KAROLINA WUDNIAK

www.tropimyprzygody.pl

 

Nie zakochałam się w Chile miłością namiętną i porywającą. Nawet nie było to zauroczenie, ale raczej przelotna znajomość, która – ku mojemu zaskoczeniu – zamieniła się w przyjaźń. Okazało się, że to związek na lata. Ta przyjaźń nakazuje mi tęsknić za niezwykłymi ludźmi, których tu poznałam, i wrócić do niesamowitych miejsc, jakich nie zdążyłam jeszcze zobaczyć.

 

FICH 2016 JEJ 0044 fot

Księżycowy krajobraz Valle de la Luna robi niesamowite wrażenie

© BANCO DE IMÁGENES SERNATUR/JUAN ERNESTO JAEGGER

 

Powodów do powrotu znajdzie się co najmniej tyle, ile wyjątkowych zakątków w tym kraju. A ponieważ Chile jest tak różnorodne jak długie, mamy w czym wybierać: od najsuchszej niepolarnej pustyni na świecie, przez zielone lasy z endemicznymi drzewami, wysokie Andy, niziny, ocean, aż po lodowce i fiordy. Chociaż terytorium państwa rozciąga się na pół kontynentu południowoamerykańskiego (rozciągłość południkowa wynosi mniej więcej 4,3 tys. km), jego wschodnią granicę od zachodniego wybrzeża dzieli średnio zaledwie ok. 180 km. 

 

Od zachodu chilijskie brzegi oblewa Ocean Spokojny, na południowym krańcu znajduje się natomiast niewielki region z dostępem do Atlantyku. Szczyty Andów wznoszą się wzdłuż wschodniej granicy. Na północy leży Altiplano (płaskowyż śródgórski) i najsuchsza niepolarna pustynia na ziemi Atakama. W środkowej części Chile panuje głównie klimat śródziemnomorski, dlatego uprawia się tu winorośl i produkuje wino, w rejonie położonym najdalej na południe zimy są ostre, a dni krótkie. Do kraju należy też Wyspa Wielkanocna z tajemniczymi posągami moai oraz owiany złą sławą wśród żeglarzy przylądek Horn. Każdy znajdzie więc tutaj coś dla siebie.

 

CAŁKIEM INNY ŚWIAT

 

FICH 2016 JEJ 0032 fot

El Tatio – pole z gejzerami w Andach

© BANCO DE IMÁGENES SERNATUR/JUAN ERNESTO JAEGGER

 

Do San Pedro de Atacama przyjechałam z Boliwii. Najpierw spędziłam noc w autobusie, potem kilka godzin czekałam na granicy, gdzie zarekwirowano mi… pomarańczę. Do Chile nie wolno wwozić produktów organicznych. Osoby wkraczające na terytorium kraju są pod tym względem dokładnie sprawdzane, a za niezadeklarowanie takich towarów grozi wysoki mandat. Pół następnego dnia spędziłam w kolejnym autobusie. Za oknem rozpościerały się widoki podobne do tych z Boliwii, w końcu wciąż znajdowałam się na Altiplano. W oddali wznosiły się góry, krajobraz był surowy, jak okiem sięgnąć ciągnęły się ogromne przestrzenie. Gdy ziemia stała się czerwona, zaczęłam się zastanawiać, czy na pewno jestem nadal na tej samej planecie, a nie na Marsie. Pejzaże z pustyni Atakama często porównuje się z marsjańskimi. Widoki na północy Chile są zdecydowanie nieziemskie! 

 

Dojeżdżam do miasteczka San Pedro de Atacama z wąskimi ulicami, niskimi domami adobe (zbudowanymi z suszonej cegły) i również czerwoną ziemią. Miejscowość ma niewątpliwie swój urok, który od dawna przyciąga turystów z całego świata – trudno w niej o ciszę i spokój, wszędzie panuje tłok, słychać rozmaite języki. Temperatury są wysokie, choć jestem tu w czerwcu, na początku zimy. Słońce pali niemiłosiernie, ale kiedy tylko schowa się za chmury, szybko trzeba zakładać kurtki i czapki. Nocą naprawdę można zmarznąć. 

 

To właśnie San Pedro de Atacama stanowi bazę wypadową na pustynię. Stąd wyjeżdża się podziwiać jej niezwykłe krajobrazy. Atakama nie jest po horyzont pokryta piaskiem, w którym grzęzną stopy. To kraina surowa, twarda, różnokolorowa – pustynia miejscami kamienista, gdzie indziej piaszczysta, a nawet solna, zawsze jednak sucha. Podobno są tutaj strefy, w których ani jedna kropla deszczu nie spadła przez blisko 400 lat! Czasem, kiedy bardzo rzadkie opady nawiedzą ten region, ziemia pokrywa się kolorowymi kwiatami. Ostatni raz pustynia zakwitła w październiku 2015 r., a więc trochę ponad pół roku przed moim przyjazdem. Cóż zrobić, nie było mi dane zobaczyć tego wyjątkowego widoku. Jednak nawet sucha robi piorunujące wrażenie. Nieopodal miasteczka (niecałe 15 km od niego) czeka Dolina Księżyca (Valle de la Luna), do której można pojechać choćby wypożyczonym rowerem. Jak sama nazwa wskazuje, zachwyca księżycowym krajobrazem. Trochę dalej na północ leży El Tatio (tata-iu w wymarłym języku kunza, nazywanym również atakameńskim, którym do XIX stulecia posługiwali się Indianie Atakama zamieszkujący Altiplano w Chile, Argentynie i Boliwii, oznacza „płaczącego dziadka”), czyli pole ok. 80 gejzerów buchających gorącymi gazami. Natomiast na południowym wschodzie znajduje się Rezerwat Narodowy Flamingów (Reserva Nacional Los Flamencos), gdzie oprócz pustyń solnych (np. Salar de Tara czy Salar de Atacama) wiosną i latem można zobaczyć właśnie te ptaki. 

 

Atakama zachwyca urodą nie tylko w dzień, ale i w nocy. Ze względu na położenie geograficzne, wysokość nad poziomem morza oraz niewielką ilość świateł i zanieczyszczeń płynących z nielicznych osad ludzkich jest jednym z miejsc z najczystszym niebem na ziemi. Dzięki temu można tu z łatwością obserwować gwiazdy. Właśnie dlatego znajdują się w tym rejonie obserwatoria astronomiczne. Poza wielkimi ośrodkami, do których dostęp mają jedynie naukowcy, działa też kilka mniejszych, stworzonych dla turystów, którzy interesują się astronomią i chcą poszerzyć swoją wiedzę o wszechświecie. Taka wycieczka odbywa się – oczywiście – późnym wieczorem. W jej trakcie ogląda się niebo przez profesjonalne teleskopy. Uważam, że to wspaniałe doświadczenie i stanowi znakomite zwieńczenie pobytu na pustyni Atakama.

 

MIEJSKA SZTUKA ULICZNA

 

Już północ Chile udowodniła mi, że to kraj o niesamowitych warunkach naturalnych. Nadszedł więc czas, aby zajrzeć do miast i sprawdzić, czy w nich także jest równie ciekawie. Na początek wybieram stolicę, czyli Santiago (Santiago de Chile). Jak przystało na wielomilionową metropolię, miasto tętni życiem w dzień i w nocy. Błądzę wśród pięknych XIX-wiecznych kamienic historycznego centrum, zaglądam na plac Broni (Plaza de Armas), do neoklasycystycznej Katedry Metropolitalnej (Catedral Metropolitana), zatrzymuję się w jednej z wielu kawiarni. W Santiago bez większego trudu można znaleźć lokal, w którym serwują świetnej jakości i dobrze przyrządzoną kawę. W większości miejsc poza stolicą podaje się ją – niestety – w wersji rozpuszczalnej. Potem czeka mnie wjazd kolejką na Wzgórze św. Krzysztofa (Cerro San Cristóbal, ok. 880 m n.p.m.) w Parku Metropolitalnym (Parque Metropolitano de Santiago). Można również wejść na nie pieszo, ale przejażdżka funikularem jest atrakcją samą w sobie. Ze szczytu rozpościera się panorama całego Santiago i z pięknymi Andami dzielącymi Chile od Argentyny w tle. Warto udać się tu przed zachodem słońca, aby podziwiać miasto w złotej poświacie. Po zapadnięciu zmierzchu budzi się położona poniżej dzielnica Bellavista. W niej właśnie mieszczą się knajpki i kluby, które wypełniają się po brzegi rozbawionymi ludźmi w późnych godzinach nocnych. W tym rejonie stolicy znajduje się też mnóstwo naprawdę świetnych murali. Nie mogłam więc przestać błądzić po ulicach w poszukiwaniu coraz to nowych dzieł. Sztukę uliczną można podziwiać także w dzielnicach Yungay (Quinta Normal) i Brasil, które są dużo spokojniejsze niż centrum miasta.

 

W jakości murali i instalacji artystycznych Santiago dorównuje Valparaíso, nadmorski port położony na kilkudziesięciu wzgórzach. Mieszkańcy stolicy bardzo chętnie uciekają do niego w weekendy. Wcale im się nie dziwię. Miasto przyciąga jak magnes i nie chce wypuścić ze swoich objęć, kiedy już poczuje się jego atmosferę. Mnie trzymało na tyle mocno, że z zaskakującą łatwością zapomniałam o odlocie mojego samolotu. Nie tylko ja dałam się wciągnąć temu kolonialnemu portowi. Chilijski laureat literackiej Nagrody Nobla Pablo Neruda (1904–1973) swoją Odę do Valparaíso rozpoczął tymi słowami: Valparaíso, / jakże absurdalne / jesteś, / jakie szalone (tłumaczenie własne fragmentu Valparaíso, / qué disparate / eres, / qué loco). Coś w tym jest, wszak w tym mieście stare miesza się z nowym, piękno z brzydotą, spokój z zamętem. Zresztą właśnie tutaj wspomniany poeta miał jeden ze swoich trzech domów. Dziś działa w nim jego muzeum (podobnie jak w dwóch pozostałych w Santiago i Isla Negra). Warto odwiedzić to miejsce, a podczas schodzenia ze wzgórza Bellavista rozglądać się w poszukiwaniu pięknych murali należących do Muzeum pod Otwartym Niebem (Museo a Cielo Abierto). To jednak nie jedyne wzniesienie ozdobione sztuką uliczną – podobnie wyglądają Alegre i Concepción. Na szczęście, spacer w ich okolicach nie musi być zbyt męczący, bo na większość tutejszych wzgórz wjeżdżają ascensores, czyli kolejki szynowe. Zachody słońca nad oceanem oglądane sprzed pięknych kolorowych domów stojących na wzniesieniach w Valparaíso są jednym ze wspomnień, które pchają mnie z powrotem do Chile. 

 

TAJEMNICA WIELKICH POSĄGÓW

 

FICH 2017 SER 0538

Moai stojące na stoku wulkanu Rano Raraku

© BANCO DE IMÁGENES SERNATUR

 

Nie wybaczyłabym sobie, gdyby samolot, który przegapiłam przez zbytnią poufałość z Valparaíso, leciał na… Wyspę Wielkanocną (Isla de Pascua). Szczęśliwie, tak się nie stało. Lot odbyłam bez przeszkód i wylądowałam w Hanga Roa, jedynym miasteczku na tym niewielkim lądzie (163,6 km² powierzchni). Od najbliższej osady ludzkiej dzieli Wyspę Wielkanocną prawie 2,1 tys. km, a od chilijskiego wybrzeża – ponad 3,5 tys. km. Administracyjnie należy ona do Chile, choć kulturowo jest częścią Polinezji (oryginalna nazwa wyspy to Rapa Nui). Wraz z Hawajami i Nową Zelandią tworzy trójkąt polinezyjski. Skąd więc skojarzenie z Wielkanocą? Dla Europy wyspę odkrył holenderski admirał i podróżnik Jacob Roggeveen (1659–1729). Dotarł do niej 5 kwietnia 1722 r., kiedy wypadała akurat Niedziela Wielkanocna. 

 

Pierwsi Polinezyjczycy dopłynęli na Rapa Nui między VI a XIII w. Na Wyspę Wielkanocną leci się zwykle w jednym celu: zobaczyć słynne kamienne głowy zwane moai. Tak naprawdę są to całe postacie (choć niektóre figury przykrywa od dołu ziemia) przedstawiające przodków. Miały one strzec mieszkańców danej wioski. Na wyspie znajduje się aż ok. 900 moai! Wprawdzie jedynie 288 stoi na rozsianych na lądzie ahu – platformach (obejmujących również krematorium i miejsce pogrzebowe), przed którymi odbywały się ceremonie. Najbliższe otoczenie kamiennego podestu było strefą tabu, niedostępną dla zwykłych śmiertelników. W 2008 r. jeden z turystów nie uszanował tej świętości – nie tylko wszedł na ahu, ale też… oderwał kawałek ucha moai. Musiał zapłacić 7 mln pesos chilijskich (CLP) kary, czyli mniej więcej 10,5 tys. dolarów amerykańskich (USD), i wyjechać z wyspy. Dostał też zakaz powrotu na nią przez najbliższe 3 lata.

 

Aż 397 moai nigdy nie opuściło rejonu ich wykonywania – stoków wulkanu Rano Raraku. To właśnie tutaj wykuwano posągi, aby potem przenieść je na właściwe miejsce. Wiele figur stoi pojedynczo na wyspie, często są mniej lub bardziej zniszczone. Z różnych przyczyn zostały porzucone w trakcie transportowania (sposób ich przenoszenia jest do dziś niewyjaśnioną zagadką). Najmniejszy moai ma 1,13 m wysokości, największy ukończony (Paro) mierzy niemal 11 m, a największy (Te Tokanga), którego nigdy nie dokończono i nie podniesiono ze stoku wulkanu – 21,65 m (waży ponad 200 t). 

 

Można by powiedzieć, że te posągi to tylko olbrzymie kamienie, bo przeciętny turysta raczej nie dostrzeże w nich walorów artystycznych. Jednak ogromne figury z Rapa Nui hipnotyzują i mogłam się w nie wpatrywać godzinami, a to ze względu na ich rozmiary i związany z nimi trud pracy ówczesnych wyspiarzy. Trudno sobie wyobrazić, że w okresie od tysiąca do kilkuset lat temu ludzie bez użycia maszyn tworzyli tak wielkie rzeźby i transportowali je po całej wyspie. Właśnie ta tajemnica otaczająca moai i hipotezy dotyczące ich powstawania (są wśród nich i takie przypisujące autorstwo tych osobliwych statui kosmitom) sprawiają, że posągi zachwycają tak bardzo, iż chce się na nie patrzeć bez przerwy z prawdziwym zafascynowaniem. Kiedy przypomnę sobie jeszcze piękną polinezyjską kulturę, z którą zetknęłam się na Rapa Nui, dobrą kuchnię i poczucie odcięcia od świata, jakie mi tu towarzyszyło, zaczynam bardzo tęsknić i chcę wrócić w to cudowne miejsce. Jednak zapewne przyjdzie mi jeszcze trochę poczekać na kolejną okazję do odwiedzenia Wyspy Wielkanocnej. 

 

WINO, POLACY I MIEDŹ

 

Z cudownej krainy wracam na stały ląd, który płynie winem. Chile znane jest na świecie z produkcji tego szlachetnego trunku. Półki w sklepach uginają się od butelek z najróżniejszych winnic. Roku by nie wystarczyło, żeby spróbować produktów z każdej z nich. Mnóstwo upraw leży w centralnej części kraju. W jednej z kilkunastu dolin, zwanej Valle de Colchagua, położonej ok. 150 km na południowy zachód od Santiago, znajduje się niewielka winnica Alta Alcurnia. Co w niej wyjątkowego? Prowadzi ją polskie małżeństwo. Pierwotnie Małgorzata i Tomasz Wawruchowie planowali wędzić wędliny i kiełbasy, ale podczas szukania odpowiedniego miejsca znaleźli winnicę, w której się zakochali. Nad produkcją tutejszego wina czuwa chilijski profesor Philippo Pszczółkowski, syn polskich imigrantów. Ten wybitny enolog i ampelograf (ampelografia to nauka o winoroślach) przyczynił się do wyodrębnienia odmiany carménère ze szczepu merlot, z którym była wcześniej mylona. Odmiana ta pochodzi z Francji, ale największe jej uprawy znajdują się w Chile i jest uznawana za charakterystyczną właśnie dla tego kraju. Czerwone wina produkowane z carménère eksportuje się na cały świat. Trunki z Alta Alcurnii trafiają m.in. do Polski. 

 

To zresztą niejedyny współczesny polski ślad w Chile. Na południu pustyni Atakama spółka KGHM Polska Miedź w czerwcu 2014 r. otworzyła odkrywkową kopalnię miedzi i molibdenu Sierra Gorda. To prawdopodobnie największa polska inwestycja zagraniczna i jeden z największych projektów górniczych na świecie. Patronem kopalni jest Ignacy Domeyko (1802–1889), który w XIX w. zajmował się górnictwem w tym kraju. Oprócz opisania wielu złóż i minerałów opracował podręczniki akademickie. Był także rektorem Uniwersytetu Chile (Universidad de Chile) przez 16 lat, w trakcie których podniósł w nim poziom nauczania. Na jego cześć nazwano miejscowość Domeyko w regionie Atakama i Góry Domeyki (Cordillera Domeyko) w regionie Antofagasta. 

 

Inny zasłużony dla tego kraju potomek Polaków to Luciano Kulczewski (1896–1972), wnuk polskiego imigranta. Był on uznanym architektem, który w swoich projektach łączył elementy neogotyku, art nouveau, art déco i modernizmu. Nazywano go chilijskim Gaudím i Gaudím Santiago (tworzył głównie w tym mieście), gdyż zaprojektowane przez niego budowle wyróżniały się nietypowym stylem. Nietrudno trafić na jego dzieła w stolicy kraju. Jednym z nich jest przypominająca spory zamek brama wejściowa do kolejki na Wzgórze św. Krzysztofa. Architekt doczekał się też swojej ulicy w Santiago, w dzielnicy Lastarria – calle Luciano Kulczewski (do 2016 r. paseo Estados Unidos). Stoi przy niej jego charakterystyczny zamkowy dom w stylu neogotyckim. Trudno go przeoczyć podczas spaceru po klimatycznej Lastarrii. 

 

W DRODZE NA POŁUDNIE

 

Carretera Austral, czyli Droga Południowa (1240 km), znana również jako Ruta 7, prowadzi od miasta Puerto Montt do miejscowości Villa O’Higgins na dalekim południu. Wiedzie przez chilijską Patagonię, wzdłuż gór i fiordów, wśród lasów i jezior. W trzech miejscach trzeba się przeprawić promem przez akwen leżący na szlaku. Drogę budowano w większości w latach 70. i 80. XX w., aby połączyć trudno dostępne tereny południowe z resztą kraju. Wielu turystów pokonuje ją w całości, ponieważ prowadzi przez piękne krajobrazy i pozwala zbliżyć się do natury, a oddalić od dużych i głośnych miast. 

 

Zanim jednak w Puerto Montt wjadę na słynną trasę, zbaczam z drogi, żeby zajrzeć do Frutillar. Po polsku nazwa miejscowości brzmiałaby Poziomkowo, ponieważ frutilla w niektórych południowoamerykańskich odmianach hiszpańskiego – m.in. w chilijskiej – oznacza „truskawkę”, a frutilla silvestre – „poziomkę”. Podobno rosło tu tak dużo poziomek, że nazwano od nich miasteczko. Zostało ono założone nad brzegiem jeziora Llanquihue w 1856 r. przez imigrantów z Niemiec w ramach planu kolonizacji Patagonii. Niemieckie wpływy widać we Frutillar po dziś dzień w architekturze, kuchni, tradycjach, a nawet języku. Piękne drewniane domy cieszą oczy, a pyszny jabłkowy strudel i malinowy placek z kruszonką są rozkoszą dla podniebienia i w niczym nie przypominają przesłodzonych, tortowych ciast wypiekanych w Chile. Poza charakterystyczną zabudową i panującym tutaj błogim spokojem miasteczko zachwyca także widokami. Na przeciwległym brzegu jeziora wyrastają cztery wulkany, w tym jeden niezwykłej urody – Osorno (2652 m n.p.m.). Wygląda on jak przykład z podręcznika: jego idealny stożek przykrywa warstwa śniegu. Osorno jest bliźniaczo podobny do góry Fudżi w Japonii. Wprawdzie wulkan pozostaje aktywny, ale to nie przeszkadza obejrzeć go z bliska. Latem można się na niego wspiąć, a zimą jeździć na nartach po jego zboczu. Frutillar leży dokładnie naprzeciw Osorno, dzięki czemu stanowi idealny punkt do fotografowania wulkanicznego szczytu. Czułam się tu, jakbym była częścią pięknej pocztówki. 

 

Wspomniane miasteczko to dobre miejsce na odpoczynek przed wyruszeniem na w wielu fragmentach nieutwardzoną Drogę Południową lub po powrocie z niej. Trasa kończy się nad jeziorem O’Higgins (San Martín w Argentynie) przy przystani z łodziami, które latem przewożą turystów do miejscowości Candelario Mansilla, skąd pieszo można przekroczyć granicę z Argentyną. Villa O’Higgins jest też bramą do Lądolodu Patagońskiego Południowego, czyli największego lądolodu poza Antarktydą i Grenlandią. Znaczną jego część chronią parki narodowe, w tym najbardziej znany patagoński park po stronie chilijskiej Torres del Paine (Parque Nacional Torres del Paine). Na jego terenie znajdują się liczne jeziora, lodowce i piękne szczyty, przyciągające co roku setki tysięcy turystów z całego świata. Przybywają oni, żeby wybrać się na tutejsze szlaki i zobaczyć niezwykły potrójny szczyt masywu Torres del Paine, od którego nazwano park. Bazę wypadową w tym rejonie stanowi mała miejscowość Puerto Natales. Można się do niej dostać drogą morską z Puerto Montt lub lądową z położonego bardziej na południe miasta Punta Arenas i z Argentyny. 

 

Im dalej na południe, tym ciekawiej, a krajobraz staje się coraz bardziej arktyczny. Wspomniane niemal 150-tysięczne Punta Arenas leży nad Cieśniną Magellana, która oddziela od kontynentu archipelag Ziemia Ognista (Tierra del Fuego). Najbardziej znanym miastem tego regionu jest argentyńska Ushuaia, często uznawana za południowy koniec świata, choć nieco dalej znajdują się jeszcze tereny należące do Chile, w tym miasteczko Puerto Williams na wyspie Navarino. To ono właśnie wygrywa konkurs na położoną najdalej na południe miejscowość na naszym globie. 

 

NA KOŃCU KONTYNENTU

 

FICH 2011 0772 PCH FC

Park Narodowy Torres del Paine to góry, doliny, rzeki, jeziora i lodowce

© BANCO DE IMÁGENES SERNATUR/FELIPE CANTILLANA

 

Chilijski jest również przylądek Horn (Cabo de Hornos). Jego okolica słynie z wysokich fal, gór lodowych i mocnych wiatrów. Wiele statków i jachtów utonęło w tym miejscu, ale to nie zniechęca miłośników żeglarstwa do wybrania się w jego rejon. Dla wielu z nich przepłynięcie w pobliżu przylądka Horn stanowi życiowe wyzwanie. Co więcej, choćby z Punta Arenas można wybrać się na wycieczkę statkiem w tę okolicę, a nawet dalej, na Antarktydę. Rejsy turystyczne odbywają się latem (od listopada do marca) i z pewnością są przygodą życia, mimo iż ich ceny (od 5 tys. dolarów amerykańskich w górę za bilet) potrafią skutecznie odstraszyć wielu turystów. 

 

Tym razem zniechęcają i mnie. I tak moja podróż z północy na południe Chile dobiega końca, jak wszystko co dobre. Gdybym miała wybrać ulubioną część tego kraju z tych, które do tej pory zobaczyłam (chociaż naprawdę więcej jest tych, których nie widziałam), byłoby mi bardzo trudno. Moich dwóch głównych faworytów to surowe południe i Wyspa Wielkanocna, bo właśnie w te miejsca najbardziej chcę wrócić. Jeśli zaś brałabym pod uwagę wspaniałych Chilijczyków, których spotkałam w trakcie podróży, to musiałabym znów odwiedzić San Pedro de Atacama, Santiago, Valparaíso i okolice Parku Narodowego Conguillío (Parque Nacional Conguillío). A przecież tyle jeszcze nie dane mi było poznać. Ponownie więc czeka mnie wspaniała wyprawa przez całe Chile, z północy na południe. W różnorodności tego kraju tkwi jego największa magia, a ja nie mogę przecież nie wybrać się z wizytą do dawnego przyjaciela.

Artykuły wybrane losowo

Kolory Gruzji

IZABELA RUTKOWSKA

www.podroznosci.com

 

« Muzyka, taniec, śpiew, piękne góry, źródła wody mineralnej, temperament mieszkańców, doskonałe jedzenie i oczywiście wino – te właśnie rzeczy wymieniają najczęściej osoby pytane o to, co kojarzy im się z Gruzją. Ja do powyższej listy skojarzeń mogę dorzucić jeszcze gruzińskie toasty i ośrodki narciarskie Kaukazu. Czeka tu na nas naprawdę mnóstwo atrakcji. »

Więcej…

Niezwykłe piękno Panamy

 

Filip Werstler

 

Sielski archipelag Bocas del Toro położony na Morzu Karaibskim

14991055 1200368353389294 7969613924783795900 o

© AZULPARADISE.COM/BOCASDELTORO.COM

 

Od zawsze chciałem odwiedzić Amerykę Środkową, a najbardziej Karaiby. Taka podróż z Polski to wciąż niezbyt łatwa wyprawa. Dlatego gdy pojawiła się korzystna oferta lotów do Panamy, nie wahałem się długo. Ten kraj już w trakcie przeglądania relacji internetowych wystarczająco mnie zainteresował. Miałem ochotę na własne oczy zobaczyć wielkie drapacze chmur jego stolicy i piękne bezludne wyspy na Morzu Karaibskim. Jednak to, co ujrzałem i przeżyłem, przerosło moje najśmielsze oczekiwania.

 

Panama jest obecnie jednym z najszybciej rozwijających się państw Ameryki Łacińskiej. W ciągu ostatnich 16 lat zmieniła się nie do poznania, głównie dzięki dochodom płynącym z administrowania Kanału Panamskiego (od 31 grudnia 1999 r.), wpływom ze Strefy Wolnego Handlu Colón (Zona Libre de Colón – druga największa strefa wolnocłowa na naszym globie po Hongkongu) i funkcjonowania stołecznego międzynarodowego centrum bankowego (uważanego również za drugie w skali światowej pod względem wielkości, zaraz po Zurychu). Ma to swoje odbicie także w turystyce, która z roku na rok staje się coraz ważniejszym elementem gospodarki tego niewielkiego kraju (o powierzchni ponad 74 tys. km²) leżącego między Kostaryką a Kolumbią.

 

Ameryka Południowa i Środkowa to – z wyjątkiem niektórych państw wyspiarskich położonych na Morzu Karaibskim, jak Jamajka, Kuba czy Republika Dominikańska, do których latają bezpośrednio samoloty czarterowe z Polski – rejony wciąż nie tak łatwo dostępne dla turystów znad Wisły. Panama, ale też Nikaragua, Kostaryka, Gwatemala, Honduras, Salwador czy inne kraje tej części globu nadal stanowią dla większości Polaków pewną zagadkę. W te strony najczęściej dolecimy z przesiadką w Madrycie (liniami Iberia) lub USA. O ile w tym pierwszym przypadku nie musimy starać się o żadne dodatkowe dokumenty, o tyle zmienianie samolotu na lotnisku w Stanach Zjednoczonych wymaga już posiadania ważnej wizy tranzytowej, co jest niejakim utrudnieniem. Na ogół polskim podróżnikom najłatwiej wyprawić się do kontynentalnej części Ameryki Środkowej z Hiszpanii, skąd dotrą bez żadnych przesiadek do Gwatemali, Salwadoru oraz Kostaryki i Panamy. Te dwa ostatnie państwa są zresztą zdecydowanie najlepiej połączone z Europą. Do kostarykańskiej stolicy dostaniemy się przez cały rok nie tylko z Madrytu, ale także z Frankfurtu nad Menem (Condor) czy Londynu (British Airways). Jeszcze większy wybór mamy obecnie w przypadku panamskiej metropolii. Dolecimy do niej bezpośrednio właśnie z Madrytu oraz Frankfurtu nad Menem (Lufthansa), Paryża (Air France), Amsterdamu (KLM) i Stambułu (Turkish Airlines).

 

Jeżeli chodzi o mnie, to kupiłem bilet do Panamy z Barcelony z międzylądowaniem w hiszpańskiej stolicy. W sumie przesiadałem się dwa razy, bo na Półwysep Iberyjski dotarłem samolotem tanich linii Ryanair z Portu Lotniczego Warszawa-Modlin w Nowym Dworze Mazowieckim. Lot z Madrytu nie najnowszym airbusem trwał ok. 11 godz. i nie należał do ciężkich. Podstawowe udogodnienia w klasie ekonomicznej pozwoliły nam przetrwać podróż w znośnych warunkach. Po wylądowaniu i dopełnieniu formalności administracyjnych udaliśmy się na postój taksówek przy Międzynarodowym Lotnisku Tocumen usytuowanym ok. 25 km od panamskiej metropolii.

 

Casco Antiguo (Casco Viejo) – historyczna dzielnica panamskiej stolicy

Casco Antiguo 2

© AUTORIDAD DE TURISMO DE PANAMÁ (ATP)

 

 

Latynoski Nowy Jork

 

 Stolica kraju – Panama (Ciudad de Panamá) – zachwyciła nas od samego początku naszej wizyty. Dzielnica finansowa (distrito financiero) imponuje wysokimi wieżowcami, których są tu dziesiątki. Potężne galerie handlowe, drapacze chmur i ekskluzywne samochody wypełniają miasto ludzi z latynoskim temperamentem. Ważnym miejscem w tym rejonie jest Cinta Costera, ok. 7-kilometrowa promenada biegnąca wzdłuż wybrzeża. Można na niej spotkać panamczyków, którzy biegają lub ćwiczą w siłowniach pod gołym niebem. Jogging stanowi tutaj jedną z najpopularniejszych aktywności, uprawia go naprawdę wiele osób.

 

Z tej chętnie odwiedzanej promenady szybko dotrzemy do historycznego centrum stolicy – Casco Viejo (Casco Antiguo). Należy pamiętać, żeby raczej nie zwiedzać jego zaułków po zmroku, jeśli nie towarzyszą nam miejscowi. Ta część miasta bardziej przypomina Kubę niż Stany Zjednoczone. Wśród kolorowych, choć dość często odrapanych, kamienic i małych sklepików stojących przy wąskich uliczkach unosi się atmosfera latynoskiego świata. Mimo iż coraz więcej budynków zostało świeżo odnowionych, Casco Viejo nie straciło swojego klimatu. Możemy tu spróbować innych przysmaków niż w modnych restauracjach i poznać bliżej codzienną twarz Panamy, odmienną od jej biznesowego oblicza. Nie znajdziemy w tym rejonie zbyt wielu punktów informacji turystycznej (przyznaję, że nawet ich nie szukałem), ale nie jest on duży i zwiedzimy go w ciągu 2–3 godz. Wystarczy, że ruszymy przed siebie.

 

Kolejne miejsce warte odwiedzenia stanowi Calzada de Amador. Wzdłuż tej drogi łączącej ze stałym lądem mały archipelag czterech wysp na Pacyfiku (Naos, Perico, Culebra i Flamenco) biegnie krótka, bo ledwie kilkukilometrowa, trasa rowerowa, z której rozpościerają się wspaniałe widoki zarówno na nową część Panamy, jak i południowe wejście do Kanału Panamskiego oraz oczekujące na przeprawę różnej wielkości statki. Wypożyczenie roweru kosztuje kilka dolarów amerykańskich (USD), a sama wycieczka razem z postojem na robienie zdjęć i podziwianie okolicy zajmuje ok. 1,5–2 godz.

 

 

Dzieło inżynierii wodnej

 

Podczas 6-dniowego pobytu w stolicy wybrałem się również – oczywiście – nad Kanał Panamski. Obok Kanału Sueskiego to jedna z najważniejszych dróg wodnych na świecie. Dzięki tej ogromnej inwestycji znacząco skróciły się trasy rejsów statków pływających między Atlantykiem (Morzem Karaibskim) a Pacyfikiem. Wpływy z obsługi przeprawy stanowią główną siłę napędową gospodarki kraju. Jednak ten wyjątkowy wytwór inżynierii wodnej warto zobaczyć też z innych powodów.

 

Na miejsce dojedziemy transportem publicznym (za 1 dolara) lub taksówką (ok. 10–20 dolarów). My wybraliśmy tę pierwszą możliwość. Zapłaciliśmy przy wysiadaniu i prowadzeni przez drogowskazy skierowaliśmy się do wejścia na teren centrum dla odwiedzających (Centro de Visitantes de Miraflores). Po drodze dostrzegliśmy znak ostrzegający nas o pojawiających się w okolicy krokodylach, więc postanowiliśmy przyspieszyć kroku.

 

Po kupieniu biletów (15 dolarów od osoby dorosłej) i wejściu do budynku udaliśmy się po schodach na pierwsze piętro, gdzie niczym na stadionie znajdują się trybuny, a spiker na bieżąco komentuje to, co się dzieje. Wielkie tankowce i kontenerowce czekały w oddali. Kolejne wpływały do śluz Miraflores (las esclusas de Miraflores). Choć cała procedura trwa nieco ponad 30 min. (tak przynajmniej było przed powiększeniem Kanału Panamskiego, które zakończono oficjalnie 26 czerwca 2016 r.), jej przebieg wygląda imponująco. Cztery silniki, każdy wielkości ciężarówki, przesuwają się po specjalnych szynach. Do nich przyczepione są liny zamocowane do kadłuba statku. Dopiero po odpowiednim naprężeniu tych lin jednostka może zostać przeprowadzona. Minimalna odległość między burtą a krawędzią śluzy wynosi… ok. 60 cm. Niesamowity wydaje się fakt, że ta technologia ma więcej niż 100 lat (oddano ją do użytku 15 sierpnia 1914 r.). Przez ponad półtorej godziny oglądaliśmy kolejne statki pokonujące kanał, napełnianie i opróżnianie śluz. Ogromne wrażenie zrobiła na mnie sprawność całego procesu. Przeprowadzenie przez nie tak znów szeroki korytarz z wodą (o odległości między brzegami wynoszącej 33,53 m, a po poszerzeniu w 2016 r. – 54,86 m) długich stalowych kolosów wyglądało na najprostszą rzecz na świecie. Takiego doświadczenia się nie zapomina.

 

Po tym spektaklu odwiedziliśmy pozostałe piętra budynku prezentującego w ciekawy sposób rozwiązania techniczne i dzieje panamskiej przeprawy. Można tutaj zapoznać się z informacjami na temat powstawania i modernizacji kanału oraz tego, kto przy nim pracował, a także jakie zwierzęta żyją w jego rejonie. W gablotach obejrzymy mnóstwo okazów owadów różnych gatunków. W centrum dla odwiedzających jest również coś dla młodszych turystów – symulator 3D pokonywania przeprawy. Użytkownik urządzenia wciela się w rolę kapitana masowca o maksymalnych dopuszczalnych dla kanału wymiarach. Panamax może mieć do 294,1 m długości, 32,3 m szerokości i 12 m zanurzenia, a tzw. Neo Panamax (od 26 czerwca 2016 r.) odpowiednio: 366, 49 i 15,2 m. Na ostatnim poziomie znajduje się taras widokowy, z którego jeszcze lepiej widać przepływające statki, choć nie usłyszymy na nim komentatora i nie skorzystamy z miejsc siedzących. Wizytę w Centro de Visitantes de Miraflores z czystym sumieniem mogę polecić każdemu, ponieważ spodoba się tu zarówno dorosłym, jak i dzieciom.

 

Wodospad El Macho skryty wśród bujnej tropikalnej roślinności

El Chorro del Macho

© AUTORIDAD DE TURISMO DE PANAMÁ (ATP)

 

Górskie wędrówki

 

Po opuszczeniu Panamy odwiedziłem najpierw El Valle de Antón – małą miejscowość położoną ok. 125 km na południowy zachód od stolicy, w odległości 2 godz. jazdy busem. Dociera się do niej początkowo Autostradą Panamerykańską (Carretera Panamericana), a następnie drogami wiodącymi przez góry i doliny prowincji Coclé. Po szybkiej konsultacji w punkcie informacji turystycznej wybrałem się obejrzeć mniej więcej 35-metrowy wodospad El Macho (Chorro El Macho). Leży w prywatnym rezerwacie o tej samej nazwie (Refugio Ecológico del Chorro Macho). Wejście kosztuje 5 dolarów, a w granicach obszaru chronionego oprócz podziwiania malowniczej kaskady można obserwować kolibry i przyjrzeć się dokładniej bogatej florze tego specyficznego miejsca. W pobliżu znajduje się poza tym naturalny basen termalny, w którym wolno się kąpać. Bardzo polecam skorzystanie z tej okazji wszystkim oglądającym wodospad.

 

Dłuższą i wymagającą więcej wysiłku wyprawę stanowi zdobycie góry La India Dormida (Śpiąca Indianka – ok. 800–900 m n.p.m.). To jeden z najbardziej wyróżniających się punktów w okolicy. Jej nazwa pochodzi od charakterystycznego kształtu śpiącej Indianki, jaki tworzy linia grzbietu. Wejście na teren Pomnika Przyrody Wzgórze Gaital (Monumento Natural Cerro Gaital), na którym wznosi się ten szczyt, kosztowało mnie 3,5 dolara. Proponuję jednak wynająć lokalnego przewodnika lub skorzystać z tego typu usługi oferowanej przez miejscowych. Ja tego nie zrobiłem, co spowodowało, że dwa razy się zgubiłem i straciłem mniej więcej godzinę na błądzenie po lesie tropikalnym, choć mogło skończyć się o wiele gorzej.

 

Podejście pod górę jest bardzo strome i jeśli mamy dobrą kondycję, na szczycie będziemy już po 50 min. ciągłego marszu. Szlak prowadzi po zboczu porośniętym bujną roślinnością, w trakcie wędrówki mija się też strumień. Towarzyszą nam odgłosy ptaków. Obok wodospadu położonego przy ścieżce warto zrobić sobie przerwę na odpoczynek i podziwianie zarówno wstęgi spienionej wody malowniczo omywającej skały, jak i wąwozu. Podczas mojej wyprawy oglądałem piękne widoki i kolorowe kwiaty oraz spotykałem ciekawe zwierzęta. Natknąłem się także na tutejszych Indian. Jak wspomniałem, nie miałem przewodnika, a przecież poruszałem się po obcym terenie. W takiej sytuacji w Panamie przydaje się znajomość języka hiszpańskiego. Na szczęście, miejscowi pomogli mi i wyprowadzili mnie na szczyt.

 

Zdobycie góry La India Dormida było warte każdych pieniędzy, a moje wspomnienia zostaną ze mną na zawsze. Widok na Dolinę Antoniego (Valle de Antón) zapierał dech w piersiach. Malownicze zielone wzgórza zatrzymywały masy chmur, a słońce oświetlało wąwóz z przeciwnej strony. To jedno z najcudowniejszych miejsc, jakie kiedykolwiek widziałem. W dodatku moja wyprawa nie obyła się bez przygód, więc z pewnością jej nie zapomnę.

 

Wizyta nad pacyfikiem

 

W drodze na północny zachód kraju skręciłem nieco na południe i zatrzymałem się w jednej z miejscowości położonych na wybrzeżu Pacyfiku w prowincji Veraguas. Santa Catalina znajduje się w środku lasu tropikalnego. Dotarcie do niej ze stolicy zajęło mi niemal cały dzień drogi i wymagało dwóch przesiadek (w miastach Santiago de Veraguas i Soná). Podróż kosztowała mnie w sumie ok. 12 dolarów. Późnym popołudniem dojechałem w końcu do miejsca, w którym przyszło mi spędzić kolejne 3 dni.

 

Miejscowość zasługuje na zainteresowanie ze względu na panujące w jej okolicy świetne warunki do uprawiania sportów wodnych. Do pobliskiego Parku Narodowego Coiba (Parque Nacional Coiba) można wybrać się na nurkowanie. Spotyka się tu niezmiernie dużo gatunków zwierząt, w tym manty (diabły morskie), koryfeny (złote makrele), tuńczyki żółtopłetwe, rekiny wielorybie, żarłacze tygrysie czy nawet humbaki, orki, delfinki wysmukłe i butlonosy zwyczajne. Poza tym na malownicze wybrzeże w tym rejonie ściągają liczni surferzy, zarówno osoby początkujące, jak i zaawansowane. Jak to zwykle bywa w takich przypadkach, w niewielkiej Santa Catalinie znaczną grupę stanowią przybysze z całego świata. Według mnie to miejsce jedyne w swoim rodzaju.

 

Pierwszego dnia wybrałem się na surfing. Za wypożyczenie deski musiałem zapłacić 10 dolarów, a za godzinę opieki instruktora w 3-osobowej grupie – 15 dolarów. Warunki były bardzo dobre i po chwili mogłem już cieszyć się ze swoich postępów. Wody Pacyfiku oblewają tutaj pustą plażę pokrytą czarnym piaskiem i ocienioną wysmukłymi palmami. Miłośnikom surfowania z pewnością to miejsce przypadnie do gustu. Po całym dniu spędzonym na falach warto obejrzeć zachód słońca. Przed godziną 18.00 udałem się na brzeg. Widok, jaki ujrzałem, wywarł na mnie ogromne wrażenie. Złocista kula powoli chowała się za horyzontem i odbijała w lekko falującej powierzchni Oceanu Spokojnego. Był to najpiękniejszy zachód słońca, jaki widziałem w życiu. Po dniu pełnym fantastycznych przeżyć szybko poszedłem spać. Nazajutrz planowałem wziąć udział w nurkowaniu.

 

Wyprawę rozpoczęliśmy od zbiórki w bazie i omówienia trasy oraz innych szczegółów. Na pokładzie łodzi poza dwoma osobami z załogi i instruktorem znalazłem się ja, para ze Szwecji i jeden Niemiec. W takim składzie wypłynęliśmy w godzinny rejs na wyspę Coiba (ok. 500 km² powierzchni), będącą częścią wspomnianego parku narodowego.

 

Już na miejscu miał odbyć się trening przypominający podstawowe zasady nurkowania. W moim przypadku okazało się to bardzo przydatne. Sama wyspa i jej okolica wyglądały naprawdę urokliwie. Po kilkudziesięciu minutach przygotowań ruszyliśmy w stronę wyznaczonego punktu. W wodzie mogliśmy obserwować wiele ciekawych zwierząt, m.in. mureny czy manty. Nie był to natomiast dobry sezon na wytropienie rekinów wielorybich czy żarłaczy tygrysich. Po ponad 20 min. od zejścia na dno całkowicie zużyłem swój tlen i musiałem wracać na górę. Czułem pewien niedosyt, bo chciałem jednak zobaczyć więcej.

 

Powrót uprzyjemniła nam niezapowiedziana atrakcja. W pewnym momencie para ze Szwecji zauważyła, że asystują nam 3 delfiny! Co chwilę wyskakiwały z wody w odległości ok. 1 metra od łodzi. Widok był fantastyczny. Pierwszy raz widziałem te sympatyczne ssaki na wolności w ich naturalnym środowisku i nigdy tego nie zapomnę, nawet mimo utraty filmu wideo, który udało mi się wówczas nagrać. Niespodziewana przygoda stała się tematem naszych rozmów już do końca dnia. Po powrocie zjedliśmy kurczaka w sosie kokosowym i poszliśmy spać. Następnego dnia wyruszyłem w kierunku północno-zachodniego wybrzeża Panamy.

 

Nurkowanie w towarzystwie żółwi

 visitpanama 6252876118

© AUTORIDAD DE TURISMO DE PANAMÁ (ATP)

 

Raj odnaleziony

 

Cel mojej kolejnej wyprawy stanowił archipelag Bocas del Toro. Tworzy go kilkanaście większych wysp i ok. 250 wysepek, z których kilka pozostaje zamieszkanych. Najważniejszą wśród nich jest Isla Colón, czyli Wyspa Kolumba (o powierzchni ponad 61 km²), ze stolicą tutejszej prowincji Bocas del Toro noszącą tę samą nazwę, co cały region administracyjny. Miasto liczy w przybliżeniu 8 tys. mieszkańców. Aby dostać się na archipelag, najpierw musimy dojechać do miejscowości Almirante, gdzie należy skorzystać z taksówki wodnej, zabierającej średnio 7–9 osób (za taki kurs zapłacimy 7 dolarów od osoby w jedną stronę, podróż trwa mniej więcej 45 min.). Możemy tu też dolecieć w godzinę samolotem linii Air Panamá z lotniska Albrook w Ciudad de Panamá (koszt biletu powrotnego to ok. 250 dolarów).

 

Na północno-zachodnim brzegu Isla Colón leży Boca del Drago. Ta niewielka osada (a właściwie skupisko kilku domów) przypomina prawdziwy raj. Wśród kołyszących się przy uroczej plaży palm panuje błoga cisza. Nie ma tutaj sklepów, chińskich zabawek i przepełnionych koszów na śmieci. Jest za to dużo hamaków zamocowanych między drzewami. Po prostu wiszą i czekają na chętnych, dostępne bez żadnej opłaty. Nikt nie kładzie na nich swojego ręcznika z samego rana, żeby je zająć. Hamaków wystarczy dla wszystkich. Przystanek autobusowy stanowi palma. Wokół niej zakręca bus, który nas przywiózł. W osadzie znajdują się tylko dwa hostele oraz klimatyczne chatki do wynajęcia (cabañas), a także działają restauracje z wyśmienitymi daniami, typowymi dla kuchni karaibskiej. Wciąż mało kto wie o tym miejscu i chyba lepiej, aby tak zostało.

 

W pobliżu położona jest jedna z największych atrakcji wyspy – Playa de las Estrellas (Playa Estrella),czyli plaża, przy której możemy spotkać cudowne rozgwiazdy. Turyści zazwyczaj wolą nocować w Bocas del Toro, a w tę okolicę wybierają się z wycieczką zorganizowaną, co kosztuje ok. 20–30 dolarów. Za przejazd busem zapłacimy 5 dolarów. Przechadzki przepiękną plażą prowadzącą do Playa de las Estrellas nie da się wycenić. Uważam, że to przeżycie wyjątkowo wartościowe.

 

W Boca del Drago spędziłem 3 dni, w tym Wigilię i pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia. Codziennie szedłem na plażę i ładowałem baterie, leżałem na hamaku i czytałem. W okolicy jedynym miejscem przystosowanym do ruchu turystycznego jest Playa de las Estrellas, ale i ona nie utraciła z tego powodu swojego dziewiczego uroku. Owszem, można tu znaleźć białe plastikowe leżaki, drogie restauracje (zazwyczaj zbudowane z drewna) i reklamy popularnych napojów, a z głośników rozbrzmiewa radosna muzyka reggae. Ja traktowałem jednak to zestawienie jako swoisty klimat tego zakątka. Boca del Drago stanowi prawdziwą oazę spokoju, zachwyci osoby chcące zrelaksować się przez kilka dni w ciszy i z dala od tłumów. Odcięciu od świata sprzyjają nawet przerwy w dostawach energii elektrycznej – z prądu korzysta się tylko przez mniej więcej 5 godz. dziennie, między 18.00 a 23.00, przynajmniej w hostelach, w których nocowałem. A jeśli zatęsknimy za widokiem ludzi, wystarczy, że wybierzemy się wraz z innymi na plażę na podziwianie rozgwiazd.

 

Atrakcje archipelagu

 

Na Isla Colón warto odwiedzić również wspomnianą stolicę prowincji. W Bocas del Toro możemy dobrze zjeść w ciągu dnia i poimprezować w nocy. Tutejsze bary, puby i dyskoteki są otwarte do białego rana. Nie musimy się w nich obawiać o swoje bezpieczeństwo. Oprócz tego jeśli nie będziemy zapuszczać się poza główne ulice i spacerować samotnie, z pewnością nic się nam nie stanie. Po zapadnięciu zmierzchu turyści często wyruszają na pobliską długą i zalesioną wysepkę Carenero (Isla Carenero, 0,94 km² powierzchni). Krótki rejs łodzią, która kursuje bez przerwy, kosztuje 1 dolara. Tu także czeka na nas dobra zabawa. W lokalach gra się lokalną muzykę lub hity popularne w Europie czy Stanach Zjednoczonych.

 

Po nocnych szaleństwach warto udać się na 7-kilometrową plażę Bluff (Playa Bluff). W jednej z tutejszych restauracji zamiast stolików natknęliśmy się na łóżka ustawione przy brzegu morza. Uznaliśmy to za wspaniały pomysł. Jeśli pójdziemy dalej wzdłuż plaży, trafimy na miejsce oblegane przez surferów ze względu na niesamowite fale, wysokie na 2–4 m.

 

Na wyspie polecam zajrzeć też do prywatnego Ogrodu Botanicznego Finca Los Monos. Dzięki takiej wizycie poznamy bogatą florę i faunę tego regionu. Osoby spacerujące alejkami otacza prawdziwa feeria barw i niezliczone ilości egzotycznych kwiatów, a nad ich głowami lata mnóstwo małych kolibrów.

 

Na północ od Isla Colón znajduje się Isla Pájaros – Wyspa Ptaków. To raczej grupa połączonych skał wystających z Morza Karaibskiego pokrytych bujną roślinnością. Prezentuje się jednak niezmiernie malowniczo. Ten cud natury cieszy się dość dużym zainteresowaniem wśród turystów. Zdecydowanie warto go zobaczyć na własne oczy.

 

Innym popularnym miejscem są bezludne Cayos Zapatilla – dwie małe wysepki (0,48 km² powierzchni) oddalone o ok. 50 min. rejsu łodzią od stolicy prowincji. Na wyprawę na nie należy zarezerwować sobie co najmniej pół dnia. Za taką wycieczkę bezpośrednio u właściciela łodzi zapłaciliśmy 10 dolarów za osobę, podczas gdy lokalne agencje turystyczne oferowały ją za 30–40 dolarów. Abyśmy mogli odbić od brzegu, musi zebrać się odpowiedniej wielkości grupa chętnych (przynajmniej 8–9 osób). W drodze powrotnej warto zatrzymać się w Morskim Parku Narodowym Wyspy Bastimentos (Parque Nacional Marino Isla Bastimentos), gdzie w trakcie snorkelingu przyjrzymy się licznym mieszkańcom podwodnego świata. Tego rodzaju rejs zazwyczaj zapewnia każdy właściciel łodzi, a w opłatę wliczony jest również sprzęt do nurkowania powierzchniowego.

 

Podróże po kraju

 

Na koniec chciałbym jeszcze krótko opisać sposoby przemieszczania się między różnymi punktami na mapie kraju. Samoloty z Europy (Frankfurtu nad Menem, Madrytu, Paryża, Amsterdamu i Stambułu) lądują na Międzynarodowym Lotnisku Tocumen (Aeropuerto Internacional de Tocumen), skąd do centrum panamskiej stolicy można dojechać taksówką, zwykły autobusem albo kolorowym chicken busem. Oczywiście, w tym pierwszym przypadku należy negocjować cenę. Po Panamie najlepiej podróżować samochodem bądź środkami autobusowego transportu zbiorowego. W kraju działa także kolej (Ferrocarril de Panamá), łącząca Atlantyk z Pacyfikiem, ale z niej nie korzystałem, bo nie było takiej potrzeby. W stolicy poruszałem się taksówkami lub komunikacją miejską, która funkcjonuje bardzo dobrze, zwłaszcza w części biznesowej i turystycznej. Cały system transportu publicznego jest zintegrowany. Podobnie jak w wielu dużych miastach na świecie, musimy kupić plastikową kartę i wpłacić na nią określoną sumę pieniędzy, które później wydajemy na przejazdy autobusami i metrem (odczytu dokonuje się przy wejściu). Główny stołeczny terminal autobusowy znajduje się przy modnym centrum handlowym Albrook Mall – Gran Terminal Nacional de Transporte de Panamá. Stąd dojedziemy do niemal każdego zakątka w Panamie, włącznie z Bocas del Toro. Oczywiście, po drodze czasem będą konieczne przesiadki (np. do Santa Catalina).

 

Do części rejonów można również dolecieć. Samolotem dostaniemy się np. do Bocas del Toro, choć ten środek transportu wybierają jednak nieliczni z uwagi na dość duży koszt biletu. Krajowe linie lotnicze Air Panamá oferują obecnie połączenia do siedemnastu miejsc leżących w panamskich granicach oraz do San José (stolicy Kostaryki) i dwóch miast w Kolumbii (Armenii i Medellín). Trzeba pamiętać, że niektóre loty są sezonowe. Jeśli nasz budżet na tym zbytnio nie ucierpi, warto skorzystać z usług tego przewoźnika, bo podróżowanie samolotem to z pewnością najwygodniejszy i najszybszy sposób poruszania się po Panamie. Połączeń oferowanych ze stolicy przez Air Panamá nie obsługuje jednak Międzynarodowe Lotnisko Tocumen, ale Międzynarodowy Port Lotniczy Marcosa A. Gelaberta (Aeropuerto Internacional Marcos A. Gelabert) położony przy Albrook Mall.

 

Ta część Ameryki Centralnej wciąż pozostaje dla Polaków ziemią nieznaną. Większość z nich niewiele wie o jej historii i mieszkańcach. Dlatego wyprawa do Panamy ma w sobie coś z odkrywania Nowego Świata. Ten kraj potrafi zachwycić swoim pięknem i nadal można w nim znaleźć prawdziwie rajskie zakątki. Kto zdecyduje się go odwiedzić, przeżyje fascynującą przygodę, której nigdy nie zapomni.

 

Malta - śladami joannitów

PAWEŁ PAKIEŁA

<< Położona w centrum Morza Śródziemnego Malta zachwyca stolicą Vallettą wpisaną na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO, świątyniami starszymi niż starożytne piramidy Egiptu oraz historią sięgającą ponad 7 tys. lat wstecz. Wiele narodów zostawiło tutaj ślady swojej obecności (m.in. Fenicjanie, Rzymianie, Grecy, Hiszpanie, Arabowie, Brytyjczycy czy Francuzi), a wpływy ich kultur stworzyły wyjątkową mieszankę. Mimo to Maltańczycy nie utracili swojej tożsamości, co od zawsze stanowiło dla nich powód do dumy. Poza tym łagodny klimat, czyste morze i spektakularne klify zapewniają tu znakomite warunki nie tylko do leniwego wypoczynku w promieniach słońca, lecz także uprawiania sportów wodnych. Natomiast dzięki miejscowym, niezmiernie popularnym wśród obcokrajowców, szkołom języka angielskiego możemy połączyć wakacyjny relaks z nauką. >> 

 

Republika Malty obejmuje swoimi granicami niewielki archipelag na Morzu Śródziemnym, którego największe wyspy to Malta i Gozo. Jako niepodległe państwo pojawiła się na mapie Europy dopiero w 1964 r., gdy przestała być kolonią brytyjską. Od 2004 r. należy również do krajów członkowskich Unii Europejskiej. Co ciekawe, język maltański (mający status urzędowego obok angielskiego) wywodzący się z grupy semickiej spokrewniony jest z dialektami arabskimi.  

Więcej…