MARIUSZ KAPCZYŃSKI
REDAKTOR NACZELNY PORTALU VINISFERA.PL

 

<< Wyprawy do Gruzji w ostatnich latach cieszą się wśród Polaków dużą popularnością. Trudno jednoznacznie stwierdzić, co tak szczególnego przyciąga ich w te strony: niesamowite krajobrazy, wiekowe zabytki kultury chrześcijańskiej, smaczna regionalna kuchnia i wyjątkowe wina czy wreszcie życzliwi mieszkańcy, traktujący gości jak członków rodziny. Być może zresztą wszystkie te aspekty razem wzięte sprawiają, że w tym niewielkim kraju skrytym w cieniu gór łatwo poczuć się jak w domu. >>

To rozciągnięte wzdłuż południowych zboczy Wielkiego Kaukazu państwo łączy w sobie ducha Europy i Azji. Sąsiaduje z Turcją, Armenią, Azerbejdżanem i Rosją. Jego zachodnie wybrzeże otwiera się na Morze Czarne. Stołeczne Tbilisi nad rzeką Kurą według legendy założył gruziński król (mepe) Kartlii (Iberii kaukaskiej) – Wachtang Gorgasali (ok. 440–502), gdy podczas polowania odkrył w tym rejonie gorące źródła. Ekspertyzy archeologiczne mówią jednak, że gród istniał na długo przed narodzinami władcy.
Jak powszechnie wiadomo, Gruzja winem stoi. Mimo to zanim zaczniemy zachwalać walory lokalnych szlachetnych trunków, zobaczmy, jakie poza tym atrakcje ma nam jeszcze do zaoferowania ojczyzna serdecznych Gruzinów.

 

DROGOCENNY SKARB
Najpiękniejszym gruzińskim miastem jest bez wątpienia Tbilisi. Ta niemal 1,5-milionowa stolica wznosi się we wschodniej części kraju. W jej bogatej historii, pełnej wielu dramatycznych zwrotów, splatają się wpływy perskie, arabskie, tureckie, rosyjskie i europejskie. Turysta, który zawitał do niej po raz pierwszy, może spokojnie poddać się intrygującemu rytmowi tego miejsca i zwiedzać je bez szczególnego planu, nie musi się też obawiać o swoje bezpieczeństwo. W tym malowniczo położonym na wzgórzach mieście nie brakuje galerii, muzeów, klimatycznych restauracji i kawiarni, starych łaźni siarkowych, pięknych cerkwi, zapomnianych przez wszystkich zakątków i domów z dużymi, misternie zdobionymi werandami i balkonami, będących chyba najbardziej charakterystycznym jego elementem. Sama przechadzka główną miejską arterią – aleją Szoty Rustawelego (Rustawelis Gamziri) – zajmie nam sporo czasu. Najlepiej rozpocząć ją od placu Wolności. Po drodze do placu Rewolucji Róż napotkamy m.in. Gruzińskie Muzeum Narodowe, gmach dawnego Parlamentu, świątynię Kaszweti, Teatr Dramatyczny im. Szoty Rustawelego oraz Państwowy Teatr Akademicki Opery i Baletu. W starej części Tbilisi – Dzweli Tbilisi – zachwycają twierdza Narikala z IV w., zabytkowa architektura oraz Katedra Sioni, cerkwie Anczischati (najstarszy obiekt sakralny w mieście, pochodzący z VI stulecia) czy Metechi (po drugiej stronie rzeki Kury). Warto wspiąć się na górę Mtacminda i wstąpić do Klasztoru św. Dawida (Mamadavitis Monasteri). Rozpościera się stąd również rozległa panorama stolicy, która robi olbrzymie wrażenie zwłaszcza nocą, gdy rozbłysną wszystkie światła.  

 

W GŁĘBI LĄDU I NA WYBRZEŻU
Drugie pod względem wielkości miasto Gruzji oraz siedzibę parlamentu stanowi 200-tysięczne Kutaisi. To na jego lotnisku lądują samoloty tanich linii lotniczych z Polski. Życie płynie tu spokojnie w sielskiej, nieco sennej atmosferze. Wiele miejsc zostało także odnowionych. Kilkanaście wieków temu było to centrum Królestwa Abchazji, a potem Królestwa Imeretii (od XV stulecia). Na uwagę zasługuje szczególnie pobliski XII-wieczny Monastyr Gelati, urzekający projektem architektonicznym oraz znakomicie zachowanymi naściennymi malowidłami i freskami. Zwiedzić trzeba też koniecznie Katedrę Bagrati z XI stulecia (obecnie po pracach rekonstrukcyjnych). Oba zabytki wpisano w 1994 r. na prestiżową Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.
   Trzecie na liście największych gruzińskich ośrodków miejskich (należące jednocześnie do najstarszych miejscowości w kraju) jest położone nad Morzem Czarnym ponad 160-tysięczne Batumi, stolica Adżarskiej Republiki Autonomicznej i siedziba Gruzińskiego Sądu Konstytucyjnego. Choć wciąż rozbudowuje się i unowocześnia, zachowało jednak charakter typowego nadmorskiego kurortu i miasta portowego. Kilkadziesiąt lat temu, za czasów ZSRR, Polacy chętnie przyjeżdżali tutaj na egzotyczny urlop. Batumi, ech, Batumi śpiewały wtedy popularne Filipinki. Na fali wracającej mody na Gruzję nie tak dawno, bowiem w 2011 r., odświeżono ten przebój, a jego nową wersję w bardziej współczesnej aranżacji zaśpiewała Natalia Lesz. Dziś rozległe herbaciane pola pozostają wspomnieniem (przetrwały jedynie nieliczne z nich, które są w dodatku dość zaniedbane), ale korzystny klimat i swoiście wakacyjna atmosfera nic się nie zmieniły. Turystów nigdy w adżarskiej stolicy nie brakuje, a w sezonie letnim na kamienistych plażach bywa naprawdę tłoczno.

 

UROK CZARNOMORSKIEGO KURORTU
W Batumi panuje duża różnorodność etniczna. Mieszkają tu Gruzini (86 proc.), Ormianie (7,5 proc.) czy Rosjanie (6,3 proc.). Na ten fakt wpłynęło na pewno usytuowanie nad Morzem Czarnym, co uczyniło je ważnym punktem na szlakach transportowych, handlowych i komunikacyjnych.  Nowoczesne, strzeliste hotele (np. Sheraton Batumi Hotel czy Radisson Blu Hotel) sąsiadują w kurorcie z dawnymi kupieckimi domami i pałacami. Wciąż powstają tutaj również kolejne inwestycje. O ich charakterze estetycznym można – oczywiście – dyskutować, niemniej dynamikę urbanistycznego rozwoju daje się podczas wizyty w mieście zauważyć bez trudu.
     W miejscowości Mtsvane Kontskhi (Zielony Przylądek), usytuowanej ok. 9 km od centrum Batumi, leży rozległy Ogród Botaniczny Batumi. Dzięki tutejszemu łagodnemu podzwrotnikowemu klimatowi hoduje się w nim egzotyczne rośliny z wielu zakątków świata. To jeden z największych obiektów tego typu na ziemi, dlatego na wycieczkę do niego powinno się przeznaczyć cały dzień. Założył go rosyjski botanik i geograf Andrzej Nikołajewicz Krasnow (1862–1914) na terenie, który otrzymał do zagospodarowania. Dzisiejszy ogród ma powierzchnię mniej więcej 111 ha i podzielony został na części według różnych stref klimatycznych.
     W samym kurorcie warto zobaczyć otoczony piękną zabudową plac Europy czy efektowny plac Piazza, na który wychodzą liczne bary, kawiarnie i restauracje. Poza tym trzeba przejść się do XIX-wiecznego meczetu, synagogi z początku XX stulecia i Parku Przymorskiego oraz – oczywiście – pospacerować długą promenadą i napić się wina w jednej z mnóstwa knajpek. Z kolei rodzinom z dziećmi spodoba się na pewno w delfinarium (Batumi Dolphinarium).
     Jednym ze współczesnych symboli stolicy Adżarii jest też ażurowa 130-metrowa Wieża Alfabetu z 33 literami wyjątkowego pisma gruzińskiego. Niedaleko portu znajduje się inna, 25-metrowa konstrukcja, zwana „Wieżą Czaczy”. Codziennie o godz. 19.00 z czterech jej dystrybutorów wypływa… destylat winogronowy, czyli czacza. Wieczorem przy nadmorskim deptaku rozbłyska światłem wysoki na 8 m, ruchomy pomnik autorstwa gruzińskiej artystki Tamary Kve¬si¬ta¬dze (ur. w 1968 r. w Tbilisi). Statuę tworzą postacie kobiety i mężczyzny, które to zbliżają się do siebie, to od siebie oddalają. W finalnym momencie para sprawia wrażenie, jakby się całowała. Inspiracją dla rzeźby stała się historia miłości między muzułmaninem z Azerbejdżanu i chrześcijanką z Gruzji, bohaterami powieści Lwa Nussimbauma (1905–1942), pseudonim Kur¬ba¬n Said, Ali i Nino (1937).

 

MIASTA UKRYTE WŚRÓD SKAŁ
Popularną gruzińską atrakcją są skalne miasta rozrzucone po całym kraju. Na południu, w regionie Samcche-Dżawachetia znajduje się Wardzia, wykuta w górze Eruszeli. Do dziś zachowało się w niej ok. 300 komnat, ale kiedyś na kilkunastu piętrach było ich mniej więcej 3 tys. Podczas najazdów Mongołów na te ziemie w średniowieczu mogło się tu schronić nawet do 50 tys. ludzi! Niestety, w XIII w. trzęsienie ziemi zniszczyło większą część olbrzymiego kompleksu. Obecnie tym osobliwym miejscem opiekuje się grupka mnichów, pobierających niewielką opłatę za zwiedzanie.
     Z kolei we wschodniej Gruzji, ok. 10 km na wschód od miasta Gori leży otoczone rezerwatem Upliscyche. Badania archeologiczne wskazują, że pierwsze tutejsze jaskinie mieszkalne powstały już w V w. p.n.e. Uchodzą one za jedne z najstarszych tego typu grot w granicach kraju. Ten ważny niegdyś ośrodek społeczny również nie oparł się trzęsieniu ziemi, z tym że temu z 1920 r. Wyjątkowo urokliwie w Upliscyche bywa poza sezonem – rozciąga się stąd wspaniały widok na rozległą równinę, a ciszę zakłóca tylko wiatr wpadający przez otwory w kamiennych ścianach.

FOT. GEORGIAN NATIONAL TOURISM ADMINISTRATION

Pozostałości skalnego miasta Upliscyche na brzegu rzeki Kury


     W centralnym regionie Imeretia, w wiosce Katskhi niedaleko 20-tysięcznego miasta Cziatura wznosi się wśród zieleni samotna skała Katskhi Pillar, wysoka na 40 m (przypominająca kształtem Maczugę Herkulesa z polskiego Ojcowskiego Parku Narodowego). Na jej szczycie wybudowano mały kościółek i pustelnię. Pokutuje i modli się tu od 20 już lat mnich Maxim Qavtaradze z Cziatury. Na wierzchołek prowadzi stara, 40-metrowa żelazna drabina. Dzisiaj jednak pustelnik bardzo rzadko przyjmuje gości, a kobiety nigdy nie miały wstępu do jego domostwa. Do kontaktu z ludźmi oraz dostaw produktów niezbędnych do przeżycia służy mu ręczna winda, zamontowana na drucie rozpiętym między szczytem a podnóżem skały.

 

W CUDOWNEJ KACHETII
Gruzja słynie ze swoich win i uchodzi za kolebkę tego trunku. Jego miłośnicy w trakcie podróży po tym kraju wcześniej czy później zawsze trafiają do Kachetii – jego największego i najważniejszego regionu winiarskiego, położonego na wschodzie. Uprawie winorośli sprzyjają w nim odpowiedni klimat i dobre gleby. Szczególnie wyróżnia się na tym obszarze duża dolina rzeki Alazani. Wśród odmian białych winogron prym wiedzie rkatsiteli, między czerwonymi króluje saperavi, dające gęste, taniczne i aromatyczne kompozycje. Dwie trzecie krajowych szlachetnych trunków pochodzi właśnie z Kachetii. Sami Gruzini bardzo szanują wino, pijają je chętnie i z równą ochotą się nim przy stole dzielą.
     Typowa infrastruktura enoturystyczna jeszcze się dobrze tutaj nie rozwinęła. Przyjezdni zatrzymują się więc zazwyczaj w którymś z prostych hoteli czy szukają hosteli lub noclegu w domach prywatnych. Pomału jednak przybywa winiarni, dbających o wygodę gości, takich jak leżąca za Telawi, w wiosce Vardisubani, otwarta we wrześniu 2011 r. posiadłość Chateau Mere. Stylizowany na mały zamek hotel dysponuje 15 pokojami, dużą salą konferencyjną, basenem zewnętrznym i restauracją serwującą specjały lokalnej kuchni. Z jego okien świetnie widać szczyty Kaukazu. Właściciele obiektu posiadają też stadninę koni, dlatego oferują konne przejażdżki do pobliskich starych monastyrów Sios Marani (VIII w.) i Ikalto (VI w.).
     Ok. 5 km od Telawi, w Kisiskhevi znajduje się winiarnia Schuchmann Wines Château, do której kompleksu należy także restauracja i komfortowo urządzone pokoje hotelowe. Rozpościerają się stąd przepiękne widoki. Tutejsze znakomite wina produkowane są zarówno metodami tradycyjnymi – z wykorzystaniem dużych glinianych amfor (kwewri) zakopanych w ziemi – jak i wedle współczesnych reguł enologii. Miejscowa obsługa organizuje na życzenie klientów wycieczki i zwiedzanie winnic.

 

WINIARSKI OŚRODEK
Na wschodnim krańcu Kachetii odwiedzić trzeba nieduże, ale niezmiernie urocze miasteczko Sighnaghi, położone na wzgórzu pasma Gombori na wysokości 790 m n.p.m. Słynie ono właśnie z produkcji szlachetnego trunku i ręcznie tkanych dywanów. Z jego dawnych murów obronnych rozciąga się fantastyczna panorama doliny rzeki Alazani. Spacer miejskimi uliczkami to czysta przyjemność, odnowione kamieniczki z charakterystycznymi balkonami wyglądają wręcz pocztówkowo i tworzą naprawdę romantyczną scenerię. Pewnie dlatego Sighnaghi nazywa się „małą Toskanią” albo „miastem zakochanych”. Warto spędzić w nim chociaż dwa dni. Funkcjonuje tu kilka hoteli butikowych (np. solidny Kabadoni Boutique Hotel), a także dość komfortowe domy gościnne.

FOT. GEORGIAN NATIONAL TOURISM ADMINISTRATION

Malownicze miasteczko Sighnaghi


     W okolicy możemy zwiedzić ważny dla Gruzinów Monastyr św. Jerzego w Bodbe z relikwiami św. Nino (ok. 301–332), apostołki i patronki Gruzji. Klasztor stanowi cel licznych pielgrzymek. Wśród winiarni w Sighnaghi polecam Pheasant’s Tears (przy ulicy Baratashvili 18). Prowadzi ją Amerykanin John Wurdeman, osiadły w Gruzji na stałe i interesujący się produkcją wina dawnymi metodami – w kwewri, które przechowuje w swojej 300-letniej piwnicy. Wyszukuje stare, zanikające odmiany winorośli, przywraca je do życia i z nimi eksperymentuje. Powstają z nich takie osobliwe gatunki trunków jak tavkveri, shavkapito, tsolikauri, chinuri. Johna Wurdemana fascynuje też tradycyjna muzyka gruzińska i typowy dla niej śpiew polifoniczny. Jego żona wykonuje tego rodzaju pieśni w zespole Zedashe. Jeżeli będziecie mieć szczęście, traficie na jego kameralny występ w restauracji.

 

W TROCHĘ INNYM ŚWIECIE
Jak wspomniałem, Batumi pełni funkcję stolicy Adżarskiej Republiki Autonomicznej, leżącej na południowym zachodzie, tuż przy granicy z Turcją. To specyficzny obszar na mapie kraju. Dość dużą część populacji stanowią w nim muzułmanie (niecałe 30 proc.). W Gruzji dominującą religią jest prawosławie – ok. 84 proc. wiernych, przy mniej więcej 65 proc. w Adżarii. Ta statystyka wynika z tego, że w czasie okupacji tureckiej w XVI i XVII w. większość Adżarów zmuszona została do przejścia na islam (odłam sunnicki). Mimo to nie zasymilowali się oni z Turkami, nadal kultywowali gruzińskie zwyczaje i kulturę oraz zachowali swój język. W czasach najnowszych, bo w 1991 r., Adżaria pod rządami popieranego przez Rosję Asłana Abaszydze (ur. w 1938 r. w Batumi), zwanego „czerwonym sułtanem”, stała się praktycznie niepodległym państwem. Po rewolucji róż, w maju 2004 r. groźba interwencji zbrojnej ze strony nowego prezydenta Micheila Saakaszwilego zmusiła adżarskiego przywódcę do opuszczenia gruzińskich granic.

FOT. GEORGIAN NATIONAL TOURISM ADMINISTRATION

Wieczorna panorama nadmorskiego kurortu Batum


     W tym malowniczym regionie, nizinnym przy wybrzeżu Morza Czarnego i łagodnie górzystym i mocniej zalesionym w głębi lądu, panuje łagodny, umiarkowanie subtropikalny klimat. Przy gdzieniegdzie kamienistych plażach znajdziemy znane kąpieliska (np. Machindżauri lub Cichisdziri) i uzdrowiskowe kurorty (m.in. popularne Kobuleti). Ze względu na korzystne warunki uprawia się tutaj bambusy, eukaliptusy, herbatę, tytoń, awokado czy znakomitej jakości owoce cytrusowe. W lokalnych winnicach największą popularnością cieszą się czerwone szczepy chkhaveri, ojaleshi i biała odmiana tsolikauri.
     Turyści chcący spróbować win w adżarskim stylu powinni wybrać się do Adjarian Wine House za miejscowością Khelvachauri (niedaleko Batumi). Na gości czeka w tym miejscu dobry hotel i restauracja z regionalnymi daniami (spróbujemy w niej np. chaczapuri przyrządzanego po adżarsku, z serem i jajkiem). Za dobór win odpowiada w niej francuski enolog. Do tutejszych ciekawostek należy musujący trunek ze szczepu chkhaveri. W pobliżu, w wiosce Vaio w pięknej dolinie rzeki Adjaristskali działa dwóch tradycyjnych winiarzy Lado Shavishvili i Malkhaz Gorgiladze.
     W Adżarii warto samemu poszukać małych, rodzinnych winiarni. Ja w ten sposób w miejscowości Gegelidzeebi trafiłem do lokalnego wytwórcy Nuri Sirabidze. Zresztą tak naprawdę całą Gruzję powinniśmy odkrywać właśnie tak, krok po kroku…

Artykuły wybrane losowo

Droga do tajskiego raju

DAWID ZASTROŻNY


Ulotka na lotnisku, przewodnik w plecaku, film na ekranie pokładowego monitora: zanim nasze stopy dotkną tajskiej ziemi, sądzimy, że wiemy, czego się spodziewać. Znamy już uśmiech Leżącego Buddy ze świątyni Wat Pho, naszą wyobraźnię rozpala złoto Wielkiego Pałacu Królewskiego w Bangkoku. Nowoczesny terminal lotniska w stolicy Tajlandii jest przyjaźnie rozplanowany i wiemy dokąd iść. Nie jesteśmy tylko przygotowani na to, co czeka na nas na zewnątrz.

Bangkok pędzi, a pierwsze spotkanie z nim jest niczym czołowe zderzenie. Tajska metropolia domaga się uwagi powodzią neonów, których znaczenia nie pojmujemy. Wszystko, co na pierwszy rzut oka wydaje się znajome, wcale takie nie jest. Warto więc zostać tu kilka dni, żeby się oswoić i bez pośpiechu chłonąć energię tego ogromnego miasta.

Więcej…

Odkrywanie własnej Armenii

Armenię można zwiedzać na wiele sposobów. Z myślą o turystach chcących przeżyć w tym kraju wyjątkowe doświadczenia i poznać jego prawdziwe oblicze powstał My Armenia Program finansowany przez USAID (United States Agency for International Development – Agencję Stanów Zjednoczonych ds. Rozwoju Międzynarodowego) i wdrożony przez Instytut Smithsona (Smithsonian Institution). Ma on przybliżać obcokrajowcom bogactwo kulturalne i przyrodnicze tej kaukaskiej krainy. 

Więcej…

Rekordy Singapuru

JĘDRZEJ SAPTOWSKI

www.malyglobtroter.pl

 

<< Niewielka Republika Singapuru uzyskała niepodległość w 1965 r., aby wkrótce stać się jednym z azjatyckich tygrysów, niemal rokrocznie odnotowującym imponujące wzrosty gospodarcze. Dzięki stabilnym fundamentom ekonomicznym i rozwojowi całego regionu należy dziś do najważniejszych centrów finansowych na świecie. Poza tym zalicza się też do najzamożniejszych państw na naszym globie. >>

Ze względu na niewielkie terytorium (ok. 720 km² powierzchni) władze Singapuru od lat 70. XX w. wdrażają w życie nowoczesne koncepcje urbanistyczne. Znaczący budżet pozwala im na zatrudnianie światowej sławy architektów, wśród których znalazł się m.in. Polak Krystyn Olszewski (1921–2004). Jednocześnie dba się tu o zachowanie tożsamości lokalnych dzielnic (Little India czy Chinatown).

 

Taras na szczycie hotelu Marina Bay Sands

© Singapore Touris m Board /Andrew JK Tan

 

Singapur z racji swojego położenia na południowym krańcu Półwyspu Malajskiego sąsiaduje z Malezją i Indonezją. Stanowi więc świetną bazę wypadową na pobliskie wyspy, takie jak indonezyjskie Bintan i Batam w archipelagu Riau, uchodzące za raj dla kitesurferów i miłośników gry w golfa. Zapraszamy na krótką podróż śladami symboli rozkwitu tego wyjątkowego państwa-miasta.

 

NAJLEPSZE LOTNISKO ŚWIATA

Międzynarodowy Port Lotniczy Changi (Changi Airport) to dla większości turystów brama do Singapuru. Jest niczym dawne wrota starożytnych miast i świątyń, które miały za zadanie zadziwiać przekraczających ich progi. W 2018 r. został po raz szósty z rzędu nagrodzony tytułem Najlepszego lotniska świata (World’s Best Airport) w prestiżowym rankingu brytyjskiej firmy konsultingowej Skytrax. Co ważne, podstawę do tego wyróżnienia stanowią oceny osób odbywających tutaj loty.

Pierwsze, co rzuciło nam się w oczy, gdy zawitaliśmy do tego szóstego najruchliwszego międzynarodowego portu lotniczego na świecie (i drugiego w Azji!), który obsłużył w 2017 r. ponad 62 mln pasażerów z całego globu, to zieleń okalająca ściany terminalu przylotów oraz inne obiekty wewnątrz budynku. Poza tym na plus zaskoczyły nas szybka odprawa, doskonałe oznaczenia i bliskość wszystkich niezbędnych punktów, których poszukuje przybywający w nieznane miejsce turysta. Nie czuliśmy zagubienia czy niepewności. Wszystkie etapy podróży po wyjściu z samolotu przebiegały bezproblemowo, bez pośpiechu i opóźnień. Kiedy szliśmy po wygodnej wykładzinie, prostą i krótką drogą prowadzącą do stacji kolejki MRT (Mass Rapid Transit), którą mieliśmy dojechać do centrum, towarzyszyły nam tylko pozytywne emocje. Wszystkie zalety lotniska mogą w pełni docenić osoby spędzające na nim więcej czasu. Dzięki działającemu całą dobę kinu, basenowi, strefie relaksu, salonowi gier, placom zabaw dla dzieci, tematycznym ogrodom czy w końcu setkom sklepów najważniejszych światowych marek kolejne godziny oczekiwania mijają w tych komfortowych warunkach bardzo szybko.

W przyszłym roku (pod koniec marca) planowane jest otwarcie połączonego z terminalami 1, 2 i 3, wielkiego centrum handlowo-rozrywkowego Jewel. Wiszące ogrody i najwyższy na świecie wodospad wewnątrz budynku (40-metrowy) to tylko dwa przykłady atrakcji, jakie znajdą się w tym wspaniałym, oszklonym obiekcie zaprojektowanym przez światowej sławy architekta Moshe Safdiego, autora m.in. koncepcji singapurskiego resortu Marina Bay Sands. Lotnisko Changi pełni również funkcję bazy Singapore Airlines, którym w 2018 r. nadano tytuł Najlepszych linii lotniczych świata (World’s Best Airline według Skytrax). Uruchomione przez tego przewoźnika w październiku br. połączenie pomiędzy Singapurem i Newark koło Nowego Jorku (15 344 km) jest obecnie najdłuższym dostępnym (niemal 19-godzinnym) bezpośrednim lotem komercyjnym.

 

Bussorah Mall – sklepy, restauracje i kawiarnie w dzielnicy muzułmańskiej Kampong Glam

© Singapore Touris m Board

 

HINDUSI I MUZUŁMANIE

Z portu lotniczego do centrum dotarliśmy w ciągu godziny kolejką MRT. Po drodze mieliśmy jedną przesiadkę na stacji Tanah Merah, polegającą na przejściu na drugą stronę peronu do pociągu East West Line, którym dojechaliśmy do Bugis, gdzie przesiedliśmy się znowu, aby dojechać do Little India. W tej hinduskiej dzielnicy, na którą miejscowi mówią Tekka, zarezerwowaliśmy wcześniej noclegi. Po Singapurze poruszaliśmy się zazwyczaj pieszo i pociągami MRT, ale świetnym i niedrogim rozwiązaniem są przejazdy oferowane przez firmy Uber lub Grab. Ze względu m.in. na horrendalne ceny samochodów ruch na tutejszych ulicach jest jak na metropolię bardzo przyjazny, a korzystanie z tego typu taksówek stanowi najszybszy sposób dotarcia do dalej położonych atrakcji.

Ponad 500 tys. Hindusów tworzy trzecią pod względem liczebności grupę narodowościową w tym kraju (po Chińczykach i Malajach). Dzielnicę Little India założyli pierwsi robotnicy przybywający z subkontynentu indyjskiego do Singapuru pod koniec XVIII w. Dystrykt jest niewielki i aby go zwiedzić, wystarczy dwugodzinna przechadzka. Do tego należy zarezerwować sobie nieco czasu na wizytę w jednej z wielu fantastycznych restauracji. Najbardziej znana tutejsza świątynia to poświęcona bogini Kali Sri Veeramakaliamman z 1881 r. Kolorowa budowla, wyglądająca z zewnątrz na niewielką, zaskakuje liczbą zaułków i nisz z wizerunkami hinduskich bóstw. Warto tutaj dotrzeć w trakcie odbywających się cztery razy dziennie modlitw. Podczas spaceru po okolicznych uliczkach zajrzeliśmy na dziedziniec ukończonego w 1910 r. meczetu Abdul Gaffoor (Masjid Abdul Gaffoor). Ta żółto-zielona budowla z wieloma minaretami i ornamentami stanowi przykład architektury łączącej w sobie wpływy mauretańskie, europejskie i południowoindyjskie. Wielobarwna zabudowa dzielnicy nie robi oszałamiającego wrażenia, ale wyróżnia ją spośród innych części państwa-miasta. Ci, którzy znają Indie, uznają, że jest tu wyjątkowo czysto. Osoby oceniające to miejsce z perspektywy Singapuru dostrzegą nieznośny bałagan. Jednak chyba dla wszystkich świetnym kulinarnym doświadczeniem będzie zapoznanie się z tutejszą kuchnią, którą gorąco polecamy.

Aby dostać się do Kampong Glam, położonej po drugiej stronie kanału Rochor dzielnicy muzułmańskiej, można przejechać dwie stacje pociągiem MRT (z Little India do Bugis), ale my proponujemy niedługi spacer i obserwowanie zmieniającego się otoczenia. Do serca dzielnicy prowadzi Arab Street, przekształcająca się z początkowo dużej arterii w znacznie węższą uliczkę otoczoną niską zabudową. Idąc wzdłuż licznych sklepów z tkaninami i dywanami, dochodzimy do skrzyżowania z Baghdad Street, przy której znajduje się wiele polecanych restauracji. Stąd jest już niedaleko do najbardziej rozpoznawalnego rejonu Kampong Glam, czyli deptaków Bussorah i Muscat leżących tuż przy największym singapurskim meczecie – Masjid Sultan. Otwarto go oficjalnie w grudniu 1929 r. w miejscu świątyni z pierwszej połowy XIX w. Co ciekawe, obecną, przykrytą złotymi kopułami budowlę zaprojektował architekt Denis Santry z firmy Swan and Maclaren, która opracowała koncepcję głównego budynku słynnego hotelu Raffles Singapore. Dzielnicę muzułmańską warto odwiedzić ze względu na jej niezliczone kafejki, restauracje i sklepy oraz panującą w niej wieczorami żywą i pełną różnorodności atmosferę.

 

OGRÓD POD KOPUŁĄ

W deszczowe popołudnie szybko przemknęliśmy przez Dragonfly Bridge i zielony park wokół Supertree Grove (Gardens by the Bay). Spiesząc się do Kwiatowej Kopuły (Flower Dome) na wyznaczoną godzinę, wskazaną na zakupionym przez internet bilecie, spoglądaliśmy na olbrzymich rozmiarów futurystyczne konstrukcje i zawieszoną nad naszymi głowami kładkę o długości 128 m (OCBC Skyway). Mieliśmy nieodparte wrażenie, że choć na superdrzewach posadzono niemal 163 tys. roślin z ponad 200 gatunków z całego świata, to nadal jest to struktura wykreślona na architektonicznych deskach, dla której środowisko naturalne stanowi jedynie daleką inspirację. Po drodze zaglądaliśmy do ogrodów malajskiego, chińskiego i indyjskiego, aż wreszcie dotarliśmy do górującej nad zielenią Flower Dome. Ta największa na świecie szklana cieplarnia (o powierzchni ponad 1,2 tys. km²!), wpisana w 2015 r. do Księgi rekordów Guinnessa, kryje tysiące gatunków roślin. Podzielono ją na kilka części, prezentujących roślinność charakterystyczną dla obszarów klimatycznych Morza Śródziemnego, Kalifornii, Australii, Ameryki Południowej i Afryki. Zobaczymy tu m.in. gaj oliwny, baobaby, sukulenty, a w strefie kwiatów – niezliczone gatunki storczyków. W ogrodzie stoi też wiele wykonanych z kwiatów, drewna i metalu ciekawych rzeźb i pomników. To miejsce bardzo popularne wśród turystów i trudno w nim niestety znaleźć chwilę spokoju, dlatego warto odwiedzić je w godzinach porannych.

Po wyjściu z Flower Dome przeszliśmy na drugą stronę niewielkiego zadaszonego dziedzińca, żeby zajrzeć do Mglistego Lasu (Cloud Forest). Wewnątrz tej również imponującej szklanej konstrukcji znajduje się 35-metrowy wodospad na sztucznej górze pokrytej tropikalną roślinnością. Pierwsze wrażenie jest niesamowite. Kaskadowo spadająca woda i niezliczone gatunki flory ogląda się przez lekką mgłę unoszącą się wokół. Podczas spaceru wiszącymi kładkami poprowadzonymi naokoło i wewnątrz zielonej konstrukcji można z bliska podziwiać np. orchidee czy rośliny mięsożerne. Na szczycie góry usytuowano Zaginiony Świat (Lost World) – obszar z roślinnością występującą na wysokości ok. 2000 m n.p.m. Roztacza się stąd także piękny widok na zatokę Marina (Marina Bay).

Do wieczornego muzyczno-świetlnego spektaklu Garden Rhapsody w okolicy superdrzew mieliśmy jeszcze trochę czasu, który ku radości dzieci spędziliśmy na położonym tuż obok wodnym placu zabaw. Bieganie z rówieśnikami między podświetlanymi strumieniami tak wciągnęło maluchy, że dopiero dalekie odgłosy muzyki uświadomiły nam rozpoczęcie się widowiska. Pokazy odbywają się codziennie o 19.45 i 20.45 i przyciągają tłumy widzów. Stojąc pod superdrzewami, obserwowaliśmy feerię barw, która wraz z muzyką tworzyła magiczną atmosferę. Trochę żałowaliśmy, że nie jesteśmy na położonej 22 m wyżej kładce (OCBC Skyway), bo widowisko musiało z niej wyglądać spektakularnie. Po zakończeniu spektaklu przeszliśmy rozpiętym tuż nad wodą drewnianym pomostem w stronę słynnej rzeźby Planet. Polecamy taki krótki, wieczorny spacer ze względu na niesamowity widok na oświetlony resort Marina Bay Sands kontrastujący z ciszą i spokojem panującymi wokół. Przez kilkadziesiąt minut minęło nas raptem kilka osób. W pobliskich Gardens by the Bay jest ponad 40 rzeźb stworzonych przez znanych artystów. Szczególnie zależało nam, żeby zobaczyć tę autorstwa Brytyjczyka Marca Quinna. To długa na 9 m i wysoka na 3 m figura z pomalowanego na biało brązu, przedstawiająca dziecko, syna twórcy, Lucasa. Wspierająca się jedynie na dłoni postać sprawia wrażenie wiszącej w powietrzu.

 

HOTEL Z INSTAGRAMA

Marina Bay Sands był w 2017 r. najczęściej fotografowanym obiektem hotelowym na świecie, którego zdjęcia pojawiały się w serwisie Instagram. Wyprzedził m.in. Bellagio czy MGM Grand z Las Vegas. Swoją popularność zawdzięcza niesamowitej architekturze oraz luksusowym warunkom i atrakcjom, które czekają na gości. Jednak na pewno głównym powodem tej sławy jest niemal już ikoniczny basen położony na tarasie Sands SkyPark (na 57. piętrze). Wśród ponad 80 restauracji, które znajdują się w kompleksie, warto wymienić „Waku Ghin”, uważaną za jedną z najlepszych w całej Azji i oznaczoną dwoma gwiazdkami Michelin, serwującą dania kuchni japońskiej i europejskiej. Poza tym działa tu również lokal Wolfganga Pucka „CUT” oraz zajmujące kilka pięter, luksusowe centrum handlowe zdobywające najlepsze oceny wśród odwiedzających je klientów – po przecinającym je kanale można pływać łódką. Całe założenie architektoniczne stało się jedną z wizytówek Singapuru. Zobaczymy je także w niejednej filmowej superprodukcji.

 

MUZEUM W KWIECIE LOTOSU

Do kompleksu Marina Bay Sands należy ArtScience Museum. Budynek zaprojektowany w kształcie kwiatu lotosu gości wiele wystaw czasowych, ale znajduje się w nim też stała ekspozycja Future World: Where Art Meets Science. Ze względu na dużą popularność muzeum wybraliśmy się do niego o poranku, aby jako jedni z pierwszych rozpocząć zwiedzanie.

Wizyta tu jest niesamowitym przeżyciem szczególnie dla dzieci. Kolejne pomieszczenia wprowadzają nas w świat kolorowych, świetlnych iluzji, w których uczestniczymy i które możemy kreować. Na wielkim na całą ścianę ekranie pojawiają się narysowane przed momentem na kartce przez zwiedzających i zeskanowane obrazki. W salach animowane rysunki poruszają się w takt muzyki i reagują na obecność gości. Są tutaj ogromne, świecące piłki do skakania, świetlny wodospad imitujący wodę czy w końcu pomieszczenie roziskrzone maleńkimi diodami LED umocowanymi na długich przewodach zwisających z sufitu i tworzących labirynt. Wszystko to zadziwia i sprawia wspaniałe wrażenie.

Po wyjściu z muzeum warto skierować się w stronę Helix Bridge, skąd z czterech punktów widokowych można podziwiać niesamowitą panoramę Singapuru. Ten przeznaczony dla pieszych most został zaprojektowany na wzór struktury DNA i w roku otwarcia (2010) zdobył główną nagrodę w kategorii transport na największym festiwalu architektury na świecie – World Architecture Festival. Konstrukcja wykonana ze stali i szkła prowadzi nas do trybun przy pływającej na wodach zatoki platformie, na której odbywają się najważniejsze wydarzenia w tym państwie-mieście. Wzdłuż widowni przejeżdżają również bolidy Formuły 1 w trakcie organizowanego rokrocznie Grand Prix Singapuru (na torze Marina Bay Street Circuit) – pierwszego w historii tych zawodów wyścigu rozgrywanego w nocy przy sztucznym oświetleniu. Tu także doszło do niechlubnego incydentu uważanego za największy skandal Formuły 1. W 2008 r. prowadzący bolid Renault Brazylijczyk Nelsinho Piquet na polecenie swojego zespołu rozbił samochód, umożliwiając w ten sposób uzyskanie dogodnej pozycji na torze swojemu partnerowi i późniejszemu triumfatorowi Hiszpanowi Fernandowi Alonso. Po drugiej stronie pobliskich mostów znajduje się najwyższy w Azji diabelski młyn (165 m) – Singapore Flyer. To kolejna atrakcja, która pozwala spojrzeć na państwo-miasto z góry.

Stąd Deptak Królowej Elżbiety (Queen Elizabeth Walk) doprowadził nas do przeprawy położonej przy ujściu rzeki Singapur. Wybudowany w 2015 r. Most Jubileuszowy (Jubilee Bridge) jest częścią pieszego traktu upamiętniającego uzyskanie niepodległości przez republikę. Szlak ten (o długości 8 km) łączy historię z nowoczesnością. Podczas spaceru można oglądać budynki i miejsca istotne z punktu widzenia rozwoju Singapuru. My dotarliśmy nim do Merliona, czyli tryskającej wodą statui przedstawiającej pół lwa, pół rybę. Postać tę zaprojektował brytyjski ichtiolog Alec Frederick Fraser-Brunner (1906–1986). Była ona wykorzystywana od 1964 do 1997 r. jako logo Singapore Tourism Board, a konsekwentnie prowadzone działania marketingowe utrwaliły ją w świadomości nie tylko Singapurczyków.

 

NOWOCZESNE ZOO

Aby dostać się do Singapore Zoo, najlepiej skorzystać z taksówki lub usług Ubera. Bilety w cenie 35 i 23 dolarów singapurskich (odpowiednio dla dorosłych i dzieci, czyli ok. 95 i 63 złotych) możemy kupić przez internet (wówczas są ze zniżką i kosztują 29,75 i 19,55 dolarów singapurskich) lub na miejscu. Przy wejściu otrzymaliśmy dokładną mapę ogrodu i ruszyliśmy ścieżką prowadzeni przez świetnie zaprojektowane drogowskazy – zamiast strzałek zakończone są one podobiznami zwierząt, do których wiodą.

Początkowo trasa wiła się wśród roślinności. Przechodziliśmy przez drewniane mostki i ścieżki. W oddali słychać było pokrzykiwania małp. Zgodnie z planem chcieliśmy zdążyć na pierwsze karmienie słoni, bo mogą w nim uczestniczyć goście. Wczesna pora i deszcz sprawiły, że mijaliśmy pojedynczych turystów, a gdy doszliśmy do małej, drewnianej widowni przed wielkim wybiegiem, towarzyszyło nam kilka osób i tyle samo opiekunów zwierząt. Dzieci trzymające w rękach koszyczki z pokarmem stały przy balustradzie. Podeszły pod nią trzy słonie, które chętnie wyciągały trąby, odbierały od maluchów banany i wykonywały polecenia opiekunów równocześnie przybliżających zwyczaje tego gatunku. Oczywiście, radości było co niemiara, a my mieliśmy poczucie, że zwierzęta znajdują się tu pod dużo lepszą opieką niż w cieszących się złą sławą miejscach z innych części Azji.

Ponieważ rozpadało się na dobre i zakończyła się pora karmienia, skierowaliśmy się w stronę amfiteatru, gdzie zaplanowano na 10.30 Splash Safari Show z udziałem uszanki kalifornijskiej. Pierwsze rzędy podczas pokazu zarezerwowane są dla miłośników wodnych atrakcji. Dzieci, lekko już zmoczone ciepłym deszczem, z chęcią wskoczyły na wybrane miejsca, żeby po chwili przemoczyć się zupełnie. Uszanka kalifornijska wykonywała polecenia treserki, co jakiś czas efektownie wskakiwała do przeszklonego basenu i rozpryskiwała wodę, ochlapując roześmianą widownię. Po pokazie mokrzy, ale jeszcze bardziej radośni odwiedzaliśmy kolejne wybiegi. Na szczęście przestało padać.

W zoo znajduje się powyżej 2,4 tys. zwierząt z ponad 300 gatunków, z których ok. 34 proc. to gatunki zagrożone. Ogród, ceniony wśród odwiedzających, ma także renomę placówki dbającej o najwyższe standardy opieki nad zwierzętami, prowadzi doskonałe programy edukacyjne, zapewnia leczenie weterynaryjne i realizuje projekty hodowlane. Łącznie zajmuje powierzchnię 26 ha, a odwiedza go rocznie mniej więcej 1,9 mln turystów. Z każdą godziną podczas naszej wizyty wzrastała liczba gości, ale teren zoo jest tak rozległy, że z łatwością znajdowaliśmy miejsca, w których w samotności podziwialiśmy zwierzęta. Ogromne wrażenie zrobił na nas spacerujący po wybiegu i prezentujący dostojną sylwetkę biały tygrys. Z kolei krążący kilka centymetrów za szklaną przegrodą gepard grzywiasty aż przestraszył dzieci swoim spojrzeniem. W ciszy obserwowaliśmy nieruchome żółwie olbrzymie. Uśmiech na naszych twarzach wywołały lemury i kameleony, hipopotamy karłowate czy pingwiny. W wielu miejscach zwierzęta są tu niemal na wyciągnięcie ręki. Bliskie obcowanie z przyrodą sprawiło nam niesamowitą frajdę, dlatego wszystkim gorąco polecamy singapurski ogród zoologiczny. Szczególnie że jego mieszkańcy mają naprawdę znakomitą opiekę. Po obejrzeniu większości zwierząt i całkowitym wysuszeniu ubrań dzieci znowu chciały się trochę ochłodzić i z radością wskoczyły pod strumienie na tutejszym wodnym placu zabaw.

 

AKWARIUM NA WYSPIE

W czerwcu 2018 r. oczy całego politycznego świata zwrócone były na niewielką wyspę Sentosa (ok. 5 km² powierzchni), gdzie w luksusowym, 5-gwiazdkowym hotelu Cappella Singapore doszło do historycznego spotkania amerykańskiego prezydenta Donalda Trumpa z przywódcą Korei Północnej Kim Dzong Unem. Oby podpisane porozumienie i wymiana grzeczności stały się zapowiedzią trwałych i rewolucyjnych zmian na Półwyspie Koreańskim, równych metamorfozie, jaką przeszła w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat wspomniana Sentosa.

Ten niewielki skrawek lądu był w trakcie II wojny światowej świadkiem udręki wielu australijskich i brytyjskich więźniów z usytuowanego tu japońskiego obozu jenieckiego. Dopiero po odzyskaniu niepodległości władze Singapuru zaplanowały utworzenie na Sentosie kurortu z luksusowymi hotelami i atrakcjami turystycznymi. Wybudowano kolejkę gondolową (Singapore Cable Car) oraz most łączący wyspy. Zaprojektowano sztuczne plaże i powstanie nowoczesnych kompleksów rozrywki. Hasło promujące Sentosę jako The State of Fun w pełni oddaje charakter tego miejsca.

Można się tutaj dostać samochodem, kolejką lub autobusem. My wybraliśmy autokar, który dowiózł nas na podziemny parking w okolicach parku rozrywki Universal Studios Singapore. Po wyjściu na powierzchnię przeszliśmy przez okrągły i otoczony restauracjami plac (The Bull Ring), na którym stoi wirujący globus – symbol wytwórni. W pobliżu znajdują się także drzewa z różnej wielkości lizakami. To obowiązkowy punkt na wykonanie pamiątkowego zdjęcia dla każdego rodzica z dziećmi.

Nasz cel stanowiło S.E.A. Aquarium, w którym mieszka powyżej 100 tys. morskich zwierząt reprezentujących ponad tysiąc gatunków. Kilka lat temu zostało ono uznane przez użytkowników serwisu TripAdvisor za jedno z trzech najlepszych akwariów w Azji. Maluchy po raz kolejny były wniebowzięte, a my również poczuliśmy się niemal jak w bajkowym świecie z polsko-brytyjskiego filmu familijnego Wodne dzieci. Ogromne przeszklone zbiorniki, w których toczyło się życie, zadziwiały i przyciągały jak magnes. Moglibyśmy wpatrywać się godzinami w mureny, płaszczki, skrzydlice, delfiny, setki meduz, ławice kolorowych rybek, wielkie i małe ośmiornice. Stojąc w szklanym tunelu, obserwowaliśmy pływające nad naszymi głowami kilkadziesiąt rekinów, które w porze karmienia szybko pałaszowały wrzucane przez obsługę sporych rozmiarów kąski. W każdej sali odnajdywaliśmy dokładne opisy zwierząt i żałowaliśmy, że z braku czasu nie możemy wziąć udziału w programach edukacyjnych organizowanych przez akwarium. Wyjątkową propozycją jest np. spędzenie nocy w Galerii Otwartego Oceanu (Open Ocean Gallery) połączone ze zdobywaniem wiedzy o zachowaniach tutejszych stworzeń po zmroku.

Oczywiście, kilkudniowy pobyt w tym kraju nie wystarczy, aby poznać wszystkie jego atrakcje. Gdy wyjeżdżaliśmy, mieliśmy przeświadczenie, że to doskonałe miejsce na azjatycką podróż z dziećmi. Jest tu oczywiście bardzo czysto i bezpiecznie, a bary i restauracje z różnorodną kuchnią ułatwiają znalezienie potraw odpowiednich dla naszych pociech. Singapur bije wiele rekordów. Bardzo wysoki poziom edukacji, stałe promowanie innowacyjnych rozwiązań, konsekwentnie prowadzona polityka rozwoju i współpraca z najważniejszymi ośrodkami naukowymi na świecie gwarantują, że wkrótce usłyszymy o kolejnych osiągnięciach tego niewielkiego państwa-miasta. Czy będą to architektoniczne, inżynieryjne, kulturalne czy informatyczne nowości? Nie jest wykluczone, że Singapurczycy zaskoczą w wielu dziedzinach swoją pomysłowością lub umiejętnym wykorzystaniem pomysłów zatrudnionych tutaj specjalistów.

 

Wydanie jesień-zima 2018