Noémi Petneki

 

Po obu stronach granicy austriacko-węgierskiej i wzdłuż brzegów jeziora Nezyderskiego rozciąga się ten sam region. Dzisiejszy Burgenland (po węgiersku Őrvidék), najbardziej wysunięty na wschód i najmłodszy kraj związkowy Austrii, od XII w. był częścią historycznego Królestwa Węgier, które od XVI stulecia (po bitwie z Turkami pod Mohaczem w 1526 r.) dostało się pod panowanie Habsburgów i Cesarstwa Austriackiego. Dziś, po obaleniu żelaznej kurtyny i wstąpieniu Węgier do Unii Europejskiej w 2004 r., znów (jak za czasów Monarchii Austro-Węgierskiej) praktycznie nie zauważamy, kiedy przejeżdżamy tutaj przez granicę. Węgrzy (nasi bratankowie) i Austriacy nazywają siebie szwagrami – w ten sposób wszyscy jesteśmy ze sobą trochę spowinowaceni…

 

Najważniejszym historycznym ośrodkiem całego regionu jest leżący tuż przy granicy Sopron (Ödenburg). Po upadku Monarchii Austro-Węgierskiej w 1918 r. mieszkańcy tego miasta mogli zdecydować w plebiscycie (przeprowadzonym w dniach 14–16 grudnia 1921 r.), do którego państwa chcą należeć. Sopron wybrał Węgry, za co otrzymał dumny tytuł „najwierniejszego węgierskiego miasta”.

Nastrojowe uliczki historycznego centrum zachwycą każdego przyjezdnego. Nad barokowymi i renesansowymi kamienicami króluje Wieża Strażacka (Tűztorony), wzniesiona w średniowieczu na starożytnych rzymskich fundamentach. Jej dzisiejszy wygląd pochodzi z XVII w., kiedy odbudowano ją po pożarze. Z miejscowych świątyń uwagę zwracają przede wszystkim te zbudowane w stylu gotyckim: Kozia (Kecske-templom), św. Michała (Szent Mihály-templom) i św. Jerzego (Szent György-templom). Warto też wspomnieć o prawdziwej perle architektury neogotyckiej – Kościele św. Urszuli. Po zwiedzaniu ponad 60-tysięcznego Sopronu można odpocząć w licznych restauracjach i kawiarniach, czy też na pięknie utrzymanych skwerach i w parkach (Deák tér, Erzsébet kert – z atrakcyjnymi placami zabaw, co ważne dla rodzin z dziećmi).

Ulice miasta wspinają się także na malownicze okoliczne wzgórza (Lővérek), które są najbardziej wysuniętymi na wschód przedgórzami Alp. Miłośnicy aktywnego wypoczynku znajdą tu piękne szlaki spacerowe, wieżę widokową (Károly-kilátó) oraz park przygody dla małych i dużych (www.loverkalandpark.hu). W lecie w miejscowym lesie można zobaczyć mnóstwo pięknych cyklamenów – rośliny te są jednym z symboli Sopronu.

 

MAGICZNE MIEJSCA

Jeszcze w obrębie miasta, ale już w otoczeniu pięknych, zalesionych wzgórz znajduje się klasztor paulinów z najstarszą, historyczną kopią obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej. W czasach komunizmu na Węgrzech prawie wszystkie zakony zostały rozwiązane. Po zmianach ustrojowych budynek klasztoru w Sopronie był już tak zniszczony, że nie nadawał się do zamieszkania. W końcu kupił go znany węgierski mecenas kultury Gábor Kovács, wyremontował i oddał zakonnikom, którzy otworzyli w nim ośrodek duchowo-medytacyjny. Jest to obecnie miejsce, gdzie można w ciszy i spokoju odpocząć od zgiełku otaczającego świata (www.banfalvakolostor.hu).

Tereny dzisiejszego Sopronu były zamieszkane już w czasach starożytnych. Znajdowała się tutaj rzymska osada warowna Scarbantia. W pobliskim Fertőrákos można podziwiać obecnie pozostałości świątyni Mitry z III w. Ten indyjsko-perski bóg światła i wojny był niezmiernie popularny w Imperium Rzymskim w pierwszych stuleciach naszej ery (od I do V w). Kult Mitry (mitraizm) wywarł później olbrzymi wpływ na obrzędowość chrześcijańską.

W tej okolicy już w starożytności działał kamieniołom. Wydobywana tu skała wapienna była bardzo wysokiej jakości i łatwo podlegała ciosaniu. Z kamienia z Fertőrákos zbudowano wiele słynnych budynków wiedeńskich, m.in. Ratusz, Muzeum Historii Naturalnej czy gmach uniwersytetu. Dzisiaj kamieniołom jest już nieczynny, pełni jedynie rolę atrakcji turystycznej. Z każdego miejsca ogromnej poeksploatacyjnej kotliny rozpościerają się przed nami niesamowite, wręcz księżycowe widoki. W ścianach skalnych możemy podziwiać z bliska skamieliny z okresu miocenu. Fertőrákos zainteresuje jednak nie tylko miłośników historii czy przyrody. Już w pierwszej połowie XX w. zorientowano się, że kamieniołom ma doskonałą akustykę i urządzano w nim koncerty pod gołym niebem, po zachodzie słońca i przy świetle świec. Aby występy artystów nie były uzależnione od pogody, wybudowano tutaj zadaszoną halę, tzw. Teatr Jaskiniowy, gdzie w lecie melomani mogą posłuchać oper, operetek, musicali i innych widowisk.  

Krajobraz kulturowy pobliskiego jeziora Nezyderskiego (niemieckie Neusiedler See, węgierskie Fertő-tó) został wpisany w 2001 r. na prestiżową Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Cała okolica jest rajem dla wędkarzy, miłośników ornitologii i jazdy na rowerze. Każdego roku od początku maja kursują statki z węgierskiego wybrzeża jeziora do austriackiego miasteczka Rust (węgierskie Ruszt), które może pochwalić się również pięknymi zabytkami oraz pewnym sławnym trunkiem (ale o nim opowiem później)...

 

WODA, KTÓRA LECZY

Jezioro Nezyderskie nie nadaje się zbytnio do pływania, jest bardzo płytkie – jego maksymalna głębokość wynosi zaledwie 2 metry. Za to w zachodniej części Węgier aż roi się od kąpielisk! Wiele z nich to historyczne kurorty wypoczynkowe, które łączą obecnie lecznicze właściwości wód z usługami SPA & Wellness oraz rekreacją. W należącej dzisiaj administracyjnie do Sopronu miejscowości Balf, położonej 7 km od centrum miasta, już w XVIII w. zbudowano dla ówczesnych elit elegancki dom zdrojowy. Obecnie w ramach usług SPA & Wellness każdy może skorzystać z kuracji Sebastiana Kneippa. Polega ona m.in. na polewaniu ciała raz lodowatą, raz gorącą wodą, co podnosi odporność organizmu i zapewnia cudowne odprężenie. Można też pospacerować po kamyczkach w basenie (idealny masaż dla stóp) lub wziąć kąpiel z dodatkiem olejków eterycznych (www.gyogyfurdobalf.hu).

Nieco dalej na południe leży 3,5-tysięczne miasteczko Bük, obok którego po wojnie szukano złóż ropy naftowej, ale zamiast niej zaczęła bić z ziemi... woda termalna. Dziś na przyjezdnych czeka tu kompleks rekreacyjno-leczniczy o powierzchni 14 hektarów. W ogromnym parku znajdziemy aż 32 otwarte, półotwarte i kryte baseny, system zjeżdżalni wodnych, place zabaw i boiska. Tutejsza woda ma wyjątkowo dużą zawartość soli mineralnych, dlatego po 1-, 3-tygodniowej kuracji skutecznie zmniejsza objawy wielu chorób. Jej picie pomaga w walce z chorobami cywilizacyjnymi: nadkwasotą żołądka i osteoporozą (www.bukfurdo.hu).

Zaledwie 25 km na wschód od Bük usytuowane jest 15-tysięczne miasteczko Sárvár, gdzie spod ziemi biją dwa gorące źródła. Woda z nich łagodzi objawy schorzeń narządów ruchu oraz pomaga w rekonwalescencji powypadkowej. Oferta miejscowego kąpieliska jest niezmiernie bogata. Znajdziemy tu centrum SPA & Wellness, salon piękności, grotę solną, sypialnię dla zmęczonych atrakcjami maluszków czy ścieżkę Kneippa, która poprawia krążenie i odporność organizmu (www.sarvarfurdo.hu).

 

PAŁACE I ZAMKI

Sárvár słynie jednak nie tylko z kąpieliska. W centrum miejscowości wznosi się zamek rodu Nádasdych, którego obecny wygląd pochodzi z XVI w. Jego prawdziwą perłą jest Sala Galowa ozdobiona freskami z XVII stulecia, które przedstawiają waleczne czyny pogromcy Turków – Ferenca (Franciszka) Nádasdyego (1555–1604), zwanego przez nich „Czarnym Bejem”, czyli „Czarnym Wodzem”. Tuż obok zamku znajduje się 10-hektarowe arboretum.

Jadąc na zachód od Sárvár, wracając pod granicę węgiersko-austriacką, natrafimy na 12-tysięczne, historyczne miasteczko Kőszeg (po niemiecku Güns). Tutejszy zamek jest dla Węgrów miejscem szczególnym. W sierpniu 1532 r. chorwacki kapitan NikolaJurišić (po węgiersku Miklós Jurisics) stojący na czele ok. 50 żołnierzy i 700 chłopów obronił go przed 120-tysięczną armią turecką (słynne oblężenie Kőszeg). Tym samym uratował życie 1800 kobiet i 2200 dzieci, które znalazły schronienie na zamku. Obecnie trwa tu remont, który zakończy się w 2012 r.  

Kierując się na północ, w okolice jeziora Nezyderskiego, znajdziemy również fascynujące zamki i pałace. Niemal wszystkie z tych zabytkowych obiektów należały do słynnego książęcego rodu Esterházych. Do dzisiaj w posiadaniu tej rodziny jest wspaniały średniowieczny zamek Forchtenstein (po węgiersku Fraknó vára), który wznosi się kilka kilometrów od granicy, już po stronie austriackiej. Zachwyca on nie tylko swoim malowniczym położeniem i piękną architekturą. Na jego dziedzińcach zobaczymy także zapierające dech w piersiach malowidła, a we wnętrzach – skarbiec książęcy, galerię przodków (m.in. Włada Palownika, historycznego pierwowzoru Drakuli) czy kolekcję broni (www.esterhazy.at).

W dzisiejszym austriackim mieście Eisenstadt (po węgiersku Kismarton) oraz w Fertőd, już po drugiej stronie granicy, znajdują się dwa przepiękne pałace książęcego rodu. Oba zachwycają barokowym przepychem wnętrz i ogrodami francuskimi. Zarówno w pałacu w Eisenstadt, jak i w Fertőd organizuje się obecnie różne wydarzenia kulturalne – festiwale i koncerty. Nic w tym dziwnego, ponieważ ród Esterházy często związany był z muzyką z najwyższej półki.  

 

DŹWIĘKI MUZYKI

Namiestnik króla, książę Paul I (Pál) Esterházy (1635–1713) sam był poetą i kompozytorem. Żyjący w XVIII stuleciu Mikołaj Józef (Miklós József) Esterházy (1714–1790), wielki mecenas sztuki, zaprosił na swój dwór Josepha Haydna (1732–1809). Ten słynny kompozytor przez trzy dekady służył książęcemu rodowi (od 1761 do 1790 r.). W tym czasie powstało szereg jego dzieł, m.in. słynna Symfonia pożegnalna z 1772 r. Jej finał jest niezmiernie zaskakujący – członkowie orkiestry kolejno przestają grać i opuszczają scenę, gasząc świece umieszczone przy pulpitach. Podobno książę Mikołaj Józef trzymał muzyków miesiącami w swojej nowej rezydencji – Fertőd, podczas gdy ich rodziny mieszkały w Eisenstadt. Na próźno prosili oni o urlop. Haydn skomponował więc utwór, który był żartobliwą aluzją do sytuacji członków orkiestry na dworze księcia. Esterházy docenił duże poczucie humoru kompozytora i dał muzykom długo wyczekiwany urlop.

Z rodem Esterházych wiążą się również losy innego światowej sławy twórcy. Ta potężna rodzina magnacka miała także dwór w miejscowości Doborján, dzisiejszym Raidingu w Burgenlandzie, kilka kilometrów od obecnej granicy austriacko-węgierskiej. Tutaj właśnie urodził się w 1811 r. syn zarządcy, Ferenc (Franciszek) Liszt. Z chorowitego chłopca wyrósł jeden z najwybitniejszych kompozytorów i pianistów wszech czasów. Koncertował od Londynu do Petersburga, olśniewał wirtuozerią, a jego muzyka wywoływała niespotykane wcześniej emocje. Dwór Esterházych nie zachował się do naszych czasów. Ocalała natomiast oficyna, w której przyszedł na świat Liszt. Dzisiaj znajduje się tutaj interesująca wystawa, a w nowoczesnej sali koncertowej, wybudowanej w pobliżu, można posłuchać muzyki nie tylko tego wielkiego węgierskiego kompozytora (www.lisztomania.at).

W Sopronie co roku odbywa się festiwal artystyczno-muzyczny Dni Wiosenne w Sopronie (Soproni Tavaszi Napok; www.sopron.hu). Miasto to dostarcza jednak rozrywki nie tylko dla miłośników klasycznych brzmień. Od 1993 r. organizowany jest tutaj cieszący się ogromną popularnością VOLT Fesztivál, na którym występują gwiazdy muzyki alternatywnej, rockowej, jazzowej, elektronicznej oraz world music (www.sziget.hu/volt).

 

WINO I WINOBRANIE

Najbardziej znane Polakom wina węgierskie pochodzą z Egeru i Tokaju. Jednak okolice Sopronu mogą poszczycić się także wielowiekową tradycją winiarską. Najsłynniejszy szczep z tego regionu nazywa się po węgiersku Kékfrankos, po niemiecku Blaufränkisch, a po słowacku Frankovka modrá. Wytwarzane z niego czerwone wino ma wysoką zawartość soli i garbników, a jednocześnie pełny, harmonijny smak. Kékfrankos stanowi ponad połowę upraw winorośli w okolicach Sopronu, ale obok niego pojawiają się także nowe węgierskie szczepy oraz popularne międzynarodowe odmiany (www.soproniborvidek.hu).

Po drugiej stronie granicy sprawa wygląda podobnie, jednak Austriacy mogą się pochwalić pewnym ekskluzywnym produktem winiarskim. Jest to Ruster Ausbruch, wino deserowe z okolic miasteczka Rust, które wytwarza się podobnie jak Tokaji Aszú: do aromatycznego białego wina (muszkatu) dodaje się wybierane, wysuszone i okryte szlachetną pleśnią winogrona o bardzo wysokiej zawartości naturalnego cukru. Trunek ten smakuje najlepiej w zaskakującym połączeniu z mocnymi, słonymi i równie szlachetnymi smakami, np. z serami pleśniowymi czy foie gras (www.weinburgenland.at).

Winobranie to wielkie święto nie tylko dla winiarzy i smakoszy wina. Pod koniec sierpnia zjeżdżają na nie do Balf turyści nawet z najdalszych zakątków Węgier oraz z całej Europy. Winiarze i mieszkańcy miejscowości tworzą radosny pochód złożony z udekorowanych wozów, przebierańców oraz tradycyjnie przygotowanych na tę okazję wielkich słomianych kukieł. Nie może też – oczywiście – zabraknąć tańców i wina z zeszłorocznych zbiorów.

 

Wampirzyca czy ofiara?

Elżbieta Batory, po węgiersku Erzsébet Báthory (1560–1614), siostrzenica króla Polski Stefana Batorego, była żoną Ferenca Nádasdyego, pana na Sárvár i postrachu Turków. Po jego śmierci żyła samotnie na zamku w Čachticach, który znajduje się na terenie dzisiejszej Słowacji. Wokół jej osoby krążyły plotki. W 1610 r. György Thurzó (Jerzy Turzon), namiestnik cesarza Austrii i króla Węgier – Macieja II Habsburga, pojmał hrabinę. Jej służki zeznały po torturach, że ich pani ze szczególnym okrucieństwem zabiła kilkaset dziewcząt i kąpała się we krwi ofiar, żeby się odmładzać. Oskarżenia te były absurdalne, bowiem krew ludzka krzepnie tak szybko, że nie da się w niej kąpać, a Elżbieta tak naprawdę nigdy nie była szczególnie piękna i nie zabiegała o względy mężczyzn. Nieszczęsną hrabinę chciano prawdopodobnie usunąć z powodów politycznych. Bez procesu zamurowano ją w jednej z komnat zamku w Čachticach, przez mały otwór otrzymywała jedynie jedzenie i picie. Zmarła obłąkana w sierpniu 1614 r. W ciągu następnych stuleci plotki i pomówienia przerodziły się w legendę. Elżbieta Batory miała podobno pić krew swoich ofiar, przedstawiano ją także jako lesbijkę. Jej postać zainspirowała m.in. twórców horrorów i gier komputerowych. W ostatnich latach zrobiono o niej dwa filmy: francusko-niemiecki, w reżyserii Julie Delpy pt. Hrabina (The Countess) – tłumaczy on czyny bohaterki mrocznych legend metodami psychologii, słowacko-czesko-angielsko-węgierski (Báthory), który stara się zrehabilitować historyczną postać, przypisując jej jednocześnie płomienny romans z włoskim malarzem Caravaggiem.


 

Artykuły wybrane losowo

Sri Lanka – zielony klejnot Oceanu Indyjskiego

 

Agnieszka Szwed

www.szwedacz.com

 

Położoną na południowy wschód od Półwyspu Indyjskiego Sri Lankę nazywa się niekiedy Łzą Indii. To jednak nie jedyne jej miano, a większość określeń wiąże się z zachwytem, w jaki od wieków wprawiała ona odwiedzających ją ludzi. Dla słynnego weneckiego podróżnika Marca Polo była „najwspanialszą wyspą o tej wielkości na świecie”, a dla portugalskiego kapitana Edwarda Barbosy – „wyspą rozkoszy”. Sri Lanka znana jest również jako Perła Oceanu Indyjskiego. W sanskrycie jej nazwa oznacza po prostu „Lśniący Kraj”. Wszystkie te określenia obiecują wiele, ale nie ma w nich wcale żadnej przesady.

 

Wyspa Cejlon (na której leży Sri Lanka) kojarzy się z zielonymi wzgórzami porośniętymi herbatą, zapachem korzennych przypraw i opowieściami żeglarzy o odległych lądach. Panuje tu tropikalny klimat ze średnią roczną temperaturą powietrza ok. 30°C. Od upałów można odetchnąć tylko w wyższych partiach gór w głębi lądu.

 

Na pogodę wybrzeży Sri Lanki wpływają dwa monsuny: yala i maha. Pierwszy z nich od maja do sierpnia przynosi deszcze w południowo-zachodniej części kraju. Drugi od października do stycznia sprowadza wilgoć w północno-wschodni rejon wyspy. Wiejące tutaj wiatry nie tylko sprzyjają występowaniu opadów i rozwojowi bujnej roślinności, ale także ułatwiały dotarcie do tego regionu podróżnikom i kupcom przybywającym na Cejlon z różnych stron świata. To m.in. dzięki nim Sri Lanka jest dziś miejscem tak różnorodnym kulturowo, w którym różne religie i tradycje współistnieją, wzajemnie się uzupełniając i tworząc lokalny koloryt.

 

Dambulla cave temple World heritage site- 1st Century BC

Jedna z pięciu jaskiń należących do Złotej Świątyni w Dambulli

© SRI LANKA TOURISM PROMOTION BUREAU

 

ŚLADY DAWNEJ ŚWIETNOŚCI

 

Jednak na długo zanim przybyli tu wspomniani podróżnicy i kupcy, na wyspie kwitła kultura, której początki sięgają zamierzchłych czasów. Według historycznej Mahavamsy z V w. n.e., czyli w języku pai „Wielkiej Kroniki”, pierwotnymi mieszkańcami Cejlonu byli Jakszowie i lud Naga. Dzieje pochodzących z północy Indii Syngalezów zaczynają się w 543 r. p.n.e. wraz z przybyciem księcia Vijaya (Zwycięzcy), legendarnego króla Sri Lanki, i utworzeniem przez niego Królestwa Tambapanni (istniejącego do 505 r. p.n.e.). Pojawienie się na tym obszarze narodu syngaleskiego zapoczątkowało kulturalny, religijny i architektoniczny rozkwit, którego ślady podziwiać możemy do dzisiaj.

 

Najwspanialszą stolicą jednego ze starożytnych królestw Syngalezów (Królestwa Anuradhapura z lat 377 p.n.e.–1017) była Anuradhapura, położona w obecnej Prowincji Północno-Środkowej, ok. 200 km na północ od Kolombo (gospodarczej stolicy Sri Lanki). To miasto o niezmiernie bogatej historii rozwijało się od IV w. p.n.e. do końca X stulecia. Anuradhapura do dziś jest jednym z najważniejszych centrów buddyjskich na świecie, a to za sprawą rosnącego tutaj świętego figowca pagodowego zwanego Jaya Sri Maha Bodhi, pod którym według tradycji doznał oświecenia medytujący Budda. Sadzonkę na wyspę przywiozła w III w. p.n.e. Sanghamitta, córka władcy indyjskiego imperium Maurjów – Aśoki, wypełniając tym samym misję szerzenia buddyzmu na Cejlonie. Okaz ten uchodzi za najstarsze posadzone przez człowieka drzewo na świecie z udokumentowaną historią. Zasadzono je w 288 r. p.n.e. i od tego czasu wierni wciąż o nie dbają, nie przestali troszczyć się o świętego figowca nawet wtedy, gdy miasto znajdowało się w rękach Tamilów. Wśród tutejszych ruin zachowało się kilka buddyjskich świątyń i pałaców, a historyczne centrum wpisano w 1982 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.

 

Kiedy Anuradhapura była stolicą państwa Syngalezów, Polonnaruwa pełniła funkcję okresowej rezydencji królewskiej. Jednak po zniszczeniu tej pierwszej w 993 r. przez wojska tamilskie to ona przejęła rolę najważniejszej metropolii na wyspie. Status ten utrzymała do XIII w. W czasach największego rozkwitu była wspaniałym, otoczonym potrójnym murem miastem ogrodem, w którym pałace i świątynie wtapiały się w bujną zieleń.

 

Syngalezi wielokrotnie musieli odpierać ataki z zewnątrz. W XIII stuleciu Sri Lankę najechali ponownie Tamilowie z subkontynentu indyjskiego. W wyniku tych wydarzeń Polonnaruwa została opuszczona. Na odkrycie czekała ponad 500 lat. Dziś możemy podziwiać ruiny zabytkowej metropolii z licznymi posągami i rzeźbami – m.in. z wykutą w skale kilkunastometrową figurą śpiącego Buddy.

 

Na skutek najazdów Syngalezi zostali zmuszeni do osiedlenia się bardziej na południe. W górzystym wnętrzu wyspy założyli w 1469 r. nowe królestwo wokół miasta Kandy (Królestwo Kandy). Obecnie jest ono nie tylko stolicą Prowincji Środkowej, lecz także jednym z ważniejszych ośrodków wyznawców buddyzmu. Wszystko za sprawą znajdującej się tu Świątyni Zęba (Sri Dalada Maligawa), w której w szkatułce złożono według tradycji ząb samego Buddy. Relikwia ma niezwykłą moc – przyciąga zarówno buddystów, jak i tysiące turystów. Mnóstwo osób przybywa z jej powodu do Kandy zwłaszcza raz w miesiącu, kiedy na Cejlonie obchodzi się Poyę, czyli święto przypadające na dzień pełni księżyca. Przez całą dobę we wszystkich buddyjskich świątyniach w kraju odbywają się barwne uroczystości i panuje podniosła atmosfera.

 

WIZJA SZALONEGO WŁADCY

 

Niemal 200-metrowa bryła magmy króluje nad zieloną równiną w okolicy Dambulli. Widoczna z każdej strony już z daleka, stanowi pozostałość po dawno wygasłym wulkanie. Samotna skała, kontrastująca z otoczeniem, robi niemałe wrażenie. Jeszcze bardziej niesamowita jest historia powstałego na niej obiektu. To karkołomne przedsięwzięcie budowlane było realizacją wizji jednego z najbardziej okrutnych władców Sri Lanki – Kassapy I (rządzącego w latach 473–495). Jako potomek z nieprawego łoża nie mógł on legalnie objąć tronu. Zdobył więc władzę, zabijając swojego ojca Dhatusena. Nie opuszczał go jednak strach przed zbiegłym do Indii przyrodnim bratem Mogallaną, który planował powrócić na Cejlon na czele potężnej armii. Aby uchronić się przed gniewem prawowitego następcy tronu, Kassapa I zdecydował się wybudować potężną twierdzę i pałac na szczycie niedostępnej skały.

 

Zaspokojenie wybujałych ambicji władcy kosztowało życie tysięcy robotników. Miejsce o naturalnych walorach obronnych umocniono jeszcze systemem murów i fos, czyniącym je niedostępnym dla wrogów. Jedyną drogę na szczyt stanowiły wykute w kamieniu wąskie schodki. Co jednak najciekawsze, skała przekształcona została w olbrzymiego budzącego grozę lwa. Do ogromnej bryły dodano ceglaną głowę i tors oraz pięknie wyrzeźbione przednie łapy. Do dziś przetrwały tylko one, a także sama nazwa Sigirija, która oznacza Lwią Skałę. Skalne ściany samego pałacu pokryto malowidłami przedstawiającymi najprawdopodobniej damy dworu i królewskie nałożnice. Zachowały się one do dzisiaj w zaskakująco dobrym stanie. Oglądający mogą dzięki nim poznać niegdysiejsze kanony urody. Król lubił podziwiać nie tylko piękne kobiety, ale i siebie samego, a jedna ze ścian pałacu została tak wypolerowana, że przy odpowiednim kącie padania promieni słonecznych służyła władcy za lustro. Panowanie Kassapy I trwało 22 lata, do czasu, gdy Mogallana powrócił, aby odebrać bratu władzę.

 

Do dziś na szczycie przetrwały zaledwie fundamenty zespołu pałacowego i umocnień, tworzą one jednak ciekawy labirynt, z którego rozciągają się fantastyczne widoki. Samą Sigiriję można podziwiać w pełnej okazałości z innej skały – położonej niedaleko Pidurangali.

 

CD5-3

Młodzi buddyjscy mnisi na drodze prowadzącej do słynnej Lwiej Skały

© SRI LANKA TOURISM PROMOTION BUREAU

 

W GÓRACH USŁANYCH ZIELENIĄ

 

Mimo iż aż 80 proc. obszaru Sri Lanki zajmują niziny, jej środkowo-południowy region to zielona górska kraina pokryta w dużej części tropikalnym lasem. Najbardziej znanym z lankijskich szczytów jest niewątpliwie mierząca 2243 m n.p.m. Sri Pada. Wysokość góry nie imponuje, ale nie z tego względu wyróżnia się ona spośród innych. Według legendy na prośbę boga Samana swój ślad zostawił na tym szczycie sam Budda. Tak przynajmniej utrzymują jego wyznawcy. Hinduiści przekonują natomiast, że ślad ten należy do Śiwy. Chrześcijanie i muzułmanie twierdzą z kolei, że odbił tutaj swoją stopę biblijny pierwszy człowiek, który po wygnaniu z raju stał w tym miejscu na jednej nodze w celu odkupienia grzechów. Dlatego w Europie góra znana jest głównie jako Szczyt Adama (Adam’s Peak), a nie Sri Pada czy Samanalakanda, jak nazywa się ją w Azji. Tajemnicze wgłębienie w skale czyni wzniesienie obiektem kultu wielu religii i celem licznych pielgrzymek.

 

Aby wspiąć się na górę przed wschodem słońca, o którego pięknie na Sri Lance krążą legendy, wyruszyliśmy o 2.00 w nocy. Pobudka po 3 godz. snu nie była łatwa, zwłaszcza że mieliśmy w perspektywie pokonanie ponad 5 tys. schodów. To właśnie one, początkowo łagodne, im dalej, tym coraz bardziej strome, prowadzą do celu. Światła latarni rozstawionych wzdłuż stopni znaczyły w mroku wijącą się ścieżkę na szczyt. Na pewnym etapie zmęczenie dawało nieco o sobie znać. Zapominaliśmy jednak o nim, gdy mijaliśmy wspinających się starszych ludzi, nierzadko nawet o kulach. Niektórzy o własnych siłach, inni wsparci na barkach krewnych powoli, ale konsekwentnie zbliżali się do celu. Na trasie panowała zresztą prawdziwa różnorodność. Spotykaliśmy osoby starsze i dzieci, samotnych wędrowców i całe rodziny, mnichów odzianych w tradycyjne szaty i ubraną współcześnie młodzież. Wszyscy w swoim tempie zmierzali na szczyt.

 

Dotarliśmy na górę ok. 5.00. Było nieco za wcześnie. Słońce miało wzejść za godzinę, a na szczycie niska temperatura dawała nam się we znaki. Schroniliśmy się w jednym z przyświątynnych budynków. Jak się okazało, nie byliśmy jedyni. Wewnątrz zebrał się już spory tłum również zmagających się z zimnem ludzi i wciąż ich przybywało.

 

Nagle wszyscy zaczęli kierować się do wyjścia. Większość osób zebrała się na schodach przy świątyni i patrzyła w stronę wschodzącego słońca, a raczej tam, gdzie powinno się ono pojawić, bo w ostatniej chwili zostało zasłonięte przez rozległą chmurę. Ciemność powoli się rozpraszała, gasły tak liczne wcześniej gwiazdy, a opadające mgły odsłoniły widok na okolicę. Przy dobiegających ze świątyni dźwiękach bębnów patrzyliśmy na zmieniający się krajobraz. Pobliskie szczyty wyłaniały się zza chmur, aby znów w nich zatonąć. Wszystko to działo się na tle nieba mieniącego się odcieniami różu, żółci, pomarańczy i błękitu. Staliśmy tak jeszcze jakiś czas, chłonąc niesamowitą atmosferę. O zimnie zapomnieliśmy zupełnie.

 

Wracaliśmy tą samą drogą, jednak wyglądała ona zupełnie inaczej. Dopiero za dnia ukazały nam się zbocza porośnięte wiecznie zielonym wilgotnym lasem równikowym, skryte wcześniej pod osłoną nocy. Przed nami było ponad 5 tys. schodów.

 

Wspaniałą górską panoramę podziwiać możemy także w Parku Narodowym Równin Hortona. To wysoko położony płaskowyż (ok. 2100–2300 m n.p.m.) znany z silnych wiatrów i kapryśnej pogody. Ścieżka w różnych odcieniach pomarańczy tworzy tu pętle prowadzące do dwóch charakterystycznych punktów zwanych Małym Końcem Świata i Końcem Świata. Oba zawieszone są nad głębokimi przepaściami (mającymi odpowiednio mniej więcej 300 i 1,2 tys. m). Rozpościerają się stąd zapierające dech w piersiach widoki na pobliskie szczyty. Niestety, można je oglądać tylko wówczas, gdy okolicy nie spowijają ciężkie chmury i gęsta mgła, co często się tutaj zdarza. Najlepiej wybrać się do parku o wczesnych godzinach porannych, ale nawet to nie daje gwarancji na natrafienie na sprzyjające warunki. Czasem warto jednak trochę poczekać na zmianę pogody, bo potrafi ona nastąpić niespodziewanie.

 

Miłośnicy mgieł powinni za to odwiedzić góry Knuckles (Knuckles Mountain Range). Ich niewielki obszar pokrywają lasy mgliste, w których ze względu na ciągłą kondensację pary wodnej mgły nie ustępują ani na chwilę. Zanim jednak dotrze się do tej tajemniczej krainy, podziwiać można piękno zielonych grzbietów skąpanych w południowym słońcu. W tym regionie znajdziemy również odosobnione domy zamieszkane przez ludzi trudniących się głównie uprawą ryżu i kardamonu.

 

KRÓLESTWO HERBATY

 

Tea Pluckers

Kobiety ciężko pracujące przy zbiorach herbaty to w większości Tamilki

© SRI LANKA TOURISM PROMOTION BUREAU

 

Chociaż na wyspie uprawia się wiele gatunków roślin, w tym zwłaszcza przyprawy takie jak cynamon, gałka muszkatołowa czy kardamon, powszechnie kojarzy się ona przede wszystkim z herbatą, która stała się niejako symbolem Sri Lanki. Trudno się temu dziwić, gdyż ten cejloński produkt doceniany jest od dawna, a sam kraj mimo niewielkiej powierzchni (65 610 km²) zajmuje czwarte miejsce na świecie pod względem wielkości zbiorów (po Chinach, Indiach i Kenii).

 

Więcej sadzonek herbaty trafiło na Sri Lankę dopiero w drugiej połowie XIX w. Sprowadzone zostały z indyjskiego stanu Asam przez Brytyjczyków po tym, jak zaraza zniszczyła uprawianą przez nich wcześniej na wyspie kawę. Sekret wysokiej jakości cejlońskiej herbaty tkwi nie tylko w doskonałych warunkach do jej uprawy. Przede wszystkim wpływa na nią sposób zbierania liści. Podczas gdy w wielu miejscach na świecie używa się do tego celu maszyn, na Sri Lance wciąż tę pracę wykonuje się ręcznie, co umożliwia dokładną selekcję. Dlatego do suszenia trafiają później najlepiej nadające się liście.

 

Jakość ta okupiona jest jednak ciężką pracą kobiet na plantacjach. Zbieraniem herbaty (i wcześniej kawy) trudniły się przede wszystkim Tamilki sprowadzone przez Brytyjczyków po tym, jak Syngalezki odmówiły wykonywania tego zadania. Mimo upływu lat i zmiany sytuacji politycznej nadal to właśnie one są najliczniejszymi pracownicami plantacji. Od bladego świtu krążą wśród równo przyciętych krzewów, żeby zebrać nawet do 20 kg liści w ciągu dnia! Kobiety zrywają jedynie te najmłodsze, jasnozielone listki wraz z nierozwiniętym pączkiem, rosnące na szczycie herbacianego krzewu. Wymaga to nie tylko wiedzy, ale i cierpliwości, a także manualnej sprawności.

 

Specjalnie wyselekcjonowane liście poddawane są procesom suszenia, rolowania i fermentacji. Dopiero tak przygotowany susz trafia na aukcje, na których zaopatrują się w niego światowi producenci. Warto przy tym zaznaczyć, że zarówno herbatę czarną, jak i zieloną czy białą pozyskuje się z jednego typu herbacianego krzewu. Różni je jedynie to, co dzieje się z liśćmi po zerwaniu. W przypadku herbaty czarnej są one w pełni sfermentowane – najpierw więdną, potem zostają skręcone, ulegają fermentacji, a na koniec się je suszy. Liście herbaty zielonej poddaje się tylko minimalnemu utlenianiu, a później suszeniu i podgrzewaniu, co zapobiega rozpoczęciu się procesów fermentacyjnych, dzięki czemu produkt końcowy zachowuje zieloną barwę. Herbatę białą wytwarza się z nierozwiniętych młodych pączków pozostawianych do zwiędnięcia, a następnie suszonych.

 

Wzgórza pokryte przystrzyżonymi herbacianymi krzewami to jeden z najbardziej charakterystycznych, a także najpiękniejszych widoków na Cejlonie. Wspaniale prezentują się zarówno skąpane w południowym słońcu, jak i otulone poranną mgłą. Znajdują się m.in. w pobliżu miejscowości Nuwara Elija (Nuwara Eliya), Kandy, Haputale, Badulla, Bandarawela czy Dimbula, a podziwiać można je również z przebiegającej tu niezwykle widokowej trasy linii kolejowej. Przejażdżka pociągiem w tym malowniczym rejonie jest atrakcją, której podczas podróży po Sri Lance naprawdę nie wolno pominąć.

 

W trakcie wizyty na tutejszych plantacjach nie tylko nacieszymy oczy. Uświadomimy też sobie, jak długotrwały i pracochłonny proces przechodzi herbata, zanim trafi do naszych filiżanek w formie popularnego napoju.

 

Rajskie wybrzeże

 

Sun tanning at one of the many beautiful sandy beaches

Na Cejlonie jest mnóstwo słonecznych plaż idealnych na błogi wypoczynek

© SRI LANKA TOURISM PROMOTION BUREAU

 

Sri Lanka to wręcz wymarzone miejsce dla osób chcących odpocząć na słonecznym wybrzeżu. Wszak wyspę oblewają krystaliczne wody Oceanu Indyjskiego, a długa na 1340 km linia brzegowa usłana jest gęsto naturalnymi, skąpanymi w słońcu plażami. Pasy białego i złocistego piasku urozmaicają namorzynowe laguny, palmowe gaje, zaciszne zatoczki, urokliwe rybackie wioski i rafy koralowe. Lankijskie wybrzeże ma niejedno oblicze. Znajdują się na nim tętniące życiem kurorty, jak i miejsca niemal całkiem bezludne. Są tutaj plaże dla miłośników imprez i nocnego życia oraz takie dla osób lubiących czytać książki w hamaku. Luksusowe hotele zaspokajające oczekiwania bardzo wymagających klientów przeplatają się ze skromnymi domkami pozbawionymi cywilizacyjnych udogodnień. Odnajdą się tu turyści chcący aktywnie spędzić czas na surfowaniu czy nurkowaniu, a także ludzie szukający błogiego spokoju i ciszy, spragnieni obcowania z przyrodą. Warto zatem zrobić wcześniej rozeznanie, żeby wybrać plażę najbardziej odpowiadającą naszym wymaganiom.

 

Na południowo-zachodnim wybrzeżu można odwiedzić Galle. To założone na początku XVI stulecia przez Portugalczyków (w miejscu, gdzie istniał już port) i przebudowane później przez Holendrów miasto słynie z wąskich uliczek, kolonialnych willi, kilkusetletnich kościołów i fortu z XVII w. Jego centrum historyczne zostało wpisane w 1988 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO jako najlepszy przykład ufortyfikowanego ośrodka wzniesionego przez Europejczyków w Azji Południowej i Południowo-Wschodniej.

 

Niedaleko brzegów oceanu położony jest również Park Narodowy Yala, w którym można spotkać wiele gatunków zwierząt takich jak słonie, bawoły indyjskie (wodne), krokodyle błotne i różańcowe czy lamparty w ich naturalnym środowisku. To zresztą nie jedyne takie miejsce na wyspie. W celu obserwowania lokalnej fauny warto wybrać się też do parków narodowych Udawalawe lub Wilpattu.

 

Powierzchnia Sri Lanki wynosi tyle, ile mniej więcej jedna piąta terytorium Polski. Na tak niewielkim obszarze znajdują się wspaniałe góry, piękne plaże, ciekawe skarby kultury i architektury buddyjskiej, a także parki narodowe pełne egzotycznych roślin i zwierząt. Wszystko to sprawia, że po pierwszej wizycie na wyspie odwiedzający ją czują niedosyt, który skłania ich do planowania powrotu do tego niesamowitego zielonego zakątka świata.

 

Wakacje w siodle

konie_w_wodzie.jpg

Rajd konny koło Pałacu i Folwarku Galiny

©PAŁAC I FOLWARK GALINY


DOROTA WAGA

 

Turystyka aktywna cieszy się wciąż niesłabnącą popularnością. Wydaje się, że im więcej godzin spędzamy przed ekranem komputera albo telewizora lub w fotelu samochodowym, tym częściej w czasie wolnym chcemy zażywać ruchu. Wybieramy się więc na wędrówki po górach, spływy kajakowe, rejsy po wodach śródlądowych, czy nawet morzach i oceanach, , a także szczególnie ostatnio modne rajdy rowerowe. Coraz szersze zainteresowanie budzą też wyprawy konne, które przebojem zdobywają sobie rzesze oddanych wielbicieli na całym świecie, również w Polsce.

Więcej…

Apetyt na Gruzję

NATALIA ŚWIĘCHOWICZ

<< Podróżowanie po tym usytuowanym na Kaukazie Południowym (Zakaukaziu), na pograniczu Europy i Azji, pięknym, dzikim i szalonym państwie to doświadczanie świata wszystkimi zmysłami. Podczas podziwiania majestatycznych kaukaskich szczytów rozlewamy do kieliszków kolejną butelkę aromatycznego czerwonego wina Saperavi lub białego Rkatsiteli. W naszych ustach rozpływają się wyborne, domowej roboty sery, a na suto zastawionym stole czekają kolejne przysmaki, które kuszą apetycznym wyglądem, zapachem i przede wszystkim smakiem. Pora wznieść toast za przodków i rozpocząć gruzińską „suprę”, czyli huczną i radosną ucztę. „Gaumardżos!” – „Na zdrowie!”. Niech żyje Gruzja! >>

Więcej…