zasypiają i zdają się odnajdywać równowagę w swoim gwarnym chaosie. Warto odkrywać ją powoli, a jeśli damy jej szansę, z pewnością wyczujemy przyjemną, swojską, nieco nostalgiczną atmosferę dawnego Sajgonu. Ho Chi Minh pełne jest zieleni, galerii, muzeów, targowisk, klimatycznych zaułków i placyków z kawiarniami, chyba najlepszymi w całym kraju.

                Gdybym zresztą musiała wybrać jeden zapach, którym pachnie dla mnie ten Paryż Orientu lub Perła Dalekiego Wschodu, to niewątpliwie byłaby to właśnie kawa (cà phê), kolejny obok ryżu popularny towar eksportowy Wietnamu. Jej uprawę wprowadzili tu w połowie XIX w. Francuzi i od tego czasu stała się prawdziwym skarbem narodowym. Wietnamczycy wypracowali swój niepowtarzalny sposób jej przyrządzania, który ma zarówno gorących zwolenników, jak i przeciwników. Warto samemu wyrobić sobie zdanie na ten temat. Okazji z pewnością nie zabraknie, bo Wietnam jest prawdziwym rajem dla kawoszy. Kawy można tutaj spróbować praktycznie wszędzie: od przenośnych straganów, przez budki i sklepiki, po eleganckie kafeterie i restauracje. Jednym z najlepszych do tego miejsc są kawiarnie przy placu Lam Sơn w Ho Chi Minh. Po jednej jego stronie wznosi się gmach Opery, a po drugiej – historyczny Hotel Continental Saigon. Nad okolicą góruje neoromańska Katedra Notre-Dame, ukończona w 1880 r., obok której stoi jeden z najpiękniejszych budynków w mieście, czyli Poczta Główna, zaprojektowana przez Alfreda Foulhoux. Przez chwilę można się tu poczuć jak w Paryżu, ale to tylko złudzenie. Lekki podmuch tropikalnego powietrza i widok unoszących się liści pobliskich palm przypomina nam o tym, że znajdujemy się w Wietnamie – kraju pełnym kolorów i serdecznych ludzi, stanowiącym wyjątkowo smaczną esencję Azji Południowo-Wschodniej.

 

Wydanie Wiosna 2018

Mozaika andaluzyjska

1605

© PATRONATO PROVINCIAL DE TURISMO DE GRANADA

 

MONIKA BIEŃ-KÖNIGSMAN

www.hiszpanskiesmaki.es

 

Andaluzja to czarodziejka, kraina położona pomiędzy – już nie całkiem w Europie, a jeszcze nie w Afryce. Jest jak kobieta tańcząca flamenco w „tablao” i na plaży w nocy. Codzienność ma tu smak tapas i jerez (sherry). Surowe góry sąsiadują z Oceanem Atlantyckim oddzielonym od Morza Alborańskiego Cieśniną Gibraltarską. W Andaluzji znajduje się jeden ze starożytnych słupów Heraklesa. Urodził się w niej słynny gitarzysta flamenco Paco de Lucía. Dziś dźwięki gitary rozbrzmiewają wśród ulic miast, których prawdziwym skarbem są mauretańskie budowle – monumentalne, a jednocześnie finezyjnie zdobione. Wszystkie te elementy tworzą wyjątkową andaluzyjską mozaikę.

Więcej…