MARCIN WESOŁY

 

<< Różnorodność przyrody w Republice Dominikańskiej potrafi człowieka wprawić w osłupienie. W ciągu kilku godzin, w drodze z północnego wschodu na południowy zachód tego kraju możemy na własne oczy przekonać się, jak szybko zmieniają się tutaj krajobrazy. Bujna zieleń środkowej części kraju przechodzi w niekończące się pola ryżowe doliny Cibao albo w plantacje bananów. Na półwyspie Samaná mijamy rozległe gaje palm kokosowych, które osiadły na łagodnie pofałdowanych wzgórzach. Im bliżej granicy z Haiti natomiast, tym tereny bardziej przypominają Meksyk czy Afrykę – ogromne połacie ziemi, czerwonej od boksytu, porastają spłaszczone drzewa akacjowe, wybujałe kaktusy oraz karłowate, typowo preriowe krzewy. W okolicach miast Jarabacoa i Constanza w prowincji La Vega pejzaż jest za to bardziej górzysty, a klimat chłodniejszy. Na Dominikanie nie sposób zatem nie znaleźć swojego miejsca. To raj praktycznie dla każdego. Spróbujmy sami się o tym przekonać. >>

Państwo to leży na wyspie La Española na Morzu Karaibskim (znanej w Polsce jako Haiti lub Hispaniola) i stanowi drugi co do wielkości kraj w jego akwenie (po Kubie). Funkcję stolicy pełni Santo Domingo, założone przez brata Krzysztofa Kolumba – Bartłomieja – w 1496 r., ze wspaniałą dzielnicą Ciudad Colonial (Zona Colonial) wpisaną na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Przed erą kolonizacji tereny te zajmowali Tainowie. Dziś Dominikańczycy posługują się językiem hiszpańskim, którego odmiana nieco różni się od tej używanej w Europie.

Dominikana cieszy się dużą popularnością wśród turystów. Większość z nich podąża jednak utartymi szlakami. Ten, kogo interesuje obraz kraju inny niż ze zdjęć w biurach podróży, musi spróbować opracować własny plan zwiedzania. Dla takich poszukiwaczy przygód mam kilka propozycji.

 

Spotkanie z wielorybami

Aby dostać się do plaży Rincón na półwysepie Samaná, muszę wybrać w Las Galeras jedną z dwóch tras: lądową lub morską. Decyduję raczej spontanicznie, gdyż odpowiadają mi oba warianty. Potrzebuję motocykla lub łodzi. Dojazd tym pierwszym jest dłuższy, karkołomny i tańszy. Przeprawa tą drugą będzie trzy razy droższa, pozornie bezpieczna i względnie krótsza. Nieraz jechałem z duszą na ramieniu rozklekotanym jednośladem, wspinając się po lokalnych stromiznach tuż po deszczu albo co rusz boksując w czerwonym błocie wiejskiej, szutrowej drogi. Mijałem liczne plantacje ananasów i bananów – kwadraty owocowych pól wkomponowane w fałdy wzniesień tak naturalnie i miękko, jak zegary Salvadora Dalego w surrealistyczny pejzaż. Płynąłem już także świeżo odmalowaną łodzią z silnikiem Yamahy, tak szeroką, jak balia. Gdy jej kadłub mierzwił grzywy napierających, jakby na krótko przed sztormem, bałwanów, pokład odchylał się pod kątem czterdziestu pięciu stopni, a ja wpadałem w odrętwienie czy też stan podobny medytacji. Czułem, jak gubię umysł w idyllicznym kalejdoskopie lazurowej toni morskiej i soczystej zieleni kokosowego wybrzeża. Za każdym razem jednak wyprawa stanowiła tylko oczekiwanie na zjawiskowe widoki na jej końcu.

FOT.MARCIN WESOŁY

Magiczna rybacka miejscowość Las galeras nad zatoką Rincón

 

Półwysep Samaná jedynie z pozoru wygląda jak raj dla leniuchów. W rzeczywistości ten jeden z najpiękniejszych rejonów w Republice Dominikańskiej zachęca wręcz do aktywnego wypoczynku, szczególnie indywidualnych turystów. Do połowy XIX w. na francuskich i hiszpańskich mapach miejsce to przedstawiano jako prawie osobną wyspę, na którą najłatwiej było dostać się łodzią. Dawniej ten kawałek lądu od reszty Dominikany oddzielało rozległe pasmo bagien, mokradeł i kanałów, wykorzystywane przez piratów jako kryjówki. Dziś także w czasie pory deszczowej niektóre obszary chłoną wodę niczym gąbka, w wyniku czego powstają naturalne laguny. Tutaj w styczniu 1493 r. zawitał ze swoją flotą Krzysztof Kolumb. Jednak Indianie zamiast przywitać go z otwartymi ramionami, unieśli łuki i wypuścili grad strzał, które przysłoniły niebo. Odkrywca uzupełnił swoje podróżne notatki o nową krainę. Ochrzcił ją mianem Golfo de Las Flechas, czyli „Zatoki Strzał” (nie zostały ostatecznie rozstrzygnięte spory co do tego, czy obecnie jest to zatoka Rincón, czy zatoka Samaná).

W bezpośrednim sąsiedztwie półwyspu Samaná  co roku od stycznia do marca gromadzą się ogromne humbaki (Megaptera novaeangliae). Przypływają z dalekiej i mroźnej północy, aby w cieplejszych wodach południowego Atlantyku odbyć gody i wydać na świat potomstwo. Ich miłosnym serenadom rokrocznie przysłuchują się tłumy turystów. Dla nich właśnie organizuje się tu specjalne, ściśle regulowane rejsy, cieszące się niezmiennie dużą popularnością. Jako pierwsi prawdopodobnie podglądali humbaki Indianie, którzy wymalowali wielorybie sylwetki na ścianach jaskiń w pobliskim Parku Narodowym Los Haitises (Parque Nacional Los Haitises). Również Krzysztof Kolumb wspomniał o nich w swoim dzienniku pokładowym.

FOT. NARODOWY URZĄD TURYSTYCZNY REPUBLIKI DOMINIKAŃSKIEJ

Plaża Rincón nad zatoką o tej samej nazwie na półwyspie Samaná

 

Podobno do wybrzeży Dominikany przybywa co roku do 1,5 tys. waleni (głównie z okolic wschodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych, Kanady, Grenlandii i Islandii). W czasie migracji utrzymują łączność za pomocą systemu specjalnie opanowanych dźwięków, służących zarówno do komunikacji, jak i do przywabiania partnerek. Gdy rodzą się młode, matki skupiają się jedynie na ich karmieniu, a muszą dostarczyć im do 200 l mleka dziennie. Małe wielorybiątka rosną w niesłychanym tempie 45 kg na dobę, aby móc powrócić wraz z rodzicami na daleką północ. Z pewnością warto udać się na półwysep Samaná poobserwować humbaki podczas zalotów. Wyskakujący z oceanu 40-tonowy olbrzym stanowi niezapomniany widok, który na długo pozostanie w naszej pamięci. Pamiętajmy tylko o zabraniu ze sobą lornetek!

 

Dominikański western

Bardzo lubię jeździć do zachodniej części Dominikany. Jest mało turystyczna, a w powietrzu czuć jakąś wibrującą magię. Dobrze mi się tu oddycha, również w sensie nieco metafizycznym. Im bliżej granicy z Haiti, tym robi się ciekawiej, przestronniej, podróż osiąga jakiś konkretny wymiar. Zawsze wyczekuję chwili, żeby tutaj wrócić. Ten region żyje dla siebie, a nie dla przyjezdnych. Zresztą ciągle niewielu turystów zagląda w te strony, które pod względem ekonomicznym raczej odstają od reszty kraju. Sam mówię o tym rejonie Dziki Zachód, lecz bez żadnych złośliwych czy negatywnych podtekstów. Jego dzikość naprawdę wciąga z nieodpartą siłą. Wyjazd w ten fascynujący zakątek odkładam przeważnie na koniec każdej wyprawy, zostawiam go sobie niejako na deser. Najczęściej docieram do miasteczka Enriquillo. Leży ono na styku prowincji Barahona i Pedernales. Sam dojazd (nierzadko na pace terenowego auta) bywa niezwykle widowiskowy. Długi odcinek trasy prowadzi wzdłuż wybrzeża z pięknymi zatokami, kamienistymi plażami i wydmami. Niestety, w sezonie huraganów (zazwyczaj od sierpnia do października) często robi się w Enriquillo niebezpiecznie. Gdy żywioł przesuwa się nad Haiti, znów jest spokojnie i zjawiskowo...

Do miasta Barahona (Santa Cruz de Barahona) ze stołecznego Santo Domingo wyjeżdżam przeważnie wcześnie rano, pierwszym możliwym autobusem. Zawsze realizuję ten sam scenariusz. Biorę taksówkę, bowiem inne środki transportu jeszcze nie zdążyły rozpocząć kolejnego dnia. Ulice stolicy są puste, a przyjemny chłód wnika do auta przez uchylone okna. Szofer czasem coś powie, czasem o coś zapyta, a często tylko włączy radio. Gdy sprawia wrażenie, jakby nie chciał rozmawiać, nie narzucam się. Sącząca się z głośników muzyka przyjemnie wpada w ucho. Kiedy zaczynają się wiadomości, kierowca całkiem przycisza odbiornik albo zmienia kanał, jakby spodziewał się czegoś złego, jakiejś nieprzyjemnej informacji, której ani on, ani jego pasażer nie mają ochoty wysłuchiwać o tak wczesnej porze. Czasem gwałtownie zatrzeszczy CB-radio. Zmierzam na dworzec autobusowy Caribe Tours.

Kiedy powoli nastaje wielkomiejski świt i koloruje wyłaniające się z mroku Santo Domingo, najchętniej jechałbym taksówką bez wysiadania, słuchając wciąż bachaty, merengue albo salsy (coraz bardziej popularnej na Dominikanie). Jednak w końcu trzeba zapłacić i wysiąść. Uwielbiam terminal Caribe Tours, tę komunikacyjną aortę latynoskiej metropolii. Co więcej, zaszedłbym tam o każdej porze, nawet bez konkretnych wyjazdowych planów, a to z jednego powodu: w miejscu tym można dostać najlepszą kawę na świecie – aromatyczną, mocną, słodką i laną do plastikowego kubka wielkości naparstka prosto z termosu. W domu zaparza ją leciwa señora, aby sprzedawać ją potem za kilka pesos obok głównego wejścia na dworzec. Na peronach zawsze zalega duszne powietrze, wymieszane ze spalinami. Kierowcy zostawiają autobusy na chodzie. Lepiej posiedzieć w poczekalni i obejrzeć skróty bejsbolowych rozgrywek albo powtórki wybranej telenoweli. Pasażerowie mogą wygodnie rozsiąść się podczas podróży. Niektóre z najnowszych modeli busów dysponują fotelami lepszymi od lotniczych. Caribe Tours dociera prawie wszędzie, nie kursuje tylko do wschodniej Dominikany, gdzie transport zorganizowano inaczej.

Jestem zatem w drodze do miasta Barahona. Za ponad 3 godz. dojadę na miejsce. W autobusie podano informację, że spożywanie posiłków jest zabronione, ale niektórzy coś tam dojadają bez względu na zakaz. Kierowca, bardzo elegancki pan w żółtej, firmowej koszuli, niczego nie widzi. Siedzi szczelnie odizolowany od rzeszy pasażerów za domkniętymi drzwiami. Wszystko po to, aby mogła działać klimatyzacja, tj. ciągły nawiew lodowatego powietrza. Proszę mi wierzyć, w tropikach przydaje się czasem bluza z polaru za dnia! Gdyby chociaż muzyka dodawała kilka stopni ciepła… Nie usłyszymy tu jednak salsy, merengue, bachaty czy reggae, a same ckliwe romantyczne melodie.

Na szczęście, za oknem widać już pierwsze sukulenty, bo krajobraz w okolicach miejscowości Azúa zaczyna się mocno zmieniać i wygląda jak kadry z westernów. Różnorodność dominikańskiej flory potrafi zadziwić i zdezorientować. W zachodniej Dominikanie nie ma ryżowych pól, plantacji bananów czy gajów palmowych. Im dalej na zachód, tym zdecydowanie bardziej sucho – pejzaż przypomina meksykańską prerię albo afrykańską sawannę. W okolicach Barahony znowu wyrastają grzywiaste kokosowe palmy, aby potem zniknąć, gdy w tle wystrzelą góry prowincji Baoruco lub kiedy zastąpi je pole trzciny cukrowej czy bananowy zagajnik.

FOT. NARODOWY URZĄD TURYSTYCZNY REPUBLIKI DOMINIKAŃSKIEJ

Playa de Paraíso koło miejscowości Paraíso (Raj), prowincja Barahona

 

Myślę, że wiele filmów produkowanych w Hollywood mogłoby powstać taniej właśnie w Republice Dominikańskiej. Ten kraj stanowi bardzo fotogeniczny plener. Przekonał się o tym niegdyś np. Francis Ford Coppola. Większość scen z Czasu apokalipsy poleciał kręcić na Filipiny, które miały grać Wietnam. Resztę jednak reżyser nagrał już na Dominikanie nadrzekąChavón. Niektóre fragmenty Ojca chrzestnego II również powstały na wyspie Haiti (Hispanioli). Poza tym ten karaibski kraj upatrzyli sobie także tacy twórcy, jak Sydney Pollack (Hawana), Robert De Niro (Dobry agent), czy Andy García (Hawana, miasto utracone).

W Barahonie wysiadam ok. 9.00. To dobra pora, żeby zjeść drugie śniadanie. Biorę to samo, co kilka godzin wcześniej na stołecznym dworcu: empanadas (rodzaj lokalnych smażonych pierogów z farszem). Do Enriquillo jadę na nieco chybotliwej pace małej ciężarówki marki Daihatsu. Załapałem się jako autostopowicz. Kierowca prowadzi szybko, ale pewnie. Widać, że zna dobrze tę trasę, miejscami dość karkołomną. Zakręty mija z nabytą wprawą. Klaksonem przegania opieszałych. Czasem trąbi, jakby kogoś pozdrawiał. Wiatr coraz mocniej smaga moją twarz, ledwo łapię oddech, chowam się więc za kabiną, siadam tyłem do kierunku jazdy i patrzę… Po drodze, w miejscowości Paraíso, czyli Raj, zmieniam środek transportu. Kiedy zbliżamy się do celu, jeden ze współpasażerów siedzących koło mnie w minibusie pyta znienacka, czy byłem już kiedyś w Enriquillo. Po czym dodaje, że tam jest jak w… niebie, że za moment sam zobaczę. Tak to właśnie ujmuje. Wydaje się wyraźnie przejęty tym, co mi powiedział. To chyba szczera rekomendacja. Nagle oślepia mnie jasność oceanu. Czy faktycznie tak wygląda niebo – pięknie rozświetlone słońcem, a przy tym bardzo ludzkie, pełne życzliwych, otwartych ludzi, którzy od razu częstują kawą, jaka jeszcze niedawno suszyła się na jednym z podwórek albo bezpośrednio na jezdni? W Enriquillo nikt się nie śpieszy. Tutaj człowiek zaczyna odpoczywać.

 

Smoki z La Descubierta

Gdy wróciłem do Barahony, postanowiłem wybrać się nad jezioro Enriquillo. W pobliżu lokalnego mercado (rynku) rozglądam się za transportem. W dużych miastach, jak np. Santo Domingo czy Santiago de los Caballeros (największa miejscowość regionu Cibao), rynek przeważnie pełni swoją podstawową funkcję targowiska (nierzadko jednego z wielu). W mieścinach pokroju Barahony mercado jest pępkiem świata, barwnym, rozkrzyczanym ulem. Tu każdy chciałby załatwić wiele spraw na raz, wszystkiego się dowiedzieć i z każdym poplotkować. Kiedy człowiek wstanie rano bez pomysłu na to, czym wypełnić swój dzień, najlepiej niech idzie na targ: tam ciągle coś się dzieje. Co więcej, zawsze stanowi on znaczący węzeł komunikacyjny.

Wkrótce, jako pasażer mocno wyeksploatowanego, lecz wciąż sprawnego busa, nazywanego tutaj guagua, wydostaję się z Barahony. Kieruję się do miejscowości Neiba i potem jeszcze dalej – na dziki dominikański zachód. La Descubierta znaczy „Odkryta” i niedaleko tego właśnie miasteczka, blisko północnego brzegu ogromnego, słonego jeziora Enriquillo, odkryłem iguany, a ściślej legwany nosorogie. Kierowca busa jadącego z centrum Neiby do przygranicznego Jimaní dokładnie wie, gdzie mnie wysadzić. Jednak nie daję mu spokoju przez większość trasy. Trzymając mapę na kolanach, wciąż pytam: czy będą w Villa Jaragua? Nie? A tutaj, w Los Ríos? Nie? W Postrer Río? Też nie?. Wreszcie przestaję go męczyć, a on zatrzymuje wóz. – Znajdziesz je tutaj – mówi spokojnie – wyskakuj i zrób dużo zdjęć! Pozostali pasażerowie pozdrawiają mnie z uśmiechem, życząc mi powodzenia w czasie dalszej wyprawy. Zostaje sam na poboczu drogi w tumanie białego pyłu. Rozglądam się i z rozczarowaniem stwierdzam, że miejsce przypomina wejście do rezerwatu przyrody z kasą z biletami. Przysiadam na rozgrzanym głazie, patrzę na aparat. Wokół mnie panuje zadziwiająca cisza, ani żywego ducha. Wtedy zauważyłam przybitą do drzewa niedużą, zieloną deskę, a na niej nakaz wypisany dosyć niedbale żółtą farbą: Chroń iguany!. Może jednak czeka mnie samotna wyprawa w poszukiwaniu dominikańskich smoków… Moje nadzieje nie okazują się płonne. Wystarczyło przejść kilkanaście metrów w gęstwinie parnego buszu, aby na nie trafić tu, na krańcu świata, cichym i wyludnionym popołudniową porą.

 

Czarne piaski Las Salinas

Z Santo Domingo do ciemnych piasków Las Salinas prowadzi prosta droga, trzeba tylko wiedzieć, jak jechać. Dlatego warto wybrać się z kimś, kto tę wiedzę posiada i ma własny samochód, najlepiej terenowy. Obieramy kierunek na San Cristóbal, a obwodnica pozwala ominąć nam miasto. Potem pędzimy trasą numer 2 aż do Baní, stolicy prowincji Peravia. Można w niej zarządzić postój i spróbować najsłodszego owocu na świecie – tutejszej odmiany mango zwanej banilejo. Sezon na nią panuje w maju. Dalej droga prowadzi do Azúa, a później aż do granicy z Haiti w prowincji Elías Piña. Jednak aby dojechać do Las Salinas, w Baní musimy odbić na południe. Miasto nie jest rozległe, lecz podejrzanie łatwo się w nim zgubić. Zamiast kręcić się na ślepo po ulicach, lepiej od razu poprosić o pomoc kogoś miejscowego. Co ważne, na Dominikanie warto znać nazwy różnych punktów przelotowych na naszej trasie. Wtedy ktokolwiek zapytany, otrzymawszy podstawowe informacje, będzie się mniej głowił i szybciej wskaże nam właściwy kierunek. W Baní szukamy wylotu na drogę numer 510 (Carretera Máximo Gómez), która przecina Villę Sombrero i mknie do Matanzas. Dalej leży miejscowość Las Calderas, a zaraz za nią niewielka baza marynarki i stocznia o tej samej nazwie. Kiedy nawierzchnia się skończy, jesteśmy u celu – przy plaży Las Salinas nad zatoką Las Calderas.

FOT. NARODOWY URZĄD TURYSTYCZNY REPUBLIKI DOMINIKAŃSKIEJ

Wydmy Baní (Dunas de Baní) w okolicy Las Salinas i Las Calderas

 

Dla amatorów jazdy autem z napędem na cztery koła tu dopiero zaczyna się przygoda. Przed nami rozpościera się pole ciemnego, grubego piasku. Na obrzeżach parkingu wisi prowizoryczny szlaban w postaci sznurka na dwóch kołkach. Jeśli chcemy wjechać na plażę, musimy przekonać strażnika, żeby nas przepuścił. Kilka uśmiechów i argument, że ciężko przejść całe Las Salinas na piechotę powinno zmienić jego nastawienie. Nawet bardzo pryncypialny Dominikańczyk na służbie zrozumie, że długie spacery mijają się z celem. Pamiętajmy, że rodowici mieszkańcy Dominikany z reguły nie chodzą, tylko jeżdżą.

Pokonujemy spory odcinek, czasem nieco boksując w piasku, i wreszcie stajemy w jakimś punkcie rozległej przestrzeni, gdzie człowiek od razu czuje, że poprawia mu się nastrój. Przed nami błękitna i pomarszczona tafla Morza Karaibskiego, które bardziej tutaj mruczy niż szumi. Pod kołami mamy wciąż ciemny, ziarnisty piasek, ponadziewany kamieniami różnej wielkości i koloru i gdzieniegdzie przyszpilony zasuszonym konarem, wyrzuconym na brzeg. Nie jest to pocztówkowa plaża, a raczej księżycowa i dość surowa (niestety, już z wyraźnymi śladami bytności ludzkiej), z zachwycającymi dunas, czyli wydmami. Jednak tylko taka wydaje się tu idealnie pasować. Daleko stąd, po drugiej stronie morza, znajduje się wybrzeże Wenezueli. O wiele bliżej majaczą na pozór ponure wzniesienia, przynależne jakby do innej, nieodległej wyspy. To wciąż ląd dominikański, stąd ledwo widoczny, bo zamglony – najpewniej zatoka Neiba… Bardziej na północ zbierają się natomiast wody Bahía de Ocoa (zatoki Ocoa). Już w samolocie, gdy przelatując nad Dominikaną, w dole rozpoznałem charakterystyczny kształt haczykowatego dzioba półwyspu Las Calderas z plażą Las Salinas, pomyślałem, że kiedyś chętnie powrócę w to urokliwe miejsce...

 

W cieniu palm

Niedaleko rzeki Ocoa leży Palmar de Ocoa, miejscowość, która zachowała urok karaibskiej rybackiej wioski, żyjącej po swojemu rytmem pracy, sjesty oraz fiesty. Za jej patronkę uchodzi Virgen del Carmen (Matka Boska z Góry Karmel). Raz do roku obchodzi się tutaj jej święto. Palmar słynie przede wszystkim z palm kokosowych. Najwięcej tych drzew zobaczymy w drodze do wioski od strony miasteczka Sabana Buey. Warto mieć pretekst do przejechania tamtędy w okolicach godz. 17.00. Wtedy słońce oświetla zielono-żółte grzywy palm w niezwykły sposób. Gdy las mocno się przerzedza, pokazują się zabudowania, za którymi ciągnie się już tylko plaża usypana z czarnego piasku i zastawiona rybackimi łodziami. Na niej właśnie biesiadowało kilka rodzin, kiedy się pojawiłem. W powietrzu rozchodził się zapach smażonego mięsiwa, ktoś pogłośnił muzykę. W głowie oprócz zbawiennego w upale piwa Presidente zaszumiała pieśń sławnego dominikańskiego barda – Juana Luisa Guerry. Usiadłem w przyplażowym barze, niedaleko grilla i chłonąłem tę wspaniałą karaibską atmosferę.  

Wcale niełatwo przychodzi rozstanie z Palmar de Ocoa… Zresztą na Dominikanie jest wiele takich miejsc, wciąż mało znanych, kameralnych, gdzie człowiek chętnie zatrzymałby się na dłużej, zrelaksował w otoczeniu dziewiczej przyrody i przyjaznych mieszkańców, aby z nową energią wrócić do swojego codziennego życia.

 

 

Artykuły wybrane losowo

Nieznana Korea Południowa

1516007201507023k_Juknokwon_Bamboo_Park.jpg

Przepiękny gaj bambusowy Juknokwon

©KOREA TOURISM ORGANIZATION
2010005200908021k_Changing_Ceremony_of_Royal_Guards_at_Gyeongbokgung_Palace.jpg

Gyeongbokgung – pałac królewski w Seulu

©KOREA TOURISM ORGANIZATION



KAROLINA BEDNARZ www.wkrainietajfunow.pl

 

Przez ponad 500 lat w tej części Azji Północno-Wschodniej istniało królestwo Joseon, przekształcone w 1897 r. w Cesarstwo Koreańskie. Dziś nie ma już – niestety – jednej Korei. Została ona podzielona na dwa terytoria w 1945 r. po zakończeniu II wojny światowej. Północna część Półwyspu Koreańskiego znajduje się poza zasięgiem większości turystów, lecz Korea Południowa zaprasza ich z otwartymi ramionami.

Więcej…

W Wietnamie, krainie czerwonego smoka

MAGDALENA BARTCZAK

 

<< Pełen smaków, zapachów, barw i magii Wietnam wydaje się stanowić idealny cel podróży zarówno dla osób dopiero rozpoczynających przygodę z Azją, jak i dla tych, którzy już znają ten kontynent dość dobrze. Jeśli ktoś chce spróbować dań pysznej kuchni, odkryć liczne zabytki, przejechać się z kilkoma współpasażerami jednym skuterem lub po prostu zrelaksować na jednej z tropikalnych plaż, powinien postawić właśnie na ten kraj. Tutaj to wszystko jest możliwe. >>

 

Noworoczne lampiony w kolorze czerwonym przynoszącym szczęście

© MAGDALENA BARTCZAK

 

Przez długi czas, zanim jeszcze wybrałam się w pierwszą podróż do Azji, wiedzę na jej temat czerpałam głównie z reportaży i filmów, zarówno dokumentalnych, jak i fabularnych. Jednym z moich ulubionych azjatyckich twórców stał się Trần Anh Hùng, wietnamski reżyser mieszkający od 1975 r. we Francji, gdzie wyemigrował wraz z rodzicami pod koniec wojny wietnamskiej (II wojny indochińskiej). Oglądając Zapach zielonej papai (1993 r.), Rykszarza (1995 r.) czy Schyłek lata (2000 r.), wyobrażałam sobie jego ojczyznę jako kraj pełen soczystych kolorów, intensywnych zapachów, ulicznego gwaru i ciężkiego, tropikalnego powietrza. Jak przyznaje w wywiadach reżyser, w swoich produkcjach często powraca do Wietnamu z czasów własnego dzieciństwa – przedstawia go więc takim, jakim go zapamiętał przed emigracją. Jego filmy, nostalgiczne i zmysłowe, zachęciły mnie, żeby odwiedzić ten kraj. Szybko zagościł więc na mojej liście wymarzonych miejsc do zobaczenia i długo nie pozwalał mi o sobie zapomnieć.

Gdy marzenie wreszcie się spełniło i po raz pierwszy wybrałam się do ojczyzny Trần Anh Hùnga, już po wyjściu z potężnego lotniska w Ho Chi Minh przekonałam się, że wilgotne i lepkie powietrze, które przenikało jego filmowe opowieści, stanowi stały element klimatu Wietnamu, szczególnie na południu. Wszystko tu niemal od pierwszej chwili wydało mi się intensywne, aromatyczne, przesycone dźwiękami i kolorami. Szybko też okazało się, że ten piękny i długi kraj pełen jest skarbów przyrody oraz zniewalających smaków, które jeszcze długo po podróży pozostają w pamięci.

 

BOGATA HISTORIA

Wietnam leży na Półwyspie Indochińskim, od północy graniczy z Chinami, a od zachodu – z Kambodżą i Laosem. Choć pod względem powierzchni nieco przewyższa Polskę (zajmuje powyżej 331 tys. km²), to mieszka w nim ponad dwa razy więcej ludzi niż w naszym kraju (ok. 95 mln) i żyją co najmniej 54 mniejszości etniczne, które mają własne pismo, tradycje i język. Także dialekty w obrębie wietnamskiego znacznie różnią się od siebie – często te same słowa oznaczają coś zupełnie innego na północy, w centrum i na południu. Regiony charakteryzują się również odmiennymi warunkami pogodowymi. W północnych rejonach występuje klimat wilgotny podzwrotnikowy, w środkowej części – zwrotnikowy z porą deszczową i suchą, a na południowym obszarze – zwrotnikowy w odmianie monsunowej. Warto o tym pamiętać przy planowaniu podróży. Różnice w temperaturze między północą i południem mogą sięgać nawet 15–20°C. Wietnam jest też wyjątkowo różnorodny pod względem kultury, która przez wieki czerpała inspiracje m.in. z Chin, Indonezji i Francji. Specyfikę tego kraju stanowi jednak fakt, że dzięki silnemu zakorzenieniu w lokalnych tradycjach Wietnamczycy nie ulegli znacząco wpływom z zewnątrz. Przyswoili je w zmodyfikowanej formie i wzbogacili tym samym własne dziedzictwo kulturowe, oparte na wzorcach zaczerpniętych z buddyzmu, konfucjanizmu i taoizmu.

Według legend państwo wietnamskie, określane mianem krainy smoka (ze względu na rolę, jaką to stworzenie odgrywa w jego mitologii), zostało założone prawie 5 tys. lat temu przez dynastię Hồng Bàng (ok. 2879 r. p.n.e.). Od tego czasu wielokrotnie musiało bronić swoich ziem przed podbojami. Przez ponad tysiąc lat (od 111 r. p.n.e. do 938 r. n.e.) znajdowało się pod chińską okupacją. Potem kilkukrotnie było najeżdżane przez wojska mongolskie, w drugiej połowie XIX w. stało się częścią Indochin Francuskich, a w 1940 r. kontrolę nad jego terytorium przejęła Japonia. Po II wojnie światowej o swoją dawną kolonię upomnieli się Francuzi, co doprowadziło do wybuchu I wojny indochińskiej (1946–1954). W jej wyniku kraj podzielono na północną komunistyczną Demokratyczną Republikę Wietnamu i południową Republikę Wietnamu. Wkrótce potem między oboma państwami wybuchł konflikt zbrojny (wojna wietnamska 1955–1975), który okazał się jednym z najdłuższych i najkrwawszych w regionie.

 

ŚWIAT DUCHÓW I PRZODKÓW

Ze względu na trudną przeszłość i konieczność częstego konfrontowania się z innymi narodami, próbującymi narzucić im swój porządek, Wietnamczycy charakteryzują się dumą z własnych tradycji i patriotyzmem. Poza tym do ich głównych cech należy zaliczyć też niewątpliwie zamiłowanie do targowania się, które – szczególnie w mniejszych sklepikach i na targach – jest tu uważane za naturalny element zakupów. Jeśli ktoś nie podejmuje próby zbicia ceny, wzbudza podejrzenia, a w najlepszym wypadku wywołuje rozbawienie lub niedowierzanie wśród miejscowych. Chcesz kupić kilogram bananów, a sprzedawca życzy sobie 30 tys. dongów (w przeliczeniu na złotówki ok. 4,50 PLN)? Najprawdopodobniej kosztuje on nie więcej niż 10 tys. dongów, więc śmiało możesz powiedzieć quá đắt, czyli „zbyt drogo”, i rozpocząć negocjacje. Nie należy przy tym zapominać o uśmiechu, cenionym przez Wietnamczyków tym bardziej, że jako naród mają również opinię pomocnych, radosnych i uprzejmych ludzi.

Miejscowych cechuje także przywiązanie do przesądów, chroniących przed nieszczęściem i pozwalających (przynajmniej pozornie) utrzymać kontrolę nad otaczającą rzeczywistością, w postrzeganiu której zdroworozsądkowe myślenie często miesza się z fantastycznymi wyobrażeniami i wiarą w magię. Warto wymienić choć kilka popularnych zasad i zwyczajów. Wietnamczycy nie zostawiają pałeczek wetkniętych w jedzenie, ponieważ w ten sposób umieszczają je tylko w posiłku stawianym na ołtarzykach dla zmarłych. Źle widziane jest też otwieranie parasola w domu, gdyż może to doprowadzić do uwolnienia przyczepionych do niego duchów i sprowadzić nieszczęście. Z podobnego powodu nie należy sprzątać ani tym bardziej zamiatać domu pierwszego dnia Nowego Roku (Tết Nguyên Đán, w skrócie Tết), świętowanego przez trzy dni i celebrowanego w Wietnamie, zgodnie z kalendarzem księżycowo-słonecznym, zwykle między drugą połową stycznia a połową lutego (w 2019 r. wypadnie on 5 lutego). Wysprzątanie domowych pomieszczeń oznacza pozbycie się dobrych duchów i szans na pomyślność w kolejnych miesiącach.

Z Nowym Rokiem wiąże się zresztą wiele innych przesądów. Przed jego końcem trzeba zwrócić wszystkie długi – w przeciwnym razie w nadchodzącym roku będziemy mieć problemy finansowe. Podczas noworocznych wizyt rodzinnych nie należy mieć na sobie stroju w jednolitym kolorze, ponieważ to przynosi pecha. Dla Wietnamczyków Nowy Rok to najważniejsze święto ze wszystkich, przygotowują się do niego bardzo skrupulatnie. Około tygodnia wcześniej odwiedzają groby bliskich, gdzie palą kadzidła i modlą się, zachęcając duchy przodków, aby zeszły na ziemię i towarzyszyły im w świętowaniu. Przez trzy świąteczne dni, po okresie zakupowej gorączki i przygotowań, wszystkie sklepy są już zamknięte, a ulice i skwery przyozdobione kwiatami, dekoracjami i lampionami. Ulicami przechodzą parady z tańczącym smokiem i towarzyszeniem muzyki. Nowy Rok jest jednak głównie czasem spotkań z najbliższymi, pogłębiania więzi i oddawania czci duchom przodków. Nieodłączny element świętowania stanowi rodzinna kolacja, na której nie może zabraknąć jednego z najbardziej tradycyjnych dań podawanych na tę okazję – bánh chưng (ciasta z ryżu kleistego, wieprzowiny i fasoli mung, gotowanego w bananowych liściach).

 

Wietnamka przygotowująca pyszną zupę pho na ulicznym stoisku w Hanoi

© MAGDALENA BARTCZAK

 

CAŁA PALETA SMAKÓW

Skoro mowa o kuchni, warto wspomnieć o tym, że Wietnamczycy przejawiają również poważne podejście do gotowania, które uchodzi za ważną część codziennego życia. Widać to zresztą w misternie przygotowywanych potrawach – choćby sajgonkach, czyli starannie zawijanych krokietach z papieru ryżowego z farszem z makaronu ryżowego z dodatkiem mięsa, warzyw lub krewetek, doprawionym kolendrą. W Wietnamie podaje się je nie tylko w wersji smażonej, ale też na surowo (gỏi cuốn). W tym drugim wariancie są zdrowsze i orzeźwiają w tropikalne upały. Warto zresztą dodać, że pełna smaków i kolorów kuchnia Wietnamu jest uważana za jedną z najzdrowszych na świecie. Jej dania powstają zgodnie z założeniami zbilansowanej diety, komponuje się je według reguły pięciu smaków (słodkiego, kwaśnego, gorzkiego, ostrego i słonego) oraz koncepcji yin-yang – dwóch uzupełniających się przeciwieństw. W potrawach używa się dużej ilości świeżych przypraw i ziół, takich jak kolendra, trawa cytrynowa czy mięta. Często występującymi w nich składnikami są ryż, limonka, sos rybny i sojowy.

                Wietnamską kuchnię – podobnie jak w wypadku pogody czy przyrody – cechuje różnorodność, a jej regionalne odmiany różnią się między sobą m.in. z powodu klimatu, dostępności produktów i przyswojonych tradycji. Nawet najpopularniejsze tutejsze danie – zupa pho (phở), czyli rosół z makaronem ryżowym, kawałkami wołowiny lub kurczaka, kolendrą, imbirem, sosem rybnym i limonką – ma swoje rozmaite wersje w zależności od regionu. Choć obcokrajowiec nie poczuje dużej różnicy pomiędzy nimi, to według Wietnamczyków pho smakuje zupełnie inaczej w Hanoi niż w Ho Chi Minh. Warto przy tej okazji dodać, że północna część kraju pozostaje pod wpływem chińskich tradycji kulinarnych – przyrządza się tu wiele potraw smażonych (m.in. różnych rodzajów makaronu czy pierożków bánh gối), obficie polewanych sosem sojowym. W menu południa, które czerpie inspiracje ze zwyczajów kolonialnej Francji, znajdziemy więcej ryb, warzyw i owoców morza. Z kolei kuchnia centralnego Wietnamu, wywodząca się z kręgu cesarskiego, uchodzi za najostrzejszą, a przy tym najbardziej wykwintną, kolorową i wytwornie podawaną. Do klasycznych dań należą w tym rejonie m.in. chrupiące naleśniki z ryżowego ciasta, wypełnione wieprzowiną, krewetkami i kiełkami, ozdobione bazylią, kolendrą i miętą (bánh xèo).

 

Malownicze tarasowe pola ryżowe w górzystej okolicy miejscowości Sa Pa

© TITC – WWW.VIETNAMTOURISM.COM

 

BARWNA STOLICA

Terytorium Wietnamu, które zdaje układać się w kształt litery s, przez samych mieszkańców bywa porównywane do smoka. Według legendy głowę tego stworzenia stanowi północ, a jego oko – leżące w delcie Rzeki Czerwonej Hanoi. To centrum polityczne, kulturalne i gospodarcze współczesnego kraju. Miasto jest różnorodne, pełne kontrastów, z jednej strony przywiązane do tradycji, z drugiej – otwarte na zmiany. Choć przy pierwszej wizycie ta 8-milionowa metropolia może przytłoczyć i oszołomić hałasem i energią, to trudno oprzeć się jej urokowi. Mnie od pierwszego wejrzenia zauroczyło przede wszystkim historyczne centrum, od którego zaczęłam włóczęgę po Hanoi. Stanowi ono prawdziwy żywioł: zatłoczone uliczne restauracyjki i bary sąsiadują tu z warsztatami, sklepikami i bazarami, gdzie wśród przepełnionych stoisk znajdziemy worki ryżu, mięsa, ziół, owoców i warzyw. Między nimi manewrują sprzedawcy oferujący świeże owoce, różnego rodzaju przekąski czy turystyczne pamiątki. Nad wąskimi ulicami z kolonialną architekturą królują malownicze plątaniny kabli, które są jednym z tych widoków, do jakich należy się przyzwyczaić w Wietnamie. Stanowią one równie naturalny element miejskiej tkanki jak gwar, tłok i wszechobecne skutery, nierzadko zajęte przez kilku pasażerów naraz.

Jeśli będziemy chcieli odpocząć od zgiełku, powinniśmy wybrać się do otoczonej ogrodami Świątyni Literatury (Văn Miếu), barwnego konfucjańskiego kompleksu, w którym w drugiej połowie XI w. założono pierwszy uniwersytet w całym Wietnamie. Inną wartą odwiedzenia atrakcją jest liczące ok. 700 m długości Jezioro Zwróconego Miecza (Hồ Hoàn Kiếm), usytuowane w centrum miasta. Jego nazwa pochodzi od legendy o wyłowionym z niego mieczu, dzięki któremu przyszły cesarz i założyciel dynastii, Lê Lợi (ok. 1384–1433), miał pokonać przeciwników i wyzwolić ojczyznę spod chińskiego panowania. Pewnego dnia po broń zgłosił się jednak jej prawowity właściciel, czyli… wielki żółw mieszkający w wodach jeziora. Miecz sam wrócił do zwierzęcia, a władca uznał je za opiekuńczego ducha tego miejsca i aby oddać mu cześć, kazał postawić na tutejszej wysepce Wieżę Żółwia (Tháp Rùa), która stała się symbolem pokoju oraz samego Hanoi.

Podczas pobytu w wietnamskiej stolicy nie można także przegapić innej historycznej ciekawostki, jaką jest monumentalne Mauzoleum Ho Chi Minha, działacza komunistycznego i przywódcy Demokratycznej Republiki Wietnamu, przez jednych kochanego, a przez innych nienawidzonego wujka Ho (1890–1969). Obiekt otwarto w 1975 r. w samym sercu dawnej Dzielnicy Francuskiej na placu Ba Đình. Właśnie w tym miejscu, otoczonym dziś szerokimi bulwarami, eleganckimi willami i ambasadami, Ho Chi Minh ogłosił we wrześniu 1945 r. niepodległość kraju. Mauzoleum stanowi atrakcję również dla samych Wietnamczyków, którzy chętnie je odwiedzają. Ubrani skromnie, ale odświętnie, ustawiają się w kilometrowych kolejkach do wejścia. Czekają wyciszeni i podekscytowani perspektywą ujrzenia z bliska grobu dawnego bohatera.

 

Zatoka Hạ Long od 1994 r. na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO

© TITC – WWW.VIETNAMTOURISM.COM

 

MAGICZNA PRZYRODA

Północny Wietnam fascynuje nie tylko widocznymi na każdym kroku śladami historii, ale też wspaniałą przyrodą, którą można podziwiać m.in. w licznych parkach narodowych. Najstarszym z nich jest założony w 1986 r. Park Narodowy Cát Bà, rozciągający się na prawie całej powierzchni wyspy o tej samej nazwie. Turystów przyciąga on lasami, wodospadami, jeziorami i jaskiniami skrywającymi się w wapiennych górach. Leży w południowym rejonie malowniczej zatoki Hạ Long. Na jej dnie według legendy śpi smok, który w przeszłości miał pomagać Wietnamczykom w zmaganiach z najeźdźcami. Słynna zatoka, uważana za jeden z największych skarbów przyrodniczych Wietnamu, ma powierzchnię ponad 1,5 tys. km². W jej granicach znajduje się ok. 2 tys. skalistych wysp i wysepek. Na wizytę w okolicy warto przeznaczyć przynajmniej jeden lub dwa dni. Najlepiej zwiedzać ją podczas rejsu, który można zorganizować nawet z Hanoi – zatoka wraz z parkiem narodowym położone są mniej więcej 170 km na wschód od miasta.

Z kolei ok. 300 km na północny zachód od stolicy, tuż przy granicy z Chinami, znajduje się górzysty Park Narodowy Hoàng Liên (utworzony w 2002 r.) – jeden z moich ulubionych, a to ze względu na rześkie powietrze, soczystą zieleń i unoszące się tu melancholijne mgły. Rozciąga się on w pobliżu pasma górskiego Hoàng Liên Sơn, którego najwyższą górą (a zarazem najwyższym szczytem Wietnamu i całych Indochin) jest Fansipan (Phan Xi Păng, 3143 m n.p.m.). W okolicy leżą pola ryżu, należącego do kluczowych produktów eksportowych kraju. Malownicze tarasy ryżowe można podziwiać m.in. z zagubionej wśród deszczowych lasów górskiej miejscowości Sa Pa, cieszącej się zasłużoną popularnością wśród turystów dzięki rozpościerającym się wokół wspaniałym krajobrazom i panującemu w tym rejonie przyjemnemu, choć dość deszczowemu, klimatowi. Najlepiej wybrać się tutaj w porze suchej (która wypada od listopada do maja), aby w pełni móc cieszyć się widokiem na pobliskie tarasowe pola uprawne. Warto także zajrzeć na lokalny targ w Sa Pa – spotkamy na nim m.in. przedstawicieli górskich grup etnicznych Hmong i Dao (Yao), będących jednymi z wielu mniejszości zamieszkujących wielokulturowy Wietnam.

 

ZAPACH TROPIKÓW

Jeśli wymieniamy skarby wietnamskiej przyrody, to nie możemy nie wspomnieć o ciągnącym się przez niemal 3,5 tys. km wybrzeżu, należącym do najpiękniejszych i najdłuższych w regionie. Znajdziemy na nim wiele pięknych, złocistych plaż, choćby w okolicy portowego Đà Nẵng w środkowej części kraju (takich jak zapełnione bungalowami An Bang i Cửa Đại). Osoby chcące odpocząć od chaosu dużych miast powinny odwiedzić Mũi Né. Ta niegdyś niewielka osada rybacka w połowie lat 90. XX w. zaczęła zamieniać się w kurort turystyczny. Leży tutaj przepiękna 15-kilometrowa plaża, którą otaczają niezwykłe wydmy i laguny.

Jeżeli pojedziemy dalej na południowy zachód, dotrzemy do delty rzeki Mekong – miejsca, gdzie odnogi jednej z największych rzek świata tworzą jeziora i kanały wpadające do Morza Południowochińskiego. Oplatają one wyspy i wysepki, których mieszkańcy całe swoje życie związali z wodą. Pływające domy, szkoły, świątynie, urzędy i sklepy stoją na samym brzegu lądu lub bezpośrednio na wodzie. Transport lądowy właściwie tu nie istnieje, do większości wiosek można się dostać tylko łodzią. Okolica robi niesamowite wrażenie i stanowi jeden z najbardziej niezwykłych rejonów w Wietnamie.

Osoby mające więcej czasu mogą zajrzeć na położony ok. 80 km na południe od delty archipelag Côn Đảo. Składa się on z 16 tropikalnych wysepek (o łącznej powierzchni 75,15 km²), z których większość do dziś nie jest na stałe zamieszkana. Ponieważ utworzono tutaj w 1993 r. park narodowy, ruch turystyczny podlega kontroli. Dzięki takim warunkom archipelag zachował swój prawdziwie rajski charakter. Wydaje się, że nigdzie indziej w Wietnamie nie znajdziemy plaż, które byłyby równie czyste i jasnozłote, ani tak błękitnej wody. Na największej z wysp, Côn Sơn (51,52 km² powierzchni i ok. 4 tys. mieszkańców), działa lotnisko. Można na niej m.in. uprawiać trekking i nurkowanie. Pobliskie rafy koralowe uważa się za najpiękniejsze w kraju.

 

KRÓLEWSKE MIASTA

Na wielką atrakcyjność środkowo-południowych rejonów Wietnamu wpływają też wspaniałe miasta i miejscowości, przypominające o tym, że jego kultura jest jedną z najstarszych i najbogatszych w Azji Południowo-Wschodniej. Podczas wizyty tutaj nie wolno ominąć Huế – dawnej stolicy imperium dynastii Nguyễn (1802–1945), leżącej nad Rzeką Perfumową. Miasto dość mocno ucierpiało w trakcie wojny wietnamskiej. Jeden z zabytków, które udało się odrestaurować, stanowi Zakazane Purpurowe Miasto – otoczona potężnymi murami cytadeli dawna siedziba cesarza z rozległym kompleksem świątyń i pałaców. Warte uwagi są również położone w okolicy Huế buddyjskie grobowce cesarzy. Najłatwiej dotrzeć do nich skuterem lub łodzią.

Z kolei ok. 130 km na południowy wschód stąd znajduje się jedno z moich ulubionych azjatyckich miast, senne Hội An, uchodzące za najbardziej urokliwe w Wietnamie. W XVI–XVIII stuleciu należało do najważniejszych portów na jedwabnym szlaku, ściągającym kupców z całego świata, czemu zawdzięcza niepowtarzalny styl i atmosferę. Obce wpływy dostrzega się w nim do dziś. Między niskie budynki mieszkalne z piękną ceramiczną dachówką wciśnięte są chińskie domy zgromadzeń i świątynie, a jedną z największych atrakcji jest zabytkowy kryty Most Japoński. Nie można także zapomnieć o ważnym polskim akcencie związanym z najnowszą historią tego miejsca. W połowie lat 90. XX w. władze Hội An przedstawiły plan wyburzenia starszej jego części i wzniesienia w jej rejonie nowoczesnych bloków mieszkalnych. Do odstąpienia od tego pomysłu namówił jednak włodarzy miasta Kazimierz Kwiatkowski (1944–1997), architekt i konserwator zabytków pochodzący z Lublina, który od początku lat 80. minionego stulecia mieszkał i pracował w Wietnamie, gdzie był znany jako Kazik. Z pomocą Polaka udało się odrestaurować historyczne centrum. Dzięki temu trafiło ono w 1999 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Wdzięczna społeczność Hội An nazwała imieniem Kazimierza Kwiatkowskiego miejscowy park, a w 10. rocznicę jego śmierci postawiła mu pomnik.

Na koniec naszej podróży po Wietnamie docieramy do jego dawnej stolicy i największej metropolii – Ho Chi Minh, które do dziś wielu mieszkańców nadal nazywa Sajgonem. W tym potężnym i głośnym ośrodku żyje obecnie blisko 9 mln ludzi, a miasto wciąż się rozrasta i wystrzeliwuje w niebo ostrzami nowych drapaczy chmur. To jedna z tych metropolii, które nigdy nie zasypiają i zdają się odnajdywać równowagę w swoim gwarnym chaosie. Warto odkrywać ją powoli, a jeśli damy jej szansę, z pewnością wyczujemy przyjemną, swojską, nieco nostalgiczną atmosferę dawnego Sajgonu. Ho Chi Minh pełne jest zieleni, galerii, muzeów, targowisk, klimatycznych zaułków i placyków z kawiarniami, chyba najlepszymi w całym kraju.

                Gdybym zresztą musiała wybrać jeden zapach, którym pachnie dla mnie ten Paryż Orientu lub Perła Dalekiego Wschodu, to niewątpliwie byłaby to właśnie kawa (cà phê), kolejny obok ryżu popularny towar eksportowy Wietnamu. Jej uprawę wprowadzili tu w połowie XIX w. Francuzi i od tego czasu stała się prawdziwym skarbem narodowym. Wietnamczycy wypracowali swój niepowtarzalny sposób jej przyrządzania, który ma zarówno gorących zwolenników, jak i przeciwników. Warto samemu wyrobić sobie zdanie na ten temat. Okazji z pewnością nie zabraknie, bo Wietnam jest prawdziwym rajem dla kawoszy. Kawy można tutaj spróbować praktycznie wszędzie: od przenośnych straganów, przez budki i sklepiki, po eleganckie kafeterie i restauracje. Jednym z najlepszych do tego miejsc są kawiarnie przy placu Lam Sơn w Ho Chi Minh. Po jednej jego stronie wznosi się gmach Opery, a po drugiej – historyczny Hotel Continental Saigon. Nad okolicą góruje neoromańska Katedra Notre-Dame, ukończona w 1880 r., obok której stoi jeden z najpiękniejszych budynków w mieście, czyli Poczta Główna, zaprojektowana przez Alfreda Foulhoux. Przez chwilę można się tu poczuć jak w Paryżu, ale to tylko złudzenie. Lekki podmuch tropikalnego powietrza i widok unoszących się liści pobliskich palm przypomina nam o tym, że znajdujemy się w Wietnamie – kraju pełnym kolorów i serdecznych ludzi, stanowiącym wyjątkowo smaczną esencję Azji Południowo-Wschodniej.

 

Wydanie Wiosna 2018

Kenia – duma Afryki

ROBERT PAWEŁEK

 

Dawnej, dzikiej Kenii, znanej ze słynnej powieści Karen Blixen Pożegnanie z Afryką, już nie ma. Miasta rozrastają się, cywilizacja dociera w nowe rejony, coraz trudniej przeżyć w ciszy i spokoju prawdziwe safari. Turyści mają do dyspozycji wygodne hotele, często należące do międzynarodowych sieci. Spędzają w nich czas w komfortowych warunkach w towarzystwie gości z całego świata. W ten sposób ciężko zobaczyć „prawdziwą Afrykę”. Podróżnicy przyjeżdżający na safari mają niewiele okazji, żeby zobaczyć z bliska życie codzienne zwykłych Kenijczyków. Interesują ich przede wszystkim parki narodowe, rezerwaty przyrody, dzika zwierzyna… Wyjeżdżają z Kenii z uśmiechem na ustach, ze wspaniałymi wrażeniami, z tysiącem cudownych zdjęć oraz wspominają ją jako prawdziwy raj dla miłośników dziewiczej natury. 

Więcej…