MARCIN WESOŁY

 

<< Różnorodność przyrody w Republice Dominikańskiej potrafi człowieka wprawić w osłupienie. W ciągu kilku godzin, w drodze z północnego wschodu na południowy zachód tego kraju możemy na własne oczy przekonać się, jak szybko zmieniają się tutaj krajobrazy. Bujna zieleń środkowej części kraju przechodzi w niekończące się pola ryżowe doliny Cibao albo w plantacje bananów. Na półwyspie Samaná mijamy rozległe gaje palm kokosowych, które osiadły na łagodnie pofałdowanych wzgórzach. Im bliżej granicy z Haiti natomiast, tym tereny bardziej przypominają Meksyk czy Afrykę – ogromne połacie ziemi, czerwonej od boksytu, porastają spłaszczone drzewa akacjowe, wybujałe kaktusy oraz karłowate, typowo preriowe krzewy. W okolicach miast Jarabacoa i Constanza w prowincji La Vega pejzaż jest za to bardziej górzysty, a klimat chłodniejszy. Na Dominikanie nie sposób zatem nie znaleźć swojego miejsca. To raj praktycznie dla każdego. Spróbujmy sami się o tym przekonać. >>

Państwo to leży na wyspie La Española na Morzu Karaibskim (znanej w Polsce jako Haiti lub Hispaniola) i stanowi drugi co do wielkości kraj w jego akwenie (po Kubie). Funkcję stolicy pełni Santo Domingo, założone przez brata Krzysztofa Kolumba – Bartłomieja – w 1496 r., ze wspaniałą dzielnicą Ciudad Colonial (Zona Colonial) wpisaną na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Przed erą kolonizacji tereny te zajmowali Tainowie. Dziś Dominikańczycy posługują się językiem hiszpańskim, którego odmiana nieco różni się od tej używanej w Europie.

Dominikana cieszy się dużą popularnością wśród turystów. Większość z nich podąża jednak utartymi szlakami. Ten, kogo interesuje obraz kraju inny niż ze zdjęć w biurach podróży, musi spróbować opracować własny plan zwiedzania. Dla takich poszukiwaczy przygód mam kilka propozycji.

 

Spotkanie z wielorybami

Aby dostać się do plaży Rincón na półwysepie Samaná, muszę wybrać w Las Galeras jedną z dwóch tras: lądową lub morską. Decyduję raczej spontanicznie, gdyż odpowiadają mi oba warianty. Potrzebuję motocykla lub łodzi. Dojazd tym pierwszym jest dłuższy, karkołomny i tańszy. Przeprawa tą drugą będzie trzy razy droższa, pozornie bezpieczna i względnie krótsza. Nieraz jechałem z duszą na ramieniu rozklekotanym jednośladem, wspinając się po lokalnych stromiznach tuż po deszczu albo co rusz boksując w czerwonym błocie wiejskiej, szutrowej drogi. Mijałem liczne plantacje ananasów i bananów – kwadraty owocowych pól wkomponowane w fałdy wzniesień tak naturalnie i miękko, jak zegary Salvadora Dalego w surrealistyczny pejzaż. Płynąłem już także świeżo odmalowaną łodzią z silnikiem Yamahy, tak szeroką, jak balia. Gdy jej kadłub mierzwił grzywy napierających, jakby na krótko przed sztormem, bałwanów, pokład odchylał się pod kątem czterdziestu pięciu stopni, a ja wpadałem w odrętwienie czy też stan podobny medytacji. Czułem, jak gubię umysł w idyllicznym kalejdoskopie lazurowej toni morskiej i soczystej zieleni kokosowego wybrzeża. Za każdym razem jednak wyprawa stanowiła tylko oczekiwanie na zjawiskowe widoki na jej końcu.

FOT.MARCIN WESOŁY

Magiczna rybacka miejscowość Las galeras nad zatoką Rincón

 

Półwysep Samaná jedynie z pozoru wygląda jak raj dla leniuchów. W rzeczywistości ten jeden z najpiękniejszych rejonów w Republice Dominikańskiej zachęca wręcz do aktywnego wypoczynku, szczególnie indywidualnych turystów. Do połowy XIX w. na francuskich i hiszpańskich mapach miejsce to przedstawiano jako prawie osobną wyspę, na którą najłatwiej było dostać się łodzią. Dawniej ten kawałek lądu od reszty Dominikany oddzielało rozległe pasmo bagien, mokradeł i kanałów, wykorzystywane przez piratów jako kryjówki. Dziś także w czasie pory deszczowej niektóre obszary chłoną wodę niczym gąbka, w wyniku czego powstają naturalne laguny. Tutaj w styczniu 1493 r. zawitał ze swoją flotą Krzysztof Kolumb. Jednak Indianie zamiast przywitać go z otwartymi ramionami, unieśli łuki i wypuścili grad strzał, które przysłoniły niebo. Odkrywca uzupełnił swoje podróżne notatki o nową krainę. Ochrzcił ją mianem Golfo de Las Flechas, czyli „Zatoki Strzał” (nie zostały ostatecznie rozstrzygnięte spory co do tego, czy obecnie jest to zatoka Rincón, czy zatoka Samaná).

W bezpośrednim sąsiedztwie półwyspu Samaná  co roku od stycznia do marca gromadzą się ogromne humbaki (Megaptera novaeangliae). Przypływają z dalekiej i mroźnej północy, aby w cieplejszych wodach południowego Atlantyku odbyć gody i wydać na świat potomstwo. Ich miłosnym serenadom rokrocznie przysłuchują się tłumy turystów. Dla nich właśnie organizuje się tu specjalne, ściśle regulowane rejsy, cieszące się niezmiennie dużą popularnością. Jako pierwsi prawdopodobnie podglądali humbaki Indianie, którzy wymalowali wielorybie sylwetki na ścianach jaskiń w pobliskim Parku Narodowym Los Haitises (Parque Nacional Los Haitises). Również Krzysztof Kolumb wspomniał o nich w swoim dzienniku pokładowym.

FOT. NARODOWY URZĄD TURYSTYCZNY REPUBLIKI DOMINIKAŃSKIEJ

Plaża Rincón nad zatoką o tej samej nazwie na półwyspie Samaná

 

Podobno do wybrzeży Dominikany przybywa co roku do 1,5 tys. waleni (głównie z okolic wschodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych, Kanady, Grenlandii i Islandii). W czasie migracji utrzymują łączność za pomocą systemu specjalnie opanowanych dźwięków, służących zarówno do komunikacji, jak i do przywabiania partnerek. Gdy rodzą się młode, matki skupiają się jedynie na ich karmieniu, a muszą dostarczyć im do 200 l mleka dziennie. Małe wielorybiątka rosną w niesłychanym tempie 45 kg na dobę, aby móc powrócić wraz z rodzicami na daleką północ. Z pewnością warto udać się na półwysep Samaná poobserwować humbaki podczas zalotów. Wyskakujący z oceanu 40-tonowy olbrzym stanowi niezapomniany widok, który na długo pozostanie w naszej pamięci. Pamiętajmy tylko o zabraniu ze sobą lornetek!

 

Dominikański western

Bardzo lubię jeździć do zachodniej części Dominikany. Jest mało turystyczna, a w powietrzu czuć jakąś wibrującą magię. Dobrze mi się tu oddycha, również w sensie nieco metafizycznym. Im bliżej granicy z Haiti, tym robi się ciekawiej, przestronniej, podróż osiąga jakiś konkretny wymiar. Zawsze wyczekuję chwili, żeby tutaj wrócić. Ten region żyje dla siebie, a nie dla przyjezdnych. Zresztą ciągle niewielu turystów zagląda w te strony, które pod względem ekonomicznym raczej odstają od reszty kraju. Sam mówię o tym rejonie Dziki Zachód, lecz bez żadnych złośliwych czy negatywnych podtekstów. Jego dzikość naprawdę wciąga z nieodpartą siłą. Wyjazd w ten fascynujący zakątek odkładam przeważnie na koniec każdej wyprawy, zostawiam go sobie niejako na deser. Najczęściej docieram do miasteczka Enriquillo. Leży ono na styku prowincji Barahona i Pedernales. Sam dojazd (nierzadko na pace terenowego auta) bywa niezwykle widowiskowy. Długi odcinek trasy prowadzi wzdłuż wybrzeża z pięknymi zatokami, kamienistymi plażami i wydmami. Niestety, w sezonie huraganów (zazwyczaj od sierpnia do października) często robi się w Enriquillo niebezpiecznie. Gdy żywioł przesuwa się nad Haiti, znów jest spokojnie i zjawiskowo...

Do miasta Barahona (Santa Cruz de Barahona) ze stołecznego Santo Domingo wyjeżdżam przeważnie wcześnie rano, pierwszym możliwym autobusem. Zawsze realizuję ten sam scenariusz. Biorę taksówkę, bowiem inne środki transportu jeszcze nie zdążyły rozpocząć kolejnego dnia. Ulice stolicy są puste, a przyjemny chłód wnika do auta przez uchylone okna. Szofer czasem coś powie, czasem o coś zapyta, a często tylko włączy radio. Gdy sprawia wrażenie, jakby nie chciał rozmawiać, nie narzucam się. Sącząca się z głośników muzyka przyjemnie wpada w ucho. Kiedy zaczynają się wiadomości, kierowca całkiem przycisza odbiornik albo zmienia kanał, jakby spodziewał się czegoś złego, jakiejś nieprzyjemnej informacji, której ani on, ani jego pasażer nie mają ochoty wysłuchiwać o tak wczesnej porze. Czasem gwałtownie zatrzeszczy CB-radio. Zmierzam na dworzec autobusowy Caribe Tours.

Kiedy powoli nastaje wielkomiejski świt i koloruje wyłaniające się z mroku Santo Domingo, najchętniej jechałbym taksówką bez wysiadania, słuchając wciąż bachaty, merengue albo salsy (coraz bardziej popularnej na Dominikanie). Jednak w końcu trzeba zapłacić i wysiąść. Uwielbiam terminal Caribe Tours, tę komunikacyjną aortę latynoskiej metropolii. Co więcej, zaszedłbym tam o każdej porze, nawet bez konkretnych wyjazdowych planów, a to z jednego powodu: w miejscu tym można dostać najlepszą kawę na świecie – aromatyczną, mocną, słodką i laną do plastikowego kubka wielkości naparstka prosto z termosu. W domu zaparza ją leciwa señora, aby sprzedawać ją potem za kilka pesos obok głównego wejścia na dworzec. Na peronach zawsze zalega duszne powietrze, wymieszane ze spalinami. Kierowcy zostawiają autobusy na chodzie. Lepiej posiedzieć w poczekalni i obejrzeć skróty bejsbolowych rozgrywek albo powtórki wybranej telenoweli. Pasażerowie mogą wygodnie rozsiąść się podczas podróży. Niektóre z najnowszych modeli busów dysponują fotelami lepszymi od lotniczych. Caribe Tours dociera prawie wszędzie, nie kursuje tylko do wschodniej Dominikany, gdzie transport zorganizowano inaczej.

Jestem zatem w drodze do miasta Barahona. Za ponad 3 godz. dojadę na miejsce. W autobusie podano informację, że spożywanie posiłków jest zabronione, ale niektórzy coś tam dojadają bez względu na zakaz. Kierowca, bardzo elegancki pan w żółtej, firmowej koszuli, niczego nie widzi. Siedzi szczelnie odizolowany od rzeszy pasażerów za domkniętymi drzwiami. Wszystko po to, aby mogła działać klimatyzacja, tj. ciągły nawiew lodowatego powietrza. Proszę mi wierzyć, w tropikach przydaje się czasem bluza z polaru za dnia! Gdyby chociaż muzyka dodawała kilka stopni ciepła… Nie usłyszymy tu jednak salsy, merengue, bachaty czy reggae, a same ckliwe romantyczne melodie.

Na szczęście, za oknem widać już pierwsze sukulenty, bo krajobraz w okolicach miejscowości Azúa zaczyna się mocno zmieniać i wygląda jak kadry z westernów. Różnorodność dominikańskiej flory potrafi zadziwić i zdezorientować. W zachodniej Dominikanie nie ma ryżowych pól, plantacji bananów czy gajów palmowych. Im dalej na zachód, tym zdecydowanie bardziej sucho – pejzaż przypomina meksykańską prerię albo afrykańską sawannę. W okolicach Barahony znowu wyrastają grzywiaste kokosowe palmy, aby potem zniknąć, gdy w tle wystrzelą góry prowincji Baoruco lub kiedy zastąpi je pole trzciny cukrowej czy bananowy zagajnik.

FOT. NARODOWY URZĄD TURYSTYCZNY REPUBLIKI DOMINIKAŃSKIEJ

Playa de Paraíso koło miejscowości Paraíso (Raj), prowincja Barahona

 

Myślę, że wiele filmów produkowanych w Hollywood mogłoby powstać taniej właśnie w Republice Dominikańskiej. Ten kraj stanowi bardzo fotogeniczny plener. Przekonał się o tym niegdyś np. Francis Ford Coppola. Większość scen z Czasu apokalipsy poleciał kręcić na Filipiny, które miały grać Wietnam. Resztę jednak reżyser nagrał już na Dominikanie nadrzekąChavón. Niektóre fragmenty Ojca chrzestnego II również powstały na wyspie Haiti (Hispanioli). Poza tym ten karaibski kraj upatrzyli sobie także tacy twórcy, jak Sydney Pollack (Hawana), Robert De Niro (Dobry agent), czy Andy García (Hawana, miasto utracone).

W Barahonie wysiadam ok. 9.00. To dobra pora, żeby zjeść drugie śniadanie. Biorę to samo, co kilka godzin wcześniej na stołecznym dworcu: empanadas (rodzaj lokalnych smażonych pierogów z farszem). Do Enriquillo jadę na nieco chybotliwej pace małej ciężarówki marki Daihatsu. Załapałem się jako autostopowicz. Kierowca prowadzi szybko, ale pewnie. Widać, że zna dobrze tę trasę, miejscami dość karkołomną. Zakręty mija z nabytą wprawą. Klaksonem przegania opieszałych. Czasem trąbi, jakby kogoś pozdrawiał. Wiatr coraz mocniej smaga moją twarz, ledwo łapię oddech, chowam się więc za kabiną, siadam tyłem do kierunku jazdy i patrzę… Po drodze, w miejscowości Paraíso, czyli Raj, zmieniam środek transportu. Kiedy zbliżamy się do celu, jeden ze współpasażerów siedzących koło mnie w minibusie pyta znienacka, czy byłem już kiedyś w Enriquillo. Po czym dodaje, że tam jest jak w… niebie, że za moment sam zobaczę. Tak to właśnie ujmuje. Wydaje się wyraźnie przejęty tym, co mi powiedział. To chyba szczera rekomendacja. Nagle oślepia mnie jasność oceanu. Czy faktycznie tak wygląda niebo – pięknie rozświetlone słońcem, a przy tym bardzo ludzkie, pełne życzliwych, otwartych ludzi, którzy od razu częstują kawą, jaka jeszcze niedawno suszyła się na jednym z podwórek albo bezpośrednio na jezdni? W Enriquillo nikt się nie śpieszy. Tutaj człowiek zaczyna odpoczywać.

 

Smoki z La Descubierta

Gdy wróciłem do Barahony, postanowiłem wybrać się nad jezioro Enriquillo. W pobliżu lokalnego mercado (rynku) rozglądam się za transportem. W dużych miastach, jak np. Santo Domingo czy Santiago de los Caballeros (największa miejscowość regionu Cibao), rynek przeważnie pełni swoją podstawową funkcję targowiska (nierzadko jednego z wielu). W mieścinach pokroju Barahony mercado jest pępkiem świata, barwnym, rozkrzyczanym ulem. Tu każdy chciałby załatwić wiele spraw na raz, wszystkiego się dowiedzieć i z każdym poplotkować. Kiedy człowiek wstanie rano bez pomysłu na to, czym wypełnić swój dzień, najlepiej niech idzie na targ: tam ciągle coś się dzieje. Co więcej, zawsze stanowi on znaczący węzeł komunikacyjny.

Wkrótce, jako pasażer mocno wyeksploatowanego, lecz wciąż sprawnego busa, nazywanego tutaj guagua, wydostaję się z Barahony. Kieruję się do miejscowości Neiba i potem jeszcze dalej – na dziki dominikański zachód. La Descubierta znaczy „Odkryta” i niedaleko tego właśnie miasteczka, blisko północnego brzegu ogromnego, słonego jeziora Enriquillo, odkryłem iguany, a ściślej legwany nosorogie. Kierowca busa jadącego z centrum Neiby do przygranicznego Jimaní dokładnie wie, gdzie mnie wysadzić. Jednak nie daję mu spokoju przez większość trasy. Trzymając mapę na kolanach, wciąż pytam: czy będą w Villa Jaragua? Nie? A tutaj, w Los Ríos? Nie? W Postrer Río? Też nie?. Wreszcie przestaję go męczyć, a on zatrzymuje wóz. – Znajdziesz je tutaj – mówi spokojnie – wyskakuj i zrób dużo zdjęć! Pozostali pasażerowie pozdrawiają mnie z uśmiechem, życząc mi powodzenia w czasie dalszej wyprawy. Zostaje sam na poboczu drogi w tumanie białego pyłu. Rozglądam się i z rozczarowaniem stwierdzam, że miejsce przypomina wejście do rezerwatu przyrody z kasą z biletami. Przysiadam na rozgrzanym głazie, patrzę na aparat. Wokół mnie panuje zadziwiająca cisza, ani żywego ducha. Wtedy zauważyłam przybitą do drzewa niedużą, zieloną deskę, a na niej nakaz wypisany dosyć niedbale żółtą farbą: Chroń iguany!. Może jednak czeka mnie samotna wyprawa w poszukiwaniu dominikańskich smoków… Moje nadzieje nie okazują się płonne. Wystarczyło przejść kilkanaście metrów w gęstwinie parnego buszu, aby na nie trafić tu, na krańcu świata, cichym i wyludnionym popołudniową porą.

 

Czarne piaski Las Salinas

Z Santo Domingo do ciemnych piasków Las Salinas prowadzi prosta droga, trzeba tylko wiedzieć, jak jechać. Dlatego warto wybrać się z kimś, kto tę wiedzę posiada i ma własny samochód, najlepiej terenowy. Obieramy kierunek na San Cristóbal, a obwodnica pozwala ominąć nam miasto. Potem pędzimy trasą numer 2 aż do Baní, stolicy prowincji Peravia. Można w niej zarządzić postój i spróbować najsłodszego owocu na świecie – tutejszej odmiany mango zwanej banilejo. Sezon na nią panuje w maju. Dalej droga prowadzi do Azúa, a później aż do granicy z Haiti w prowincji Elías Piña. Jednak aby dojechać do Las Salinas, w Baní musimy odbić na południe. Miasto nie jest rozległe, lecz podejrzanie łatwo się w nim zgubić. Zamiast kręcić się na ślepo po ulicach, lepiej od razu poprosić o pomoc kogoś miejscowego. Co ważne, na Dominikanie warto znać nazwy różnych punktów przelotowych na naszej trasie. Wtedy ktokolwiek zapytany, otrzymawszy podstawowe informacje, będzie się mniej głowił i szybciej wskaże nam właściwy kierunek. W Baní szukamy wylotu na drogę numer 510 (Carretera Máximo Gómez), która przecina Villę Sombrero i mknie do Matanzas. Dalej leży miejscowość Las Calderas, a zaraz za nią niewielka baza marynarki i stocznia o tej samej nazwie. Kiedy nawierzchnia się skończy, jesteśmy u celu – przy plaży Las Salinas nad zatoką Las Calderas.

FOT. NARODOWY URZĄD TURYSTYCZNY REPUBLIKI DOMINIKAŃSKIEJ

Wydmy Baní (Dunas de Baní) w okolicy Las Salinas i Las Calderas

 

Dla amatorów jazdy autem z napędem na cztery koła tu dopiero zaczyna się przygoda. Przed nami rozpościera się pole ciemnego, grubego piasku. Na obrzeżach parkingu wisi prowizoryczny szlaban w postaci sznurka na dwóch kołkach. Jeśli chcemy wjechać na plażę, musimy przekonać strażnika, żeby nas przepuścił. Kilka uśmiechów i argument, że ciężko przejść całe Las Salinas na piechotę powinno zmienić jego nastawienie. Nawet bardzo pryncypialny Dominikańczyk na służbie zrozumie, że długie spacery mijają się z celem. Pamiętajmy, że rodowici mieszkańcy Dominikany z reguły nie chodzą, tylko jeżdżą.

Pokonujemy spory odcinek, czasem nieco boksując w piasku, i wreszcie stajemy w jakimś punkcie rozległej przestrzeni, gdzie człowiek od razu czuje, że poprawia mu się nastrój. Przed nami błękitna i pomarszczona tafla Morza Karaibskiego, które bardziej tutaj mruczy niż szumi. Pod kołami mamy wciąż ciemny, ziarnisty piasek, ponadziewany kamieniami różnej wielkości i koloru i gdzieniegdzie przyszpilony zasuszonym konarem, wyrzuconym na brzeg. Nie jest to pocztówkowa plaża, a raczej księżycowa i dość surowa (niestety, już z wyraźnymi śladami bytności ludzkiej), z zachwycającymi dunas, czyli wydmami. Jednak tylko taka wydaje się tu idealnie pasować. Daleko stąd, po drugiej stronie morza, znajduje się wybrzeże Wenezueli. O wiele bliżej majaczą na pozór ponure wzniesienia, przynależne jakby do innej, nieodległej wyspy. To wciąż ląd dominikański, stąd ledwo widoczny, bo zamglony – najpewniej zatoka Neiba… Bardziej na północ zbierają się natomiast wody Bahía de Ocoa (zatoki Ocoa). Już w samolocie, gdy przelatując nad Dominikaną, w dole rozpoznałem charakterystyczny kształt haczykowatego dzioba półwyspu Las Calderas z plażą Las Salinas, pomyślałem, że kiedyś chętnie powrócę w to urokliwe miejsce...

 

W cieniu palm

Niedaleko rzeki Ocoa leży Palmar de Ocoa, miejscowość, która zachowała urok karaibskiej rybackiej wioski, żyjącej po swojemu rytmem pracy, sjesty oraz fiesty. Za jej patronkę uchodzi Virgen del Carmen (Matka Boska z Góry Karmel). Raz do roku obchodzi się tutaj jej święto. Palmar słynie przede wszystkim z palm kokosowych. Najwięcej tych drzew zobaczymy w drodze do wioski od strony miasteczka Sabana Buey. Warto mieć pretekst do przejechania tamtędy w okolicach godz. 17.00. Wtedy słońce oświetla zielono-żółte grzywy palm w niezwykły sposób. Gdy las mocno się przerzedza, pokazują się zabudowania, za którymi ciągnie się już tylko plaża usypana z czarnego piasku i zastawiona rybackimi łodziami. Na niej właśnie biesiadowało kilka rodzin, kiedy się pojawiłem. W powietrzu rozchodził się zapach smażonego mięsiwa, ktoś pogłośnił muzykę. W głowie oprócz zbawiennego w upale piwa Presidente zaszumiała pieśń sławnego dominikańskiego barda – Juana Luisa Guerry. Usiadłem w przyplażowym barze, niedaleko grilla i chłonąłem tę wspaniałą karaibską atmosferę.  

Wcale niełatwo przychodzi rozstanie z Palmar de Ocoa… Zresztą na Dominikanie jest wiele takich miejsc, wciąż mało znanych, kameralnych, gdzie człowiek chętnie zatrzymałby się na dłużej, zrelaksował w otoczeniu dziewiczej przyrody i przyjaznych mieszkańców, aby z nową energią wrócić do swojego codziennego życia.

 

 

Artykuły wybrane losowo

Bali – perła Indonezji

Balijki w bogato zdobionych kostiumach w trakcie tańca legong

Photo Balinese - Kopia

© AMBASADA REPUBLIKI INDONEZJI W WARSZAWIE

 

MARTINA ZAWADZKA

http://lovelajf.pl/

 

Bali od stuleci przyciąga turystów i podróżników z całego świata. Odwiedzają oni wyspę ze względu na jej wielowiekową kulturę, zapierające dech w piersiach krajobrazy i egzotyczną przyrodę. Pragną osobiście przekonać się, czy wszystko, co słyszeli na jej temat, jest prawdą. Po kilku dniach od przybycia na miejsce wiedzą już, że na Bali czeka ich dużo więcej. W tym niezwykłym zakątku ziemi mieszkają przecież przyjaźni, uśmiechnięci ludzie i od samego początku daje się wyczuć panującą w nim specyficzną atmosferę duchowości. Większość obcokrajowców w chwili wylotu zdaje sobie sprawę, iż nie była tu po raz ostatni i na pewno wróci odkrywać kolejne sekrety tego fascynującego lądu.

 

Tworzące piękne tarasy pola ryżowe nawadniane systemem przelewowym

rice flields Bali Mkhail Tsyganov

 

© VISIT INDONESIA TOURISM OFFICE/MKHAIL TSYGANOV

 

Indonezja leży na 17 508 wyspach, z których w przybliżeniu jedna trzecia – ok. 6 tys. – pozostaje stale zamieszkana. Zdecydowanie najpopularniejsza jest Bali, wchodząca w skład archipelagu Małych Wysp Sundajskich, położonego na granicy Pacyfiku i Oceanu Indyjskiego. Znajduje się ona między znacznie większą od siebie Jawą (dzieli je cieśnina Bali) a nieco mniejszą Lombok (odseparowane są cieśniną Lombok). Stolicę prowincji stanowi 850-tysięczne miasto Denpasar, w linii prostej oddalone od Warszawy o ok. 11 tys. km. Bali ma powierzchnię zaledwie 5780 km2 (razem z sąsiednimi wysepkami Nusa Penida, Nusa Lembongan czy Nusa Ceningan), czyli trochę mniej niż połowa województwa świętokrzyskiego, jednego z najmniejszych w naszym kraju. Maksymalna długość wyspy z północy na południe wynosi mniej więcej 112 km, a szerokość – jakieś 153 km.

 

Aby dostać się z Polski do tej części Indonezji, trzeba przekroczyć linię równika. Ze względu na położenie geograficzne przez cały rok panuje tutaj stabilny klimat. Przewodniki turystyczne ostrzegają przed występującą w tym regionie porą deszczową, która trwa zwykle od października do kwietnia. Jednak z doświadczenia wiem, że sytuacja nie wygląda wówczas tak źle. Deszcz i burze pojawiają się głównie wieczorem bądź w nocy, rzadko w ciągu dnia, ale nawet jeśli pada, wciąż jest ciepło. Średnia roczna temperatura powietrza na wybrzeżu wynosi 28°C, w głębi lądu osiąga wartość 26°C, a wyżej w górach – 23°C. Dlatego można wybrać się tu praktycznie zawsze.

 

INNY ŚWIAT

 

Ta perła Indonezji wyróżnia się na tle reszty kraju. W przeciwieństwie do innych wysp, na których żyją głównie wyznawcy islamu, dominującą religię w tym rejonie stanowi hinduizm w odmianie balijskiej. Nie znaczy to jednak, że nie spotkamy w nim muzułmanów (ponad 13 proc. tutejszej ludności) czy chrześcijan (niemal 2 proc. Balijczyków). Miejscowi traktują się nawzajem z szacunkiem. Dużą przyjemność sprawia obserwowanie, jak bardzo tolerancyjne społeczeństwo tworzą. Podczas mojej podróży dookoła świata miałam szansę przez kilka tygodni mieszkać u tradycyjnej rodziny z Bali. Ketut i jego żona Puspa wyznawali właśnie hinduizm balijski. To najpopularniejsza odmiana tej religii na wyspie. Łączy w sobie również elementy buddyzmu i animistycznych wierzeń lokalnych.

 

Balijczycy uważają, że każdego z nich od urodzenia obciążają trzy długi (Tri Rna), które muszą spłacić w trakcie swojego życia. Pierwszym z nich jest Dewa Rna (dług życia). Należy za niego wynagrodzić bogu Sang Hyang Widhi Wasa, który stworzył człowieka. Drugi dług to Pitra Rna (dług miłości i oddania). Za niego trzeba uczynić zadość swoim przodkom. Trzeci – Rsi Rna (oznaczający nabytą mądrość) – spłaca się kapłanom. Większość obrzędów i ceremonii religijnych na Bali dotyczy realizacji tych zobowiązań. Balijczycy liczą, iż bogowie i zmarli krewni uznają ich starania po śmierci.

 

Poza tym dla mieszkańców wyspy bardzo ważna jest karma. Wierzą, że wszystko, co człowiek daje innym, zarówno dobro, jak i zło, wraca do niego z podwojoną siłą, czyli czyny mają wpływ na nasze życie. Jeśli więc siejemy nienawiść, możemy być pewni, iż prędzej czy później takie działanie wyda plony i to, na co pracowaliśmy, zostanie zniszczone.

 

Oprócz tego Balijczycy wierzą w dobre i złe bóstwa. Znajduje się tu kilkadziesiąt tysięcy różnych miejsc kultu. Mimo iż ta liczba wydaje się ogromna jak na tak niewielką wyspę, mieszkańcy praktykują swoją religię nie tylko w ich pobliżu. Sfera sacrum obejmuje znacznie więcej, co dostrzega się na każdym kroku.

 

W BALIJSKIM DOMU

 

Przygotowywanie ofiarnych koszyków

offiar

© AMBASADA REPUBLIKI INDONEZJI W WARSZAWIE

 

Podczas gościny u balijskiej rodziny miałam możliwość przyjrzeć się z bliska niektórym obrzędom oraz oddawaniu czci siłom przyrody i bogom. Niezmiernie dużą rolę odgrywają tutaj także kult przodków i wiara w demony. Puspa (podobnie jak większość kobiet na Bali) codziennie przygotowywała ofiarę złożoną z pięknych kwiatów, ryżu, świeżych owoców i pachnących kadzideł umieszczonych w małym koszyczku z liści palmowych. Jest to bardzo ważny rytuał. Czasem dorzuca się też drobne monety i papierosy. Cudownie przyozdobione kolorowe dary składane są w różnych intencjach zarówno dobrym, jak i złym bóstwom. Ofiarne koszyczki można zobaczyć prawie na każdym ulicznym rogu, chodnikach, przy domach i sklepach, a nawet na plażach.

 

Pewnego dnia Puspa i Ketut obudzili mnie z samego rana i poprosili, żebym wyprowadziła swój skuter, ponieważ chcieliby poświęcić pojazdy. Aby to zrobić, najpierw należało przyozdobić je kwiatami i ofiarami. Podeszli do tego niesamowicie poważnie. Powiedzieli, że po poświęceniu nie będą musieli się o mnie martwić, gdy wybiorę się gdzieś samodzielnie skuterem, bo nie zagrozi mi już żadne niebezpieczeństwo. Obrzęd wraz z przygotowaniami trwał mniej więcej godzinę. Na początek wspólnie pokroiliśmy owoce, przycięliśmy kwiaty i wykonaliśmy koszyczki z liści palmy, a następnie udekorowaliśmy nimi zaparkowane na podjeździe pojazdy. Po kilku minutach ich samochód i mój skuter przypominały przystrojone na święta Bożego Narodzenia choinki. Wtedy przyszedł czas na modlitwę. Poprowadziła ją najstarsza osoba z obecnych, czyli ojciec Puspy. Wszyscy, włącznie ze mną, byliśmy ubrani w tradycyjne koronkowe koszule i długie spódnice, a biodra przepasaliśmy sarongiem (chustą zasłaniającą nogi), który miał nas chronić przed demonami wychodzącymi z wnętrza ziemi. Ceremonia odbywała się na werandzie domu moich gospodarzy. Przed nią stały zaparkowane pojazdy, a w powietrzu unosił się zapach kadzideł. Siedzieliśmy ze skrzyżowanymi nogami i rękoma złożonymi na wysokości klatki piersiowej. Ojciec Puspy powtarzał słowa modlitwy, którą co jakiś czas przerywał, aby zadzwonić małym dzwonkiem, gdy my oddawaliśmy pokłon.

 

MUZYKA I TANIEC

 

Mimo iż Bali jest niewielką wyspą, może poszczycić się niezmiernie barwną kulturą. To nieprawda, że tutejsze budowle i wytwory artystyczne mają tylko przyciągać turystów. Przejawy sztuki dostrzeżemy praktycznie wszędzie, a jej cel stanowi zadowolenie bogów. Już po opuszczeniu samolotu na lotnisku w Denpasar orientujemy się, iż znaleźliśmy się w zupełnie innej, magicznej części świata. Atmosferę duchowości wyczujemy również w domach, świątyniach, budynkach rządowych, biurach i hotelach.

 

Gdy po raz pierwszy usłyszałam balijską muzykę, byłam zachwycona! Jednak po kilku dniach słuchania jej w kółko, zaczęłam mieć wrażenie, że towarzyszy mi ciągle ten sam utwór… Na wyspie rozwinął się wyjątkowy styl muzyczny i taneczny, rozpoznawany na całym świecie, a zwany gamelanem. Utwory gra się na tradycyjnych metalofonach, gongach, ksylofonach i bębnach. Zespołów tego typu można posłuchać na Bali przy każdej okazji – podczas pokazów artystycznych, występów tancerzy czy rozmaitych uroczystości, np. weselnych.

 

Według statystyk na tej niewielkiej wyspie funkcjonują setki grup tanecznych wykonujących więcej niż 200 rodzajów tańca tradycyjnego. Oryginalny układ choreograficzny wykorzystuje głównie mowę ciała, mimikę i ruchy palców, nadgarstka, stóp, szyi, a nawet ust i oczu. Jeden z najstarszych gatunków (jego dzieje sięgają XV stulecia) nosi nazwę gambuh, charakteryzuje się wolnym rytmem i swoistym mistycyzmem. Bez wątpienia taniec u Balijczyków należy do sfery sacrum.

 

Ze względu na bardzo duże zainteresowanie tym elementem kultury wśród turystów, pokazy odbywają się niemal wszędzie. Tancerzy coraz częściej można podziwiać w restauracjach, hotelach, a nawet centrach handlowych. Żeby zapobiec profanacji w przypadku religijnych odmian tańca balijskiego, w 1992 r. lokalne władze podjęły decyzję o całkowitym zakazie prezentowania niektórych gatunków w nieodpowiednich dla ich charakteru miejscach.

 

KRAINA SPOKOJU I PIĘKNA

 

Jak większość mieszkańców Azji Balijczycy są ludźmi raczej niskimi, lecz o wielkich sercach i szczerym uśmiechu. W odróżnieniu od Europejczyków żyją zdecydowanie wolniej. Z przyjemnością można przyglądać się, jak celebrują czas spędzany z rodziną i jak ogromnym szacunkiem obdarzają osoby starsze. Zdają sobie sprawę z tego, że wszystko, co mają, zawdzięczają swoim przodkom i tego uczą swoje dzieci. I nie oznacza to wcale majątku, a dar życia. Balijczycy skupiają się na codziennych zajęciach, nie rozmyślają o przyszłości i nie snują długoterminowych planów. Oprócz pracy rytm kolejnych dni wyznaczają im religijne obrzędy i święta. Żyją w zgodzie z tradycją.

 

Podróż na Bali dostarcza mnóstwa wrażeń.Na wyspie działa bardzo dużo ośrodków oferujących zajęcia z jogi i sesje poświęcone nauce medytacji. Najwięcej znajduje się ich w ponad 30-tysięcznym mieście Ubud. Stanowi ono tutejsze centrum kulturalne, a także jest ważnym duchowym ośrodkiem regionu. Powinna do niego zawitać każda osoba szukająca odpowiedniego miejsca, aby móc skupić myśli i odnaleźć wewnętrzną harmonię. Bali to idealny zakątek na skoncentrowanie się na przywróceniu równowagi w swoim życiu.

 

Miłośnicy sportów wodnych też bez wątpienia nie będą się tu nudzić. W pobliżu plaż (np. w sąsiedztwie miasta Kuta) miejscowi oferują wypożyczenie nart wodnych, sprzętu surfingowego, windsurfingowego i łodzi do żeglowania. Balijskie wybrzeże cieszy się wielką popularnością wśród surferów, zarówno tych początkujących, jak i zaawansowanych. Co więcej, wiele osób uważa je za najpiękniejszą okolicę do nurkowania na świecie. Tutejsze rafy koralowe bywają określane mianem cudu natury. Ich niesamowicie bogatą faunę i niespotykane kształty można podziwiać m.in. w południowym rejonie Bali – Nusa Dua, koło wysepki Nusa Penida i plaży Sanur, niedaleko miejscowości Padang Bai (Padangbai) i Candi Dasa (Candidasa), rybackiej wioski Tulamben i zatoki Cemeluk (Jemeluk) oraz wysepki Menjangan i osady Pemuteran.

 

ATRAKCJE WYSPY

 

We wspomnianym mieście Ubud leży Ubud Monkey Forest. To park z hinduistycznymi świątyniami położony w wiosce Padangtegal i zamieszkany przez liczne makaki krabożerne. Przed jego odwiedzeniem warto zaopatrzyć się w banany. Dzięki takiej przynęcie małpy będą bardzo chętnie do nas podchodziły.

 

Miejscem godnym polecenia w pobliżu Ubud jest Satria Coffee Plantation (Satria Agrowisata).Podczas spaceru można tu obejrzeć nie tylko plantację wiecznie zielonych krzewów kawowca, ale również uprawy egotycznych owoców i przypraw. Za jedną z najlepszych i najdroższych kaw na świecie uchodzi kopi luwak. Powstaje ona w specyficzny sposób. Jagody kawowca stanowią pożywienie łaskuna muzanga (nazywanego cywetą, a lokalnie luwakiem). Ten drapieżny ssak z rodziny łaszowatych nie trawi jednak nasion, a jedynie miąższ. Wydalone ziarna, które zostały poddane działaniu enzymów w przewodzie pokarmowym, wybiera się z odchodów zwierzęcia, następnie suszy i pali. W Satria Coffee Plantation przyjrzymy się temu procesowi na własne oczy, a także spróbujemy tej pysznej kawy i innych indonezyjskich przysmaków.

 

Indonezja jest też trzecim największym producentem ryżu na świecie (po Chinach i Indiach). Ze względu na uprawianie różnych jego gatunków zbiory odbywają się co kilka miesięcy, a więc Balijczycy sadzą i zbierają plony przez okrągły rok.W centrum Bali nieodłączną częścią krajobrazu są zielone pola ryżowe. Pokrywają one wzgórza i tworzą piękne wielopoziomowe tarasy.

 

Egzotycznym i jednocześnie mistycznym przeżyciem będzie dla Europejczyków wizyta w Pura Tirta Empul, zwanej również Świątynią Świętej Wody. Pielgrzymi z całej wyspy przybywają do niej w celu oczyszczenia bądź uleczenia ciała i duszy. W odświętnych strojach zanurzają się w kamiennym basenie z fontannami. Po kolei podchodzą do każdej z nich i odmawiają modlitwy, po czym opłukują twarz i ciało tryskającą z otworu wodą. Ceremoniom towarzyszy zapach kadzideł unoszący się w powietrzu.

 

Do najstarszych świątyń na Bali należy XI-wieczna Pura Uluwatu (Pura Luhur Uluwatu). Wznosi się ona na 97-metrowym klifie, znajdującym się na południowym krańcu wyspy. Oprócz podziwiania samej budowli (niestety, turyści nie mogą wejść do środka) atrakcję w tej okolicy stanowi także spacer po przepięknym urwistym wybrzeżu.

 

Pierwszą świątynią, do której zabrali mnie Puspa i Ketut, była Pura Tanah Lot z XVI stulecia. Właśnie od niej polecono mi zacząć odkrywanie Bali i uważam, że to właściwy wybór. Miejsce kultu umieszczono tu na wspaniałej formacji skalnej, której osobliwy kształt wyrzeźbiły fale oceanu. Nazwa Tanah Lot oznacza po balijsku „Ziemię w morzu”. Jeżeli zdecydujemy się na odwiedziny w trakcie przypływu, to zobaczymy właśnie, jak całkowicie oddzielone od lądu skały oblewa z każdej strony woda. W pobliżu znajduje się poza tym słynna jaskinia węży morskich, które podobno chronią świątynię przed intruzami i złymi duchami. Warto też pamiętać, że w przypadku większości obiektów sakralnych przed wizytą na ich terenie trzeba zadbać o odpowiedni ubiór. Należy założyć ubranie zakrywające nogi albo osłonić je sarongiem, który można kupić przed wejściem.

 

W odległości niemal 2 km od świątyni Ulun Danu Bratan (Pura Ulun Danu Bratan) odkryłam miejsce, które skradło moje serce. Prawdopodobnie nie wspomina o nim żaden przewodnik, ale podczas pobytu w urokliwym rejonie miejscowości Bedugul bardzo polecam się tutaj wybrać. Mam na myśli majestatyczną bramę będącą kiedyś wejściem do pobliskiego miasta. Ciężko oddać słowami niecodzienny widok, jaki tworzy ona wraz z wznoszącymi się w tle malowniczymi zielonymi górami. W okolicy stoją wiejskie domy i leżą pola uprawne, a w środku tego sielskiego krajobrazu wyrasta samotny portal przypominający przejście do innego świata.

 

Istnieje mnóstwo powodów, aby odwiedzić Bali. Jednym z nich są bez wątpienia cudowne rajskie plaże. Najpiękniejsze i najbardziej zapadające w pamięć to według mnie Suluban, Padang Padang i Balangan.

 

OSOBLIWY SYSTEM

 

Pura Ulun Danu Bratan w górach nad jeziorem Bratan niedaleko Bedugul

15-photos-that-will-make-you-want-to-travel-to-indonesia

© VISIT INDONESIA TOURISM OFFICE

 

W trakcie mojego pobytu gospodarze domu kilkakrotnie próbowali mi wyjaśnić, dlaczego większość koleżanek i kolegów Ketuta nosi takie samo imię i skąd pochodzi jego własne. Muszę przyznać, że miałam duży problem ze zrozumieniem zależności w tutejszym systemie nazywania dzieci stosowanym przez Balijczyków żyjących zgodnie z tradycją. Zasady dotyczą głównie potomków mężczyzn pochodzących z najliczniejszych rodzin i najniższej kasty bądź mężczyzn z wyższej kasty, którzy poślubili kobiety z kasty najniższej. Oprócz przynależności kastowej o imieniu decyduje również kolejność urodzin. Pierwsze dziecko powinno nazywać się Wayan (co pochodzi od słowa wayahan oznaczającego „starszy”), Gede (Duży) lub Putu, czyli Wnuk. Płeć dziecka nie zawsze ma znaczenie. Imię Putu częściej nadaje się dziewczynkom, Wayan i Gede natomiast – chłopcom. Nie jest to jednak regułą. W innych przypadkach te same imiona mogą nosić zarówno synowie, jak i córki. W celu rozróżnienia płci Balijczycy stosują odpowiednie przedrostki. Gdy mówi się o chłopcach, należy użyć „i”, np. I Putu, kiedy wspomina się o dziewczynce, wstawia się „ni”, jak w Ni Putu.

 

Drugi w kolejności potomek to Made (imię zostało prawdopodobnie utworzone od słowa madya, czyli „środek”, „średni”), Nengah (tengah oznacza „w środku”) albo Kade czy Kadek (wyraz adik określa „młodszego brata”). Na trzecie dziecko zazwyczaj woła się Nyoman bądź Komang (co wywodzi się według pewnych hipotez od anom – „młody”, „mały” lub uman – „koniec”, „odpoczynek”). Ostatniego, najmłodszego malca nazywa się Ketut (przypuszczalnie od kitut, czyli „ogon”). Widać więc, że w pewnym uproszczeniu imię danej osoby zależy od kasty, kolejności urodzin, a czasem także od rejonu, z którego pochodzi rodzina. Trzeba przyznać, iż ten system nie jest łatwy i można się w nim pogubić.

 

POZA CZASEM

 

Życie na Bali upływa w swoim tempie i to nie tylko dlatego, że niemal zawsze świeci tu słońce, a w okolicy są same piaszczyste plaże, ciepły ocean i wysokie palmy kokosowe. Gdy mieszkałam u Puspy i Ketuta, codziennie rano obserwowałam, jak przeglądali gazetę i sprawdzali, kiedy będzie pełnia księżyca i jakie święta przypadają w najbliższym czasie według ich rachuby. Balijczycy mają swój własny tradycyjny kalendarz, na który składają się dwa systemy: 210-dniowy Pawukon (6 miesięcy po 35 dni) i księżycowy Saka (12-miesięczny). W każdym roku współistnieje ze sobą 10 osobnych cykli. Na podstawie ich wzajemnych zależności określa się m.in. daty ceremonii religijnych odprawianych w świątyniach.

 

Czas zatrzymuje się na wyspie w Nowy Rok, zwany Nyepi (wypada w marcu, niekiedy w kwietniu – w 2017 r. w dniu 28 marca). Ulice pustoszeją, sklepy, banki, a nawet urzędy są zamknięte. Lotnisko w Denpasar nie funkcjonuje i nie sposób dostać się tutaj w jakikolwiek sposób. Nie wolno jeździć samochodami i nikt nawet nie myśli o tym, aby wsiąść na skuter. Co więcej, w tym dniu Balijczycy rezygnują również z używania elektryczności, rozpalania ognia i wszelkich aktywności. Okna w domach pozostają zasłonięte, nikt nie wychodzi na zewnątrz. Mieszkańcy Bali wierzą, że w tym czasie nad wyspą przelatują demony, dlatego starają się je przekonać, iż cała okolica jest wyludniona, aby nie dać im powodu do zatrzymania się.

              

Ten tzw. Dzień Ciszy przeznacza się na medytację, rozmyślanie i pogrążenie się w zadumie. Stanowi on okazję do oczyszczenia umysłu, osiągnięcia wewnętrznej równowagi i zebrania myśli. Pozwala oderwać się od rzeczywistości, odseparować od świata zewnętrznego po to, aby odnaleźć spokój w sobie. Bali jest zresztą przez cały rok znakomitym miejscem na odkrywanie samego siebie. Panująca na wyspie atmosfera sprzyja błogiemu relaksowi i skupieniu się na swoim wnętrzu. Warto zatrzymać się choć na chwilę w codziennym pędzie, żeby odwiedzić ten wyjątkowy zakątek Indonezji.

Boska Brazylia

MAGDALENA WALCZUK

Fundacja Terra Brasilis

                                                                                                             FOT. FOZDOIGUACUDESTINODOMUNDO.COM.BR

<< „Deus é brasileiro”, czyli „Bóg jest Brazylijczykiem” – stwierdzenie to słyszałam z ust wielu mieszkańców Brazylii. Większość z osób, które kiedykolwiek miały okazję postawić stopę na brazylijskiej ziemi, zgodzi się z nim bez wahania. Bez wątpienia kraj ten został hojnie obdarzony przez Stwórcę: zachwyca bogactwem i niezwykłością przyrody, odurza tropikalnymi smakami i zapachami, urzeka niesamowitą różnorodnością, wybuchową mieszanką kultur, intryguje kontrastami i niejednoznacznością. Naprawdę nietrudno zakochać się w Brazylii. Jak prawdziwa kobieta, powoli odsłania przed nami swoje tajemnice i nie przestaje kusić tym, co jeszcze pozostało do odkrycia. Niechętnie poddaje się prostym definicjom. Nie wierzcie temu, kto twierdzi, że zdołał ją zrozumieć i poznać jej wszystkie sekrety. >>

Więcej…

12 najlepszych miejsc na świecie do uprawiania kitesurfingu

MAŁGORZATA CHOLEWA
MAGDALENA LASOCKA

Z roku na rok coraz więcej Polaków wsiada na deskę z latawcem, wystarczy latem zawitać nad Zatokę Gdańską, aby przekonać się o dużej popularności tego sportu wodnego w naszym kraju. Niestety, pogoda na wybrzeżu Morza Bałtyckiego pozwala cieszyć się wysokimi temperaturami, wiatrem i falami jedynie przez kilkanaście letnich tygodni. W chłodniejszym okresie miłośnicy tej widowiskowej dyscypliny muszą trenować w rejonach o cieplejszym klimacie. Nic więc dziwnego, że w Polsce niezmiernie szybko rozwija się turystyka kitesurfingowa, co wiąże się również ze zwiększającym się zapotrzebowaniem na odkrywanie coraz to nowych, egzotycznych zakątków świata.

Więcej…