PAWEŁ MUSIAŁOWSKI

<< „Jeśli uważasz, że Japonia jest tajemnicza, daleka i niedostępna, to tym bardziej powinieneś się tam wybrać” – taka myśl przeszła mi przez głowę, gdy jako nastolatek marzyłem o odwiedzeniu tego niezwykłego azjatyckiego państwa, znanego mi wtedy głównie z dzieł japońskiej kinematografii. Choć dzisiaj nadal może się on jawić przybyszowi z Zachodu jako kraj pełen tajemnic, to na pewno dużo łatwiej się do niego dostać. Jednak zapomnijcie o nudnych i schematycznych wycieczkach, w trakcie których nie ma czasu na nic poza „zaliczaniem” kolejnych punktów planu i pośpiesznym robieniem zdjęć. Jeżeli chcecie naprawdę poznać kulturę Japonii, musicie stawić jej czoła sami, bo prawdziwa podróż polega na wyjściu poza własne kulturowe ograniczenia i na bezpośrednim kontakcie z drugą, odmienną społecznością. >>

 

Za każdym razem, gdy ląduję na pasie podtokijskiego Międzynarodowego Portu Lotniczego Narita, ogarnia mnie to samo kojące uczucie spokoju. Może to dlatego, że w tym miejscu znajdowała się kiedyś cicha, zielona wioska. Ja nadal w wyobraźni widzę tu drewniane domki i pracujących na polach chłopów i to wyobrażenie podąża za mną nawet wtedy, kiedy przemierzam centrum tętniącego życiem Tokio.

Powojenna Japonia zadziwiająco szybko zamieniła się w nowoczesne, zalane betonem państwo. Jednak nie mogę oprzeć się wrażeniu, iż – niczym w teatrze nō – to wszystko jest tylko maską. Gdzieś w środku, pod fasadą na wskroś współczesnych mieszkańców szklanych metropolii, Japończycy nadal zdają się być prostymi ludźmi, których uszczęśliwia podziwianie kwitnących kwiatów wiśni. Myślę, że tak naprawdę my, obywatele rozwiniętych cywilizacji, tęsknimy za zwykłym życiem naszych przodków. Mieszkańcy Japonii nie tyle lepiej od nas uświadamiają sobie ten fakt, ile starają się wciąż trzymać swoich korzeni.

 FOT. JNTO/YASUFUMI NISHI Modny Shinjuku Gyoen, czyli Ogród Cesarski w tokijskim Shinjuku

 

Idealny porządek

Współcześni Japończycy, podobnie jak ja, zdają się cierpieć na perfekcjonizm. Może to dlatego, gdy moja noga stanęła tutaj po raz pierwszy, poczułem się jak w domu. Doskonała organizacja rzuca się w Japonii w oczy natychmiast, kiedy tylko opuścimy samolot. Punkty informacyjne z uśmiechniętymi hostessami, wszechobecne automaty pełne różności i półki z przewodnikami na tokijskim lotnisku są przedsionkiem do największego zespołu miejskiego świata (zamieszkiwanego przez niemal 36 mln ludzi!).

Do centrum stolicy dostaniemy się autokarami oraz kilkoma liniami kolei i to właśnie ten ostatni sposób warto polecić najbardziej, bo to z transportu kolejowego przede wszystkim słynie japoński system komunikacji. Utrzymywanie sieci torów i taboru w doskonałym stanie wymaga nieustannego wysiłku. Jednak Japończycy, żyjący na terenach wciąż nawiedzanych przez kataklizmy, wyrobili w sobie przez stulecia niezwykłą siłę woli. Któż inny byłby w stanie trenować gotowanie ryżu przez dziesięć lat, aby zostać wzorowym mistrzem sushi? Obowiązkowość i poświęcenie się dla dobra grupy to słowa, które posiadają w Japonii wyjątkowe znaczenie. Mój znajomy z Fukushimy opowiadał mi historię o pewnej miejscowej pracowniczce centrum kryzysowego, nadającej w 2011 r. przez miejskie głośniki ostrzeżenia o zbliżającej się fali tsunami. Nie zeszła ona z posterunku aż do samego końca i dopiero zalewająca wszystko woda przerwała jej w pół zdania. Japończycy traktują zawsze swoje obowiązki ze śmiertelną powagą, choć zazwyczaj tego nie okazują.

FOT. JNTOWidok na rozświetlone nocą Tokio

 

Nie tylko sushi

Tokio prezentuje fascynujący obraz przemian, jakie miały miejsce w powojennej Japonii. Gdy spaceruję ulicą, mijam kolejne wieżowce, a między nimi niewielką świątynię, przed którą skoncentrowany na swym monotonnym zajęciu mnich z niewzruszonym spokojem zamiata kamienne tafle. Naprzeciwko krzykliwy sklep zaprasza do wejścia, a dwa kroki dalej działa kilka restauracyjek, w których podają sushi, pizzę, steki lub ramen. Jest tu absolutnie wszystko, trzeba tylko wiedzieć, gdzie skierować swoje kroki. Jeśli w Tokio nie można czegoś zjeść, to znaczy, że to nie istnieje lub zostało zakazane, chociaż zasada ta nie dotyczy przysmaku z wątroby śmiertelnie trującej ryby fugu. Japończycy to wytrawni i chwilami nieco szaleni smakosze, którzy są w stanie postawić na szali nawet własne życie, aby doświadczyć kulinarnej nirwany. Okazują oni pożywieniu duży szacunek i konsumują niemalże wszystko. To właśnie w Japonii nauczyłem się jeść przerośniętą tłuszczem wieprzowinę, chrząstki pełne cenionego tutaj kolagenu oraz… hamburgery.

Japońska kuchnia stanowi dla przybysza z Zachodu doświadczenie, które zmienia sposób patrzenia na świat. Nie ma smaczniejszego sposobu na poznanie innej kultury niż przez jej sztukę kulinarną. Nie da się też żyć w kraju, którego kulinariów się nie lubi. Smaki i zapachy najlepiej oddają naturę danego miejsca i jego mieszkańców. Japończycy tak bardzo uwielbiają jedzenie, że ktoś pokusił się nawet o klasyfikację japońskich pokoleń na podstawie najpopularniejszych w danym okresie egzotycznych owoców. Według niej współcześni 60-latkowie to banany, 40-latkowie – kiwi, a 20-latkowie – mango. W Japonii to, co jesz, określa cię o wiele bardziej niż gdziekolwiek indziej na świecie.

 

Powrót do przeszłości

Między wieżowcami wchodzimy nagle w uliczkę pełną niskich, 2-, 3-piętrowych budynków, ukrytych pomiędzy strzelistymi, szklanymi ścianami. – Właścicielom tych posesji oferowano astronomiczne kwoty za ich działki, ale oni nie ulegli presji i postanowili zostać – wyjaśnia mi moja znajoma, tokijska dziennikarka. – Dla wielu Japończyków rodzinna spuścizna i tradycja są warte o wiele więcej niż proponowane im miliony – dodaje. – Chodź, pokaże ci coś jeszcze ciekawszego – zachęca z uśmiechem i tak oto skręcamy w kolejną uliczkę, aby kilkadziesiąt metrów dalej napotkać następną niespodziankę. Z wrażenia opada mi szczęka. Przyzwyczaiłem się do takich widoków na japońskiej prowincji, ale nie w stolicy. Tuż za stylowym ogrodzeniem wznosi się przed nami tradycyjny, drewniany japoński dom, niczym z epoki Edo (taką nazwę nosiła też obecna stolica Japonii do 1868 r.). Tak kiedyś wyglądało całe Tokio. Wśród betonu i szkła ten okaz robi piorunujące wrażenie. – To jakiś skansen? – pytam zaintrygowany. – Ależ skąd! – śmieje się moja przyjaciółka. – To zwykły dom mieszkalny, prawdziwy rodzynek. Ekipy filmowe i telewizyjne są tu częstymi gośćmi, bo bardziej opłaca im się nagrać wszystkie potrzebne sceny do kolejnego odcinka serialu lub innego programu telewizyjnego w tym miejscu, niż budować dekoracje, czy też wyjeżdżać z całym zespołem za miasto. Wiekowa już właścicielka nie ma nic przeciwko, świetnie się bawi, a udostępnianie posesji przynosi jej niezły dochód – podsumowuje radośnie, widząc moją zachwyconą minę. W takich chwilach uświadamiam sobie, jak bardzo kocham to miasto.

 

W amerykańskim zwierciadle

W tym kraju przybywającego z Zachodu podróżnika najbardziej uderzają kontrasty. Jedne widzimy niemal natychmiast, inne odkrywamy z czasem. Łatwo jest zauważyć buddyjskiego mnicha jedzącego hamburgera w restauracji McDonald’s, ale już fakt, że Japonia pokonana przez Stany Zjednoczone w II wojnie światowej jest ich największym wielbicielem, dociera do nas z pewnym opóźnieniem. – Japończycy często nie potrafią docenić tego, co sami stworzą, zanim nie odniesie to sukcesu po drugiej stronie oceanu – tłumaczy mi mój japoński znajomy, który miał okazję mieszkać w USA przez wiele lat. – Potrafimy jak nikt inny na świecie zapożyczać i w nieskończoność udoskonalać, lecz jeśli sami coś wymyślimy, to odnosimy się do tego sceptycznie, póki nie zostanie to zaakceptowane poza naszą ojczyzną – wyjaśnia ogólnie, choć wiem, że ma na myśli głównie rynek amerykański. – Jednak gdy Japończycy zaangażują się już w rozwijanie czegoś, nie umieją się zatrzymać – dodaje.

Gdy w latach 60. XX w. świat ogłaszał koniec epoki transportu kolejowego, Japonia go ulepszała i rozbudowywała, nie przerywając do dziś tego procesu ani na chwilę. Obecnie dysponuje najdoskonalszymi rozwiązaniami w tej dziedzinie, nie tylko technicznymi, ale również organizacyjnymi. Dla zwykłego użytkownika, a zwłaszcza dla turysty z Polski, oznacza to możliwość doświadczenia niewiarygodnej wygody i radości podróżowania. Aby ułatwić sobie poruszanie się kolejami tokijskimi, warto już na lotnisku zaopatrzyć się w kartę magnetyczną Suica, która pozwoli nam korzystać z linii różnych przewoźników bez potrzeby kupowania za każdym razem nowego biletu. Nie oszczędzimy dzięki temu pieniędzy, lecz zyskamy cenny czas. Japońska komunikacja kolejowa to jeden z wielu przykładów perfekcyjnego funkcjonowania systemu, które zakłócić mogą tylko katastrofa naturalna oraz tzw. jishin jiko, czyli „wypadek z udziałem ludzi”. W tak zatłoczonej metropolii jak Tokio jeden samobójczy skok pod pociąg w porannych godzinach szczytu potrafi spowodować, że do pracy spóźnia się jednocześnie kilkaset tysięcy osób. Witajcie w miejskim mrowisku!

 

Japonia oczami fana: Zostawiłem serce w Tokio

W tym roku ukazała się nakładem gdańskiej Oficyny Wydawniczej FINNA pierwsza niezmiernie interesująca książka z serii Japonia oczami fana: Zostawiłem serce w Tokio autorstwa wrocławskiego dziennikarza, wydawcy, recenzenta, podróżnika, popularyzatora mangi i anime w Polsce Pawła Musiałowskiego, znanego pod pseudonimem MrJedi. Od połowy lat 90. XX w. zajmuje się on zawodowo tematem japońskiej popkultury. Od tego czasu Kraj Kwitnącej Wiśni stał się jego wielką pasją, której poświęca się niemal bez reszty. Na co dzień żyje pomiędzy dwoma światami – jedną nogą stojąc w Polsce, a drugą w Japonii. To pełne tajemnic azjatyckie państwo widziane oczami Pawła Musiałowskiego stanowi miejsce pozornie wykluczających się sprzeczności, krainę skrajnych doświadczeń: spokoju zen i orgii kolorowej popkultury, piękna tradycji i krzykliwej nowoczesności. Wraz z zakochanym w tym fascynującym zakątku świata niezwykłym podróżnikiem, jakim jest bez wątpienia MrJedi, oglądamy Kraj Wschodzącego Słońca w zupełnie nowym świetle. Oto 400-stronicowa książka ukazująca nam kontrastowość współczesnej Japonii, pełnej zapracowanych i przesiąkniętych sake salarymanów, przepysznych potraw i zupełnie nieszkodliwej, śmiertelnie trującej ryby, niekończących się zakupów, bossów przestępczej jakuzy, mężczyzn poprzebieranych w koronkowe sukienki, najlepszej na świecie komunikacji kolejowej z różowymi wagonami dla kobiet, supernowoczesnych toalet z czającymi się w nich demonami oraz nocnych lokali czynnych do godziny 26.00. To tylko nieliczne przykłady czekających tu na nas niespodzianek, oferowanych nam przez Tokio, któremu poświęcony został pierwszy tom tej niezmiernie pasjonującej japońskiej opowieści, skierowanej do każdego spragnionego mocnych wrażeń globtrotera. Japonia oczami fana: Zostawiłem serce w Tokio jest orientalną wędrówką wypełnioną niecodziennymi wydarzeniami i historiami wprost z kraju różowej wiśni sakura. Polecamy tę pozycję wszystkim miłośnikom dalekich podróży, a szczególnie wielbicielom Japonii.

 

Młodzi…

Siedzę w zatłoczonym barze przy jednej z ruchliwych tokijskich ulic. Kątem oka obserwuję siedzącą nieopodal czwórkę tokijczyków. Dwie młode dziewczyny gorączkowo rozprawiają o jakimś miejscu, do którego się wybierają. Rzeczywiście, Tokio to prawdziwy bezimienny labirynt. Tutaj ulice nie mają nazw, a dotarcie pod zapisany na kartce adres bez szczegółowej mapki okolicy jest nie lada wyczynem i nawet taksówkarz najczęściej nam nie pomoże. Ostatnią deską ratunku niejednokrotnie stają się przydrożni policjanci, których jedno z głównych zajęć polega na instruowaniu zagubionych ludzi, nie tylko turystów. Znowu spoglądam na stolik nieopodal. Dyskusję obu dziewcząt usłyszała dwójka młodych mężczyzn, siedząca przy równie malutkim, przylegającym stoliku. Prawie nie nawiązując kontaktu wzrokowego, dwaj młodzieńcy podchwytują temat i niby to między sobą tłumaczą sobie rozkład pobliskich ulic. Rozpoczyna się dziwna gra. Moje zamówienie dostarcza sympatycznie uśmiechnięta kelnerka, która wykonuje swoją pracę świetnie, choć w nieco zmechanizowany i sformalizowany sposób. Wgryzam się w potężnego, soczystego hamburgera z wysokiej jakości wołowiny i warzyw. Uporanie się z tak wielką porcją zajmuje mi dobre pół godziny, a gdy kończę posiłek, osobliwa „dyskusja” pomiędzy czwórką gości baru nadal trwa. W zasadzie nie wiadomo, czemu ma ona służyć, bo tak naprawdę każda z par wydaje się rozmawiać tylko ze sobą na jedynie przypadkowo zbieżny temat. Zastanawiam się, czy nie oglądam właśnie sceny podrywania w stylu tokijskim.

We współczesnej Japonii, zwłaszcza w dużych miastach, bycie singlem to świadomy wybór i sposób na życie. Młodzi Japończycy niechętnie wchodzą w stałe związki lub zakładają rodziny, bo nieposiadanie partnera, według wielu z nich, daje więcej możliwości, zwłaszcza gdy pracuje się tylko dorywczo lub pozostaje na utrzymaniu rodziców. Ostatnimi czasy zauważa się tu również odwrócenie tradycyjnego podziału na role społeczne. Mężczyźni coraz częściej rezygnują z robienia kariery i nie chcą poświęcać swojego życia na zarabianie na utrzymanie rodziny, gdy tymczasem kobiety łakną sukcesów na gruncie zawodowym i nie pragną spełniać się jako gospodynie domowe. Efektem tej zamiany jest dramatyczny spadek urodzin, nad którego ekonomicznymi skutkami łamią sobie głowy eksperci w całej Japonii.

 

…kontra starzy

Kolejne pokolenia Japończyków dzielą coraz większe różnice w poglądach na życie, które zdają się rozłamywać japońskie społeczeństwo. Jak już wspomniałem, tradycyjnie mężczyzna staje się pełnoprawnym członkiem społeczeństwa wtedy, gdy pracuje na pełen etat i utrzymuje rodzinę, a kobieta – kiedy rodzi i wychowuje dzieci oraz zajmuje się domem. Tradycjonaliści patrzą z niechęcią na wszelkie odstępstwa od tego oczywistego dla nich schematu. Tymczasem młodzi, którym państwo nie jest już w stanie zagwarantować pewnego zatrudnienia, tak jak ich rodzicom, zaczynają patrzeć na świat w zupełnie inny sposób. – Zapewniam mojemu synowi wyłącznie dach nad głową, żywić musi się sam – mówi mi z kwaśną miną jeden z moich tokijskich znajomych, wychowany w Stanach Zjednoczonych Japończyk, pracujący na wysokim stanowisku jako informatyk w jednej z japońskich korporacji. Siedzimy przy zielonej herbacie w jego domu, stojącym w centralnej części jednej z tokijskich dzielnic. Biorąc pod uwagę tutejsze ceny gruntów, sama ziemia może być warta fortunę, nie wspominając już o budynku. Jednak zarówno on, jak i jego pochodząca z Chin żona, również informatyczka w tej samej firmie, są ludźmi uśmiechniętymi i życzliwymi. Ich młodsza córka uczęszcza jeszcze do szkoły podstawowej, a dwudziestokilkuletni syn postanowił zostać gitarzystą, singlem i freeterem, czyli osobą bez stałego zatrudnienia, łapiącą nadarzające się okazje do czasowego zarobku. Pomiędzy nim i jego ojcem wyczuwa się napięcie, gdy ten pierwszy prezentuje nam swoje umiejętności gry na gitarze basowej. – Mój mąż zbyt „zjapońszczał” po przyjeździe do ojczyzny i podjęciu pracy w japońskiej firmie – szepcze do mnie z uśmiechem jego żona, choć w jej tonie daje się wyczuć także nutkę goryczy. Tymczasem pan domu wcale nie przypomina typowego salarymana, czyli  noszącego garnitur pracownika korporacji, a raczej otaku (czyli ogólnie rzecz ujmując, fana wytworów popkulturowych, takich jak manga, anime czy gry komputerowe), który w swym nieporządnym dresie i z niewielkim plecaczkiem przemierza uliczki Akihabary, tokijskiej dzielnicy słynącej z setek kolorowych przybytków japońskiej popkultury i elektroniki. Jako wielki miłośnik japońskiej animacji ze swoim nieodłącznym aparatem regularnie odwiedza fanowskie spotkania z idolkami – dziewczętami poprzebieranymi w koronkowe ciuszki i robiącymi słodkie minki do zdjęć ze swoimi wielbicielami. Sprzeczność…? Oto drugie imię Kraju Kwitnącej Wiśni – Japonii nieodgadnionej.

 FOT. JNTO/YASUFUMI NISHI Dzielnica Akihabara to ulubione miejsce m.in. fanów anime

 

Mała Japonia w centrum Polski

W miejscowości Stara Wieś, w województwie łódzkim, w powiecie radomszczańskim, w gminie Przedbórz, na obszarze malowniczego Przedborskiego Parku Krajobrazowego, działa od 10 października 2009 r. Centrum Japońskich Sportów i Sztuk Walki „Dojo – Stara Wieś” (www.dojostarawies.com). Data otwarcia tego ośrodka nie jest przypadkowa. Otóż w tym dniu przypadają urodziny senseia (nauczyciela, mistrza) Hidetaki Nishiyamy (1928–2008), słynnego karateki pochodzącego z Tokio, pierwszego prezydenta Międzynarodowej Federacji Karate Tradycyjnego (ITKF). Zainicjował on ten wielki projekt i od samego początku wspierał jego realizację. „Dojo – Stara Wieś” stanowi wspólne przedsięwzięcie Polskiego Związku Karate Tradycyjnego oraz Fundacji Rozwoju Karate Tradycyjnego. To unikatowy obiekt, stworzony w zgodzie z kanonami architektury japońskiej, będący największym na świecie centrum przeznaczonym do specjalistycznego treningu dalekowschodnich sportów i sztuk walki – zarówno dla zawodowców, jak i amatorów. Można w nim również poznać ducha, klimat i filozofię życia prosto z Kraju Kwitnącej Wiśni. Nic więc dziwnego, że ten oryginalny ośrodek szybko zyskał miano „małej Japonii w Polsce”. „Dojo – Stara Wieś” zapewnia wyśmienite warunki nie tylko sportowcom i miłośnikom Kraju Wschodzącego Słońca, ale także uczestnikom różnego rodzaju konferencji, szkoleń, spotkań integracyjnych czy biznesowych. W skład kompleksu wchodzi 16 domków noclegowych o wysokim standardzie (każdy dla 7–8 osób), gwarantujących gościom wygodę, ciszę, dużą dyskrecję oraz bliskość przyrody. Znajdują się tutaj też m.in. kamienne ogrody w stylu japońskim, sztuczne jezioro czy boisko do gry w piłkę nożną, siatkówkę i koszykówkę. Najważniejszym budynkiem (o powierzchni aż 2 tys. m²) jest wzniesione na wzgórzu Dojo, czyli miejsce treningów dla przedstawicieli wielu dyscyplin sportowych. Osoby odwiedzające ośrodek w Starej Wsi mogą skorzystać również z odnowy biologicznej, hydromasażu i sauny, a w klimatycznej herbaciarni skosztować naturalnego japońskiego naparu. Dodatkowe zajęcia, jak choćby warsztaty przygotowywania sushi, kaligrafii, ikebany (sztuki układania kwiatów), origami (składania papieru) czy kitske (sztuki wkładania kimono), przybliżą im fascynującą kulturę Japonii. Poza tym czekają tu na nich także doskonałe dania kuchni japońskiej i polskiej. – Wiele osób zadaje mi pytanie, dlaczego ulokowaliśmy nasz wspaniały projekt właśnie w Starej Wsi. Kiedy 15 lat temu po raz pierwszy przyjechałem tutaj i wszedłem na wzniesienie, na którym obecnie stoi hala treningowa, widok, jaki ukazał się moim oczom, urzekł mnie do tego stopnia, że zakochałem się w tym miejscu. Poczułem silną pozytywną energię  i już wiedziałem, że zbudujemy tu światowe centrum edukacyjne Budō, czyli japońskich sportów i sztuk walki – powiedział nam Włodzimierz Kwieciński, prezes Polskiego Związku Karate Tradycyjnego. Bez wątpienia każdy wielbiciel Kraju Kwitnącej Wiśni powinien odwiedzić ten uroczy zakątek w samym centrum Polski, gdzie odkryje magiczne miejsce, sprzyjające relaksowi, skupieniu, odnowie ciała i ducha, tak bardzo przypominające prawdziwą japońską wioskę.  

 


 

Artykuły wybrane losowo

WAKACJE Z PERSPEKTYWY SIODEŁKA

PAWEŁ PAKIEŁA

 

  FOT. TOURISMUSVERBAND MECKLEMBURG-VORPOMMERN

Aktywny wypoczynek staje się coraz bardziej popularną formą spędzania wolnego czasu. Z roku na rok przybywa w Polsce zwolenników turystyki rowerowej. Zamiana czterech kółek na dwa jest korzystna nie tylko ze względu na nasze zdrowie czy ochronę środowiska naturalnego. Rowerem można często dotrzeć w miejsca, do których samochodem nie da się po prostu dojechać, i to na dodatek dużo tańszym kosztem. Nie bez znaczenia pozostaje też fakt, że zamknięci w aucie tracimy możliwość nawiązania więzi z otoczeniem. Rowerzysta ma szansę na bezpośredni kontakt z przyrodą, a także przypadkowo spotkanymi na trasie ludźmi, co często staje się okazją do przełamania barier kulturowych i językowych. Wszystko, czego potrzebujemy do uprawiania tego rodzaju turystyki, to solidny rower. Podróżując w ten sposób, nie tylko oszczędzamy pieniądze, które musielibyśmy przeznaczyć na paliwo, i dbamy o nasze samopoczucie, lecz także poznajemy świat z zupełnie innej, niezmiernie interesującej perspektywy.

Więcej…

Peru w kolorach tęczy

 

LUCYNA LEWANDOWSKA

WWW.LUCYNA-LEWANDOWSKA.PL

 

Obchody Inti Raymi (Święta Słońca) w Cusco

025518 300

© HEINZ PLENGE PARDO/PROMPERÚ

 

W języku hiszpańskim nazwę „Peru” akcentuje się na ostatnią sylabę, przeciągając nieco literę „u”. W rozmowie z mieszkańcami zawsze warto wspomnieć, że bardzo podoba nam się ich ojczyzna. „Perú, hermoso país” („Peru, piękny kraj”) nie jest wcale jedynie kulturalną formułką, ponieważ to rzeczywiście wspaniałe miejsce na naszym globie, olśniewające niezmiernie zróżnicowanymi krajobrazami i fascynującą kulturą, ale chyba przede wszystkim zachwycające wręcz niesamowitą mozaiką barw.

 

Z podróży w te strony pozostają w pamięci soczysta zieleń Amazonii, błękit Oceanu Spokojnego, pomarańcz i brąz wyżyn oraz wielokolorowe stroje peruanos (Peruwiańczyków). Nic więc dziwnego, że wiphala, symbol kojarzony z imperium Inków (Tawantinsuyu), składa się z kwadratów w siedmiu kolorach. W swojej współczesnej wersji prezentują one spektrum światła widzialnego.

 

Już sam lot z Europy do Peru dostarcza barwnych widoków. Kiedy przemierzymy niebieski Atlantyk, przez kilka godzin przez okna samolotu możemy przyglądać się olbrzymiej puszczy amazońskiej. W pewnym momencie zielony las deszczowy niespodziewanie zamyka potężny łańcuch Andów. Gdy docieramy do mniej więcej 10-milionowej Limy, stolicy kraju, góry nagle ustępują miejsca kolejnemu oceanowi, tym razem Pacyfikowi.


KOLONIALNE MIASTO KRÓLÓW

 

Lima, niegdyś jeden z najbogatszych ośrodków Ameryki Południowej, nazywana bywa też miastem hiszpańskich konkwistadorów. Francisco Pizarro (1478–1541) założył ją prawie 500 lat temu (w styczniu 1535 r.) jako bazę do podboju państwa Inków. Aż do 1824 r. była stolicą Wicekrólestwa Peru. Pierwotnie tytułowano ją Miastem Królów (Ciudad de los Reyes). Mimo wielokrotnych trzęsień ziemi zabytki w Limie zachowały swój kolonialny charakter i wciąż przypominają o jej dawnym bogactwie. Świadczy o tym wpisanie w 1988 r. zabudowy historycznego centrum na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.

 

Najwięcej turystów przyciąga plac Broni (Plaza de Armas, inaczej Plaza Mayor). Nazwę tę nadawano dość często głównym placom w wielu miastach Ameryki Południowej, ponieważ tu podczas najazdów z zewnątrz rozdawano broń ludziom. W tym miejscu znajdują się największe zabytki kolonialne: Katedra (Catedral de Lima) z grobowcem Francisca Pizarra, Pałac Arcybiskupi (Palacio Arzobispal) z pięknymi zdobionymi balkonami i Pałac Wicekrólów, obecnie Pałac Rządu (Palacio de Gobierno), w którym w 1821 r. ogłoszono niepodległość Peru. Obowiązkowo należy również złożyć wizytę w XVII-wiecznej Bazylice św. Franciszka, tworzącej zespół architektoniczny wraz z pobliskim klasztorem (Basílica y Convento de San Francisco) i uchodzącej za jedną z najpiękniejszych budowli sakralnych na kontynencie. Za jej potężną fasadą kryje się wnętrze ozdobione freskami, pozłacanymi ołtarzami i malowidłami. Odwiedzających intrygują jednak przede wszystkim tajemnicze katakumby znajdujące się pod ziemią. Jak twierdzą przewodnicy, pochowano w nich 25 tys. osób. Po obejrzeniu złożonych w kolejnych salach kości i czaszek nabiera się przekonania, że liczba ta wcale nie jest zawyżona.

 

Prowincja Lima przyciąga turystów także nowoczesnym nadmorskim rejonem z widokiem na długie oceaniczne fale, idealne do surfowania. Prym na tym obszarze wiedzie ekskluzywny dystrykt Miraflores, położony praktycznie na skraju klifów. Władze regionu postanowiły stworzyć tutaj zespół parków z rzeźbami, oryginalnymi roślinami oraz ścieżkami do spacerów i uprawiania joggingu. W wysokich wieżowcach działają najlepsze w okolicy restauracje, sklepy, hotele i nocne kluby.

 

Na zainteresowanie zasługuje też limska kuchnia ze specjałem ceviche (cebiche), czyli marynowaną surową rybą podawaną z sokiem z limonki, z dodatkiem cebuli, papryki i soli. Warto zwrócić uwagę, że to tradycyjnie przyrządzane danie można spotkać zarówno w luksusowych lokalach, jak i małych ulicznych budkach. Poza tym limeños (mieszkańcy Limy) uwielbiają pisco – brandy wyprodukowane z winogron. Alkohol ten jest składnikiem koktajlu pisco sour, uznawanego niemal za symbol narodowy Peru.

 

INKASKI ŚWIAT

 

Dawna stolica Inków – Cusco (Cuzco) – leży na wysokości ok. 3400 m n.p.m., pośród łagodnych, najczęściej nagich wzgórz. W oddali wznoszą się przykryte śniegiem monumentalne andyjskie szczyty. Przed udaniem się w ten rejon warto sobie uświadomić, że Peru ze względu na swoje położenie blisko linii równika i zróżnicowane ukształtowanie terenu charakteryzuje się rozmaitymi rodzajami klimatu. W trakcie naszej zimy w tej okolicy bywa jednak dosyć ciepło. Choć nocą temperatura powietrza potrafi spaść do 0°C, to w ciągu dnia, na słońcu, wzrasta nawet do ponad 20°C.

 

Mimo iż blisko 84 proc. mieszkańców kraju posługuje się na co dzień hiszpańskim, ciągle używa się tu kilkunastu języków indiańskich, w tym keczua i ajmara. To właśnie od pochodzącego z tego ostatniego języka wyrażenia qusqu wanka („skała sowy”) wielu etymologów wywodzi nazwę Cusco. Według legendy założył je pierwszy inkaski władca Manco Cápac. Zgodnie z badaniami archeologów Inkowie przybyli tutaj na początku XIII stulecia. Ich ośrodek szybko stał się najważniejszym centrum gospodarczym i kulturalnym regionu, mogącym poszczycić się m.in. nowoczesnym systemem wodno-kanalizacyjnym. Prawdopodobnie stanowi najstarsze miasto na zachodniej półkuli zamieszkane nieprzerwanie do dziś.

 

Czas największego rozkwitu Cusco przypadł na XV w. Trzeba zaznaczyć, że państwo Inków (nazywane Tawantinsuyu, Tahuantinsuyo)liczyło wtedy ok. 14 mln mieszkańców i rozciągało się na terenach należących obecnie do Ekwadoru, Peru, Boliwii, Chile, Argentyny i Kolumbii. Ten wyjątkowy okres skończył się wraz z przybyciem Hiszpanów. W listopadzie 1533 r. Francisco Pizarro podbił miasto. Trzy lata później spalono je, aby stłumić antyhiszpańskie powstanie. Na gruzach Cusco kolonizatorzy postawili nowe budynki. Wznieśli je m.in. z pozostałości po inkaskiej zabudowie. Z biegiem czasu okazało się, że mury konstruowane przez Inków z odpowiednio ociosanych kamieni potrafią przetrwać kolejne trzęsienia ziemi, hiszpańska architektura natomiast często ulegała zniszczeniom i wiele obiektów trzeba było wciąż stawiać od nowa.

 

Do dzisiaj możemy podziwiać tu zarówno budowle konkwistadorów, jak i fragmenty pierwotnego miasta. Centralnym placem jest – oczywiście – Plaza de Armas, przy którym wznosiła się niegdyś świątynia ku czci boga słońca (Coricancha). Stanowiła ważny ośrodek kultu, miejsce koronacji i pochówku inkaskich królów. Obecnie znajduje się w tym rejonie Klasztor św. Dominika Guzmána (Convento de Santo Domingo), w którym obejrzymy pozostałości pierwotnego obiektu. Przy głównym placu stał również pałac XV-wiecznego władcy Inków Viracochy (Huiracocha Inca). Na jego fundamentach wybudowano Katedrę (Catedral del Cusco), symbol nowego miasta. Hiszpanie zakończyli prace nad kościołem po ponad 100 latach. W ich trakcie używali kamieni pochodzących z murów pobliskiej inkaskiej twierdzy Sacsayhuamán. W środku, oprócz bogatych dekoracji, możemy podziwiać m.in. obraz peruwiańskiego malarza Marcosa Zapaty (ok. 1710–1773) przedstawiający ostatnią wieczerzę. W odróżnieniu od europejskich wersji tej sceny na stole przed Jezusem i apostołami autor umieścił półmisek z daniem typowym dla Peru – pieczoną świnką morską (kawią domową).

 

O potędze Inków świadczy wspomniana twierdzaSacsayhuamán,która góruje nad Cusco. Chociaż do dziś przetrwały jedynie jej ruiny, nadal zachwyca turystów. Plan fortecy przypomina kształtem pysk pumy – zygzakowate mury przywodzą na myśl zęby. Została ona wzniesiona z gigantycznych kamiennych bloków idealnie przylegających do siebie bez zastosowania jakiejkolwiek zaprawy. Największe z zachowanych głazów ważą 300–350 t. Budowa twierdzy trwała mniej więcej 50 lat i według badaczy musiało przy niej pracować ok. 20 tys. robotników. Trzeba zdawać sobie sprawę z tego, że Inkowie nie znali koła, nie używali zwierząt pociągowych, a poszczególne kamienie dopasowywali do siebie jedynie za pomocą narzędzi.

 

Spacer ulicami Cusco to także doskonała okazja do przyjrzenia się niezwykłym ubraniom jego mieszkańców, łączącym tradycyjne elementy stroju ludowego z wpływami hiszpańskimi. W wielu rejonach Peru typowym kobiecym ubiorem jest suto marszczona, wielowarstwowa spódnica sięgająca kolan, ściągnięta szerokim i bogato zdobionym pasem. Zamiast torebek czy plecaków Peruwianki używają kolorowych, pasiastych tkanin zwanych mantami. Noszą w nich m.in. warzywa, drewno i… dzieci. Mężczyźni ubierają się na ogół po europejsku, choć można spotkać też panów w klasycznych, barwnych poncho. W okolicy Cusco i jeziora Titicaca dopełnieniem zarówno damskiego, jak i męskiego stroju są kapelusze podobne do meloników, zapewne pozostałość po hiszpańskich kolonizatorach.

 

SZLAKIEM INKÓW

 

Mimo iż dawna stolica Inków leży ok. 450 km w linii prostej od wybrzeża, a ze względu na ukształtowanie terenu od Pacyfiku dzieli ją trasa o długości ponad 650 km, to ryby złowione w oceanie trafiały świeże na stół ich władcy. Dzięki rozbudowanemu systemowi szlaków specjalnie przeszkoleni gońcy (chasquis) mogli przemieszczać się bardzo szybko. Również i dzisiaj turyści mają okazję docenić wielkość rozwijającej się w tym regionie cywilizacji.

 

Odtworzona kamienna Droga Inków (Camino Inca), wiodąca w dolinie Urubamby na północny zachód od Cusco, należy bez wątpienia do najpiękniejszych tras turystycznych świata. Dziennie wpuszcza się na nią maksymalnie tylko 500 osób, a rezerwacji trzeba dokonywać kilka miesięcy wcześniej z uwagi na dużą liczbę chętnych.

 

W ciągu od 2 do 5 dni przechodzi się zarówno przez las deszczowy z niezliczoną ilością egzotycznych kwiatów i ptactwa, jak i przez wysoko położone przełęcze, z których najwyższa to Warmiwañusqa (4200 m n.p.m.). Na odpoczynek uczestnicy wyprawy zatrzymują się w inkaskich ruinach, robiących imponujące wrażenie pośród górskiego krajobrazu. Zwieńczeniem całej wędrówki jest wizyta w najbardziej znanym mieście Inków – Machu Picchu (ok. 2430 m n.p.m.).

 

TAJEMNICA Z PRZESZŁOŚCI

 

Do słynnego ośrodka w Andach można dotrzeć nie tylko pieszo, ale także pociągiem PeruRail z Cusco. Dojeżdża się wówczas do miejscowości Aguas Calientes, skąd dalej o własnych siłach bądź autobusem należy udać się już bezpośrednio do zapierających dech w piersiach ruin.

 

Inkowie wznieśli kompleks Machu Picchu w połowie XV w., kiedy ich cywilizacja znajdowała się u szczytu potęgi. Mieszkali w nim zaledwie przez ponad 100 lat. Z nieznanych nam przyczyn opuścili miasto w 1572 r. Być może zrobili to ze względu na szerzącą się epidemię jakiejś choroby, brak wody lub stopniowy upadek państwa spowodowany hiszpańską inwazją, chociaż mimo niewielkiej odległości od Cusco (ok. 130 km), konkwistadorzy nigdy tu nie dotarli. W ciągu kolejnych 350 lat górskie ścieżki prowadzące do ośrodka zarosły, a wśród kamiennych budowli zaczęła rządzić natura. O istnieniu miejsca wiedzieli nieliczni Indianie. Dla świata odkrył je amerykański naukowiec Hiram Bingham III (1875–1956) 24 lipca 1911 r.

 

Otoczenie Machu Picchu wygląda niemal bajkowo. Miasto powstało na wysoko położonym siodle (ponad 2400 m n.p.m.), pomiędzy Młodym Szczytem (Huayna Picchu lub Wayna Picchu, ok. 2700 m n.p.m) a Starym Szczytem (Machu Picchu). W dolinie leżącej 400 m niżej wije się rzeka Urubamba, a stoki wokół porastają bujne lasy. Inkowie wykorzystali naturalne ukształtowanie terenu i rozplanowali swój ośrodek na tutejszych skalnych półkach. Do domów i pól uprawnych na specjalnie przygotowanych tarasach woda docierała licznymi kanałami tworzącymi razem rozbudowany system. Wszystkie budowle, zarówno mieszkalne, jak i te o znaczeniu religijnym, wzniesiono z ciosanych i dobrze dopasowanych kamieni.

 

Indianie zastosowali tu też swoją wiedzę dotyczącą astronomii. W Świątyni Trzech Okien (Templo de las Tres Ventanas) promienie słoneczne wpadają do wnętrza tylko w określonych porach dnia. Umieszczony natomiast na niewielkim wzgórzu kamień Intiwatana prawdopodobnie służył kapłanom jako kalendarz i zegar astronomiczny.

 

Do dziś badacze nie są pewni, jakie znaczenie miało Machu Picchu w inkaskim imperium. O wyjątkowości miasta świadczy nieduża liczba jego mieszkańców (prawdopodobnie żyło w nim od 300 do 1 tys. osób) i fakt, że na tutejszej nekropolii odkryto dużo więcej grobów kobiet niż mężczyzn. Być może stanowiło ono ośrodek religijny, na co wskazywałyby liczne obiekty kultu.

 

Widok na Machu Picchu z charakterystyczną sylwetką Huayna Picchu

022330 300

© PILAR OLIVARES/PROMPERÚ

 

LINIE NA PUSTYNI

 

Większość turystów odwiedzających Machu Picchu bywa tak zachwyconych oszałamiającymi widokami, że uznaje je za jedno z najwspanialszych stanowisk archeologicznych na świecie. Warto jednak zdawać sobie sprawę z tego, iż Inkowie byli nie tyle twórcami, ile spadkobiercami ludów andyjskich, żyjących znacznie wcześniej. Na terytorium dzisiejszego Peru rozwijały się po sobie kultury Vicús, Chavín, Cupisnique, Pucará, Recuay, Cajamarca, Lima, Huarpa (Warpa), Lambayeque (Sicán), Nasca (Nazca), Paracas, Tiahuanaco, Wari (Huari), Pachacámac (Pacha Kamaq), Chincha, Chachapoyas, Colla, Lupaca, Chiribaya, Maranga, Huamachuco, Huanca (Wanka), Chancay, Moche (Mochica) i Chimú. Do naszych czasów przetrwało dostatecznie wiele obiektów i przedmiotów świadczących o wielkich umiejętnościach i twórczej wyobraźni ich autorów. Są wśród nich zarówno monumentalne budowle, jak i wymyślne wyroby ze złota.

 

Do najbardziej niezwykłych przykładów starożytnej architektury krajobrazu należą ogromne znaki utrwalone na płaskowyżach oddalonych o ok. 90 km od wybrzeża Peru. Największe ich zagęszczenie znajdziemy w pustynnym rejonie Pampas de Jumana, między miejscowościami Nasca (Nazca) i Palpa. Tajemnicze linie i rysunki powstawały między VI w. p.n.e. a VI stuleciem n.e. Na temat ich pochodzenia i przeznaczenia wysunięto mnóstwo hipotez, a niekiedy wręcz sensacyjnych teorii. Znalezione w pobliżu przedmioty identyfikowane z kulturą Nasca mogą świadczyć o tym, że znaki te były dziełem mieszkańców tej okolicy. Według badaczy do stworzenia większości rytów wystarczyło tylko kilku ludzi wyposażonych w tyczki i sznurek jako prosty przyrząd mierniczy oraz miotłę. W jakim jednak celu powstały te osobliwe wzory, zapewne nigdy się już nie dowiemy.

 

Wyróżnia się tutaj szczególnie kilka rysunków, takich jak m.in. przedstawienia kolibrów, kondorów, czapli, żurawia, pelikana, mewy, papugi, małpy, pająka, ślimaka, psa, 27-metrowego walenia, węża, ryby, kaktusów i kwiatów. Ze względu na ich gigantyczne rozmiary geoglify te w całości można podziwiać wyłącznie z dużej wysokości, np. podczas lotu samolotem. W nieodległej miejscowości Nasca organizowane są tego typu wycieczki dla chętnych.

 

KRAINA SZEŚCIOTYSIĘCZNIKÓW

 

Z pustynnego płaskowyżu przenosimy się dla odmiany w ośnieżone Andy. Białe szczyty, ostre słońce i lazurowe jeziora – tym właśnie charakteryzuje się Park Narodowy Huascarán (Parque Nacional Huascarán), który dzięki swojej wyjątkowości został wpisany w 1985 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Znajduje się w nim na obszarze 3400 km² 296 akwenów, 41 rzek, ponad 660 lodowców i 27 sześciotysięczników, w tym najwyższa góra Peru, czyli Nevado Huascarán (6768 m n.p.m.), stanowiąca cel spragnionych wrażeń miłośników wspinaczki.

 

Na tym obszarze wyróżnia się siedem stref roślinnych: od wilgotnych lasów po formacje wysokogórskie. Rośnie tutaj np. kantuta (Cantua buxifolia), uznawana za narodowy kwiat Peru. Spośród żyjących w tych stronach zwierząt warto wymienić andoniedźwiedzia okularowego (niedźwiedzia peruwiańskiego), który jest jedynym gatunkiem z rodziny niedźwiedziowatych występującym w Ameryce Południowej.

 

Nie tylko amatorzy turystyki wysokogórskiej znajdą w parku coś dla siebie. Niektóre jego malownicze zakątki da się zwiedzić w ciągu jednego dnia, zarówno podczas wycieczki pieszej czy rowerowej, jak i wyprawy na mule.

 

LIŚCIE KOKI W FILIŻANCE

 

W trakcie przemierzania płaskowyżu Altiplano na pewno zauważymy, jak powszechnie miejscowi spożywają liście koki. W Peru można je kupić legalnie za niewielkie pieniądze na każdym targowisku, nierzadko nawet w sporych workach. Ludzie zamieszkujący te tereny już 8 tys. lat temu żuli kokę m.in. dlatego, że dzięki temu odczuwa się mniejszy głód, a wędrówka, dźwiganie bagażu lub wykonywanie innych czynności na dużych wysokościach nie wymagają tyle wysiłku co zazwyczaj.

 

Krzew kokainowy (Erythroxylum coca) odgrywa istotną rolę w kulturze andyjskiej. Jego liście, przypominające kształtem liście laurowe, ofiarowywane były bogom, a w czasach Inków używały ich głównie klasy uprzywilejowane. Ponad 100 lat temu (od 1885 do 1929 r.) wykorzystywano je do produkcji coca-coli. Obecnie mieszkańcy andyjskich wyżyn żują kokę i sporządzają z niej napar zwany mate de coca (lub té de coca). Napój ten (zwalczający objawy choroby wysokogórskiej), traktowany jak herbata, podawany jest nawet w ekskluzywnych hotelach. Liście z krzewu kokainowego stanowią też dodatek do tutejszych ciastek i cukierków. Warto pamiętać, że turyści mogą bez przeszkód wywozić z kraju tego typu produkty, ale nie samą roślinę.

 

WEŁNA BOGÓW

 

Stepowe płaskowyże Peru, pokryte niską roślinnością, są naturalnym środowiskiem życia dla bardzo sympatycznych i pożytecznych dla człowieka zwierząt. Lamy andyjskie, alpaki i wikunie andyjskie (wigonie) należą do jednej rodziny wielbłądowatych. Z daleka wyglądają podobnie, jednak alpaka trochę bardziej przypomina owcę, wikunia z kolei jest z nich wszystkich najbardziej smukła. Słowo llama (polskie „lama”) wywodzi się z języka keczua. Hiszpanie tłumaczyli je jako„owca”. Później za pośrednictwem języka hiszpańskiego wyraz przyswoili sobie inni mieszkańcy Europy.

 

Wikunie w Peru objęte są ochroną. Na trasach przelotowych, z dala od miast, można zobaczyć znaki informujące o ich występowaniu. W takich okolicach na drogach umieszczono specjalne progi spowalniające ruch samochodowy ze względu na pasące się zwierzęta. Lamy i alpaki w Ameryce Południowej odgrywały ważną rolę w gospodarstwie już ponad 5 tys. lat temu. Trzymano je dla pozyskiwanej z ich sierści przędzy oraz dobrego mięsa, które zawiera bardzo dużo białka i jednocześnie zaskakująco mało cholesterolu i tłuszczu. I choć hodowla lam bardziej się rozpowszechniła, to jedynie wełnę z alpak nazywa się wełną bogów.

 

Już w czasach Inków takie wełniane tkaniny kojarzono z luksusem, a ubrania z nich wykonane nosiła inkaska arystokracja. Także i dzisiaj tego typu odzież sporo kosztuje, ponieważ sama przędza jest wyjątkowo miękka, delikatna i lekka, a zrobione z niej rzeczy są trzy razy cieplejsze niż te z włókien owczych i trzykrotnie bardziej odporne na ścieranie. O niezwykłej wytrzymałości materiału mogą zaświadczyć odkrycia archeologiczne. W peruwiańskich grobowcach znaleziono przedmioty z wełny z alpak pochodzące jeszcze sprzed narodzin państwa Inków.

 

Wysepki Uros na jeziorze Titicaca

020838 300

© JUAN PUELLES/PROMPERÚ

 

DRYFUJĄCE WYSPY

 

Jeśli udamy się w góry na granicy z Boliwią, będziemy mogli podziwiać wyjątkowy krajobraz, który tworzą dwa pasy przepięknego błękitu przedzielone brązowymi wzgórzami i błyszczącymi od śniegu szczytami. Takie widoki zapewnia Titicaca – najwyżej położone żeglowne jezioro świata (3812 m n.p.m.). To również drugie co do wielkości jezioro w Ameryce Południowej (po Maracaibo w Wenezueli). W najszerszym miejscu mierzy niemal 80 km, a jego całkowita powierzchnia wynosi ok. 8400 km². Jest więc ok. 74 razy większe od polskich Śniardw.

 

Główne miasto w tym rejonie – 150-tysięczne Puno – stanowi bardzo dobrą bazę wypadową do poznawania okolicy. W porcie warto zobaczyć historyczną kanonierkę Yavarí, która została zbudowana w Wielkiej Brytanii w 1862 r., a potem w częściach dotarła nad Titicacę. Statek złożono ostatecznie w 1870 r. Był wykorzystywany przez ponad 100 lat (do 1975 r.).

 

Największą atrakcją jeziora są jednak wyspy Uros (Urus) z trzciny totora, które mogą… pływać (na terytorium Peru istnieje ich ponad 20). Kiedyś swobodnie dryfowały, terazprzycumowuje się je w jednym miejscu. Sama roślina przez wieki była podstawowym produktem dla tutejszej ludności. Indianie Uro (Uru) przygotowywali z niej herbatę, jedli słodki rdzeń, dorzucali ją do paleniska. Dzisiaj wciąż z trzciny buduje się domy i łodzie (tzw. caballitos de totora) oraz wyrabia meble i pamiątki. Średnio co trzy miesiące na zgniłe fragmenty wyspy kładzie się nową warstwę liści i łodyg. Po ok. 20 latach całą konstrukcję trzeba wymienić.

 

Część regionu pozostaje zamieszkana. Indianie żyją tu głównie z rybołówstwa, choć turystyka staje się coraz ważniejszym źródłem ich dochodów. Miejscowi często porzucają język uro (uru) na rzecz ajmara czy hiszpańskiego.

 

Na jeziorze znajdują się też naturalne wyspy. Taquile słynie z wyrobu tkanin. W 2008 r. ta sztuka została wpisana oficjalnie na Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Jej mieszkańcy (taquileños) aż do lat 50. XX w. żyli w niemal całkowitej izolacji, dzięki czemu wciąż łączy ich silne poczucie wspólnoty. Noszą typowe jedynie dla Taquile stroje. Kobiety zakładają czarne lub czerwone spódnice (polleras) i różowe bluzki (almillas), a na głowę i ramiona długie, czarne chusty, które z tyłu sięgają kolan (chuku). Mężczyźni ubierają się przeważnie w czarne spodnie z szerokim, kolorowym pasem i białe koszule. Ten zwyczaj, inspirowany wyglądem hiszpańskich chłopów, pojawił się z końcem XVI w., kiedy to konkwistadorzy zabronili taquileños używania tradycyjnego ubioru.

 

Chociaż tkaniny wytwarza niemal cała lokalna społeczność, bez względu na wiek i płeć, to kobiety głównie przygotowują przędzę, a mężczyźni tkają i robią na drutach. Najbardziej charakterystycznymi częściami stroju są szeroki paskalendarzowy, przedstawiający coroczny cykl prac i obrzędów, oraz wełniana czapka chullo z nausznikami, która w różnych wariantach, nie tylko kolorystycznych, jest popularna w całym kraju.

 

KANION SZYBUJĄCYCH KONDORÓW

 

Polacy pozostawili po sobie w Peru dwa ważne ślady. Polski inżynier Ernest Malinowski (1818–1889) wybudował w nim drugą najwyżej położoną linię kolejową na świecie (Ferrocarril Central del Perú – Centralną Kolej Transandyjską). Natomiast w maju 1981 r. dziką, spienioną rzeką na dnie kanionu Colca po raz pierwszy w historii spłynęła grupa kajakarzy z Polski z Andrzejem Piętowskim (kierownikiem wyprawy) na czele. Wyczyn ten został wpisany do Księgi rekordów Guinnessa i przyniósł temu miejscu sławę. W dowód wdzięczności mieszkańcy pobliskiego miasteczka Chivay nazwali główną 6-kilometrową ulicę Avenida Polonia, czyli aleją Polska.

 

Cañón del Colca uważa się za drugi najgłębszy kanion na ziemi (po Cotahuasi, leżącym także w Peru). Panorama rozpościerająca się z jego stromych brzegów zapiera dech w piersiach. Górne krawędzie wznoszą się na wysokość 4–5 tys. m n.p.m. Dno znajduje się na poziomie od 950 do 3050 m n.p.m. W węższej części kanionu ściany pozbawione są roślinności. U jego wylotu, odległość między brzegami staje się coraz szersza, a na zboczach leżą przepiękne tarasy uprawne.

 

Największe wrażenie wywiera jednak widok kondorów wielkich o poranku. W miejscu zwanym Krzyżem Kondora (Cruz del Cóndor) pojawia się ich najwięcej. Te olbrzymie ptaki (o rozpiętości skrzydeł sięgającej ponad 3 m) przelatują często kilkanaście metrów ponad głowami turystów. Zjawiają się regularnie z samego rana. W wyniku stopniowego ogrzewania promieniami słońca zimnego powietrza z dna kanionu powstają wznoszące prądy, które kondorom widocznie bardzo odpowiadają.

 

TĘCZOWA KRAINA

 

W Peru wciąż spotyka się ślady po mieszkańcach dawnego imperium, którzy zdołali rozwinąć tu rolnictwo, zbudować potężne państwo i założyć miasta w rejonach pięknych, choć ciężkich do życia. Ludzie w tym regionie zawsze uczyli się pokonywać trudności. Widać to nie tylko w opuszczonym Machu Picchu, ale również w niemal 1-milionowej Arequipie, drugim co do wielkości ośrodku w kraju, otoczonym przez wulkany i nawiedzanym przez trzęsienia ziemi. Stare domy i świątynie zbudowane są w nim ze skamieniałej lawy. W bujnym amazońskim lesie równikowym, z dala od cywilizacji Indianie od setek lat zakładają swoje skromne osady.

 

To poza tym niezmiernie zaskakująca kraina. Na kolorowych procesjach i festynach rytuały prekolumbijskie przenikają się z tradycjami katolickimi i lokalnymi zwyczajami. Mężczyźni nad jeziorem Titicaca robią na drutach. Kobiety w górach noszą męskie kapelusze. Na obiad możemy zjeść tutaj pieczoną świnkę morską, a w hotelu zamówimy herbatę z liści koki. Nawet ziemniaki występują aż w kilkudziesięciu odmianach i mają różną barwę: od brązu i żółci po fiolet i czerwień. Dlatego żeby opisać Peru, trzeba użyć całej palety kolorów. W końcu nawet flagi w Cusco są tęczowe.

 

Cruz del Cóndor i Indianie oferujący turystom pamiątki i barwne tekstylia

025850 300

© JAMES POSSO/PROMPERÚ

 

Dziewiczy Honduras – tutaj jest wszystko

 

MICHAŁ DOMAŃSKI

 

Ten mało znany w Polsce kraj uważa się za jeden z najpiękniejszych w Ameryce Środkowej, a jednocześnie niezadeptany przez turystów i ciągle dziewiczy. Serca podróżników zdobywają w nim malownicze, soczyście zielone góry porośnięte gęstymi lasami, rwące rzeki, bezcenne zabytki Majów, rajskie wyspy na Morzu Karaibskim, przepiękna rafa barierowa, olbrzymia dziewicza tropikalna dżungla, sympatyczni i gościnni mieszkańcy czy też wyśmienita miejscowa kawa… Doskonale czują się tutaj miłośnicy prekolumbijskich kultur, latynoskiej muzyki, plażowania oraz amatorzy raftingu, nurkowania i trekkingu. O jakim kraju mowa? O tajemniczym i zapierającym dech w piersiach Hondurasie…

Więcej…