ROBERT STEFANICKI

Jeśli nie lubimy długich podróży samolotem, a marzy nam się Ameryka Południowa, warto odwiedzić wówczas Wyspy Zielonego Przylądka (Cabo Verde). W odległości jedynie ośmiu godzin lotu z Warszawy znajdziemy wulkany, solniska, tarasowe pola i rozległe plaże. Nie ma tylko lam.

Republika Zielonego Przylądka obejmuje archipelag złożony z Wysp Zawietrznych (Ilhas de Barlavento) i Podwietrznych (Ilhas de Sotavento), leżący w pobliżu najdalej na zachód wysuniętego fragmentu kontynentu afrykańskiego – Przylądka Zielonego. Miejsce to jako pierwsi zasiedlili Portugalczycy, którzy ściągnęli tu niewolników z Czarnego Lądu. Do dziś językiem urzędowym pozostaje portugalski.

To nie jest miłość od pierwszego wejrzenia. Wyspa Sal, na której mieści się lotnisko, oglądana z okien podchodzącego do lądowania samolotu wygląda jak naleśnik z brudnego piachu. Trudno doszukać się choćby skrawka zieleni, zawartej w nazwie tego państwa. Jeśli jednak nie zniechęcimy się na początku, na pewno nie wyjedziemy stąd zawiedzeni.

 

Turystyczna Sal

Po przybyciu udajemy się na południe wyspy, w okolice miasteczka Santa Maria. Poza hotelami są tu tylko restauracje, sklepy z pamiątkami i biura nieruchomości, sprzedające obcokrajowcom nowo powstałe apartamenty. Na ulicach handlarze z Senegalu zaczepiają przybyszów, zadając im w 10 językach pytanie o kraj pochodzenia tylko po to, żeby za chwilę zaproponować kupno jakiegoś bębenka lub wycieczki. Ta typowa osada turystyczna niczym nie różni się od tych znanych z Egiptu czy Tunezji.

Za mocną stronę Sal trzeba uznać jej wyjątkowo ładne plaże o drobnym piasku. Należy jednak pamiętać, że brak na nich naturalnego cienia, rzucanego przez roślinność. Warto więc zadbać o coś do ochrony przed słońcem, które świeci tu przez większość dni w roku.

Na dobry początek postanowiłem wykupić nurkowanie w jednym z tutejszych centrów nurkowych. Motorówka wypłynęła na odległość 10 minut od plaży. Widoczność pod wodą była niestety słaba, a cena tej przyjemności – zaskakująco wysoka: 100 euro za dwa nurkowania.

Za to wind- i kitesurferzy poczują się tu jak w raju – wiatr wieje silnie i równo. Kto nie pasjonuje się walką z falami i ma dość opalania, może udać się taksówką do małej zatoczki Buracona, naturalnego zagłębienia powstałego w skale magmowej, albo w okolice góry Serra Negra, gdzie opustoszałe plaże sąsiadują z czarnymi skałami.

Nazwa Sal – jednej z dziewięciu zamieszkałych wysp Republiki Zielonego Przylądka, jak łatwo się domyślić, oznacza w języku portugalskim „sól”. Saliny, czyli baseny służące do odparowywania tego związku chemicznego z wody morskiej, robią naprawdę duże wrażenie. Położony w nieczynnym wulkanie stary zakład produkcyjny przypomina wymarłą kopalnię złota z Dzikiego Zachodu.

Tyle widzą turyści, którzy przyjechali tu na tygodniowy wypoczynek i nie wykupili żadnych wycieczek po archipelagu. Nie polecam tego rozwiązania. Wyspy Zielonego Przylądka są niezmiernie urzekające. Jednak można przekonać się o tym dopiero wówczas, gdy opuści się Sal lub Boa Vistę (Boavistę), drugi najpopularniejszy kierunek turystyczny w tym kraju.

 

Mała Ameryka Południowa

Zwiedziłem Amerykę Południową i uważam Cabo Verde (tak brzmi portugalska nazwa Zielonego Przylądka, który do 1975 r. był kolonią Portugalii) za jej odpowiednik w wersji miniaturowej. Na pewno zapłacimy trochę mniej za lot do tej części Afryki niż na kontynent amerykański (ok. 3,5 tys. zł). Jednak ceny na miejscu nie należą do najniższych. To dlatego, że jak na Afrykę, dochód na jednego mieszkańca jest tu dość wysoki, bowiem wynosi 4 tys. dolarów, czyli pięciokrotnie mniej niż w Polsce, ale też pięciokrotnie więcej niż np. w Zimbabwe czy Malawi. Wszystko wynagradza fakt, że jest to jeden z najbezpieczniejszych krajów afrykańskich, jednocześnie niemal wolny od korupcji.

Za nocleg i dwa posiłki dziennie trzeba zapłacić ok. 30 euro na osobę (ok. 70 euro w 5-gwiazdkowym obiekcie z all inclusive). Niezbyt drogie pensjonaty, rezydencje i hotele można znaleźć praktycznie w każdej miejscowości, choć poza głównymi ośrodkami turystycznymi nie ma ich wiele. Najlepiej zarezerwować pokój z wyprzedzeniem, ponieważ zwłaszcza na zatłoczonych wyspach Sal i Boa Vista te w rozsądnej cenie bywają zwykle zajęte.

Lepiej też nie przyjeżdżać na Cabo Verde w okresie Wielkanocy i Bożego Narodzenia. Wtedy tysiące obywateli Republiki Zielonego Przylądka wracają do swoich rodzin na święta. W samych tylko Stanach Zjednoczonych mieszka ich ok. 300 tys., co stanowi 60 proc. ludności archipelagu. Zarobione przez nich pieniądze są głównym dochodem tego państwa, niemal pozbawionego surowców naturalnych.

 

Praia znaczy Plaża

Podróżuje się tu na dwa sposoby – albo samolotem, czyli szybko, ale drogo, albo promem – dużo wolniej, za to tanio. Po dniu leżenia na piasku kupujemy bilet na lot. Malutki turbośmigłowiec po 45 minutach kołysania się w powietrzu ląduje na wyspie Santiago w mieście Praia. Jest to stolica kraju, która funkcjonowała dawniej jako ośrodek handlu niewolnikami i port wielorybniczy.

Idziemy pustym, szerokim i piaszczystym brzegiem aż do latarni morskiej. Po spacerze, żeby nieco się ochłodzić, zanurzamy się po szyję w Oceanie Atlantyckim. Następnego dnia odwiedzamy położoną na północy wyspy czarną plażę, wysypaną ciemnym piaskiem wulkanicznym. Potem zmierzamy do Cidade Velha (Starego Miasta), gdzie znajdują się m.in. ruiny zabytkowej katedry (Sé Catedral) i fortu (Forte Real de São Filipe). To leżące niedaleko Prai miasteczko było pierwszym miejscem, jakie na Santiago zasiedlili Portugalczycy (w 1462 r.).

Największą zaletą stolicy jest całkowity brak turystów. Miejscowych też nie spotkamy wielu – ulice są pustawe i trudno uwierzyć, że mieszka tu ponad 130 tys. ludzi. Wieczorem ożywają lokalne bary. Gdy się postaramy, usłyszymy dźwięki dochodzące z okien i zza uchylonych drzwi, unoszące się ponad dachami. To morna, czyli melancholijne pieśni, wyrażające smutek wielu pokoleń, żal po utraconych synach i braciach, których zabrały susze, sztormy i odległe kraje. Miejscowi wykonują je w formie pełnej improwizacji. Kilka osób zestawia stoliki i gra na gitarze godzinami, sącząc powoli wino. Nie dbają o publiczność, o poklask. Śpiewają tylko dla siebie.

Morna narodziła się ponoć w XIX w. na Boa Viście, pod wpływem portugalskiej i brazylijskiej modinhy. Niekwestionowaną królową tego gatunku muzycznego (Rainha da Morna) była zmarła w grudniu 2011 r. Cesária Évora. Zostawiła rzeszę godnych następców, którzy święcą triumfy na światowych scenach. Mieszkańcy Cabo Verde, podobnie jak Jamajczycy, muzykę mają we krwi.

 

JAK DOTRZEĆ NA WYSPY ZIELONEGO PRZYLĄDKA?

Czas podróży samolotem z Warszawy na Cabo Verde – z jedną przesiadką w Lizbonie – wynosi mniej więcej 8 godz. Do tego doliczyć trzeba jednak ok. 3-godzinne oczekiwanie na lotnisku w stolicy Portugalii na połączenie liniami TAP Portugal do Espargos na wyspie Sal lub do Prai na Santiago. Koszt biletu w obie strony wynosi ok. 3,5 tys. zł. Portugalski narodowy przewoźnik lata codziennie z Lizbony na Wyspy Zielonego Przylądka. Do Prai – stolicy Cabo Verde – docierają też każdego dnia z lizbońskiego lotniska Portela samoloty TACV (przelot trwa ok. 4 godz.). Należą one do narodowych linii lotniczych Republiki Zielonego Przylądka. Za bilet powrotny ze stolicy Portugalii do Prai zapłacimy ok. 2–3 tys. zł.       

 

Kraina ognia

Do następnej wyspy – Fogo – dopływamy promem. Największą trudność podróżowania tutaj tym środkiem transportu stanowi brak pewnego rozkładu. Nawet jeśli znajdziemy godziny rejsów w internecie, to, czy prom w ogóle odbije od brzegu, wie tylko jego kapitan.

Nasza podróż trwa całą noc. O świcie najpierw niespodziewanie zawijamy na Bravę. Wyspa jest tak mała, że można ją obejść w ciągu pół dnia. Teraz jednak mamy tylko godzinę na to, aby zejść na ląd i kupić w porcie trochę smażonej ryby, zanim ruszymy w dalszą drogę.

Fogo oznacza w języku portugalskim „ogień”. Nietrudno zgadnąć, dlaczego miejsce to otrzymało taką nazwę: tak naprawdę to piękny, symetryczny wulkan, wyrastający prosto z oceanu, wysoki na 2829 m n.p.m (Pico do Fogo). Wyspa zbudowana jest z czarnej lawy i tufu wulkanicznego. Wbrew pozorom gleba odznacza się tu niezwykłą żyznością – upodobały ją sobie szczególnie agawy o charakterystycznych strzelistych kwiatach, a także krzewy winorośli, z owoców których produkuje się miejscowe Vino di Fogo.

Przed świtem zaczynamy wspinaczkę na szczyt. Wejście zajmuje nam ponad dwie godziny. Z krawędzi krateru roztacza się widok na całą wyspę w otoczeniu kłębiących się nad wodą chmur. Czuć siarkowy zapach, który wydobywa się z wnętrza wulkanu. Ostatnia jego erupcja zdarzyła się całkiem niedawno, bowiem w 1995 r. Zejście trwa trzy razy krócej niż wejście, bo zamiast mozolnej wspinaczki po prostu zbiegamy po tufowym osypisku.

 

Zielone źródło grogu

Dwa dni później jesteśmy już na Santo Antão, uznawanej za najpiękniejszą wyspę archipelagu. Wreszcie krajobraz nieco się zmienia – otacza nas piękny, zielony las. Roślinność rozwija się tu chętniej dzięki deszczom, które są raczej rzadkim zjawiskiem na Cabo Verde. Poza tym klimat na archipelagu można właściwie uznać za idealny. Temperatura w ciągu roku raczej nie spada poniżej 20°C i nie wzrasta powyżej 35°C.

Na Santo Antão znajdziemy znakomite trasy trekkingowe. Rano wjeżdżamy taksówką na przełęcz, aby najpiękniejszym z wąwozów, Ribeira do Paul, zejść w stronę oceanu. Widok zapiera dech w piersiach: ostre, trójkątne szczyty gór okolone starymi kalderami wyrastają ponad zbitą warstwę chmur. Idziemy w dół, pośród tarasowych poletek, gdzie zielenią się pędy trzciny cukrowej, ryżu i warzyw.

To miejsce słynie z produkcji grogu, narodowego trunku Wysp Zielonego Przylądka. Jego główny składnik, trzcina cukrowa, dotarł tu wraz z niewolnikami z Afryki. Jej pędy tradycyjnie wyciskało się w drewnianych prasach, przy których pracowały woły lub muły. Dziś jednak zastąpiły je silniki na ropę. Uzyskany w ten sposób brunatny sok gotuje się i destyluje. Gotowego alkoholu – bardzo mocnego – można spróbować na miejscu. Ci, których odstręcza ostry smak grogu, powinni poprosić o łagodniejszy i słodszy poncz.

Inna całodzienna trasa godna polecenia wiedzie z wioski Chã da Igreja wzdłuż nadmorskiego klifu do miasteczka Ponta do Sol. Ścieżka wije się zygzakiem w górę i w dół pośród wąwozów, pól i kolonii domków przyklejonych do zboczy. W dole fale oceanu tłuką o urwisty brzeg.

 

Raj dla amatorów ryb

Mindelo położone na sąsiedniej wyspie São Vicente jest rodzinnym miastem Cesárii Évory. Warto je odwiedzić choćby dla dzielnicy portowej. Wznosi się tu miniatura słynnej wieży Belém z Lizbony, w której mieści się targ rybny. Na dnach odwróconych łódek suszą się rozkrojone złowione przed chwilą wspaniałe okazy, a rybacy bez zajęcia podpierają odrapane ściany.

Kto lubi ryby, nie będzie narzekał na lokalną kuchnię. Ale za narodową potrawę uchodzi tutaj cachupa, czyli gotowana kukurydza z fasolą z dodatkiem – w zależności od wersji – jajek, ziemniaków, mięsa lub ryb. Kto zdoła rano zjeść cały talerz, do wieczora nie powinien poczuć głodu.

Wyspy Zielonego Przylądka stopniowo przestają być dziewicze. Rząd upatruje w rozwoju turystyki szansę na zwiększenie dochodów, kolejne połacie ziemi zajmują apartamentowce i pola golfowe. Od początku tysiąclecia liczba turystów wzrosła o 115 proc. W tym roku do użytku oddano dwusetny hotel. Podobnie jak na Wyspach Kanaryjskich, zaczynają się tu osiedlać emeryci z Zachodu. Z roku na rok Cabo Verde będzie więc się stawało mniej afrykańskie, a bardziej europejskie. Nie zwlekajmy zatem zbyt długo z odwiedzeniem Wysp Zielonego Przylądka…

 

CABO VERDE – IDEALNY KIERUNEK WYJAZDÓW GRUPOWYCH, INCENTIVE I SPOTKAŃ BIZNESOWYCH

Wyspy Zielonego Przylądka zapewniają wysoki standard hoteli i usług gastronomicznych, a także fascynujące egzotyczne atrakcje i wspaniałe zajęcia dla grup incentive (np. wycieczki pojazdami buggy, jeepami i quadami, rejsy katamaranami, snorkeling, sandboarding – zjazdy na specjalnych deskach z piaszczystych wydm, nurkowanie, kitesurfing, zawody latawców, kursy lokalnej kuchni i tańców, obserwowanie wielorybów i żółwi, łowienie ryb na pełnym morzu, nocne podziwianie gwiazd na pustyni Viana na wyspie Boa Vista, zabawy na plażach i w klubach muzycznych itd.). Cabo Verde to kraj charakteryzujący się polityczną i społeczną stabilnością, przyjaznymi i otwartymi mieszkańcami oraz gorącym tropikalnym klimatem przez cały rok. Poza tym znajdziemy tu afrykańską egzotykę z europejskim standardem usług i profesjonalnych miejscowych organizatorów turystyki. Co ważne, wystarczy jedynie osiem godzin lotu, żeby przenieść się z Polski do słonecznej i pełnej atrakcji Republiki Zielonego Przylądka.                     



        

Artykuły wybrane losowo

Peru – duch Inków

PIOTR MACIEJ MAŁACHOWSKI

 

Peru jest fascynującym państwem, ale może też rozczarować tych, którzy nie znają choć trochę historii kraju Inków, jeśli po przyjeździe tutaj nie spotkają nie tylko żadnego z nich, a nawet ich potomków. Pod względem bogactwa dziedzictwa historycznego Peru zajmuje trzecie miejsce na świecie, zaraz po Włoszech i Izraelu. Tak wynika z analizy marek państw przeprowadzonej przez globalną organizację FutureBrand. W pozostałych czterech wskaźnikach – poziom oferty turystycznej, klimat dla przedsiębiorczości, jakość życia i system wartości – kraju utożsamianego z Inkami nie ma nawet w pierwszej trzydziestce.

Więcej…

Namibia – afrykański sen o przygodach

KAROLINA SYPNIEWSKA
www.karolinasypniewska.pl

<< Jednym z języków używanych w Namibii obok urzędowego angielskiego (od 1990 r.), afrikaans i niemieckiego jest np. owambo. Wielokulturowość tego kraju zachwyca turystów, chociaż spotkać w nim ludzi wcale nie tak łatwo. Na obszarze ponad 825 tys. km2 (2,5 razy większym od terytorium Polski) mieszka jedynie 2,1 mln ludności, a więc przypada tu zaledwie ok. 2,5 osoby na 1 km2. Odległości do pokonania są w tym państwie gigantyczne (dominują drogi szutrowe), a atrakcji znajdziemy co niemiara. Przyjacielska, bezpieczna i niezmiernie malownicza Namibia uchodzi za Afrykę dla początkujących. Czeka w niej na nich uważana za najstarszą na świecie pustynia Namib, pozostałości po kulturze pierwszych jej mieszkańców Buszmenów, różnorodna dzika przyroda, piaszczyste wybrzeże usiane licznymi wrakami statków i okupowane przez sympatyczne uchatki karłowate oraz rdzenne ludy, które po dziś dzień zachowały swoje zwyczaje i tożsamość. >>

Ten młody kraj uzyskał niepodległość 21 marca 1990 r. W latach 1884–1915 tereny te należały do niemieckiej kolonii zwanej Niemiecką Afryką Południowo-Zachodnią (Deutsch-Südwestafrika). W 1915 r. wkroczyły tutaj wojska Związku Południowej Afryki, będącego dominium brytyjskim, i dopiero w latach 60. XX w. Organizacja Ludu Afryki Południowo-Zachodniej (SWAPO – South West Africa People's Organization) rozpoczęła walki o wyzwolenie. Nazwa Namibia pochodzi od pustyni Namib (w tłumaczeniu z języka nama „miejsce, gdzie nie ma nic” lub „olbrzymi”).

Więcej…

Panama – na styku dwóch oceanów i Ameryk

Agnieszka Szwed

www.szwedacz.com

 

<< Jednym z pierwszych widoków witających przyjezdnych w stolicy Panamy (Ciudad de Panamá) jest skupisko szklanych wieżowców dumnie górujących nad wodami Zatoki Panamskiej. Panorama dzielnicy finansowej przywodzi na myśl nowoczesne metropolie i może sugerować, że przybyliśmy do kraju żyjącego w znanym nam europejskim rytmie. Gdy wyruszymy poza miasto, szybko uświadomimy sobie, że rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej. >>

Panama to wiecznie zielone lasy deszczowe, malownicze góry, rajskie wyspy i plaże oraz urokliwe miasteczka i ich serdeczni mieszkańcy. W tym kraju z karaibską duszą dzieje Indian przeplatają się z historią tworzoną przez konkwistadorów i pirackimi podbojami, o których do dziś krążą legendy. Prawdziwa egzotyka czeka w nim na odkrycie.

 

Nie pamiętam dokładnie, z czym kojarzyła mi się Panama, zanim się do niej udałam. Myślę, że był to, jak w przypadku wielu osób, słynny Kanał Panamski. Ten majstersztyk inżynierii swoich czasów, łączący Atlantyk z Pacyfikiem, który nieporównywalnie skrócił czas morskich podróży, nadal pozostaje jedną z najważniejszych dróg wodnych na świecie. Rocznie przeprawia się przez niego ok. 14 tys. statków. I choć od ponad 100 lat jest symbolem Panamy, to nie on zajmuje szczególne miejsce w mojej pamięci. Teraz ten piękny zakątek Ameryki Centralnej kojarzy mi się z czymś innym.

 

W TROPIKALNYM LESIE

Dziś ten kraj to dla mnie przede wszystkim tropikalne lasy, z dusznym, wilgotnym powietrzem i sufitem zieleni nad głową. I mimo iż Panama jest różnorodna, blisko 40 proc. jej powierzchni zajmują właśnie wiecznie zielone lasy deszczowe, odznaczające się niezwykłą rozmaitością roślin i zwierząt. Liczba występujących tu gatunków flory i fauny należy do największych na świecie. Ich rozwinięciu się sprzyjały nie tylko panujące w tym regionie warunki klimatyczne, lecz także fakt, że niczym most łączy on obie Ameryki. Dlatego zawsze stanowił miejsce mieszania się gatunków.

Różnorodność ta była niegdyś jeszcze większa, ale budowa wspomnianego Kanału Panamskiego i związane z nią wycinki odbiły się negatywnie na ekosystemie. Od wielu lat lasy w Panamie karczuje się również pod plantacje, a przede wszystkim pod pastwiska dla bydła. Sytuacja jest jednak pod pewnym względem paradoksalna. Otóż obszary leśne są ponoć niezbędne do nawadniania kanału i utrzymania jego żeglowności. Wbrew pozorom więc tutejsze lasy, zwłaszcza te w okolicach Ciudad de Panamá, wydają się nie być zagrożone, a to z powodów praktyczno-ekonomicznych. Możliwe zatem, że inwestycja, której zrealizowanie przyczyniło się niegdyś do tylu zniszczeń w środowisku, stanie się strażnikiem przyrody. Miejmy nadzieję, że tak właśnie będzie.

Tropikalny las deszczowy porasta wiele regionów kraju. Jednym z najłatwiej dostępnych jest Park Narodowy Soberanía, położony około pół godziny jazdy samochodem od centrum stolicy (mniej więcej 25 km). Choć leży w niedalekiej odległości od dużych ośrodków miejskich, to jednak nie niewielki skrawek leśnego obszaru, lecz rozległy teren o powierzchni ponad 195 km². Mimo niesamowitej wilgotności i mnogości chronionych gatunków nie napotkałam tutaj pijawek, co po moich dawniejszych doświadczeniach nie tylko mnie zaskoczyło, ale też ucieszyło. Przez park prowadzi 10-kilometrowa trasa, którą w XVI w. Hiszpanie przewozili złoto i towary z Kalifornii i Ameryki Południowej. Dziś Camino de Cruces jest jednym z kilku dostępnych miejscowych szlaków. Należą do nich m.in. Sendero El Charco (800 m długości) czy Camino del Oleoducto (17 km), z których można obserwować setki gatunków ptaków. Podczas wędrówki wśród tutejszej bujnej zieleni aż trudno uwierzyć, że tylko pół godziny dzieli ten park od zgiełku stolicy.

Połacie lasu deszczowego znajdują się także w okolicach Boquete w prowincji Chiriquí, niewielkiego, górskiego miasteczka założonego na początku XX stulecia. Miejsce to leżało na szlaku poszukiwaczy złota, pragnących odnaleźć najszybszą drogę do Pacyfiku. Z początku to właśnie oni zaczęli się tu osiedlać. Dziś Boquete znane jest jako mekka ekspatów. Przyciąga również miłośników jazzu, kawy, a przede wszystkim okolicznej przyrody, czyli gór i wulkanów obrośniętych mglistym, tropikalnym lasem.

Kiedy chmury nie zalegają zbyt nisko, już w drodze do miasteczka dostrzec można górujący nad wszystkim wulkan Barú (3475 m n.p.m.) – najwyższy szczyt Panamy. Zdobycie jego wierzchołka stawia sobie za cel wiele przybywających tutaj osób. Zapewne i my zrobilibyśmy tak samo, ale nie podjęliśmy tego wyzwania m.in. ze względu na brak czasu. Nie trzeba jednak wchodzić na wulkan, żeby docenić urok tego miejsca. Wystarczy wybrać się na wędrówkę którymś z leśnych szlaków. Podczas spaceru Sendero Los Quetzales (ok. 9,6 km długości) można wypatrzeć rzadko spotykane, pięknie ubarwione kwezale herbowe. Trasa Cascada Escondida, jak wskazuje jej nazwa, prowadzi do ukrytego wodospadu. I choć on sam nie wywarł na mnie dużego wrażenia, jego okolica, pełna majestatycznych drzew, warta jest każdej spędzonej w niej chwili.

Tropikalne lasy w rejonie Boquete skrywają także łakomy kąsek dla miłośników opuszczonych miejsc. Mowa o rezydencji w Bajo Mono, której budowę rozpoczął 40 lat temu niejaki José Domingo Serracín, bogaty posiadacz ziemski lepiej znany jako don Pepe. Atak serca położył kres jego życiu, a zarazem realizacji budowlanego projektu. Rezydencja nigdy nie została ukończona, gdyż rodzina inwestora raczej się nią nie interesowała. Dziś zamieszkały przez nietoperze pałac coraz bardziej wtapia się w krajobraz mglistego lasu. To jedno z piękniejszych opuszczonych miejsc, jakie miałam okazję zobaczyć.

W panamskich lasach rośnie też puchowiec (ceiba), zwany inaczej drzewem kapokowym. Według Majów on właśnie zrodził pierwszego człowieka i dlatego jest dla nich święty. Stanowi również pomost między rzeczywistością a niebiosami i światem podziemnym.

Na koniec trzeba jeszcze wspomnieć o przesmyku Darién (Tapón del Darién, Región del Darién), czyli najbardziej dzikim, niedostępnym i malarycznym fragmencie tropikalnego lasu, nie tylko w skali kraju, ale i świata. Oddziela on Panamę od Kolumbii i sprawia, że przekroczenie lądowej granicy między tymi państwami uchodzi za zadanie prawie niemożliwe. Z tego powodu przemieszczanie się pomiędzy Ameryką Centralną i Południową lądem jest niezwykle trudne (choć nielicznym się udaje). Darién to rozległe bagna porośnięte gęstym, ciemnym lasem, będące domem Indian Guna (Kuna) i Embera-Wounaan (Chocó) oraz schronieniem narkotykowych karteli i kolumbijskich rebeliantów. Aby zapuścić się głębiej w ten rejon, trzeba nie tylko wynająć lokalnego przewodnika, ale i skrupulatnie się przygotować.

 

FOLKLOR I FESTIWALE

Opuśćmy teraz zielone i wilgotne regiony Panamy, aby przenieść się w okolicę całkiem odmienną. Półwysep Azuero, bo o nim mowa, jest najgorętszym i najbardziej suchym miejscem w kraju. Nawet pora deszczowa omija część jego rejonów (wschodnie wybrzeże), w których ostatni deszcz widziano dawno temu. Tam, gdzie opady docierają, są rzadsze i mniej obfite niż w reszcie Panamy. Był to właśnie jeden z powodów, dla których tu trafiliśmy. Rozpoczynająca się w maju pora deszczowa dała nam się we znaki na tyle, że szukaliśmy schronienia przed strugami deszczu. Półwysep warto jednak odwiedzić nie tylko, aby uciec przed opadami. Miasteczka Azuero są głównymi ośrodkami panamskiego folkloru. W żadnej innej części kraju nie organizuje się tylu festiwali i nie obchodzi z takim zaangażowaniem karnawału. Imprezom towarzyszy rywalizacja w przygotowaniu barwnych kostiumów, występów, a i mocniejszych trunków nikt sobie specjalnie nie żałuje. Kiedy na półwyspie nie przypada czas fiesty, można zatopić się w powolnym rytmie życia niewielkich, spokojnych na co dzień miasteczek.

Historyczną i kulturalną stolicą regionu (i prowincji Herrera) jest Chitré, największe miasto na Azuero. Niewątpliwie ma ono swój urok, jednak pomiędzy festiwalami nie czeka w nim szczególnie wiele atrakcji. Znajduje się tutaj kilka zabytkowych kościołów oraz Museo de Herrera z pokaźnymi zbiorami sztuki prekolumbijskiej. Pierwszą osadą hiszpańską w regionie była Parita, założona w połowie XVI stulecia. Dziś to niewielkie, spokojne miasteczko uważane jest przez niektórych za jedno z najładniejszych w kraju. Jego centrum wyznacza Kościół św. Dominika Guzmána (Iglesia de Santo Domingo de Guzmán). To jedyna budowla w miejscowości wyższa niż poziom pierwszego piętra. W jej okolicy zbiegają się uliczki z kolorową kolonialną zabudową, która zachowała się w szczególnie dobrym stanie.

Warto odwiedzić również położone nieopodal Pedasí. To niewielkie, urokliwe miasteczko z domami w stylu kolonialnym. Sporą część jego mieszkańców stanowią emeryci, którzy postanowili właśnie tu spędzić resztę życia. W Pedasí możemy cieszyć się licznymi piaszczystymi plażami bez tłumów i kameralnymi knajpkami oraz korzystać z infrastruktury do uprawiania sportów wodnych (surfingu, kitesurfingu, wędkarstwa czy nurkowania). Warto stąd także popłynąć łódką na pobliską wysepkę Iguana.

 

Ze strąków nasiennych puchowca (ceiby) pozyskuje się włókno zwane kapokiem

© Agnies zka Szwed/www.szwedacz.com

 

TU RZĄDZĄ GADY

Isla Iguana oddalona jest od panamskiego wybrzeża o zaledwie ok. 5 km. Ma niewielką powierzchnię (mniej więcej 0,55 km²), jednak miłośnicy gadów, którzy chcieliby je spotkać w naturalnym środowisku, zdecydowanie powinni ją odwiedzić. Jak sama nazwa wskazuje, wyspę z jakiegoś powodu upodobały sobie iguany (a dokładniej legwany czarne i zielone). W jej okolicy żyje ich znacznie więcej niż ludzi. Niektóre z nich są zupełnie dzikie, inne – nieco oswojone. Chowają się w zaroślach lub wygrzewają na nadmorskich skałach. Choć legwany do dziś stanowią jedno ze źródeł mięsa w Ameryce Środkowej i Południowej, a bamboo chicken czy chicken of the tree (jak nazywa się ich mięso) dla wielu jest rarytasem, te z Iguany nie trafiają na miejscowe stoły. W utworzonym w 1981 r. na wyspie rezerwacie (Isla Iguana Wildlife Refuge) kategorycznie zabrania się polowań na wszelką zwierzynę – jaszczurki bywają w nim raczej dokarmiane niż zjadane. I chociaż same potrafią zapewnić sobie pożywienie, nie pogardzą również darowaną przez człowieka miską ryżu. Warto dodać, że gady niesłusznie uważane są za zwierzęta mało kontaktowe. Legwany rozwinęły cały system mowy ciała służący komunikacji między sobą, a także z innymi gatunkami. Poprzez kiwanie głową i ruchy fałdami skórnymi na podgardlu nawiązują i podtrzymują społeczne interakcje.

Na Iguanie roi się też od pustelników. Ze względu na brak pancerza na miękkim odwłoku skorupiaki te ukrywają go w znalezionych muszlach martwych mięczaków. W ciągu swojego życia muszą ich szukać kilka razy, gdyż kiedy urosną, potrzebują większego lokum. Zarówno rozmiar, jak i przydatność pancerza pustelnik bada szczypcami. Ponieważ muszle gwarantują temu skorupiakowi przetrwanie, nierzadko toczy o nie walki.

Spokój wyspy został drastycznie zakłócony podczas II wojny światowej, gdy armia Stanów Zjednoczonych zrobiła z niej poligon artyleryjski. W ramach ćwiczeń na Iguanę i otaczającą ją rafę koralową zrzucano bomby i pociski. Aby oczyścić teren, w latach 90. XX w. zdetonowano dwie bomby, które utknęły w pobliżu pod wodą. I choć na pierwszy rzut oka po tych wydarzeniach nie pozostał już żaden ślad, zachwiały one mocno tutejszym ekosystemem. Na szczęście dziś legwany i inne zwierzęta mają się świetnie, a dzika przyroda wciąż się rozwija.

Osoby planujące wizytę na wyspie muszą być przygotowane na uiszczenie opłaty za przebywanie na terenie rezerwatu. W przypadku przyjezdnych wynosi ona 10 dolarów amerykańskich, obywatele Panamy płacą mniej (4 dolary). Na Iguanie nie można nocować. Nie ma na niej także zaplecza gastronomicznego, dlatego trzeba wziąć ze sobą własny prowiant i zapas wody.

 

Ubrana w tradycyjny strój uczestniczka styczniowej Parady Tysiąca Polleras na Azuero

© Autoridad de Turismo de Panamá/Branly Bruneth

 

LAS DESZCZOWY INACZEJ

To jeszcze nie koniec atrakcji rzadko odwiedzanego półwyspu Azuero. W położonym tu Parku Narodowym Sarigua można zobaczyć las deszczowy w nietypowej, suchej odsłonie. Sam park powstał w 1984 r. i zajmuje powierzchnię 8 tys. ha. Na pierwszy rzut oka jego teren przywodzi na myśl półpustynię. Spaloną ziemię w odcieniu pomarańczowym pokrywają miejscami wyschnięte krzewy. Powietrze jest bardzo gorące i suche. Jak dowiemy się z informacji na ścieżce edukacyjnej, na powstanie tego jałowego krajobrazu miało wpływ wysokie stężenie soli w tutejszej glebie. Niegdyś obszar parku zajmowało morze, które przez wieki cofało się, pozostawiając rozległą, słoną lagunę zwaną albiną. Wiatry wywiewały zalegającą sól, co przyczyniło się do zaniku wegetacji w regionie. Dla wielu Panamczyków Sarigua jest też smutnym świadectwem destrukcyjnego wpływu człowieka na otaczającą go przyrodę. Od XIX stulecia głównym sprawcą postępujących na tym terenie zniszczeń są właśnie ludzie. Latami prowadzili wycinki i wypalanie okolicznej wątłej roślinności, żeby budować farmy, które i tak się tutaj nie utrzymały.

Mimo iż krajobraz parku może wydać się monotonny i budzić nie do końca przyjemne skojarzenia, uważam, że nie warto go omijać. Choćby dlatego, że wizyta w nim stanowi okazję do zobaczenia suchego lasu deszczowego. Na tego typu obszarach ilość opadów deszczu oscyluje w okolicach 1 m rocznie. Jednak przez trzy, cztery miesiące w roku nie spada na nich ani jedna kropla wody. W Parku Narodowym Sarigua taka sytuacja ma miejsce od stycznia do kwietnia. Suszę wzmagają silne, gorące wiatry. Suche lasy deszczowe Azuero są szczególnie narażone na pożary. Często powodują je rolnicy wypalający pola.

Poza tym Park Narodowy Sarigua to również ważny ośrodek kultury prekolumbijskiej. Znaleziono w nim fragmenty przedmiotów sprzed ponad 11 tys. lat. Według archeologów już wtedy istniała tu rybacka wioska, co oznacza, że może być to miejsce najstarszego ludzkiego osadnictwa w Panamie.

 

SPOTKANIE Z HISTORIĄ

Przenieśmy się znów w inny rejon kraju, do prowincji Colón, a konkretnie do Portobelo. To położone na północy Przesmyku Panamskiego, liczące ok. 5 tys. mieszkańców portowe miasto wygląda dziś dość niepozornie. Ruiny okazałych fortów (na czele z Castillo de San Jerónimo, Fuerte de San Jerónimo) pozwalają się jednak domyślać, że w przeszłości odgrywać mogło doniosłą rolę. I tak było w istocie. Portobelo stanowiło niegdyś najważniejszy port na ziemiach obecnej Panamy i uchodziło za jedno z najwspanialszych miast w ówczesnym świecie. To właśnie stąd Hiszpanie wywozili do Europy skarby Inków oraz innych rdzennych mieszkańców Ameryki Środkowej i Południowej. Na grabieże te zazdrośnie spoglądały pozostałe potęgi kolonialne, na czele z Brytyjczykami. Sytuacji nie poprawiały hiszpańskie ataki na angielskie statki. Wszystko to doprowadziło do wybuchu konfliktu. Walki o Portobelo toczyły się kilkakrotnie, a najsłynniejsza z nich znana jest jako wojna o ucho Jenkinsa.

Robert Jenkins był walijskim kapitanem żeglugi. Gdy jego statek Rebecca został zatrzymany w kwietniu 1731 r. przez Hiszpanów u wybrzeży Kuby, wdał się w potyczkę z jednym z hiszpańskich oficerów, który odciął mu ucho. Jenkins zabrał ze sobą odciętą małżowinę i pokazywał w świecie jako dowód na hiszpańskie okrucieństwo. Zwrócił się też do brytyjskich władz o wzięcie odwetu. I choć historia z uchem nie była faktycznym powodem wybuchu wojny, posłużyła za dość dobry pretekst. W listopadzie 1739 r. sześć statków dowodzonych przez admirała Edwarda Vernona rozpoczęło ostrzał Portobelo i po 24 godz. zdobył on miasto. Siły wystarczyło Brytyjczykom na trzy tygodnie okupacji, ale w tym niezbyt długim czasie zniszczyli zarówno forty, jak i wiele budynków, pozostawiając jeden z najwspanialszych portów ówczesnego świata w ruinie. Portobelo podźwignąć się z tego nieszczęścia miało dopiero ponad 170 lat później, po wybudowaniu Kanału Panamskiego.

Zanim jednak miasto spustoszyli Brytyjczycy, padało ono łupem największej i najgroźniejszej pirackiej braci, jaką znały Karaiby – bukanierów. Ich szeregi zasilali ludzie wyjęci spod prawa, a także byli żołnierze czy zbiegowie uciekający przed prześladowaniami religijnymi. Tak zwane Bractwo Wybrzeża organizowało łupieżcze wyprawy i plądrowało kraje czy wyspy w regionie karaibskim. Bukanierzy znani byli z okrucieństwa, szczególnie w stosunku do wszystkiego co hiszpańskie. Bezpieczny przyczółek znaleźli sobie w Port Royal, dawnej stolicy Jamajki. Mogli w nim liczyć na wsparcie lokalnych władz, a mieszkańcy wyspy uważali ich za obrońców i dźwignię miejscowego handlu.

Zdobycie Portobelo, z którego wypływały zagrabione peruwiańskie skarby, stanowiło dla piratów niemałe wyzwanie. Zadania podjął się ochrzczony królem bukanierów Walijczyk Henry Morgan. Osiągnięty sukces zapewnił mu szacunek współbraci i otworzył drogę do wielkiej pirackiej kariery. Jego ludzie zdobyte 11 lipca 1668 r. miasto okupowali przez dwa tygodnie. Spędzili je na piciu i świętowaniu oraz zuchwałych grabieżach, gwałtach i morderstwach. Opuścili Portobelo po wynegocjowaniu okupu w wysokości 100 tys. dolarów hiszpańskich (reales de a ocho). I choć była to kwota jak na tamte czasy bardzo wysoka, bukanierzy wydali ją w iście pirackim stylu – w barach i domach uciech Port Royal. Henry Morgan znany jest dziś przede wszystkim z etykiet jamajskiego rumu nazwanego jego imieniem – Captain Morgan. Produkował ponoć wyśmienity trunek, a jeśli wierzyć producentowi, receptura jego wyrobu od XVII w. nie uległa zmianie. Po tej napaści Portobelo wracało powoli do dawnego trybu życia. W końcu nie był to pierwszy ani ostatni atak, z jakim przyszło mu się zmierzyć. Żaden z nich nie podkopał znacząco pozycji słynnego portu. Uczyniła to dopiero wiele lat później wojna o ucho Jenkinsa.

Dziś w centrum miasta stoi Kościół św. Filipa (Iglesia de San Felipe), który został wzniesiony w drugiej dekadzie XIX stulecia. Jego budynek jest biały, w przeciwieństwie do czczonego w nim Czarnego Chrystusa (Cristo Negro). Tego typu przedstawienie Jezusa stanowi obiekt kultu w wielu krajach Afryki i Ameryki Łacińskiej. Łączy w sobie chrześcijaństwo z wierzeniami lokalnymi. Symbolizuje nadzieję wiernych na nadejście czarnego Mesjasza, który wyzwoli ciemnoskórych ludzi od zła utożsamianego z dominacją białego człowieka. W epoce kolonialnej chodziło głównie o dominację polityczną i ekonomiczną oraz związane z nią niewolnictwo, dziś rzecz tyczy się narzucania wzorców kulturowych.

 

Cayo Coral – malownicza wysepka sąsiadująca z Bastimentos w archipelagu Bocas del Toro

© Autoridad de Turismo de Panamá/Branly Bruneth

 

RAJSKIE ARCHIPELAGI

San Blas i Bocas del Toro to najbardziej rajskie archipelagi Panamy. Na tym pierwszym można nie tylko obcować z dziewiczą przyrodą, ale i zaznajomić się z grupą etniczną Guna (Kuna). Tych 365 wysepek położonych na Morzu Karaibskim należy do autonomicznego regionu Guna Yala (Kuna Yala).

Na północnym zachodzie kraju leży prowincja Bocas del Toro z archipelagiem o tej samej nazwie. To jedno z częściej odwiedzanych miejsc w Panamie, znane przede wszystkim z plaży Red Frog na wyspie Bastimentos, gdzie żyją wytwarzające jad, jaskrawe drzewołazy karłowate, a także plaży z licznymi rozgwiazdami (Playa de las Estrellas, Playa Estrella) na Wyspie Kolumba (Isla Colón). Na Bocas del Toro popularnością cieszy się też deep boarding, szerzej na świecie raczej nie praktykowany. W największym skrócie da się go określić jako nurkowanie za motorówką. Ciągnie ona za sobą człowieka trzymającego się deski przymocowanej do łodzi za pomocą liny. Podczas swoistego podwodnego lotu podziwia się rafy koralowe, ławice egzotycznych ryb i inne skarby Morza Karaibskiego. Należy jednak dobrze opanować manewrowanie trzymaną deską, bo od umiejętnego zwracania jej do góry zależy możliwość złapania oddechu. Do takiego nurkowania warto również założyć odpowiedni strój kąpielowy, gdyż ze względu na dużą prędkość i opór wody zaskakująco łatwo można zgubić ubranie.

Panama to w dalszym ciągu kraj dość mało popularny wśród polskich turystów. Szkoda, że tak się dzieje, bo znajduje się w niej wiele atrakcji. To kraina wspaniałych lasów deszczowych, pięknych wysepek, licznych gatunków flory i fauny oraz urokliwych miasteczek z karaibską duszą. Do tego zamieszkują ją gościnni i życzliwi ludzie, którzy chętnie zaznajomią nas z bogatą kulturą i historią swojej tropikalnej ojczyzny.

 

Wydanie jesień-zima 2018