MARCIN WESOŁY

 

<< Foldery biur podróży wypełniają zdjęcia kolorowych kubańskich domów, wypucowanych starych amerykańskich samochodów, uśmiechniętych par tańczących salsę i Kubańczyków kurzących cygara. Tak wygląda Kuba dewizowych turystów. Aby zobaczyć tę prawdziwą, trzeba mieć oczy szeroko otwarte i nie bać się wyjść jej naprzeciw. >>

Hiszpańscy osadnicy zbudowali niegdyś potęgę swojej kolonii na handlu cukrem, tytoniem i kawą, a także niewolnikami. Dziś Republika Kuby należy do najsłynniejszych państw komunistycznych na świecie, a brodatą twarz Fidela Castro rozpoznają niemal wszyscy. Jej główna wyspa jest jednocześnie największą w archipelagu Wielkich Antyli i na całych Karaibach. W stolicy kraju, znajdującej się nad Zatoką Meksykańską Hawanie, żyje obecnie ponad 2 mln mieszkańców.

Na hawańskim lotnisku podczas kontroli paszportowej podaję młodemu funkcjonariuszowi wymagane dokumenty. Ten odbiera je ode mnie i prosi, abym ustawił się do zdjęcia. Potem długo czekam, zanim wreszcie słyszę zbawienny odgłos przystawianego stempla.

Mundurowy, oddając mi papiery, ponownie lustruje mnie z nieco zagadkową fascynacją. Po czym dumnie wyprężony z uśmiechem oznajmia: Bienvenido a Cuba, compañero! (Witamy na Kubie, towarzyszu!). Jestem zaskoczony. Z czystej ciekawości zerkam na świeżo podbitą tarjeta de turista (kartę turysty). Teraz rozumiem: kubański żandarm wsunął ją między te strony w moim paszporcie, gdzie widnieje nieaktualna wiza do... Socjalistycznej Republiki Wietnamu. Już na początku wzięli mnie za swojego!

 

Hawana w nocy, Hawana w dzień

W La Habana Vieja, czyli Starej Hawanie, mieszkam przy ulicy Luz, co znaczy „światło”. Nie brakuje go tutaj za dnia. Po zmroku nazwa ta traci jednak sens albo brzmi co najmniej ironicznie. Niewiele tu latarni. Poza tym ledwo się palą. Pod jedną z nich czuwa stróż porządku z Policía Nacional Revolucionaria (Narodowej Policji Rewolucyjnej). Kilka przecznic dalej, w lichym blasku kolejnej stoi jego koleżanka. Spotkamy tu wiele młodych Kubanek w mundurach. Wszystkie są urodziwe, lecz zarazem to niesłychane służbistki. Dzięki nim również po zachodzie słońca jest bezpiecznie.

Tymczasem za dnia Hawanę lepiej oglądać przez różowe okulary. Wtedy wciąż wydaje się niezrównanie piękna, niezwykła i ponadczasowa. Bez tego optymistycznego nastawienia ujrzymy wiele nieszczęść, jakie dotknęły tę dawną „Perłę Antyli” przez ostatnie pół wieku. Kto nie zobaczy Hawany, ten jej nie pokocha – mówi przysłowie. Dziś łatwiej wywołuje ona, niestety, uczucie litości. Niegdyś okazałe i kunsztownie zdobione kamienice popadły w ruinę, a ich najlepsze czasy wydają się odległym wspomnieniem. Pozostawione same sobie na dekady niszczały z roku na rok. Miała to być nieubłagana zemsta za bogactwo i blichtr poprzedniej epoki. Wyrok na kubańską stolicę wydał podobno sam argentyński rewolucjonista Ernesto „Che” Guevara. Wjechał do niej triumfalnie w styczniu 1959 r. i – jak pisze nieżyjący już kubański autor Guillermo Cabrera Infante w książce Mea Kubaznienawidził Hawanę pierwszej nocy i ogłosił nienawistnym kolaboranckim miastem. W starciu z ascetycznymi ideałami rewolucji nie miało ono zatem żadnych szans. W dzielnicy La Habana Vieja znajdziemy niewielki Plaza del Cristo (plac Chrystusa). Przylega on do gwarnej ulicy Brasil, prowadzącej pod same schody El Capitolio (Kapitolu) – dawnej siedziby kubańskiego rządu. W tej okolicy wyróżnia się szczególnie jeden budynek. Jest to bardzo zaniedbany dom, od którego bije wręcz jakiś smutek. Wisi na nim ledwie widoczny, przerdzewiały szyld z napisem La Maravilla, czyli po hiszpańsku „Cud”.

Na szczęście, stołeczne zabudowania są powoli odrestaurowywane. Sprowadzeni z zagranicy specjaliści współpracujący z UNESCO świetnie sobie radzą. Rewolucyjny rząd podobno nie wtrąca się do prac renowacyjnych. Tymczasem ich efekty podziwiają głównie turyści, płacący dewizami. To dla nich odtwarza się zabytkowe place, hotele, parki i deptaki, wyznacza szlaki zwiedzania i przywołuje minioną świetność kubańskiej stolicy...

 

Podwójna waluta i chińska dzielnica

W Hawanie na przekór wszystkim próbuję korzystać z kubańskiego peso (CUP). Tak zwane peso kubańskie wymienialne (CUC) wyciągam z kieszeni niechętnie, mimo iż powinienem sięgać po nie za każdym razem. Na Kubie są w użyciu dwie waluty. Pierwsza ma służyć Kubańczykom, druga – przede wszystkim obcokrajowcom. W praktyce za tę pierwszą niewiele można kupić, a tą drugą płaci się w sklepach dewizowych i wszędzie tam, gdzie zjawiają się przyjezdni.

Odwiedzam niepozorne jadłodajnie w Barrio Chino, czyli Chińskiej Dzielnicy, chyba jedynej na świecie, gdzie trudno spotkać jej pierwotnych mieszkańców. Po zwycięstwie rewolucji Chińczycy pragmatycznie opuścili Kubę i przenieśli swoje interesy do Stanów Zjednoczonych. W rezultacie w hawańskim Chinatown zamawiam ze skromnego menu coś na sposób kubański i płacę w walucie dla miejscowych. Potem wpadam do baru, gdzie serwują guarapo z lodem, czyli świeży sok z trzciny cukrowej. Gdzieś na ulicy w Centro Habana (Centrum Hawany) udaje mi się zdobyć inne frykasy: wypieki z marmoladą z gujawy albo świeże, jeszcze ciepłe pączki. Na koniec biorę café cubano – kawę z dużą ilością cukru, nalewaną prosto z termosu do filiżanki wielkości naparstka. Kosztuje tylko 1 kubańskie peso, a smakuje jak marzenie. W kawiarni dla turystów damy za nią również 1 peso, tyle że wymienialne. Za tę kwotę wypiję tutaj z Kubańczykami ponad 20 filiżanek. Oto walutowe szaleństwo!

 

Gdzie Hemingway przychodził na drinka

W barze La Bodeguita del Medio byłem tylko raz, aby spróbować mojito, którym dawniej raczył się w nim z ukontentowaniem amerykański pisarz Ernest Hemingway (1899–1961). Jednak obecnie trudno w tych ścianach wyczuć jego ducha. Niełatwo też wejść za dnia do tego obleganego przez turystów przybytku. Barmani noszą tu odprasowane kremowe guayabery, typowe karaibskie koszule. Zza ciemnego, wysłużonego kontuaru serwują ten słynny koktajl na bazie trzyletniego rumu z miętą, brązowym cukrem, limonowym sokiem i wodą sodową rzeszy chętnych z całego świata. Mimo iż przyrządza się go dzisiaj w bardzo dużych ilościach, jego jakość nie rozczarowuje. Równie dobrze smakuje daiquiri, kolejny kubański drink rozsławiony przez autora powieści Komu bije dzwon. Wypijemy go np. w barze El Floridita – jego drugim ulubionym lokalu w Hawanie, niestety, obecnie niezmiernie komercyjnym. Niegdyś Hemingway przychodził tutaj regularnie. Zamawiał specjalnie dla niego przygotowywaną wersję daiquiri: bez cukru, za to z podwójnym rumem i odrobiną soku z dojrzałego grejpfruta. Obecnie naturalnej wielkości rzeźba pisarza strzeże jego dawnego, stałego miejsca przy kontuarze, za którym barmani bez przerwy szykują koktajle dla tłumu turystów…

FOT. MARCIN WESOŁY

Słynne kubańskie mojito

 

Wehikuły czasu

Mówi się o nich potocznie almendrones, czyli migdałowce, a to ze względu na ich osobliwą wytrzymałość i zdolność przetrwania. Skorupę migdałów niełatwo rozłupać. Równie ciężko rozbić nabity stalą, chromem i niklem pancerz tych wysłużonych amerykańskich aut z lat 50. XX w. Klasą i dostojeństwem biją na głowę całą resztę pojazdów poruszających się po kubańskich drogach. Można je spotkać na całej wyspie, chociaż zdecydowanie najwięcej jest ich w samej Hawanie. Chevrolety, buicki, oldsmobile, chryslery, fordy, plymouthy czy cadillaki niezmiennie królują na jej ulicach. Dzięki temu Kuba już dawno stała się unikalnym na skalę światową skansenem motoryzacji z eksponatami, które są ciągle w użyciu. To także raj dla kolekcjonerów zabytkowych aut. Mają oni teraz z czego się cieszyć, bowiem ostatnie reformy dopuszczają już handel samochodami dla obcokrajowców, stałych lub tymczasowych rezydentów. Możliwe, że za jakiś czas wiele z tych nobliwych pojazdów opuści Kubę. Ta prognoza nie napawa jednak optymizmem... 

 

Nad brzegiem Zatoki Meksykańskiej

W okolicy Hawany leżą wyjątkowo piękne plaże. Dawniej okupowali je Kubańczycy, głównie habaneros – hawańczycy, którzy zjeżdżali na nie podczas weekendów, aby rozkoszować się morzem o trzech kolorach, napić się rumu, potańczyć i powierzyć morskiej toni miłosne sekrety. Plaże te rozciągają się dwadzieścia kilka kilometrów na wschód od kubańskiej stolicy. Jedna z nich jest szczególnie urodziwa. Jej nazwa – Santa María del Mar – mogłaby posłużyć za tytuł tęsknego bolera. Dostaniemy się na nią miejskim autobusem za czterdzieści centavos. Plażowiczów nigdy tu nie brakuje, ale tłok wcale nie przeszkadza, zwłaszcza gdy z radiowych głośników rozbrzmiewają gorące rytmy salsy…

 

Cohiba znaczy luksus

Na Kubie paliłem cygara, gdy tylko miałem okazję, czyli w praktyce dość często. Według Hemingwaya te najszlachetniejsze namiętne Kubanki zwijają na swych udach. Ta romantyczna wizja (prawdziwa czy też nie) bardzo mi odpowiada, ponieważ oddaje typowo zmysłowy klimat Karaibów, więc szkoda ją dementować. Kubańczycy jednak ponoć za nią nie przepadają. Dawniej słynna fabryka El Laguito na obrzeżach kubańskiej stolicy zatrudniała wyłącznie kobiety. Dzisiaj wytworne cygara marki Cohiba są dziełem zarówno męskich, jak i żeńskich dłoni.

W samolocie lecącym z Londynu do Hawany spotkałem wyjątkową Kubankę. Wracała z 3-miesięcznego, europejskiego tournée. W Europie miała tylko jedną prestiżową misję: skręcać markowe cygara i promować ich najdoskonalsze rodzaje wśród potencjalnych kontrahentów. Moja towarzyszka podróży nazywała się Berta Corzo Thorpe. Warto zapamiętać to nazwisko. Szansa przypadkowego spotkania osoby, która bezpośrednio odpowiada za kontrolę jakości najlepszych na świecie cygar, jest raczej niewielka. Od lat pracuje ona we wspomnianej kubańskiej fabryce El Laguito. Nadzoruje w niej pracę ponad dwustu „zwijaczy”. Czuwa, aby cygara powstawały według uznawanych standardów, miały idealny kształt i określoną długość z dokładnością do milimetra. Sama pali niechętnie, a regularne testowanie wyrobów należy do jej obowiązków…

 

Kolonialny Trinidad

Do Trinidadu planuje dotrzeć chyba każdy odwiedzający Kubę podróżnik. Miasto wydaje się być zagubione w czasie od dziesięcioleci. Hiszpan Diego Velázquez de Cuéllar założył je w 1514 r. Na początku zwało się La Villa de la Santísima Trinidad. Osada była jedną z siedmiu, które powstały tutaj na początku XVI w. z inicjatywy tego rzutkiego konkwistadora, a następnie pierwszego gubernatora wyspy (w latach 1511–1524). Trinidad zyskał renomę i wielkie bogactwa w XVIII w., gdy eksportowano stąd tony cukru na rynki europejskie. Potem nadszedł kryzys i miasto popadło w zapomnienie, ale dzięki temu zachowało swój pierwotny, kolonialny klimat. Obecnie stanowi jeden z turystycznych klejnotów Kuby, będących źródłem rządowego dochodu.

FOT. CUBA TOURIST BOARD

Plaza mayor w Trinidadzie – historyczne centrum miasta otoczone pałacami z XVIII i XIX w.

 

W 1988 r. UNESCO wpisało Trinidad (razem z Valle de los Ingenios – Doliną Cukrowni) na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości, co zagwarantowało fundusze na renowacje miejscowych zabytków. Efekty prac są dobrze widoczne. Pastelowe domostwa kryte czerwoną dachówką stały się znakiem rozpoznawczym tej malowniczej miejscowości. Szczęśliwie dla prawdziwych podróżników liczni turyści przyjeżdżają tu zazwyczaj w ciągu dnia, aby po południu wrócić do hoteli. Wtedy robi się luźniej, bardziej swojsko i przyjemnie. Po zmroku warto udać się gdzieś na drinka, a potem zajrzeć do lokalnej dyskoteki. Można popatrzeć na salseros (tańczących salsę) albo samemu spróbować swych sił w tym gorącym, latynoskim tańcu. Równie interesująca wydaje się wieczorna przechadzka starymi, brukowanymi ulicami Trinidadu…

 

Na wschodzie

Camagüey leży po drodze do rejonu Oriente, czyli dawnej wschodniej prowincji kraju. To niezmiernie urokliwe miasto stanowi zapowiedź nowych wrażeń w dalszej podróży przez Kubę. Późnym popołudniem światło zachodzącego słońca wdzięcznie pogłębia kolory wiekowej zabudowy. Do przemieszczania się po Camagüey doskonale nadają się bicitaxi (rowerowe taksówki). Na jednym z licznych uroczych placów, czyli plazas, odpoczniemy od gorącego dnia w towarzystwie miejscowych, aby z rana wyruszyć dalej.

Wschodni region kraju jest tak oddalony od Hawany (ponad 500 km), że mieszkańcom stolicy kojarzy się przewrotnie z... arabskim Bliskim Wschodem. Swych rodaków pochodzących z tych okolic, którzy przyjechali do wielkiego miasta w poszukiwaniu lepszego życia, hawańczycy nazywają nieco sarkastycznie palestinos (Palestyńczycy). W samym Camagüey oblicze wyspy wyraźnie zaczyna się zmieniać. Łatwiej też tutaj dostrzec różnice w kolorze skóry ludzi i w ich sposobie bycia – wydają się bardziej powściągliwi i przez to ujmujący. Odnosimy więc wrażenie, jakbyśmy odkrywali inną Kubę, w dodatku bardziej różnorodną od tej zakonserwowanej przez monotonię długich dziesięcioleci pod rządami rewolucji. Jeżeli do tej pory podobało nam się na kubańskim lądzie, to im dalej od Camagüey, będzie już tylko lepiej.

FOT. CUBAINFO.DE

Ponad 300-tysięczne Camagüey

 

Na przeciwległym końcu tej egzotycznej wyspy o kształcie odpoczywającego kajmana, w niepojętym, dalekim rejonie Oriente, wiedzie swój żywot miasto na wskroś karaibskie, parne i rozbuchane – Santiago de Cuba. Jeśli miałbym stworzyć obrazowe porównanie, Hawanę nazwałbym nobliwą ciotką, serwującą café y bizcocho (kawę i ciasto), a ten port położony malowniczo nad Morzem Karaibskim – ukochaną kobietą. Tu na każdym kroku czuje się już gorący oddech pobliskiej wyspy Haiti. Z nieba leje się żar, a powietrze przesycone jest wilgocią. Wielu wytrawnych globtroterów potwierdza, że właśnie w Santiago doświadczają kulminacji krajoznawczych przeżyć na Kubie. W tej kolebce afrokubańskich rytmów czar tropików oraz folklor potrafią zawładnąć człowiekiem bez reszty. Miasto posiada wyrazisty charakter, popada w skrajności, unika półśrodków, drażni przybysza swą nieprzewidywalnością. Dlatego też można je od razu pokochać albo znienawidzić.

FOT. CUBAINFO.DE

Playa Bucanero – nieduża, lecz niezmiernie urokliwa plaża koło Santiago de Cuba

 

Powiadają, że nieważne, gdzie się dojedzie, istotne jest to, co się wydarzy po drodze, że nie liczy się cel wyprawy, lecz ona sama w sobie. Zgadzam się w pełni z tym stwierdzeniem. A jednak podróży po Kubie nie wyobrażam sobie zakończyć gdzie indziej niż w Santiago de Cuba – mieście nieprzeniknionym i pełnym pasji...

 

Artykuły wybrane losowo

Kambodża śladami Lary Croft

MAŁGORZATA GAŁKOWSKA-BŁĄDEK

www.myfengstyle.com

                                      

<< Kiedy Europejczyk słyszy o Kambodży, często przed oczami stają mu pola minowe i zasieki, a na myśl przychodzi bieda i śmierć setek tysięcy ludzi za krwawych rządów Czerwonych Khmerów. Za tą nazwą kryje się jednak przepiękny krajobrazowo kraj o niezwykłej kulturze, szczycący się wieloma wspaniałymi zabytkami, w tym słynnym kompleksem Angkor ze świątynią Ta Prohm, gdzie Lara Croft w filmie „Lara Croft: Tomb Raider” zwinnie przeskakiwała z jednej komnaty do drugiej. Większość osób nie ma pojęcia o tym, jak bardzo jest interesujący. Kambodża dopiero zaczyna zyskiwać popularność jako cel podróży. Dlatego warto ją odwiedzić, aby wyrobić sobie własną opinię. Najlepiej wyruszyć w drogę już teraz, póki jeszcze wszystkie magiczne zakątki nie zostały zadeptane przez tłumy turystów. Również i mnie przyciągnęła tu właśnie ciekawość. >>

 

Deptak Pub Street w mieście Siem Reap tętni życiem zwłaszcza po zmroku

© MAŁGORZATA GAŁKOWSKA-BŁĄDEK/WWW.MYFENGSTYLE.COM

 

Przekraczanie kambodżańskiej granicy już samo w sobie stanowi przygodę. Od turystów pobierane są odciski palców, fotografuje się także twarze przybywających. Obywateli Polski obowiązują wizy, ale można je bez problemu załatwić przy wjeździe do kraju. Trzeba być jednak przygotowanym na długie kolejki. My przyjechaliśmy do Kambodży z Tajlandii, przez tajlandzkie miasto graniczne Aranyapradet (Aranyaprathet). Sama przeprawa z urzędnikami może trwać wiele godzin albo… niecałą godzinę. Podobnie jak w większości krajów tak i tutaj odpowiednia suma pieniędzy otwiera każde drzwi. Nieoficjalna zasada każe wręczyć pewną kwotę obsłudze, aby przyspieszyć odprawę bagażu. Po przekazaniu datku pojawia się życzliwy człowiek z wozem drabiniastym, na który ładuje się walizki, żeby odebrać je już po właściwej stronie granicy. Nie mam pojęcia, czy ktoś w ogóle ogląda bagaże. Prawdopodobnie (sądząc po ilości czasu) nikt ich nie sprawdza, są przewożone wprost przez przejście. Słyszeliśmy za to opowieści o turystach, którzy chcieli oszczędzić na tej łapówce i spróbować przejść całą procedurę normalnie. Niewykluczone, że wciąż jeszcze czekają na wszystkie swoje walizki, torby czy plecaki…

Gdy wreszcie przekraczamy w Poipet (sąsiadującym z Aranyapradet) bramę z napisem Królestwo Kambodży, towarzyszy nam niezwykłe uczucie. Już sam wjazd zapowiada krainę piękna, tajemniczości i przygód. Przed nami otwiera swoje podwoje wspaniały kraj, z ciekawą, choć smutną, historią i życzliwymi, pracowitymi mieszkańcami.

 

KAMBODŻAŃSKA CODZIENNOŚĆ

Naszym celem był kompleks Angkor i okolice miasta Siem Reap (Siĕm Réab). Poza tym nastawiliśmy się na chłonięcie tutejszej atmosfery. Zdaję sobie sprawę, że nie widzieliśmy różnych innych ciekawych miejsc ani stolicy czy pozostałych miast, ale to, co zobaczyliśmy, i tak wystarczyło, aby Kambodża zapadła nam mocno w pamięć i na zawsze zamieszkała w naszych sercach. Przede wszystkim zwróciliśmy uwagę na ludzi: drobnych, ze zmęczonymi, ale nieraz pięknymi twarzami, bardzo uczynnych, wręcz usłużnych. Co ciekawe, nie spotkaliśmy osób żebrzących. Dostrzegaliśmy biedę panującą wokół, lecz też poczucie godności i zaradność mieszkańców. Zamiast usiąść na ulicy i żebrać każdy coś ze sobą niósł czy ciągnął: obwoźną garkuchnię, wyciskarkę soków lub towary do sprzedania. Potrawy przygotowywane na takich prowizorycznych stoiskach są niezmiernie smaczne i można je bezpiecznie jeść. Wybór jest bardzo szeroki – spróbujemy zarówno miejscowych specjałów, takich jak szaszłyki z larw, pająków i różnych owadów, jak i bardziej tradycyjnych zup lub pieczonych mięs i ryb. Gdziekolwiek trafiamy, zawsze staramy się zaznajomić z lokalną kuchnią, bo w ten sposób bliżej poznaje się dane miejsce.

                Lepiej też odwiedzać lokale, gdzie jadają Kambodżanie, niż te nastawione na turystów. Kuchnia kambodżańska jest zbliżona do tajskiej, wiele w niej słodkich smaków, ale również ostrych przypraw. Koniecznie trzeba spróbować miejscowych lodów zamrażanych na płycie i zwijanych w rulonik – niebo w gębie! Przeróżne soki świeżo wyciskane z tropikalnych owoców znakomicie gaszą pragnienie podczas upału. Jednak prawdziwym przebojem w gorące dni jest dobrze schłodzona woda kokosowa podawana w orzechu z wetkniętą słomką. Jeden taki napój wystarczy, aby się nieco orzeźwić i odzyskać siły. Sprzedawcy kokosów są niemal wszędzie, stoją praktycznie na każdym rogu ulicy, spotkamy ich nawet przy świątyniach kompleksu Angkor.

 

Uliczne stoisko z przysmakami – szaszłykami z larw, pająków i owadów

© MAŁGORZATA GAŁKOWSKA-BŁĄDEK/WWW.MYFENGSTYLE.COM

 

NA PROWINCJI

Jeśli zamierzamy przywieźć z naszej podróży pamiątki, pomyślmy o czymś niestandardowym. Warto zatrzymać się po drodze przy wiejskiej chacie i kupić świeży kambodżański ryż, prawie prosto z pola. Ma zupełnie inny aromat i smak niż ten ze sklepu. Można także przyjrzeć się, jak miejscowi robią cukierki z owoców palmy cukrowej (arengi pierzastej) i przy okazji zakupić trochę takich słodyczy. Przy domach często znajdują się stoły z wystawionymi na sprzedaż naczyniami i ozdobami wyplatanymi z liści palmy czy z trzciny. Mieszkańcy Kambodży w ten sposób zarabiają na życie i dzięki kupującym mogą stanąć na nogi i polepszyć swój byt. W wielu miejscach sprzedaje się też niezwykłą kambodżańską herbatę w różnych smakach i kolorach. Odwiedziliśmy jeden z takich prywatnych domów i gospodarze z radością pokazali nam jego wnętrze oraz nową, umieszczoną na zewnątrz „łazienkę”, gdzie z dumą wskazali na pompę wodną, stanowiącą luksus na prowincji. Dostęp do świeżej wody wciąż jest tu utrudniony. Po wielu latach wojny część brzegów rzek i pola są nadal zaminowane. Co roku wiele osób ginie od min przeciwpiechotnych podczas uprawiania ziemi lub czerpania wody. Swoje uprawy miejscowi podlewają często wodą przyniesioną z daleka, każda zwyczajna czynność bywa więc okupiona dużym trudem, ale nikt nie okazuje niezadowolenia czy zniechęcenia. Mieszkańcy kambodżańskiej wsi ciężko pracują i nie mają czasu na narzekanie. O dziwo, do życia są nastawieni optymistycznie i życzliwie odnoszą się do innych. To jest właśnie niesamowite w tym kraju. Wielu lokalnych przewodników wycieczek prowadzi wśród turystów zbiórki niewykorzystanych hotelowych kosmetyków czy jednorazowych szczoteczek do zębów i grzebieni. Potem te podarki jadą na wieś, a w zamian można otrzymać woreczek świeżego ryżu. Czyż to nie cudowna wymiana?

 

SMUTEK I RADOŚĆ

Aby lepiej zrozumieć Kambodżę, jej mieszkańców i ich problemy, warto udać się do Muzeum Min Lądowych w pobliżu miasta Siem Reap. Założył je Aki Ra, który jako dziecko został siłą wcielony do wojska Czerwonych Khmerów. Później walczył przeciwko nim, a po wojnie poświęcił się szukaniu i rozbrajaniu min. W muzeum można dowiedzieć się, jakiego ogromu cierpienia ten naród doświadczył w przeszłości i – niestety – znaleźć też akcent polski: granaty i miny produkowane w Polsce…

                Z tego miejsca wychodzi się przygnębionym, ale na szczęście potem niemal od razu wtapiamy się w różnokolorowy, optymistyczny i pracowity tłum w Siem Reap. To całkiem duże miasto (ok. 200-tysięczne) i stanowi wspaniałą bazę wypadową do kompleksów świątynnych. Znajdują się w nim przyjemne, a nawet eleganckie hotele, wiele sklepów (m.in. wielki sklep bezcłowy, świetnie zaopatrzony i z korzystnymi cenami), a także Pub Street – deptak słynący z bogatego nocnego życia, mnóstwa knajpek i ulicznych występów. To właśnie przy nim działa znany klub „Angkor What? Bar”, gdzie drinki serwowane są w… wiadrach.

                Pub Street najlepiej odwiedzić wieczorem, ponieważ wtedy otwierają się puby, restauracje, przeróżne kluby i sklepy. Wszystko rozbłyskuje kolorowymi światłami. Deptak zastawiony jest przenośnymi garkuchniami i rozmaitymi stoiskami, a wszędzie dookoła przelewa się rzeka ludzi mówiących w niezliczonych językach. Czasem turystę zaczepi właściciel tutejszej knajpki czy klubu i wręczy ulotkę z aktualnymi promocjami. Trochę dalej ktoś gra na jakimś instrumencie, magik pokazuje sprytne sztuczki. W innym miejscu znów skąpo ubrane hostessy zapraszają do klubu go-go. Na Pub Street zagraniczni goście spędzają wiele godzin, ani chwili się nie nudząc. Można tu wtopić się w wielobarwny tłum i płynąć łagodnie z punktu do punktu albo zasiąść w którejś z knajpek na tarasie i obserwować żywą rzekę z góry, sącząc jakiegoś drinka lub zajadając się lokalnym rarytasem. Nie trzeba się przejmować brakiem miejscowej waluty, ponieważ podstawowym środkiem płatniczym jest tutaj dolar amerykański, a ceny są bardzo przystępne.

 

W CIENIU ZABYTKÓW

W Siem Reap zatrzymaliśmy się w miejscu, które szczerze polecam – to Mémoire d’Angkor Boutique Hotel. Wnętrza wyglądają przepięknie, urządzono je ze smakiem, a obsługa staje na rzęsach, aby goście byli zadowoleni. Codziennie w pokoju pojawia się też taca z owocami i butelkowana woda. Picie tej ostatniej jest w Kambodży koniecznością. Należy pamiętać o tym, że lokalna woda nie nadaje się dla zagranicznych turystów. Miejscowi są przyzwyczajeni do specyficznej flory bakteryjnej i jakości tutejszej wody, przyjezdni po jej spożyciu mogą – niestety – cierpieć na nieprzyjemne dolegliwości. Co zaskakujące, bezprzewodowy internet działa w hotelach i pubach bardzo dobrze. Wynika to z tego, że infrastruktura sieci komunikacyjnych została w kraju zbudowana niedawno i zastosowane rozwiązania nadal uchodzą za w miarę nowoczesne.

Jednak najciekawsze i najcenniejsze w Kambodży są świątynie i dawne miasta. To prawdziwe perły architektury, ukryte głęboko w dżungli. Wśród nich znajduje się kompleks Angkor – kiedyś głośny i zatłoczony, dziś opuszczony i poprzerastany niezwykłymi drzewami i pnączami. Natura, zgodnie z odwiecznym prawem, zaczęła w nim powracać na swoje. Tutejsze budowle były niemym świadkiem historii i ludzkich dramatów. Z niewiadomych przyczyn mieszkańcy porzucili to miejsce, aby już nigdy do niego nie powrócić. Przez wieki świątynie okradano, później niszczyły je przechodzące tędy oddziały Czerwonych Khmerów. Historycy mówią, że gdyby materiały wybuchowe były bardziej dostępne, z pewnością cały kompleks zostałby wysadzony w powietrze, na zawsze grzebiąc pod gruzami ten fragment dziejów Kambodży. Na szczęście tak się nie stało, chociaż w wielu miejscach widać ślady po kulach. Dżungla i deszcze dokonały reszty zniszczeń. To, co ocalało, wciąż robi jednak ogromne wrażenie. Angkor został w 1992 r. wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO i obecnie napędza rozwój turystyki w kraju. Sylwetka Angkor Wat (najbardziej znanej tutejszej świątyni) znajduje się nawet na fladze Kambodży.

 

Ruiny wspaniałej świątyni buddyjskiej Bajon

© MAŁGORZATA GAŁKOWSKA-BŁĄDEK/WWW.MYFENGSTYLE.COM

 

NAJCENNEJSZY SKARB

Angkor warto odwiedzić o świcie. Budowle oświetlają wtedy ciepłe promienie słońca. Wieże Angkor Wat odbijają się przepięknie w wodach stawu. Do kompleksu wchodzi się długim mostem. Z Siem Reap można tu dojechać wypożyczonym rowerem lub popularnym w Azji tuk-tukiem. Droga jest całkiem przyzwoita i dobrze oznaczona.

                Cały kompleks zajmuje dość rozległy teren, ale największe zainteresowanie wzbudza główna świątynia – Angkor Wat – do której prowadzą bardzo strome schody. U ich stóp strażnicy kontrolują strój wchodzących. Trzeba pamiętać, że obowiązuje tutaj zwyczaj zakrywania ramion, dekoltów i kolan u kobiet. Również mężczyźni nie wejdą w szortach. Należy także zapomnieć o klapkach (sandały nie będą źle widziane). Miejsce to nadal uchodzi za święte i wciąż składa się w nim ofiary, pali kadzidła i wznosi modły.

Podczas wędrówki po labiryncie komnat za każdym narożnikiem można odkryć coś ciekawego: ukryty w małej wnęce posąg Buddy z palącymi się przed nim kadzidełkami lub fragment dziedzińca z porozrzucanymi kawałkami murów dekorowanych pięknymi reliefami. Ściany zdobią płaskorzeźby przedstawiające boginie, bóstwa i tancerki w niezwykłych pozach. Tu też znajduje się jeden z największych skarbów Angkoru – kamienny relief mający ponad 900 m długości i prezentujący sceny z indyjskich eposów: Ramajany i Mahabharaty.

                Świątynię zaczęto budować w pierwszej połowie XII w., za panowania władcy Imperium Khmerskiego Surjawarmana II (1113–1150), i pierwotnie była poświęcona hinduistycznemu bogu Wisznu. Potem przez pewien czas służyła buddystom, aż w końcu przywrócono jej pierwotny charakter. Wiele osób uważa, że Angkor Wat jest najpiękniejszą budowlą sakralną świata. Oczywiście, to raczej kwestia gustu, ale niewątpliwie ta niepowtarzalna świątynia, tajemnicza i magiczna, potrafi zachwycić swoją surowością i majestatem.

 

MIASTO I FILMOWA SŁAWA

Innym wspaniałym i równie ciekawym obiektem w okolicy są pozostałości miasta Angkor Thom, ostatniej stolicy państwa Khmerów. Prowadzi do niej most i pięknie zdobiona Brama Południowa. Po obu stronach tego pierwszego umieszczono posągi strażników strzegących wjazdu do stolicy.

                Obecnie z dawnej świetności zostało już niewiele, ale u schyłku średniowiecza Angkor Thom było jednym z najludniejszych miast świata i miało mniej więcej 150 tys. mieszkańców. Właśnie tutaj znajduje się przepiękna świątynia buddyjska Bajon ze słynnymi wieżami ozdobionymi głowami Awalokiteśwary, za którego wcielenie uważał się król Imperium Khmerskiego Dżajawarman VII (panujący w latach 1181–1218). Spacer pośród krzyżujących się spojrzeń kamiennych twarzy z zastygłym delikatnym uśmiechem dostarcza niezapomnianych wrażeń.

                Z miasta zostały już tylko ruiny. Większość budynków jest zawalonych i poprzerastanych korzeniami drzew, ale cały ten obszar stanowi niesamowity labirynt, w którym czas się zatrzymał.

Niedaleko świątyni Bajon znajduje się Taras Słoni długi na niemal 350 m i wysoki na ok. 4 m. Jego mur pokrywają realistyczne płaskorzeźby słoni. Stąd oglądano parady wojskowe, zawody sportowe i widowiska. Podczas oficjalnych wizyt i audiencji taras zamieniał się w trybunę. Prawdopodobnie stanowił część pałacu królewskiego, ale sam pałac zachował się tylko w szczątkowym stanie. Pozostały z niego ruiny, rzeźby, piękne schody i fragmenty takich udogodnień jak łaźnia. Ponieważ dużo zabudowań było drewnianych, niestety, nie przetrwały do naszych czasów. Wciąż jednak wzrok przyciągają tu piękne zdobienia w formie kwiatów i ślady po fosie broniącej dostępu do pałacu.

                Kolejna świątynia, choć niewielka, jest niemal tak samo znana jak Angkor Wat. Nazywa się Ta Prohm i to właśnie w niej kręcono w 2000 r. słynne sceny do filmu Lara Croft: Tomb Raider z Angeliną Jolie w roli Lary Croft. Tropikalna roślinność rozsadza tutaj korzeniami każdy mur i podważa każdy kamień. Tak wygląda prawdziwa walka z naturą. Dżungla skutecznie sięga po swoją własność. Przy Ta Prohm zbiera się zazwyczaj wielu turystów i trzeba zaczekać w kolejce, aby móc ją uwiecznić na fotografii. Powstały na przełomie XII i XIII stulecia obiekt służył nie tylko jako świątynia. Znajdował się tu również buddyjski uniwersytet, biblioteka i świetnie zaopatrzony skarbiec. Przechowywano w nim podobno 5 t srebra, diamenty i tysiące drogocennych kamieni szlachetnych. Warto zejść z głównego szlaku i pochodzić wśród murów i rozrzuconych brył. Gdy uważnie się patrzy, można czasem wśród wijących się jak węże korzeni drzew odnaleźć twarz tancerki zdobiącą oderwany kawałek reliefu.

 

NIEPOZORNY KLEJNOT

Mniej więcej 25 km od Angkor Wat i Angkor Thom znajduje się jeszcze jedna przepiękna świątynia, zwana Twierdzą Kobiet – Banteay Srei. Została ona wzniesiona w X w., jednak nie na polecenie khmerskich władców – jak te już wspomniane – a dwóch braminów i doradców królewskich. Jeśli ktoś widział misterne arabskie ornamenty wyrzeźbione w drewnie, od razu dostrzeże tę samą precyzję w wykonaniu tutejszych zdobień w kamieniu. Ta mała świątynia jest prawdziwą perełką. Zbudowano ją w większości z czerwonego piaskowca, co nadaje jej niezwykły wygląd. Szczególnie wspaniale prezentuje się o zachodzie słońca, gdy jego promienie nasycają czerwień ścian, a koronkowe reliefy pokrywające dosłownie każdy metr muru zachwycają bardziej niż w innych porach dnia. Całość stanowi ciekawą kompozycję przestrzenną – wiele bram występuje tutaj w szeregu. Ma się zatem wrażenie, jakby oglądało się widoki otoczone podwójną czy nawet potrójną ramą obrazu. W Banteay Srei uprawiano kult hinduistycznego boga Śiwy, ale dlaczego budowlę nazwano Twierdzą Kobiet (w innych źródłach – Cytadelą Kobiet lub Cytadelą Piękna), niestety, nie wiadomo. Być może nazwa ta nawiązuje do delikatnych, jakby utkanych kobiecą ręką wzorów na kamiennych ścianach…

                Na tyłach świątyni jest piękny staw otoczony bujną roślinnością. Zazwyczaj panuje nad nim cisza, bo nie docierają tu tłumy turystów skupionych głównie na bramach i komnatach po drugiej stronie. W tym cichym zakątku można więc w spokoju kontemplować magiczne piękno tego miejsca.

 

Kambodżańskie tancerki podczas wykonywania tradycyjnego tańca khmerskiego

©MAŁGORZATA GAŁKOWSKA-BŁĄDEK/WWW.MYFENGSTYLE.COM

 

WSKAZÓWKI DLA ZWIEDZAJĄCYCH

Podczas pobytu w okolicy poza zwiedzaniem świątyń warto wybrać się na organizowane w Siem Reap przedstawienia i pokazy dawnych tańców khmerskich. Polecam szczególnie „Restaurację Koulen”, w której podaje się wspaniałe potrawy lokalnej kuchni. Odbywają się w niej występy taneczne i prezentacje różnych miejscowych rytuałów. Takie pokazy najlepiej oglądać po wizycie w Angkor Wat i Angkor Thom oraz pozostałych wspomnianych obiektach. Wtedy ma się wrażenie, że apsary – przepiękne i zwinne indyjskie boginki zaklęte w reliefach na murach świątyń – ożywają na naszych oczach. Na moment zapomina się o codziennym życiu i zanurza w świecie magicznych ceremonii, bajecznie kolorowych strojów i poruszających się z ogromnym wdziękiem khmerskich tancerek. Na zakończenie można zrobić sobie z nimi pamiątkowe zdjęcie.

                Jaki okres jest najlepszy na zwiedzanie Kambodży? My podróżowaliśmy w porze deszczowej, w czerwcu. Deszcz padał raz dziennie, około południa, potem wychodziło słońce. Co kilka dni zdarzała się wieczorna ulewa trwająca mniej więcej godzinę lub dwie, ale nie przypominała opadów, jakie obserwujemy w Polsce. Z nieba spływała ściana wody, a ulice zamieniały się w rwące potoki. Sam deszcz nie stanowi problemu, bo można go gdzieś przeczekać. Dużo bardziej uciążliwa jest wysoka wilgotność powietrza powodująca, że po kilku krokach człowiek staje się cały mokry od potu. Osoby odwiedzające częściej tę część Azji twierdzą jednak, że pora sucha znacznie bardziej daje się we znaki, bo ze względu na upał ciężko zwiedzać cokolwiek. Dla nas istotny był fakt, że w porze deszczowej do Kambodży przyjeżdża mniej turystów i dzięki temu przyjemniej poznaje się ten kraj. Mniej jest kolejek i tłumów, a ceny bywają nieco niższe. Zamiast peleryn przeciwdeszczowych lepiej jednak zabrać ze sobą parasol, ponieważ przy wysokich temperaturach i wilgotności pod nieprzepuszczającym powietrza materiałem człowiek przemaka od… potu. Nie zaszkodzi też krem do opalania z filtrem i dobry środek odstraszający komary (przeznaczony do używania w warunkach tropikalnych). Tych ostatnich nie ma zbyt wiele i w okolicy głównych atrakcji Kambodży nie trzeba obawiać się zagrożenia chorobami przez nie przenoszonymi. Tak zaopatrzeni możemy śmiało ruszać na odkrywanie tego tajemniczego kraju.

 

Wydanien Lato 2018

Niderlandzkie trojaczki Aruba, Bonaire i Curaçao

BARTEK JANKOWSKI

 

<< Holendrom udało się wiele – sery, piłkarze, tulipany, rowery, drewniane chodaki czy malarze, którzy zdaniem filozofa z filmu „Rejs” malowali ludzi starych i pokurczonych. Najbardziej zaskakujące jest jednak to, jak tak mały przecież kraj skolonizował w ubiegłych wiekach tyle dalekich lądów. Wśród nich znalazł się słynny tercet z Karaibów: Aruba, Bonaire i Curaçao, czyli w skrócie wyspy ABC. >>

Więcej…

Karibu Tanzania!

ROBERT GONDEK GERBER”

www.gerber.d7.pl

 

  FOT. TANZANIA TOURIST BOARD 

<< Tanzania to jeden z najpopularniejszych kierunków wśród osób szukających afrykańskiej egzotyki i tych, którzy po raz pierwszy odwiedzają ten kontynent. W tym kraju możemy zdobyć Kilimandżaro – najwyższy szczyt Afryki (5895 m n.p.m.), przemierzyć wspaniałe parki narodowe pełne dzikich zwierząt, poznać życie Masajów, Buszmenów, Sonjo, Chagga, Kuria i wielu innych plemion, a na koniec odpocząć na przepięknych plażach Zanzibaru, delektując się wspaniałymi owocami. Jednak po to, aby odkryć prawdziwą Tanzanię, trzeba czasem nieco zboczyć z turystycznych szlaków. >>

Zjednoczona Republika Tanzanii powstała z połączenia kontynentalnej Tanganiki i wyspiarskiego Zanzibaru, co ma swoje odzwierciedlenie w nazwie Tanzania. Pozostałością po panowaniu Brytyjczyków jest tu m.in. urzędowy język angielski funkcjonujący obok suahili. Jednocześnie rejon ten stał się niemal wizytówką Afryki ze względu na niezmierne bogactwo gatunków fauny i różnorodność kulturową ludów zamieszkujących te tereny.

Więcej…