Magdalena i Sergiusz Pinkwartowie

www.dzieckowdrodze.com 

 

« Ten najmniejszy kraj Unii Europejskiej jest zarazem kolebką kultury i przedmurzem chrześcijaństwa. Znajdziemy tu megalityczne świątynie, ale i ok. 360 kościołów katolickich, możemy nurkować w ciepłym morzu, podziwiać wspaniałe zabytki i odwiedzić plan filmowy. Malta zachwyca różnorodnością. Każdy odkryje na niej coś, co sprawi, że będzie chciał na nią wrócić. »

 

Tutaj rzeczywistość miesza się z legendami. Niektórzy uważają, że Gozo, druga największa wyspa kraju (67 km² powierzchni), to Ogygia – na niej właśnie nimfa Kalipso więziła przez siedem lat Odyseusza, bohatera eposu Homera. Według tradycji u wybrzeży Malty rozbił się w 60 r. n.e. statek ze św. Pawłem na pokładzie. W pierwszej połowie XVI w. osiedlili się na archipelagu rycerze zakonni z równoramiennym krzyżem na piersi. Położone na Morzu Śródziemnym Wyspy Maltańskie mają w sobie coś magicznego. Kto raz zawita na Maltę, zakocha się w niej na całe życie.

 

Naprawdę jesteś mistrzem w powożeniu rydwanem? – pytam nieco zaszokowana, choć ściany niewielkiego baru „Vince” w Rabacie obwieszone są zdjęciami właściciela pędzącego na dwukołowym wózku, z wysokości podium ściskającego dłonie prezesom federacji czy dumnie prezentującego puchar i przytulającego koński łeb. Na półkach pomiędzy butelkami whisky i likieru cytrynowego stoją trofea, a do drewnianej boazerii przyszpilono medale wyglądające niczym wota w Kościele św. Pawła po drugiej stronie sennego placu. Wicemistrzem – uściśla Vince. Tamte mistrzostwa, gdy reprezentacja Malty starła się z ekipą Prowansji, przegrałem o włos. Ale walczyłem dzielnie. Gdyby nie to, że obok jakaś kobieta rozmawia przez komórkę, z oddali dobiega dźwięk samochodowego klaksonu, a przede mną stoi filiżanka słodkiej kawy latte, mogłabym przypuszczać, że w barze „Vince” przeniosłam się w czasie o 2 tys. lat. Wtedy wyścigi rydwanów i sportowe starcia pomiędzy prowincjami rzymskimi, choć z pewnością budziły emocje i namiętności, nie były czymś nadzwyczajnym. Dziś zadziwiają, ale właściwie powinnam się spodziewać takich niezwykłości. W końcu od przylotu na Maltę nieustająco mam wrażenie, że podróżuję bardziej w czasie niż w przestrzeni.

 

NA POŁUDNIE OD TUNISU

Ten kraj jest naprawdę mały (ma zaledwie 316 km² powierzchni). Jeśli się dobrze rozejrzymy, niemal z każdego miejsca na głównej wyspie dostrzeżemy mury Mdiny – dawnej stolicy. Wszędzie też dojedziemy autobusami wyruszającymi z Valletty (pełniącej funkcję stolicy od drugiej połowy XVI stulecia). Komunikacja na Malcie wydaje się turystom dość przejrzysta i łatwa do ogarnięcia, ale historia, geografia, język i tradycje sprawiają im nie lada kłopot.

 

Rzut oka na mapę i już mamy pierwszą wątpliwość. Czy ten kraj rzeczywiście stanowi część Europy? I tak, i nie. Od 1 maja 2004 r. podobnie jak Polska jest pełnoprawnym członkiem Unii Europejskiej. Jednak geograficznie należy już do Afryki. Znajduje się na południowy wschód od stolicy Tunezji, Tunisu, mniej więcej na wysokości znanego i lubianego przez Polaków kurortu Susa i świętego miasta islamu – Kairuanu. Pod względem klimatu i krajobrazów Malta przypomina Afrykę Północną czy Bliski Wschód. Jej pejzaże wypełniają smagane morskim wiatrem nagie wzgórza, jasne, wapienne skały, spłowiała zieleń śródziemnomorskich ziół. Gdzieniegdzie widać palmy i opuncje. Maltańczycy mają południowoeuropejską urodę. Są podobni do Hiszpanów lub Włochów. Ich język nie brzmi jednak dla turystów znajomo. 

 

STAROŻYTNI FENICJANIE

Maltański nie przypomina żadnego innego języka europejskiego, choć czasami w mowie Maltańczyków da się wychwycić ewidentne zapożyczenia z włoskiego czy angielskiego. Mieszkańcy Malty twierdzą, że pochodzi od języka starożytnych Fenicjan.

 

Mogłoby być w tym ziarno prawdy, bo przecież wynalazcy alfabetu linearnego i pieniędzy mieszkali tu ok. 3 tys. lat temu. Chociaż tak wiele im zawdzięczamy, to zadziwiająco mało po nich pozostało. Trochę ceramiki i glinianych figurek obejrzymy w Narodowym Muzeum Archeologii (National Museum of Archaeology) w Valletcie. Prawdą jest też, że maltański należy do języków semickich, podobnie jak arabski i hebrajski, ale do jego zapisu stosuje się alfabet łaciński. Europejczykom sprawia trudność odczytanie nazw takich jak Marsaxlokk, Ġgantija, Ħaġar Qim czy Ix-Xagħra tal-Kortin. Z kolei Mdina lub Rabat brzmią znajomo dla każdego, kto był kiedyś w dowolnym kraju arabskim. Medina oznacza po arabsku „miasto”, a rabat – „przedmieście”. Jednak Arabowie panowali w tej części Morza Śródziemnego tylko przez mniej więcej 220 lat (od 870 r.) – o jakieś 600 lat krócej, niż rządzili na Półwyspie Iberyjskim. W 1091 r. wyparli ich Normanowie. Do tej pory nikomu nie przyszło do głowy, żeby przeprowadzić w kraju dearabizacje nazw miejscowości. I tak na niewielkiej Malcie znajdziemy toponimy maltańskie i arabskie oraz zachodnioeuropejskie. Te ostatnie związane są z działalnością zakonu joannitów (szpitalników), który przybył w te strony w 1530 r. Po ustanowieniu nowej siedziby jego członkowie przyjęli nazwę kawalerowie maltańscy.

 

KRAJ RYCERZY

Jean Parisot de la Valette (1494–1568), wielki mistrz zakonu joannitów, wsławił się heroiczną obroną Malty przed inwazją Turków osmańskich w 1565 r. Zaledwie ok. 6–8,5 tys. chrześcijan przetrzymało oblężenie mniej więcej 30–48 tys. muzułmanów. Trwające prawie cztery miesiące boje (od 18 maja do 11 września) były niezwykle zacięte. Historycy oceniają, że Turcy stracili ponad połowę swojej armii. Spośród obrońców śmierć poniósł co trzeci. Zuchwałość, ale i mądrość i odwaga wielkiego mistrza przyniosły mu sławę niezłomnego rycerza broniącego do ostatniej kropli krwi honoru chrześcijańskiego świata. Na jego cześć nazwano nowe miasto na Malcie, ufortyfikowane według najlepszych wzorców, którego położenie było znacznie bardziej strategiczne niż Mdiny, dotychczasowej stolicy. Jeszcze przed końcem XVI w. do Valletty przeniosła się komandoria zakonu maltańskiego. Miasto przejęło funkcję ośrodka stołecznego.

 

Płyniemy do stolicy promem ze Sliemy – turystycznego kurortu po drugiej stronie zatoki Marsamxett. Rejs trwa zaledwie 10 minut, ale z pokładu można podziwiać niepowtarzalny widok na Vallettę od strony wody. Nad miastem, malowniczo położonym na wzgórzu, góruje ogromna kopuła Bazyliki Matki Boskiej z Góry Karmel, przywodząca na myśl watykańską Bazylikę św. Piotra. Pod względem wysokości z kościołem karmelickim ściga się strzelista wieża anglikańskiej Prokatedry św. Pawła. Jednak najwspanialszą tutejszą świątynią jest niewidoczna od strony morza Konkatedra św. Jana. Choć za wejście do niej trzeba zapłacić (normalny bilet wstępu kosztuje 10 euro, dla seniorów i studentów – 7,50, a dzieci poniżej 12. roku życia wchodzą za darmo), to naprawdę warto. Możemy jedynie powtórzyć za szkockim poetą i powieściopisarzem Walterem Scottem, który odwiedził Maltę w 1831 r., że wnętrze świątyni uważamy za najwspanialsze, jakie kiedykolwiek widzieliśmy. Każdy centymetr ściany czy posadzki pokrywają tu kunsztowne zdobienia w najlepszym barokowym stylu. W bocznym oratorium znajdziemy dwa świetne obrazy włoskiego geniusza Caravaggia (Ścięcie św. Jana Chrzciciela i Św. Hieronim), który na Malcie szukał schronienia (w latach 1607–1608), kiedy był ścigany za morderstwo.

 Brytyjskie ślady na ulicach Valletty – charakterystyczne czerwone budki telefoniczne

© VIEWINGMALTA.COM

 

BRYTYJSKI SALUT

Chociaż kawalerowie maltańscy od lat nie stają już z bronią w ręku do walki w obronie wiary, zakon nadal uchodzi za organizację doskonale ustosunkowaną. Przez całe wieki możni tego świata odnajdywali swoje powołanie w strzeżeniu granic chrześcijańskiej Europy. Malta była siedzibą joannitów przez 268 lat. Jako najbardziej na południe wysunięty punkt kontynentu otrzymywała nieustanne wsparcie konieczne do odpierania ataków tunezyjskich piratów. Ale rycerze nie zajmowali się jedynie walką. Aby umacniać swoją wiarę, budowali kościoły. Dziś jest ich tu ponoć ok. 360. Niemal przez cały rok można codziennie chodzić na mszę do innej świątyni. 

 

Zakon stracił władzę na Malcie w czasie wojen napoleońskich. Generał Napoleon Bonaparte w czerwcu 1798 r., jeszcze zanim ogłosił się cesarzem Francuzów, wyrzucił kawalerów maltańskich z Valletty i podporządkował archipelag rewolucyjnej Francji. Zaledwie trzy miesiące później wybuchł bunt (powstanie maltańskie) – tym razem przeciwko francuskim okupantom. Pozbyto się ich ostatecznie we wrześniu 1800 r. z pomocą brytyjskiej floty. Jak to często w życiu bywa, sojusznicy szybko sięgnęli po władzę. Do 1964 r. Malta była brytyjską kolonią. Jej znaczenie wzrosło po otwarciu Kanału Sueskiego w 1869 r. Do bezpiecznego portu na archipelagu zawijali podróżnicy chcący uzupełnić zapasy przed wyprawą w świat Orientu.

 

Choć Brytyjczycy rządzili Maltą tak jak innymi koloniami, to trzeba im oddać, że w przeciwieństwie do znienawidzonych przez Maltańczyków Francuzów nie walczyli z religijnością miejscowej ludności. Być może dlatego ślady brytyjskiego panowania wciąż są tutaj dobrze widoczne. Na ulicach obowiązuje ruch lewostronny, w kraju używa się wtyczek angielskiego typu, a codziennie w Górnych Ogrodach Barrakka (Upper Barrakka Gardens) w Valletcie w samo południe i o 16.00 rozlega się salut armatni (oddają go członkowie Malta Heritage Society ubrani w historyczne mundury artylerii brytyjskiej) przyciągający licznych turystów.

 

APOSTOŁ ROZBITEK

O tym, dlaczego wiara jest dla wyspiarzy ważna, możemy przekonać się w jednej z najbardziej niezwykłych świątyń w Valletcie – Kościele św. Pawła Rozbitka (Church of St Paul’s Shipwreck). W tej pięknej, barokowej kolegiacie przechowuje się relikwię apostoła z Tarsu, uchodzącego za współtwórcę instytucji Kościoła. Gdyby nie św. Paweł, niestrudzony podróżnik, który za cel swojego życia obrał szerzenie Dobrej Nowiny wśród mieszkańców ziem należących do Cesarstwa Rzymskiego, kto wie, czy chrześcijaństwo miałoby szansę wyjść poza ramy narzucone przez judaizm. Ze względu na swoją otwartość na pogan apostoł naraził się nawet św. Piotrowi. 

 

Statek, który przewoził aresztowanego św. Pawła z Judei do Rzymu, wpadł jesienią 60 r. n.e. u wybrzeży Malty (wówczas zwanej Melitą) na skały. Rozbitków przygarnęli gościnni mieszkańcy. Niemal tuż po dotarciu na plażę apostoła miał ukąsić jadowity wąż. Żarliwa wiara uratowała mu jednak życie, co Maltańczycy uznali za cud. W ciągu kolejnych miesięcy licznie przechodzili na chrześcijaństwo. Nawrócił się nawet Publiusz, rzymski namiestnik Melity, mieszkający w willi, na której miejscu stoi dziś, jak się przyjmuje, Kościół św. Pawła w Rabacie (tuż obok znajduje się bar powożącego rydwanem Vince’a). Tradycja mówiąca, iż chrześcijaństwo zaszczepił na archipelagu sam apostoł z Tarsu, jest wciąż żywa. Nic zatem dziwnego, że Maltańczycy należą do najbardziej religijnych narodów Europy.

 

WENUS SPRZED TYSIĘCY LAT

Myliłby się jednak ten, kto przypuszczałby, że głęboka wiara spłynęła na mieszkańców tego śródziemnomorskiego archipelagu dopiero wraz z chrześcijaństwem. Aby poznać tajemnice Malty, trzeba wyjechać z Valletty, minąć lotnisko i skierować się w stronę przeciwległego brzegu wyspy, żeby w kilkanaście minut dotrzeć do imponującego kompleksu megalitycznych świątyń Ħaġar Qim.

 

Nie ma dziś na świecie zbyt wielu budowli, które powstały ponad 5 tys. lat temu i wciąż stoją. Za jedne z najstarszych obiektów na ziemi uchodzą piramidy w Gizie. Kompleks Ħaġar Qim jest jednak starszy od słynnej piramidy Cheopsa w Egipcie o ok. 1 tys. lat. Kto ustawił ogromne, ważące wiele ton kamienie tworzące potężne mury, korytarze, komnaty z ofiarnymi ołtarzami? Tego nie wiemy. Wiadomo za to, kogo czcili mieszkańcy ówczesnej Malty – boginię o kusząco pełnych kształtach (tzw. Maltańską Wenus). Jej posągi archeolodzy znaleźli także w podobnym obiekcie w Tarxien oraz na terenie liczącego według szacunków mniej więcej 5,6 tys. lat kompleksu Ġgantija na Gozo.

 

Jednak jeśli mielibyśmy wybrać do zwiedzania tylko jeden megalityczny zabytek, to z całkowitą pewnością postawilibyśmy na Ħaġar Qim. Spod położonej na wysokim, wapiennym klifie, smaganej wiatrem budowli rozpościerają się zapierające dech w piersiach widoki na lazurowe Morze Śródziemne. Wielkie głazy ustawione w tajemnicze kręgi przywodzą na myśl Stonehenge w południowej Anglii. Jednocześnie jest coś niezwykle bliskiego w tych kamiennych murach, wewnątrz których ludzie kiedyś modlili się, radzili wyroczni i zapewne zwierzali ze swoich codziennych problemów boskiej matce, pocieszycielce.

 

SAMOTNE KLIFY

Prawie 10 km dalej leży najwyższy punkt wyspy – Ta’ Dmejrek (253 m n.p.m.). Docieramy do niego wąską, krętą drogą (mijanki z autobusami, gdy jedzie się lewą stroną jezdni, potrafią polskiemu kierowcy podnieść ciśnienie). Trudno nazwać go górą czy nawet wzgórzem, bo od strony lądu teren wznosi się bez znaczących przewyższeń. Za to potem opada imponującą, pionową, skalną ścianą prosto do morza. To miejsce zwane klifami Dingli. Zostawiamy samochód przy drodze i idziemy kamienistym szlakiem do samotnej kapliczki Marii Magdaleny. Wiatr wściekle szarpie suchą, przekwitniętą jukę i kolczaste płaty opuncji. Turystów nie ma niemal w ogóle, co wydaje nam się dziwne, bo okolica wygląda obezwładniająco pięknie. Białe, strzeliste klify wspaniale prezentują się też od strony morza. Można pod nie podpłynąć małą łódką lub kajakiem.

 

BŁĘKIT MORZA I BIEL SKAŁ

Wysokie, wapienne wybrzeże kryje w sobie niejedną tajemnicę. Skały, o które biją morskie fale, są podziurawione jak szwajcarski ser. W niektórych miejscach powstały skalne łuki i jaskinie. Najsłynniejszą formacją na archipelagu było Lazurowe Okno (Azure Window) na Gozo. Niestety w marcu 2017 r. imponujący łuk zawalił się, a jego pozostałości pochłonęło morze. Możemy go dzisiaj zobaczyć m.in. w pierwszym sezonie amerykańskiego serialu Gra o tron. 

 

Podobnych miejsc na szczęście na Malcie nie brakuje. Do najpiękniejszych z nich należy Błękitna Grota (Blue Grotto) nieopodal kompleksu Ħaġar Qim. Ten niezwykły system jaskiń można podziwiać z pokładu łodzi. Morze ma tu intensywny, lazurowy kolor, bo dno pokryte jest wapiennym rumoszem o strukturze karraryjskiego marmuru. Fale przelewają się przez otwory wielkich pieczar. Co i raz śmiałkowie zagłębiają się w ciemną czeluść, żeby wypłynąć po drugiej stronie skał.

 

UDANY POŁÓW

Jeśli podczas wycieczki zgłodniejemy, a stanie się tak na pewno, bo słońce i mocny wiatr wzmagają apetyt, powinniśmy podjechać do Marsaxlokk. Nazwa tej miejscowości na pierwszy rzut oka wydaje się nie do wymówienia, ale w rzeczywistości nie jest to aż takie trudne – czyta się ją „Marsaszlok”. Jeżeli szukamy miejsca na lekki, śródziemnomorski obiad, nie znajdziemy na Malcie lepszego. Krótki deptak ciągnie się wzdłuż portu rybackiego, w którym zobaczymy miejscowych rybaków z filozoficznym spokojem czyszczących sieci. Działa tutaj również regionalny targ z lokalnymi przysmakami. Położone wzdłuż nabrzeża restauracje specjalizują się w owocach morza. Zamiast wertować menu od razu warto zamówić catch of the day, czyli rybę dnia. Pod tą nazwą nie kryje się bynajmniej potrawa z wczorajszych resztek (jak to – niestety – bywa niekiedy w polskich lokalach gastronomicznych nad Bałtykiem), ale danie przyrządzone ze świeżych składników pochodzących z porannego połowu. Podstawę może stanowić tuńczyk albo lampuka (koryfena), ewentualnie miecznik. Gdybyśmy tylko mogli, stołowalibyśmy się w Marsaxlokk codziennie.

Marina w ufortyfikowanym birgu, zaliczanym do tzw. Trzech Miast razem z Cospicuą i Sengleą

© VIEWINGMALTA.COM

 

 

REKINY WŚRÓD WRAKÓW

Jeśli nie mamy już w żołądku miejsca nawet na sardynkę, ale wciąż interesują nas maltańskie ryby, to powinniśmy pojechać do Narodowego Akwarium Malty (Malta National Aquarium) w Qawrze. W wypełnionych wodą zbiornikach z hartowanego szkła, bardzo przemyślnie udekorowanych rozmaitymi artefaktami, zebrano różnorodne okazy morskiej fauny.

 

Warto dodać, że nurkowanie na Malcie to ogromna przygoda. Pod wodą natknąć się można na wraki, fragmenty posągów, a nawet rozsypane na dnie przedmioty pochodzące ze statków. Wśród tego wszystkiego pływają ogromne płaszczki, niewielkie rekiny, tuńczyki i cała masa kolorowej drobnicy, która byłaby prawdziwą ozdobą każdego domowego akwarium.

 

NA PLANIE

Z każdym przejechanym kilometrem przed naszymi oczami pojawiają się nowe, zachwycające widoki. Trudno oderwać od oka aparat fotograficzny. Nic dziwnego, że liczba filmów kręconych na Malcie przyprawia o zawrót głowy. Są jednak takie hollywoodzkie hity, które pozostawiły na archipelagu trwały ślad. Tak było w przypadku pełnometrażowej komedii z 1980 r. o przygodach nieustraszonego marynarza Popeye’a, słynącego z nadludzkiej siły, jaką zyskuje po zjedzeniu puszki szpinaku. Na potrzeby musicalu z Robinem Williamsem (1951–2014) w roli tytułowej zbudowano specjalny plan filmowy. Po zakończeniu produkcji postanowiono, że będzie służył jako atrakcja turystyczna. 

 

Popeye Village usytuowana w pięknej zatoce Anchor (Anchor Bay) to dość osobliwe połączenie parku rozrywki z placem zabaw i placówką edukacyjną. Można tu wziąć udział w odgrywaniu scen z filmu. Nasze wyczyny nagrywane są przez profesjonalnych operatorów, którzy montują krótką sekwencję filmową. Aktorzy amatorzy mogą ją później obejrzeć w tutejszym kinie, a płytę z nią zabrać ze sobą. Poza tym wybierzemy się stąd także motorówką na wycieczkę do pobliskich jaskiń. Jest też wioska… Świętego Mikołaja (strefa otwarta od 6 grudnia do 6 stycznia). W miejscowej restauracji nie podają jednak szpinaku, tylko kurczaka i frytki.

 

CUD POD KOPUŁĄ

Na Malcie warto poddać się czasem czarowi chwili albo zmienić plany, gdy zachwyci nas jakiś architektoniczny szczegół. Po drodze do Saint Paul’s Bay mijaliśmy widoczną z oddali ogromną kopułę przypominającą rzymski Panteon. Nie wahaliśmy się długo i już po chwili parkowaliśmy w miasteczku Mosta pod Bazyliką Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. Neoklasycystyczna bryła o kształcie rotundy rzeczywiście była wzorowana na najważniejszej świątyni antycznego Rzymu. W trakcie niemieckiego bombardowania w czasie II wojny światowej (w kwietniu 1942 r.) jedna z 500-kilogramowych bomb trafiła w kościół. Przebiła kopułę i wpadła do środka, gdy wewnątrz ponad 300 wiernych czekało na wieczorną mszę. Jednak nie wybuchła, co uznano za cud. Rotunda wygląda wspaniale, a najładniej prezentuje się oglądana z jednego ze stolików ustawionych przed kawiarnią i barem „Baroque”, gdzie warto się zatrzymać na kieliszek chłodnego rieslinga.

Cudownie ocalałą neoklasycystyczną Rotundę w Moście ukończono na początku lat 60. XIX w.

© VIEWINGMALTA.COM/GREGORYIRON

PODRÓŻ DO PRZESZŁOŚCI

Jak byśmy nie przecinali Malty – ze wschodu na zachód czy z północy na południe – zawsze będziemy przejeżdżać nieopodal Mdiny. Dawna stolica swoją obecną nazwę zawdzięcza arabskim najeźdźcom, którzy zdobyli ją w 870 r. Miasto zostało jednak założone dużo wcześniej, bo już w VIII w. p.n.e. Dokonali tego Fenicjanie. Gdy przybyli tutaj Rzymianie (w 218 r. p.n.e.), nazwali ośrodek Melitą (Melite), podobnie jak całą wyspę. 

 

Dziś pod dawne miejskie mury ściągają m.in. wielbiciele amerykańskiego serialu fantasy Gra o tron. Często nie da się przejść spokojnie po kamiennym moście prowadzącym z Rabatu do ufortyfikowanej Mdiny ze względu na podekscytowanych fanów, którzy stroją groźne miny do aparatów fotograficznych lub cieszą się jak dzieci, kiedy poznają miejsce odgrywające na ekranie telewizora spektakularny wjazd do Królewskiej Przystani (stolicy Siedmiu Królestw). Jednak i dla zwykłych zwiedzających spacer po dawnej stolicy Malty to jedno z największych przeżyć w trakcie wizyty na archipelagu. Wystarczy odejść kilka kroków od głównego szlaku, żeby docenić, jak jest tu pięknie i spokojnie. Czasem ciszę przerywa stukot końskich kopyt o bruk, gdy niedaleko przejeżdża dorożka. Możemy też wstąpić do Narodowego Muzeum Historii Naturalnej (National Museum of Natural History) w XVIII-wiecznym, barokowym pałacu należącym dawniej do zakonu joannitów (Palazzo Vilhena) i zobaczyć, jak wyglądały słynne sokoły maltańskie. Jeśli turystyczne ceny w Mdinie nas odstraszą, to wystarczy odbyć 10-minutowy spacer, po którym znajdziemy się w centrum Rabatu. Przy Kościele św. Pawła wypijemy tutaj kawę i porozmawiamy z Vince’em. Potem warto zejść pod ziemię, do rozległych wczesnochrześcijańskich katakumb, lub odwiedzić grotę, w której podobno podczas trzymiesięcznego pobytu na Melicie mieszkał św. Paweł. 

 Zabytkową Mdinę ulokowano na wzgórzu, z którego rozpościera się wspaniały widok na Maltę

© VIEWINGMALTA.COM

Artykuły wybrane losowo

Botswana – safari dla wybranych

MICHAŁ SYNOWIEC „ZETOR”

 

<< Aby uczestniczyć w prawdziwym safari, trzeba pojechać do Afryki. Jednak by spotkać się oko w oko z dzikimi zwierzętami w środku buszu, nie w rezerwacie pokazowym i bez tłumu turystów dookoła nas, można wybrać się jedynie do kilku krajów na Czarnym Lądzie. Do jednych z najciekawszych z nich należy bez wątpienia Botswana, która oferuje turystom wiele wspaniałych atrakcji turystycznych, choćby kryształowe wody delty rzeki Okawango, Park Narodowy Chobe z ogromną populacją słoni czy pustynne krajobrazy Kalahari. >>

FOT. ANDRZEJ KULKA /WWW.ANDRZEJKULKA.COM

Park Narodowy Chobe

 

Republika Botswany uzyskała niepodległość 30 września 1966 r. i właśnie tego dnia Botswańczycy obchodzą dziś swoje święto narodowe. Wcześniej jej tereny pod nazwą Protektoratu Beczuany (Bechuanaland Protectorate) były brytyjską kolonią. Stolica państwa, Gaborone, znajduje się niedaleko granicy z RPA. Tuż za tym ponad 230-tysięcznym miastem zaczyna się kotlina Kalahari, zajmująca znaczną część botswańskiego terytorium.

Więcej…

Filmowe oblicza Sycylii

HELENA KUCZYŃSKA-GRASSO


<< „Wydawało mi się naturalnym umiejscowienie akcji filmu w miejscu, gdzie historia jest nadal żywa i wibrująca. Jest to Sycylia, której nie należy identyfikować z mafią. Ta wyspa ma wiele innych twarzy, które ogromnie mnie fascynują” – powiedział kiedyś Krzysztof Zanussi o swoim filmie „Czarne słońce”. Zdecydowanie zgadzam się z jego słowami. Podróż po tej pasjonującej części Włoch dostarcza mnóstwa różnorodnych wrażeń i pozwala porównać rzeczywistość z powszechnymi wyobrażeniami. >>

Więcej…

Indie, jakich jeszcze nie znacie

Hampi Karnataka 1

Ruiny stolicy Imperium Widźajanagaru w wiosce Hampi w Karnatace

© MINISTRY OF TOURISM, GOVERNMENT OF INDIA/INDIA TOURISM FRANKFURT

 

ANNA MOLĘDA-KOMPOLT

 

Indii nie sposób ogarnąć umysłem, nie da się ich opisać tak po prostu i nie łatwo też je zrozumieć. Niezwykłe bogactwo sąsiaduje tu ze skrajną biedą, kilkunastomilionowe miasta stanowią jaskrawy kontrast dla nieskończonych przestrzeni wokół uśpionych wiosek, a zestawienie zapierających dech w piersiach szczytów Himalajów położonych na północy ze słonecznymi i piaszczystymi tropikalnymi plażami południa wydaje się abstrakcją. W powszechnej świadomości ten kraj kojarzy się na ogół z ubóstwem, Mahatmą Gandhim, świętymi krowami, zaklinaczami węży i dziwnie wyglądającymi joginami, ale to tylko część prawdy o nim. W rzeczywistości każdy znajdzie tutaj coś dla ciała i dla ducha.

 

Indie często budzą skrajne emocje i nigdy nie pozostawiają obojętnym. To kraj pełen tajemnic, kontrastów i zagadek. Rozwinęła się tu jedna z najstarszych kultur na świecie. Dzisiejsze Indie są prawdziwą mozaiką kulturową, o czym świadczą zabytki różnych epok, rozmaite rodzaje tańców i muzyki oraz charakterystyczne dla regionów zwyczaje. Jednak żeby się o tym przekonać, trzeba odwiedzić ten olbrzymi kraj i poznać go samemu. Niektórzy mówią, że można go albo pokochać, albo znienawidzić. Polecam otworzyć się na nowe doznania i dać się oszołomić feerią barw, dźwięków, zapachów i różnorodnością tej wyjątkowej krainy.

 

Republika Indii leży w Azji Południowej i zajmuje większość subkontynentu indyjskiego (niemal 3,3 mln km²). Jej północną granicę wyznaczają łańcuchy górskie – Karakorum i Himalaje. Najwyższym szczytem jest Kanczendzonga (8586 m n.p.m.), czyli trzeci najwyższy ośmiotysięcznik na świecie. Dalej na południe rozciąga się Nizina Hindustańska, na którą składa się pustynia Thar oraz niziny: Indusu, Gangesu i Brahmaputry wraz z deltą Gangesu i Brahmaputry. Niemal cały Półwysep Indyjski zajmuje wyżyna Dekan. Większość terytorium Indii leży w strefie klimatu zwrotnikowego monsunowego. W zachodnim rejonie Niziny Hindustańskiej występuje klimat zwrotnikowy suchy, a w Himalajach i Karakorum – podzwrotnikowy górski, chłodny. Zimy w kraju są łagodne, zwłaszcza w regionach południowych. W marcu, kwietniu i maju panują największe upały. Przed wyjazdem warto sprawdzić, czy nie zaskoczy nas pora deszczowa (od czerwca do września). Mnie za pierwszym razem spotkała właśnie taka niespodzianka.

 

KULTUROWA MIESZANKA

 

Indie to drugi pod względem liczby ludności kraj świata. Dziś mają ponad 1,3 mld mieszkańców. Każdego roku rodzi się tu niemal 26 mln dzieci. Większość ludzi zamieszkuje dolinę Gangesu i Nizinę Hindustańską. Indie są bardzo zróżnicowane etnicznie – o podziale na poszczególne grupy decyduje zwykle język. Ok. 54 proc. ludności kraju posługuje się hindi. Poza tym żyją tutaj jeszcze m.in. Bengalczycy, Telugowie, Marathowie, Tamilowie, Kannadowie, Gudźaratowie czy Keralczycy. Obowiązującym w państwie ustrojem jest republika związkowa. Kraj dzieli się na 29 stanów i 7 terytoriów (w tym jedno stołeczne). Panuje w nim system kastowy, który z góry określa przynależność osób do konkretnej grupy.

 

Większość mieszkańców Indii wyznaje hinduizm (ok. 80 proc.). Stanowi on właściwie zbiór różnych wierzeń. Niektórzy twierdzą, że istnieje aż 330 mln hinduistycznych bogów i bóstw. Korzenie hinduizmu sięgają rozwoju kultury Ariów, którzy z Azji Środkowej zawędrowali na terytorium dzisiejszego kraju. Tekstami sakralnymi hinduistów są Wedy (z sanskrytu „wiedza”). Jedną z nich jest Rygweda – sanhita (czyli zbiór) składająca się z 1028 hymnów zgromadzonych w 10 kręgach (mandala). Uchodzi ona za najstarszy zabytek literatury indoaryjskiej.

 

W Indiach funkcjonuje ponad 1700 języków i dialektów. Status oficjalnych dla całego kraju mają hindi i angielski. Poza tym uznaje się jeszcze 21 języków regionalnych, które pełnią funkcję urzędowych w poszczególnych stanach. Co ciekawe, konstytucja z 1950 r. zakładała wycofanie angielskiego z użytku i zastąpienie go hindi, tak się jednak nie stało. Obecnie większość mieszkańców północnych regionów jest dwu-, trzy-, a nawet czterojęzyczna.

 

Najpopularniejszy wśród turystów rejon Indii stanowi tzw. Złoty Trójkąt. Jego wierzchołki wyznacza Delhi oraz miasta: Agra z mauzoleum Tadź Mahal (jeden z 7 Nowych Cudów Świata) i Dźajpur (stolica Radżastanu, zwana też Różowym Miastem). Oprócz tego z pewnością warto zobaczyć m.in. ruiny w Hampi w stanie Karnataka, tamilskie świątynie Ćennaju (Madrasu) i Maduraju w Tamilnadu, zabytkowy zespół sakralny w Kadźuraho oraz Waranasi – miasto położone nad świętym Gangesem, do którego pielgrzymują miliony Hindusów. Ja jednak chciałabym polecić wycieczkę na ciekawe i barwne południe kraju.

 

MAGICZNE POŁUDNIE

 

Wszystkie stany Indii Południowych, tj. Karnataka, Tamilnadu, Kerala, Telangana i Andhra Pradeś, oraz terytoria Puduććeri, Lakszadiwy i Andamany i Nikobary rozciągają się wzdłuż tropikalnej strefy zwrotnika Raka. Takimi warunkami klimatycznymi można z pewnością wytłumaczyć niespieszne tempo życia w regionie, którego znakiem rozpoznawczym są strzeliste budowle sakralne, barwne przedstawienia taneczne, smukłe palmy i osiodłane słonie. W tutejszym krajobrazie dominują przede wszystkim rozległe równiny Dekanu, bujne lasy deszczowe Ghatów i długie wybrzeże. Lokalne świątynie atakują zmysły rozmaitością kształtów i kolorów. Każde przedstawienie bóstwa jest jaskrawo pomalowane, a strome dachy budowli zadziwiają ilością zdobień. Co ciekawe, na południu Indii dzięki jezuickiemu misjonarzowi św. Franciszkowi Ksaweremu (1506–1552), który w XVI w. opiekował się tu sporą społecznością chrześcijańską (m.in. kolonistami z Portugalii czy ludem Parava z terenu obecnego stanu Tamilnadu), przetrwało wiele kościołów.

 

W tym regionie kraju uprawia się głównie ryż. Podaje się go często na liściach bananowca – w tej wersji smakuje wykwintnie i jest specjalnością lokalnej kuchni. Zamiast typowego w Indiach napoju na bazie herbaty zwanego masala ćaj serwuje się tutaj zwykle wyśmienitą słodką kawę z delikatną pianką.

 

Większość języków używanych na południu wywodzi się z rodziny drawidyjskiej (np. telugu, kannada, tamilski i malajalam). Na szczęście niemal wszędzie można się porozumieć po angielsku.

 

Ten region Indii zachował nadal swój dawny urok, chociaż coraz śmielej wkraczają do niego nowoczesne technologie i przemysł komputerowy. Bengaluru, stolica stanu Karnataka, trzecie co do liczby ludności miasto w kraju (ponad 8,5-milionowe), nazywane bywa indyjską Doliną Krzemową. Tu powstał np. serwis Google Finance. Jednocześnie Ćennaj (stolica Tamilnadu) wciąż kultywuje swoje najlepsze tradycje muzyczne i taneczne. Kerala słynie ze słoni, ajurwedy i specyficznego rodzaju sztuk walki (kalarippayattu). Uchodzący za bramę południowych Indii Hajdarabad (stolica stanu Telangana) ze względu na kunszt miejscowych rzemieślników i zachwycający fort Golkonda zyskał sławę już za czasów Marca Pola (1254–1324). Opuszczone kamienne miasto w Hampi w Karnatace zachwyca ogromną, 49-metrową świątynią Wirupakszy poświęconą bogu Śiwie.

 

BAŚNIOWA KARNATAKA

 

Jog Falls

Wodospad Dźog stanowi jedną z naturalnych atrakcji stanu Karnataka

© MINISTRY OF TOURISM, GOVERNMENT OF INDIA/KARNATAKA TOURISM

 

Ten stan cieszy się dużym zainteresowaniem wśród turystów dzięki długiej i bogatej historii oraz zróżnicowanym krajobrazom. Karnataka zajmuje trzecie miejsce wśród najbardziej popularnych celów podróży w Indiach i drugie pod względem liczby zabytków (ponad 500!), które znajdują się pod ochroną władz centralnych (zaraz po stanie Uttar Pradeś). W jej granicach leżą obszary o różnym charakterze. Nadbrzeżny rejon zwany Kanara lub Karawali, sąsiadujący na zachodzie z Morzem Arabskim, a na wschodzie z wilgotnymi zboczami Ghatów Zachodnich, porasta tropikalny las złożony m.in. z wysmukłych palm, teków, bambusów i palisandrów indyjskich (drzew różanych). Góry chronią przed chmurami monsunowymi wyżynę Dekan położoną na średniej wysokości od 600 do 900 m n.p.m., która na wschodzie pokryta jest ciemnymi i jałowymi glebami wulkanicznymi. Jej granice wyznaczają Ghaty Zachodnie i Wschodnie (najwyższe ich szczyty to odpowiednio Anaj Mudi lub Anamudi w Kerali, 2695 m n.p.m., i Arma Konda lub Sitamma Konda w Andhra Pradeś, 1680 m n.p.m.). To drugie pasmo biegnie wzdłuż wybrzeża, w większości już poza granicami Karnataki. Na południowym zachodzie rozciągają się wzgórza i doliny dystryktu Kodagu, a wśród bujnej roślinności na południu można spotkać słonie indyjskie, tygrysy bengalskie, lamparty, gaury i sambary jednobarwne. Często odwiedzanym miejscem jest 253-metrowy wodospad Dźog na rzece Śarawati (dystrykt Śiwamogga). Ten stan Indii najlepiej odwiedzić w okresie od października do marca.

 

W Karnatace żyje blisko 65 mln ludzi. Jej mieszkańcy tworzą ciekawą mozaikę kulturową. Na północy osiedlili się przede wszystkim lingajaci – przedstawiciele ruchu religijnego założonego przez hinduskiego filozofa i poetę Basawannę (Basawę) w XII w. W południowym rejonie, należącym kiedyś do Królestwa Majsuru (Mysuru), przeważa bogata społeczność rolnicza Wokkaligów. Wybrzeże zamieszkują rybacy – potomkowie kupców, którzy prowadzili handel z Mezopotamią, Persją i Grecją. W portowym mieście Mangaluru widać też wpływy portugalskie. Adiwasi żyją przede wszystkim na północy i zachodzie, a grupy etniczne Kodawa i Kodagu Gowda – w dystrykcie Kodagu. W Karnatace używa się języka kannada, w którym powstały klasyczne utwory poetyckie i prozatorskie. O jego korzeniach świadczą chociażby inskrypcje z V w. i poradnik dla piszących Kawiradżamarga z IX w.

 

Istnieje prawdziwa przepaść między światem kosmopolitycznej i nowoczesnej stolicy stanu, Bengaluru, i stylem życia jej mieszkańców a codzienną rzeczywistością obszarów rolnych, wiosek i małych miasteczek. Główna metropolia Karnataki została założona w 1537 r. przez wodza Kempe Gowdę I (1510–1569). To piąta pod względem liczby ludności największa indyjska aglomeracja, w której mieszka ok. 9 mln ludzi. Dzięki położeniu na płaskowyżu Majsuru panuje tu bardziej umiarkowany klimat w porównaniu z innymi miastami południa kraju. Stolica Karnataki słynie ze swoich pięknych ogrodów botanicznych Lalbagh, które zajmują niemal 100 ha. Można w nich podziwiać prawie 1900 gatunków roślin tropikalnych i subtropikalnych, także rzadkie okazy pochodzące z Iranu, Afganistanu i Europy. Warto pamiętać, że w styczniu i sierpniu organizowane są tu bardzo efektowne wystawy kwiatów. Poza tym polecam zwiedzić drewniany pałac letni sułtana Tipu (znanego jako Tygrys Majsuru), pięknie ozdobiony rzeźbionymi łukami i balkonami. W jego pobliżu znajduje się twierdza wzniesiona w 1761 r. na miejscu starego fortu Kempe Gowdy I. Po drodze warto również zatrzymać się przy Pałacu Bengaluru i hinduistycznej świątyni, w której czci się Krysznę. Od kilkunastu lat stolica Karnataki, jak już wspomniałam, uchodzi za międzynarodowe centrum sektora informatycznego. To równocześnie najbardziej nowoczesne miasto indyjskie, co przekłada się na wysokie zarobki i zarazem wysoki koszt życia.

 

Na południowy zachód od Bengaluru leży bajkowe miasto Majsuru.Byłoononiegdyśstolicą królestwa o tej samej nazwie (od 1399 do 1950 r.), a dzisiajstanowi kulturalny ośrodek Karnataki. Słynie przede wszystkim z pięknego Lalitha Mahal, jedwabnych turbanów, wyrobów z drzewa sandałowego i sari. W 2010 r. Majsuru zostało wybrane drugim najczystszym miastem w Indiach (po Czandigarh). Wspomniany pałac maharadży (Lalitha Mahal), władcy z dynastii Wadijar, wzniesiono za ogromne pieniądze w 1921 r. według projektu brytyjskiego. Najlepszy moment na zwiedzanie okolicy stanowi zazwyczaj październik, kiedy odbywa się 10-dniowy festiwal Dasara (nazywany także Nawaratri), albo przełom października i listopada, gdy obchodzi się święto światła Diwali (Dipawali). W czasie tego ostatniego w uroczystej procesji, której przewodzi maharadża, oprócz ludzi uczestniczą słonie i konie. Wszędzie jest pełno kwiatów, wokół unosi się zapach kadzideł. Warto wziąć udział w tym niesamowitym wydarzeniu.

 

Koniecznie trzeba też odwiedzić małą magiczną wioskę Hampipołożonąna głębokiej prowincji. Kilkaset lat temu w tym miejscu biło serce Imperium Widźajanagaru (istniejącego w latach 1336–1646), jednego z najpotężniejszych w tej części świata. Tutejsi władcy uchodzili za wyjątkowo oświeconych. Wspierali rozwój sztuki, nauki, literatury, religii hinduistycznej i architektury. Pomiędzy zachowanymi zabytkami dawnej stolicy państwa – Widźajanagaru (w tłumaczeniu Miasta Zwycięstwa) – najlepiej przemieszczać się na rowerze, ponieważ odległości są spore, a droga nie zawsze bywa idealna. Trasa prowadzi przez plantacje bananowców, w pobliżu zielonej dżungli. Miasto otoczone było murem. Historycy podzielili umownie ten obszar na centrum święte i królewskie. O czasach swojej świetności wciąż przypomina Świątynia Kryszny, ogromna Świątynia Wirupakszy (w centrum ośrodka) poświęcona bogu Śiwie, Lotus Mahal, stajnie dla słoni i Świątynia Witthali (Withoby). Można tu spędzić kilka tygodni i wciąż nie zobaczyć wszystkiego. Imponujące ruiny w Hampi znajdują się od 1986 r. na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Mieszkańcy wioski każdego ranka zbierają się na ghatach (kamiennych schodach) przy rzece Tungabhadra, aby się wykąpać, zrobić pranie, porozmawiać z sąsiadami czy umyć słonia bogini Lakszmi, który trzymany jest w świątyni. Wieczorem odprawiają rytuały i składają ofiary bogom. Tutaj wciąż można poczuć atmosferę dawnego Imperium Widźajanagaru.

 

Wartą odwiedzenia kolebkę hinduskiej architektury sakralnej stanowi miejscowość Ajhole, która leży ponad 130 km na północny zachód od Hampi. W V–VIII w. była to siedziba dynastii Ćalukjów. Znajduje się tu zespół świątyń hinduistycznych. Najstarsza jest Lad Khan z V stulecia wzniesiona na planie kwadratu. Poza tym na uwagę zasługuje świątynia bogini Durgi, powstała prawdopodobnie pod koniec VII w., wzorowana na buddyjskiej ćajtji, czy VII-wieczny kompleks Huczimalli. Kolejne miejsce wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO stanowi Pattadakal(położony ok. 10 km na południowy zachód od Ajhole) z wielkimi budowlami sakralnymi (9 świątyniami hinduistycznymi i 1 dźinijską). Ponad 20 km stąd znajduje się Badami z grotami świątynnymi i dawnym fortem.

 

WZGÓRZA KERALI

 

Już w czasach starożytnych Kerala słynęła z urodzajnej ziemi, bogatej kultury i barwnych tradycji. Jedna z legend mówi, że region ten powstał, kiedy Paraśurama, wcielenie Wisznu, wrzucił swój topór wojenny do Morza Arabskiego. Stan leży na południowym zachodzie Indii. Od zachodu oblewa go Morze Arabskie i Lakkadiwskie. Od wschodu i południa Kerala graniczy z rozległym terytorium Tamilnadu, które rozciąga się po Zatokę Bengalską. Regionalnym językiem urzędowym Keralczyków jest malajalam, mający własne pismo.

 

To jeden z najbardziej atrakcyjnych regionów Indii. Najciekawsze miejsca leżą wśród zboczy Wzgórz Kardamonowych, na Wybrzeżu Malabarskim czy w okolicy licznych rzek. Plantacje teków, pieprzu i kauczukowców są zawsze zielone dzięki monsunom wiejącym dwa razy w roku. W krajobrazie dominują palmy kokosowe, a wzniesienia Ghatów Zachodnich pokrywają uprawy kawy. Herbata rośnie w nieco wyższych partiach, a drzewa kauczukowe – na południowych obszarach. Żyzna gleba tego regionu pozwala również na zbiory ryżu dwa, a nawet trzy razy w roku oraz uprawianie nerkowców i kardamonu.

 

O Kerali mówi się, że przy tworzeniu świata Bóg zachował ten cudowny zakątek dla siebie. Nic więc dziwnego, że stała się ona kolebką starożytnej indyjskiej medycyny – ajurwedy, czyli w tłumaczeniu „wiedzy o życiu”. Naturalne bogactwo ziół i roślin leczniczych oraz umiarkowany i wilgotny klimat sprawiają, że jest to najlepsze miejsce do przeprowadzania zabiegów i masaży oraz zgłębiania tajników tego rodzaju leczenia. Z pewnością warto poddać się takiej odnowie w jednym z wielu tutejszych ośrodków.

 

Do dziś mieszkańcy Kerali stosują zasady ajurwedy, ponieważ przekazuje się je z pokolenia na pokolenie. Ta staroindyjska medycyna zachowała tu swoją najczystszą postać, najbliższą tej sprzed tysięcy lat. Warto podkreślić, że w porównaniu z Hindusami z innych regionów Keralczycy cieszą się najdłuższym i najzdrowszym życiem, a umieralność niemowląt i dzieci jest wśród nich najniższa w kraju. Ten stan stanowi idealne miejsce na błogi wypoczynek urozmaicony dobroczynną kuracją ajurwedyjską.

 

Turystów do Kerali przyciągają przepiękne krajobrazy, laguny, jeziora, plaże, a przede wszystkim słynne rozlewiska położone wzdłuż Wybrzeża Malabarskiego (backwaters). Przyjezdni przeprawiają się tu wąskimi kanałami i szerokimi jeziorami, które miejscowi pokonują codziennie w drodze do pracy. Okolica jest spokojna i malownicza. Polecam wybrać się w rejs tradycyjną łodzią kettuvallam po zielonych wodach między miastami Kollam a Alappuzha. Taka wycieczka może trwać nawet do 8 godz.

 

W głębi lądu, za gwarnym miasteczkiem Kottajamdrogi zaczynająsię wznosić w kierunku Ghatów Zachodnich, skąd pod koniec grudnia i na początku stycznia ogromne grupy wyznawców Ajjappana wyruszają na pieszą pielgrzymkę do świątyni w hinduistycznym kompleksie Sabarimala. Bóstwo to jest bardzo popularne na terenie Indii Południowych. Wyznające je osoby noszą czarne lub niebieskie ubrania i koraliki tulasi wokół szyi.

 

W Kerali koniecznie trzeba zatrzymać się w mieście Koczin, leżącym w środkowej części stanu i nazywanym Królową Morza Arabskiego. Już ok. 2 tys. lat temu kupcy greccy, rzymscy, żydowscy, arabscy i chińscy przybywali tutaj po przyprawy, takie jak kardamon, cynamon czy pieprz, oraz drzewo sandałowe. Koczin nadal pełni funkcję ważnego portu dla handlujących przyprawami, a lokalne magazyny są zawsze pełne życia. W wolnym czasie warto wybrać się na spacer po portowym nabrzeżu. Choć w jego okolicy nie przetrwało zbyt wiele śladów po kupcach arabskich lub chińskich, to o Portugalczykach, Holendrach i Brytyjczykach przypominają stare kościoły i inne budowle. Ciekawym obiektem w tym klimatycznym mieście jest Pałac Mattancherry, który został wzniesiony przez Portugalczyków ok. 1555 r. dla władcy Królestwa Koczinu, a odnowiony i rozbudowany przez Holendrów w 1663 r., przez co nazywa się go też Pałacem Holenderskim. Warto także zwiedzić rejon zwany Fortem Koczin z Kościołem św. Franciszka, najstarszą chrześcijańską świątynią zbudowaną w Indiach przez Europejczyków. Pierwotną drewnianą budowlę przekształcono w 1503 r. w murowaną. W tym miejscu w 1524 r. pochowany został słynny portugalski odkrywca Vasco da Gama, a jego grób zachował się do dziś. Jednak w 1539 r. szczątki żeglarza przewieziono do Portugalii.W granicach Fortu Koczin znajduje się również XVI-wieczna katolicka Bazylika św. Krzyża (Santa Cruz Cathedral Basilica). Stąd niedaleko już do dzielnicy żydowskiej z Synagogą Paradesi z 1568 r.

 

Środkowa i północna część Kerali zachwycają malowniczymi budowlami. W mieście Triśur można zwiedzić świątynię Wadakkunnathan, która według legendy została założona przez Paraśuramę i jest jedną z najważniejszych w tym stanie. Na uwagę zasługuje działające w niej niewielkie muzeum archeologiczne z ciekawymi zbiorami sztuki sakralnej. Za najświętsze miejsce w Kerali uchodzi Świątynia Kryszny w mieście Guruwajur (ok. 30 km od Triśuru). Warto pamiętać, że wstęp do większości keralskich kompleksów sakralnych mają tylko wyznawcy hinduizmu.

 

Na wypoczynek nad brzegiem Morza Arabskiego najlepiej udać się do stolicy stanu – Tiruwanantapuram (Triwandrum). Złote plaże tego miasta, z najsłynniejszą Kowalam, są oblegane przez zagranicznych turystów. Mahatma Gandhi (1869–1948) nazwał Tiruwanantapuram Wiecznie Zielonym Miastem Indii. Tutaj też uroczyście obchodzi się najważniejsze święta narodowe. Kerala szczyci się także niezmiernie bogatymi tradycjami teatralnymi i tanecznymi, które mają swoje korzenie w obrzędach i ceremoniach religijnych. Na przedstawienie dramatyczne katakali warto przybyć nieco wcześniej, żeby zobaczyć, jak artyści przygotowują się do roli. Jaskrawy makijaż, maski i zdobione kostiumy ważące nawet kilkadziesiąt kilogramów robią niezwykłe wrażenie.

 

Kerala to magiczny region, pachnący przyprawami, szczególnie kardamonem, wanilią i cynamonem. Oszałamiającą przyrodę tego stanu można podziwiać w Parku Narodowym Perijar, który przez wiele osób uważany jest za najpiękniejszy w całych Indiach. Jego główną atrakcję stanowią dość duże populacje słoni indyjskich i tygrysów bengalskich. Poza tym występuje tu mnóstwo innych zwierząt żyjących w tej części kraju, choćby białe tygrysy, gaury czy lutungi nilgiryjskie z rodziny koczkodanowatych.

 

SACRUM TAMILNADU

 

house boat 416

Malowniczy rejs tradycyjną łodzią kettuvallam po keralskich rozlewiskach

© DEPARTMENT OF TOURISM, GOVERNMENT OF KERALA

 

Wspaniała architektura sakralna to tylko jeden ze skarbów Tamilnadu rozciągającego się od piaszczystych wydm na wschodnim wybrzeżu po chłodne pasmo górskie Nilgiri na zachodzie. Typowymi elementami współczesnej kultury tamilskiej są przede wszystkim wyrazista kuchnia, upodobanie do kolorów, charakterystyczna muzyka i wyborna kawa. Na każdym kroku spotyka się tu jaskrawe plakaty z roztańczonymi aktorami i aktorkami, a w powietrzu czuć aromat palonych ziaren. Tamilowie uważają się za potomków Drawidów, którzy zamieszkiwali Półwysep Indyjski przed przybyciem Ariów i stworzyli własną cywilizację. Literatura tamilska (jedna z literatur narodowych Indii) zaczęła się rozwijać już w I w. p.n.e.

 

Najlepszą bazą wypadową do zwiedzania regionu jest stolica stanu – Ćennaj (do 1996 r. pod nazwą Madras). Miasto powstało w 1639 r. jako brytyjskie centrum handlu. Dziś pełni funkcję ważnego ośrodka przemysłowego, handlowego, kulturalnego i naukowego. Warto zobaczyć tu świątynię Kapaliśwarar wzniesioną ok. VII w., katolicką Bazylikę św. Tomasza, Fort św. Jerzego z 1644 r. i Górę św. Tomasza z Kościołem Matki Boskiej Oczekującej z 1523 r., z której roztacza się malowniczy widok na okolicę. W Ćennaju polecam też obejrzeć pokaz współczesnej wersji jednego z najstarszych tańców Azji Południowej bharatanatjam. W pobliżu miasta uprawia się już od ok. 380 lat odmianę herbaty indyjskiej o dosyć ostrym i wyrazistym smaku (Madras).

 

Jak już wspomniałam, wśród największych atrakcji Tamilnadu znajdują się świątynie. Ich zwiedzanie najlepiej rozpocząć w miejscowości Mahabalipuram (Mamallapuram, ponad 50 km na południe od Ćennaju), niegdyś głównym porcie Pallawów (dynastii drawidyjskiej). Zachowały się tutaj jedne ze starszych wykutych w skale zabytków Indii Południowych (pochodzące z VII i VIII w.). Na uwagę zasługują groty świątynne, rathy (konstrukcje w formie wieży bądź wozu) i sanktuaria, a także mnóstwo pięknych rzeźbień. Poza tym w Mahabalipuramie znajduje się złocista piaszczysta plaża. Oprócz tego w grudniu i styczniu odbywa się tu widowiskowy festiwal tańca (Mamallapuram Dance Festival). To niezmiernie urokliwe miejsce, umieszczone w 1984 r. na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO, z pewnością warto odwiedzić.

 

Z cennych zabytków architektury sakralnej słyną również Kańćipuram, Tiruwannamalaj, Ćidambaram, Tańdźawur, Tiruwarur, Śrirangam i Maduraj. Choć każde z tych miast ma własny charakter, to pod pewnymi względami są do siebie podobne. Procesje ku czci bogów i bogiń odbywają się tu przy akompaniamencie głośnych orkiestr, a zniewalające aromaty kadzideł i jaśminu oraz ozdabiające niemal wszystko kwiatowe girlandy tworzą atmosferę świętości. W Maduraju znajduje się słynna Świątynia Minakszi – kompleks poświęcony bogini Parwati i jej małżonkowi Śiwie. Miasto to było stolicą drawidyjskiej dynastii Pandjów w VI–IX w. oraz w XIII i XIV stuleciu. Niezwykłe wrażenie wywołują gopury (bramy w kształcie wysokiej wieży) z jaskrawymi rzeźbami, a także przepięknie zdobiona Mandapa Tysiąca Kolumn. Świątynia Minakszi należy do najważniejszych ośrodków kultu w całym Tamilnadu. Według tradycji śaktyzmu uważana jest za jedno z tzw. miejsc mocy. Podczas pobytu na terenie świątynnym rzeczywiście można poczuć niesamowitą energię.

 

Jeden z najświętszych obiektów w Indiach stanowi świątynia Ramanathaswamy położona na wyspie Pamban, nazywanej też Rameśwaram (ok. 150 km na południowy wschód od Maduraju). Zgodnie z legendą założył ją Rama (wcielenie boga Wisznu) po powrocie ze Sri Lanki. Niestety, w grudniu 1964 r. cyklon zniszczył w dużym stopniu zarówno budowlę, jak i pobliskie miasto Rameśwaram. Na najdalej wysuniętym na południe krańcu Indii leży z kolei Kanjakumari (dawniej Przylądek Komoryn) przyciągające pielgrzymów czczących boginię Kumari. Warto pamiętać, że w dniu pełni księżyca w miesiącu ćajtra według kalendarza indyjskiego (co wypada w marcu lub kwietniu) można w nim obserwować wschodzący księżyc i zachodzące słońce w tym samym czasie. Miejscowość znajduje się na przylądku Komoryn, w okolicy którego, jak się przyjmuje, Morze Arabskie spotyka się z Lakkadiwskim i Zatoką Bengalską, co może być dodatkową atrakcją dla osób zwiedzających zabytki sakralne Tamilnadu.

 

Warto jeszcze wspomnieć o mieście Tiruwannamalaj (ok. 185 km na południowy zachód od Ćennaju). Tutejszy ogromny zespół świątynny zajmuje powierzchnię 10 ha i zachwyca czterema gopurami wzniesionymi w okresie potęgi Imperium Widźajanagaru (XIV–XVII w.).

 

Świątynie w Tamilnadu są imponujące i zadziwiają swoją wielkością i architekturą. Warto zatrzymać się w tym stanie na dłużej, aby spróbować wczuć się w panującą wokół nich atmosferę. Podczas takiej wyprawy zawsze można na chwilę zboczyć z drogi i zajrzeć do nadmorskich enklaw, górskich kurortów czy rezerwatów przyrody.

 

IMG 8160

Zabytkowy zespół świątyń w Mahabalipuramie nad brzegiem Zatoki Bengalskiej

© MINISTRY OF TOURISM, GOVERNMENT OF INDIA/TAMIL NADU TOURISM