ELŻBIETA PAWEŁEK

 

<< Podobno kiedyś odpoczywali tutaj bogowie. Stąd Vasco da Gama wyruszał na podbój nowych lądów. Dziś ściągają tu podróżnicy, golfiści, amatorzy przygód na zielonych, górskich szlakach oraz miłośnicy doskonałych win. Niewielka Portugalia urzeka urodą plaż i wiosek rybackich. Kusi wspaniałymi zabytkami i wiecznym słońcem. >>

Na południu kraju znajdują się piaszczyste zatoki, malownicze porty rybackie, wypielęgnowane pola golfowe i mariny zapełnione jachtami. To raj dla aktywnych turystów, żeglarzy i surferów, a także zwykłych miłośników plażowania. Wystarczy jednak ruszyć na północ, a krajobraz się zmienia, staje się bardziej wyżynny, a nawet górski. Dwie wielkie rzeki – Tag (po portugalsku Tejo) i Duero (nazywana w Portugalii Douro), biorące swój początek w Hiszpanii, płyną w kierunku zachodnim przez kraj i wpadają do Oceanu Atlantyckiego. W ich ujściach leżą stołeczna Lizbona oraz Porto, skąd pochodzi najsłynniejszy portugalski produkt – wino porto.

 

Ta ojczyzna wielkich odkrywców, a współcześnie sławnych piłkarzy takich, jak Luís Figo czy Cristiano Ronaldo, jest znakomitym pomysłem na udany urlop. Dlatego wybierając się w te strony, warto zaplanować sobie dłuższą podróż, aby móc zwiedzić kraj od południa do północy, a także zawitać na niektóre z portugalskich wysp.

 

Tam, gdzie odpoczywali bogowie

Amatorzy kąpieli słonecznych i morskich będą zachwyceni Portugalią. W prowincji Algarve 150 km atlantyckich plaż ciągnie się aż do granicy z Hiszpanią. Na laguny wschodniego wybrzeża można wyprawić się łodzią. Ciepłe wody oblewające szerokie, piaszczyste łachy, zwane po portugalsku ilhas, czyli wyspy, doskonale nadają się do uprawiania snorkelingu. Inaczej wygląda zachodnie wybrzeże. Plaże kryją się tu w cieniu potężnych klifów, woda jest chłodniejsza i trzeba uważać na niebezpieczne prądy. Warto wybrać się tutaj na Przylądek św. Wincentego – Cabo de São Vicente. Na ponad 70-metrowej skarpie pionowo opadającej do Atlantyku aż kręci się w głowie, gdy spoglądamy w dół na fale z wściekłością uderzające o brzeg. To najdalej na południowy zachód wysunięty fragment kontynentalnej Europy. Starożytni sądzili, że tuż za nim zaczyna się kraina ciemności, potworów i węży. Rzymianie nazywali go Świętym Przylądkiem (po łacinie Promontorium Sacrum), a w średniowieczu wierzono, że tu znajduje się koniec świata.

Na wiosnę okoliczne wzgórza przypominają ukwiecone dywany, pachnące lawendą i narcyzami. Ciepłe podmuchy wiatru z pobliskiej Afryki Północnej sprawiają, że można wygrzewać się w słońcu do późnej jesieni. Według Artemidora z Efezu, greckiego geografa, gdzieś tutaj odpoczywali bogowie po dniu pracy. Dziś Algarve to perła wśród turystycznych regionów. Jego nazwa wywodzi się od arabskiego słowa al gharb, czyli zachód. Przez ponad pięć wieków (od VIII do XIII stulecia) prowincja znajdowała się pod panowaniem Maurów. Pozostałościami po tych czasach są m.in. bielone ściany domów i wąskie uliczki miast oraz nazwy miejscowości zaczynające się od przedrostka al-, takich jak Albufeira. W ten sposób oznaczano zachodnie kresy imperium islamskiego.

Życie płynie tu dwoma nurtami. Jeden wyznaczają przyjezdni, których pełno w luksusowych ośrodkach turystycznych takich, jak Quinta do Lago, w portach jachtowych w Vilamourze i Lagos, a także w tętniącej życiem nocnym Albufeirze. Wystarczy jednak wyruszyć w głąb lądu, do małych miejscowości, jak np. Alte lub Alcoutim, aby przekonać się, jak inaczej płynie czas dla ich mieszkańców. Przed jednym z domów na chybotliwym krześle przed drzwiami jak co dzień siedzi Manuel. Pali fajkę i wpatruje się w sobie tylko znany punkt na horyzoncie. Bom dia, senhor. Como está? (Dzień dobry panu. Jak się pan miewa?) – pozdrawiamy go z ulicy. Bom dia – odpowiada nam z szerokim uśmiechem.

 

Raj dla golfistów

Ze względu na swój śródziemnomorski klimat Algarve stało się mekką golfistów. Można tu grać na ok. 40 całorocznych polach golfowych, położonych na łagodnie pofalowanych terenach, wśród kwitnących drzew i uroczych jeziorek. IAGTO (International Association of Golf Tour Operators – Międzynarodowe Stowarzyszenie Organizatorów Turystyki Golfowej) nadało temu regionowi już dwukrotnie tytuł Golf Destination of the Year – Europe, czyli Golfowego Kierunku Roku w Europie. Wśród tutejszych klubów golfowych wyróżnia się m.in. ekskluzywny Victoria Clube de Golfe w kurorcie Vilamoura – gospodarz corocznego prestiżowego turnieju z cyklu PGA European Tour (1 liga europejska), Portugal Masters, który odbędzie się w 2012 r. w dniach 11–14 października (pula nagród to aż 2,25 mln euro!). Należy on do Oceânico Golf, tak jak i pobliskie Old Course, Pinhal, Laguna czy Millennium, uznawane za jedne z najlepszych pól golfowych świata. Golfiści chwalą też słynący z bajecznych widoków, położony na klifach nad Atlantykiem Ocean Golf Course w kurorcie Vale do Lobo. Miłośnicy natury upodobali sobie pola Parque da Floresta koło Rezerwatu Przyrody Costa Vicentina oraz Quinta da Ria i Quinta de Cima obok Rezerwatu Przyrody Rzeki Formosa.

Niesłabnącą popularnością wśród amatorów golfa (i nie tylko) cieszy się Dom Pedro Golf Resort w kurorcie Vilamoura. Do dyspozycji gości oddano tu trzy baseny (w tym dla dzieci), jacuzzi, saunę, liczne restauracje i bary oraz wypożyczalnię samochodów. W lobby można skorzystać z bezpłatnego internetu. W okresie letnim na dzieci czeka mnóstwo atrakcji, a rodzice mają również możliwość powierzenia swoich pociech opiekunce. Jeśli dopiero zaczynamy naszą przygodę z golfem, pierwsze kroki pomogą nam stawiać profesjonalni instruktorzy. Przy odrobinie szczęścia zobaczymy, jak grają mistrzowie. Do Algarve na turnieje przyjeżdżały już takie sławy, jak np. Amerykanin Walter Hagen (1892–1969), pierwszy sportowiec, który zarobił milion dolarów, czy Tiger Woods, o którym mówi się, że umiał trafić piłeczką do dołka, zanim jeszcze zaczął chodzić.

 

Lizbona o tysiącu twarzy

Lizbona to jedyna europejska stolica położona nad brzegiem oceanu. Z jednej strony staroświecka i melancholijna, z drugiej nowoczesna i żywiołowa, przyciąga malarzy i fotografów ze względu na cudowną grę świateł, nadającą obrazom i kadrom niepowtarzalny urok. Ostre południowe słońce barwi ściany budynków na biało, a słynne biało-niebieskie ceramiczne kafelki (zwane azulejos), zdobiące schody, patia i fasady domów, tworzą w tej scenerii lazurowe akcenty. Warto na chwilę zatrzymać się przy punkcie widokowym nad szerokim rozlewiskiem Tagu i rozkoszować atlantyckim powietrzem.

Po stolicy Portugalii podróżuje się sympatycznie komunikacją miejską. Tutejsze stacje metra to prawdziwe dzieła sztuki. Musimy również koniecznie przejechać się jednym ze słynnych starych drewnianych lizbońskich tramwajów (zwłaszcza linią nr 28!). Dowiozą nas w prawie każdy zabytkowy zakątek Lizbony.

Zwiedzanie możemy zacząć od Portas do Sol, Bramy Słońca, jednej z siedmiu prowadzących niegdyś do miasta. Stąd wąską uliczką Santa Luzia dotrzemy do najstarszej lizbońskiej dzielnicy – Alfamy. Stoi tu Zamek św. Jerzego (Castelo de São Jorge), który najpierw był twierdzą Maurów, potem zaś rezydencją portugalskich królów. W obrębie zamkowych murów plątanina średniowiecznych uliczek i ukwieconych bugenwillą zaułków tworzy malowniczy kwartał Santa Cruz. Najlepiej przyjść tutaj późnym popołudniem, kiedy ożywają tawerny, w których rozbrzmiewają pieśni fado. Lizbończycy nazywają ten rodzaj muzyki miejscową odmianą bluesa. Wyraża on wszelkie uczucia, do jakich zdolny jest człowiek: od radości przez smutek do nienawiści i zazdrości.

                                                                                                             FOT. TURISMO DE PORTUGAL/JOSE MANUEL

Zupełnie inny charakter ma Baixa (Baixa Pombalina) – dzielnica zbudowana po tragicznym trzęsieniu ziemi w 1755 r., kiedy trzy czwarte miasta rozpadło się niczym domek z kart. Działają w niej firmy handlowe, banki, biura i sklepy. Lizbończycy żartują, że podczas gdy tu ludzie pracują i zarabiają pieniądze, reszta mieszkańców bawi się w tawernach Bairro Alto, Górnego Miasta. Najładniejsza miejscowa promenada Rua Augusta prowadzi do Praça do Comércio (Placu Handlowego, zwanego też nadal Terreiro do Paço, czyli Placem Pałacowym, ponieważ przed trzęsieniem ziemi stał przy nim pałac królewski Paço da Ribeira). Niegdyś podejmowano w tym miejscu władców i ambasadorów – prosto ze statków przechodzili tędy na królewskie salony. Symbolem portugalskiej potęgi stała się Torre de Belém (Wieża Betlejemska) wznosząca się u ujścia Tagu. Stąd pięć wieków temu żeglarze wyruszali w poszukiwaniu nowych lądów. Bohaterów morskich wypraw, z Henrykiem Żeglarzem (1394–1460) na czele, uwiecznia Monumento aos Descobrimentos (Padrão dos Descobrimentos), czyli Pomnik Odkrywców. Za złoto i pieprz przywiezione z dalekich krain zbudowano wspaniały Klasztor Hieronimitów – Mosteiro dos Jerónimos (wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO). Wzrok przykuwa w nim marmurowy grób Vasco da Gamy. Gdzieś tutaj przy pobliskiej plaży zatrzymały się jego żaglowce, gdy wrócił do kraju po odkryciu drogi morskiej do Indii. 

 FOT. TURISMO DE PORTUGAL/ANTONIOSACCHETTI

Obok starej Lizbony powstała nowoczesna dzielnica Parque das Nações (Park Narodów). Stanowi dzisiaj architektoniczną wizytówkę miasta. Jej panoramę tworzą wieżowce w kształcie statków o konstrukcji ze szkła i metalu, ponad 140-metrowa Torre Vasco da Gama (Wieża Vasco da Gama) i nowoczesne centrum handlowe. W tutejszą zabudowę wkomponowano bajecznie kolorowe fontanny i rwące potoki. Park Narodów robi największe wrażenie widziany z okna wagonika kolejki linowej nad Tagiem podczas zachodu słońca.

 

Ze stolicy na plażę

Tylko godzina jazdy samochodem dzieli centrum Lizbony od skalistego wybrzeża, na którym da się odnaleźć ślady Fenicjan i Maurów. O ich obecności na tych terenach przypominają liczne twierdze i zamki. Po 1255 r., kiedy Lizbona stała się stolicą Portugalii, jej królowie i szlachta, wzorem poprzedników, wznosili tutaj pałace i letnie rezydencje.

  FOT. TURISMO DE PORTUGAL/JOSE MANUEL

W pobliskiej Sintrze można podziwiać najbardziej niezwykłe z nich: pałac królewski Palácio Nacional de Sintra z dziwnymi stożkowymi kominami i bajkowy Palácio Nacional da Pena, często osnuty poranną mgłą. W pobliżu znajduje się najdalej wysunięty na zachód fragment kontynentalnej Europy – Cabo da Roca (Przylądek Skały). Stojący na nim człowiek wpatrzony w bezkres Atlantyku czuje się wobec ogromu oceanu jak nic nieznacząca istota.

Kiedy Wybrzeże Lizbońskie stało się popularne, jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać na nim ośrodki wypoczynkowe. Chociaż tutejsze wody nie należą do najcieplejszych i często są wzburzone, to miejscowe plaże uważa się za najczystsze w Europie. Wielu turystów wybiera w tej okolicy gwarne Cascais, które na przełomie XIX i XX w. upodobała sobie rodzina królewska, a także piaszczyste wybrzeże Costa da Caparica. Niemal wszędzie można pływać na desce, żeglować, łowić ryby, nurkować, jeździć konno i na rowerze czy grać w piłkę nożną plażową albo golfa.

Na golfistów czeka luksusowy ośrodek Aroeira o 350 hektarach powierzchni, położony tuż obok Rezerwatu Przyrody Rzeki Sado i Parku Narodowego Arrabida. Znajduje się zaledwie 900 m od najpiękniejszych lizbońskich plaż (Costa da Caparica) i ok. 30 minut jazdy samochodem od centrum stolicy. Uchodzi za największy tego typu kompleks w rejonie Lizbony. Posiada dwa pełnowymiarowe 18-dołkowe pola klasy mistrzowskiej. Jeśli znudzi nam się gra w golfa, możemy wybrać się na lokalne targi lub spędzić miło czas w jednej z tutejszych marin przy daniach ze świeżych ryb i wyśmienitym winie.

 

W krainie porto

Im przemieszczamy się dalej na północ, tym mniejszy staje się upał. W powietrzu czuć zapach świeżej bryzy znad Atlantyku. Niestety, w tych regionach dość często pada, więc przyda nam się parasol. Wspaniałe zielone krajobrazy północnej Portugalii tworzą lasy korkowe i zbocza porośnięte krzewami winorośli. Warto wstąpić do tutejszych wiejskich posiadłości, w których produkuje się wino porto, na degustację.

Obowiązkowym punktem naszej wyprawy powinno być jednak przede wszystkim Porto, po Lizbonie największe miasto Portugalii. Eleganckie centrum sąsiaduje w nim ze średniowieczną dzielnicą Barredo. Na balkonach wiszą sznury z suszącą się bielizną i skrzynki pelargonii. Nad miastem góruje XII-wieczna katedra – Sé do Porto. Wykopaliska archeologiczne dowiodły, że ludzie na tych terenach żyli już 3 tys. lat temu. Dlatego Porto uznano za jedną z najstarszych osad Półwyspu Iberyjskiego. Z tarasu katedry rozciąga się wspaniały widok na szeroką aleję noszącą imię bohaterskiego wodza Vímary Peresa, który odbił miasto z rąk Maurów w 868 r. Dostrzeżemy stąd też ruchliwe centrum handlowe, a dalej dekoracyjny budynek dworca Porto-São Bento, chlubę lokalnej kolei liczącej 150 lat. Ciekawie prezentuje się też ekstrawagancki gmach giełdy Palácio da Bolsa, mieniący się od niebiesko-złotych arabesek. Po wyglądzie tutejszych budynków można wnioskować o zamożności dawnych mieszkańców miasta. Ołtarze świątyń ozdobiono z niezwykłym przepychem. W samym Kościele św. Franciszka (Igreja de São Francisco) zużyto prawie 200 kg złota na pozłocenie figur aniołków!

Do świetności Porto przyczyniła się rzeka Duero (Douro). Niegdyś cumowały u jej brzegów statki załadowane beczkami z winem i różnymi towarami. Dziś organizuje się tutaj cieszące się dużą popularnością rejsy pasażerskie. Z pokładu rozpościera się najlepszy widok na nadrzeczną dzielnicę z domami o jaskrawych fasadach. Uroku dodają jej okazałe przeprawy, z których jedna – Ponte Maria Pia (żelazny most kolejowy) – została zaprojektowana przez firmę inżyniera Gustawa Eiffla, twórcy słynnej paryskiej wieży. Po drugiej stronie rzeki leży miasto aglomeracji Porto Vila Nova de Gaia – ojczyzna porto. Niemal przy każdej uliczce znajdują się tutaj piwnice, gdzie można kupić najlepsze gatunki tego trunku. Miejscowi chętnie opowiedzą nam, jak powstało porto. Według nich w XVII w., kiedy Brytyjczycy zaczęli kupować coraz więcej wina w dolinie rzeki Duero, aby nie kwaśniało podczas transportu, dodawali do niego brandy, dzięki czemu zyskiwało na smaku. Zwykle taka opowieść kończy się degustacją…

W tej części kraju warto odwiedzić jeszcze Guimarães, pierwszą stolicę Portugalii, jej kolebkę, oraz Santuário do Bom Jesus do Monte, najwspanialsze portugalskie sanktuarium, położone malowniczo na wzgórzu w Bradze. Na szczyt prowadzą olbrzymie, barokowe schody, symbolizujące duchową wędrówkę do Boga. Niecierpliwi mogą dostać się na górę koleją linowo-terenową (Elevador do Bom Jesus) za euro.

 

W cieniu wulkanów

Nie zapominajmy, że Portugalia to również urocze wyspy. Łagodny klimat Madery przyciąga turystów przez okrągły rok, choć brakuje tu piaszczystych plaż. Na przełomie XIX i XX w. stało się to ulubione miejsce wypadów wakacyjnych finansjery i europejskich elit. Dziś wyspa kusi amatorów pieszych wędrówek, wycieczek rowerowych, jazdy konnej, żeglarstwa, nurkowania, golfa oraz wielbicieli znakomitego wina madera, któremu – jak mówią miejscowi – dobrze służy słońce. Już w XV w. okazało się, że najlepsze walory smakowe uzyskuje ono po zamknięciu w beczkach na czas długiego rejsu do brzegów Portugalii.  

Madera stanowi także raj dla miłośników przyrody ze względu na rzadkie okazy kwiatów i roślin. Możemy je oglądać przez cały rok w Ogrodzie Botanicznym w Funchal (120-tysięcznej stolicy wyspy), który powinien być punktem obowiązkowym naszej wyprawy.

Archipelag Azorów, położony dalej na zachód, charakteryzuje się bardziej umiarkowanym klimatem. Czynne wulkany stworzyły tu fascynujący, niemal księżycowy krajobraz. Część z zapadniętych kraterów (np. na wyspie São Miguel) zamieniła się w urocze jeziora. Azory nie zostały jeszcze odkryte przez masową turystykę. Ich dziewięć wulkanicznych wysp (Corvo, Flores, Faial, Graciosa, Pico, São Jorge, Terceira, Santa Maria i São Miguel) przyciąga na razie przede wszystkim żeglarzy, nurków, wielbicieli dziewiczej przyrody, miłośników egzotyki i aktywnego wypoczynku. Większość z nich przyjeżdża tu, aby zapuścić się w zielone góry i odpocząć w spokojnych portowych osadach z brukowanymi uliczkami i barokowymi kościołami. Czasem w tawernach można posłuchać lirycznych pieśni fado, w których czuć tęsknotę za czymś utraconym, nieosiągalnym. Ale przez smutek w Portugalii zawsze przebija się słońce…


 

Artykuły wybrane losowo

Kolumbia – kraj nierzeczywisty

Cartagena de Indias  Cortesia ProColombia

Kolonialna Cartagena de Indias – wieża Katedry św. Katarzyny Aleksandryjskiej

© PROCOLOMBIA

 

MARIA HAWRANEK, SZYMON OPRYSZEK

www.intoamericas.com

 

To niewiarygodne, że Kolumbia istnieje naprawdę. Znajdziemy w niej wszystko: od karaibskich plaż przez tropikalne lasy po andyjskie szczyty. Na dodatek żyją tu najmilsi ludzie na kontynencie, a atmosfera w tym kraju pełna jest magii. Nic dziwnego, że to tutaj urodził się jeden z najważniejszych przedstawicieli realizmu magicznego – Gabriel García Márquez.

 

To czwarte pod względem powierzchni państwo Ameryki Południowej może poszczycić się wyjątkowym położeniem. Ma wybrzeże zarówno nad Pacyfikiem, jak i Atlantykiem (a dokładniej Morzem Karaibskim). Jego stolica, Bogota, leży na średniej wysokości 2640 m n.p.m. Najbardziej na południe wysunięty odcinek granicy przebiega wzdłuż Amazonki.

 

Do jakiego kraju byście wrócili? Dokąd w Ameryce Południowej warto pojechać? – pytają nas często słuchacze podczas prelekcji podróżniczych. Niezmiennie wśród naszych trzech ukochanych miejsc wymieniamy właśnie Kolumbię, której w Polsce wciąż przypina się nieaktualną już od dawna łatkę niebezpiecznej krainy koki. Warto odrzucić stereotypy i odkryć skarby tego naprawdę magicznego zakątka świata.

 

UKOCHANA ZIEMIA

 

Cali to miasto najszybszej salsy na świecie, w którym niemal na każdym kroku wyrasta szkoła tańca, a w klubach tancerze wykonują akrobacje. Oczami wyobraźni już widzieliśmy, jak pocimy się na parkiecie. Ale w dniu wylotu do Cali z Brazylii dostaliśmy maila z propozycją pracy na wolontariacie w prowincjonalnej szkole położonej 40 km od Bogoty, gdzie pilnie potrzebowali nauczycieli angielskiego.

 

Dlatego w czasie przesiadki na lotnisku w kolumbijskiej stolicy, zamiast kontynuować podróż – szukamy autobusu do miasta Zipaquirá. Przyjeżdżamy na rekonesans we wtorek wieczorem, a już w środę rano o godz. 7.00 stoimy pod tablicą. Przez najbliższe trzy miesiące będziemy prowadzić lekcje w miejscowości Cogua, gdzie na przerwach słychać muczenie krów. Alejandro Clavijo, koordynator programu, tłumaczy nam, że zaprasza obcokrajowców do swojej szkoły z dwóch powodów. Po pierwsze, żeby nasi uczniowie w końcu nauczyli się angielskiego. Na naszym hiszpańskojęzycznym kontynencie ze zrozumiałych powodów nie jest popularny, ale kiedy tylko chcemy wyjechać, w mig rozumiemy, jak bardzo się przydaje. A po drugie, abyście zobaczyli, że Kolumbia to już dawno nie jest kraj białego proszku, „narcos” i FARC-u (Fuerzas Armadas Revolucionarias de Colombia – Rewolucyjnych Sił Zbrojnych Kolumbii). Zresztą nigdy w pełni nim nie była, tylko świat przyzwyczaił się tak o nas myśleć.

 

Po wielu tygodniach spędzonych w Kolumbii mamy poczucie głębokiej niesprawiedliwości, że za tą perłą Ameryki Południowej ciągnie się taka krzywdząca opinia. Przepiękne, wściekle zielone pagórki regionu Zona Cafetera, gdzie uprawia się kawę, zjawiskowe, karaibskie plaże, tropikalne lasy – czego jeszcze można chcieć?

 

Każdy dzień na wolontariacie zaczynamy od pobudki o chłodnym poranku na wysokości mniej więcej Kasprowego Wierchu i przytulania się z uczniami na dzień dobry (z przyjemnością odkrywamy, że łączy ich z nauczycielami prawdziwa, oparta na zaufaniu i bliskości więź). Przed przyjazdem do Kolumbii słyszeliśmy, że jest w niej wspaniale, bo Kolumbijczycy to najmilsi ludzie na kontynencie. Nauczeni doświadczeniem, aby na takie slogany patrzeć przez palce, nie dowierzaliśmy im – przecież wszyscy Latynosi są otwarci i sympatyczni. A jednak – ten kraj stał się naszym miejscem na świecie właśnie dzięki jego mieszkańcom. Gdzie indziej klientka w sklepie mięsnym zapyta ekspedientkę: czy podaruje mi pani kurze udko?. Gdzie dwudziestolatek, który odchodzi od grupy znajomych przy piwie, żeby się wysikać, powie: za pozwoleniem? Kolumbijczycy śpiewają o swojej ojczyźnie w najsłynniejszej cumbii: Colombia tierra querida („Kolumbia ukochana ziemia”). Podzielamy ich uczucia.

 

MIASTO POTWÓR

 

Większość stolic Ameryki Południowej to przerośnięte i przytłaczające aglomeracje, w których dojazdy z jednego punktu do drugiego zajmują zbyt dużo czasu w zbyt wielkim ścisku. Kolumbijska Bogota niestety nie jest wyjątkiem – mieszka tu ponad 8 mln ludzi, długie przegubowe autobusy pędzą ulicami wypełnione po brzegi. To zdecydowanie najmniej przyjazne miasto w Kolumbii, więc najlepiej uciec z niego jak najszybciej. Poza małą, urokliwą La Candelarią, którą można obejść w trakcie nie wymagającego wysiłku spaceru i gdzie warto udać się na smaczną kolację, żadna dzielnica nie zachwyca. Wieczorami wiele ulic, nawet tych w centrum, nie jest oświetlonych – nieoswojeni z miastem turyści mogą się przez to czuć niekomfortowo.

 

Dla tych, którzy muszą zakosztować stolicy, mamy jednak trzy propozycje. Po pierwsze, wizytę w spektakularnym Muzeum Złota (Museo del Oro), gdzie znajduje się ogromna kolekcja eksponatów sztuki złotniczej kultur prekolumbijskich (niemal 60 tys. przedmiotów). Po drugie, polecamy zajrzeć do Muzeum Botero (Museo Botero) z dziełami najważniejszego współczesnego kolumbijskiego malarza, rzeźbiarza i rysownika, rozpoznawalnego na całym świecie Fernanda Botera. Grubaśne postaci przedstawione na jego obrazach są charakterystyczne dla stylu twórcy – trochę zabawne, czasem smutne, na swój sposób piękne. Poza tym muzeum mieści się w starym budynku z urokliwym patio – to kolejny powód, aby je odwiedzić. Po trzecie, warto spędzić noc przy rytmach salsy, cumbii i vallenato. Najlepiej skorzystać z usług jednej z kilku agencji turystycznych. Oferują one udział w pokazach i lekcjach z profesjonalnymi tancerzami, ale też zabierają do najlepszych miejscówek w mieście, do których trudno trafić samemu.

 

KATEDRA Z SOLI

 

Kiedy rozpoczynaliśmy wolontariat w kolumbijskiej szkole, nie mieliśmy pojęcia, że miasto Zipaquirá, w którym zamieszkaliśmy, słynie z Katedry Solnej (Catedral de Sal) i że Kolumbijczycy byli kilka lat temu w polskiej kopalni w Wieliczce na wizycie studyjnej, żeby podpatrzyć nowe pomysły na turystykę.

 

Obecny podziemny kościół powstał w latach 90. XX w. Pierwszą kapliczkę, w której górnicy modlili się przed rozpoczęciem pracy, założono w kopalni na początku XX stulecia, ale nie został po niej żaden ślad. W latach 50. na jej miejscu pod ziemią wyrosła katedra. Jednak 40 lat później, po serii podmyć i tąpnięć, ze względów bezpieczeństwa trzeba było ją zamknąć. Mniej więcej 60 m pod nią zbudowano Nową Katedrę (Nueva Catedral).

 

Podobno co niedzielę odbywa się tu msza, ale odnieśliśmy wrażenie, że ten przybytek ma bardziej komercyjny niż duchowy charakter. W katedrze jest mrocznie, ale nie mistycznie. Stacje gigantycznej drogi krzyżowej (Viacrusis) są praktycznie nie do odróżnienia. Wnętrze tworzą trzy nawy. W porównaniu z wielicką Kaplicą św. Kingi świątynia w Zipaquirze wygląda monumentalnie – jest prawie trzy razy dłuższa (ma 80 m) i o połowę wyższa (mierzy ponad 16 m) – ale świeci pustkami. Chociaż opisuje się ją jako „osiągnięcie współczesnej architektury”, na nas nie robi wielkiego wrażenia.

 

O wiele bardziej ucieszyło nas odkrycie, że w mieście przez cztery lata mieszkał w internacie i chodził do liceum Gabriel García Márquez, kolumbijski noblista, którego śladami mieliśmy w planie wyruszyć (w jego dawnym liceum działa dziś Centro Cultural Casa del Nobel Gabriel García Márquez). Zresztą w Kolumbii znajduje się mnóstwo zdecydowanie piękniejszych i ciekawszych miejsc niż solny kościół, jak chociażby pobliska Villa de Leyva.

 

TAM, GDZIE CZAS SIĘ ZATRZYMAŁ

 

Villa de Leyva wygląda jak wyobrażenie o czasach kolonialnych w Ameryce Łacińskiej. Położona ok. 170 km od Bogoty na średniej wysokości 2149 m n.p.m., zalicza się do najbardziej fotogenicznych (obok Guatapé) kolumbijskich miasteczek. W 1954 r. uznano ją za skarb narodowy. Powstała w 1572 r. jako miejscowość wypoczynkowa dla sędziwych konkwistadorów, kleru i szlachty. Od tamtej pory niewiele sięzmieniło. Najlepiej przyjechać do miasteczka w tygodniu – wtedy będziemy mieć szansę na spokojne poznanie tego miejsca. W weekendy wąskie uliczki pękają w szwach, ściągają tu amatorzy butikowych hoteli i ekskluzywnych restauracji – mieszkańcy stolicy chętnie wpadają do Villi de Leyva na dwudniowy odpoczynek.

 

Centrum miejscowości stanowi oczywiście Plaza Mayor (Plaza Principal), według niektórych największy brukowany plac w Ameryce Południowej (ma 14 tys. m2 powierzchni). Obowiązkowym miejscem do zwiedzenia dla Kolumbijczyków jest również Dom Muzeum Kapitana Antonia Ricaurtego (Casa Museo Capitán Antonio Ricaurte). Walczył on o niepodległość u boku największego bohatera narodowego Kolumbii i wyzwoliciela wielu krajów kontynentu – Simóna Bolívara (1783–1830). Villę de Leyva otacza malownicza półpustynia. Dzięki temu i położeniu wysoko w górach miasteczko zachowało swój niezmieniony kształt.

 

KRAJ KAWY

 

Choć Kolumbia jest trzecim największym po Brazylii i Wietnamie producentem kawy na świecie, ze zdziwieniem odkryliśmy, że niełatwo się tu napić czegoś w stylu espresso – mocnego, aromatycznego i gorzkiego. Od rana na ulicach stoją mężczyźni z wózkami (często są podprowadzone z supermarketu) wypełnionymi termosami z tinto. To słodka, dosyć słaba kawa, podawana w plastikowych kubeczkach (na początku mieliśmy kłopot z zapamiętaniem tej nazwy, ponieważ w innych hiszpańskojęzycznych krajach oznacza czerwone wino). Byliśmy w Kolumbii, kiedy Starbucks, który zaopatruje się tutaj w kawę, otwierał swoją pierwszą kawiarnię w Bogocie (Parque 93). Z rozbawieniem obserwowaliśmy, jak lokalni hipsterzy od świtu stali w kolejce, aby kupić amerykański napój z rodzimych ziaren. W dłoniach trzymali słodkie tinto.

 

Jednak jedno jest pewne – miejsca, w których uprawia się kawowce, są zjawiskowe. Położona na zachód od Bogoty w kawowym trójkącie – departamentach Caldas, Risaralda i Quindío – Zona Cafetera (Eje Cafetero) od kilku lat znajduje się na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Na soczyście zielonych pagórkach leżą posiadłości z plantacjami (fincas), a w dolinach rosną najwyższe palmy na świecie – palmy woskowe. Zakochaliśmy się w tym rejonie od pierwszego wejrzenia.

 

Zwiedzanie kawowego regionu zwykle zaczyna się w Salento (tu również najlepiej zawitać poza weekendem). W miasteczku jest dużo gringos, ale warto zatrzymać się w nim na noc i spróbować lokalnego specjału – pstrąga ze smażonymi plackami z platana (patacones). Tę odmianę banana pod różnymi postaciami podaje się w Kolumbii do większości posiłków (nam najbardziej smakował pieczony). Poza tym trzeba zagrać w tejo, narodową kolumbijską grę (najlepiej w barze „Los Amigos”). Polega ona na rzucaniu ciężkich metalowych dysków do celu. Jeśli trafi się w fajerwerk ukryty pod piaskiem, następuje wybuch.

 

Prawdziwe skarby znajdują się jednak w okolicy miasteczka. Na piechotę można dojść do plantacji rodziny Eliasów (Finca Las Brisas, Café Don Elias), biznesu prowadzonego od lat na niewielką skalę. Kolejnego dnia warto pojechać jeepami (odjeżdżają z głównego placu) do Valle de Cócora, spektakularnej doliny z wysmukłymi palmami woskowymi. Samochody dowożą nas do początkowego punktu czterogodzinnej trasy pieszej. Po drodze pokonujemy łąki, pagórki i linowe mosty rozwieszone nad strumieniami, aż w końcu dochodzimy do sanktuarium kolibrów Acaime. Starsza para, która je prowadzi, częstuje gorącą czekoladą lub kawą i kawałkiem sera (za symboliczną opłatą). Z filiżanką w dłoni obserwujemy, jak do rozwieszonych wszędzie poidełek podlatują kolejne kolibry. W Kolumbii występuje aż ok. 165 gatunków tego małego ptaka! W drodze powrotnej zaglądamy do jednej z licznych fincas. Do tego regionu najlepiej przyjeżdżać w okresie od stycznia do lutego, kiedy trwają zbiory kawy i dużo się dzieje.

 

KOLUMBIJSKI TYGRYS

 

Paisaje Cultural Cafetero

Departament Quindío to unikatowy przykład urodzajnego krajobrazu kulturowego

© PROCOLOMBIA

 

Od kiedy masową wyobraźnią zawładnęły obrazy z serialu Narcos, miasto Medellín znowu kojarzy się z kokainą, przestępstwami i Pablem Escobarem. Skojarzenia te są częściowo słuszne, ale od ok. 25 lat nieaktualne i stygmatyzujące. Owszem, Medellín było stolicą biznesu narkotykowego w latach 80. XX w., jednak gdy zabito Pabla Escobara w 1993 r. i rozprawiono się z innymi baronami, postawiło na zmianę i rozwój. W tej chwili to najbardziej dynamiczne i nowoczesne miasto w Kolumbii. Kwitnie tu biznes i nowe technologie (zainwestowano m.in. w sieć kolejek gondolowych i największe słodkowodne akwarium w Ameryce Południowej – do obejrzenia w interaktywnym centrum naukowo-technologicznym Parque Explora). Ze względu na swoje położenie w andyjskiej dolinie zwanej Valle de Aburrá, w otoczeniu zielonych wzgórz, i panujący w niej klimat słynie jako miasto wiecznej wiosny (la ciudad de la eterna primavera).

 

Zwiedzanie Medellín zaczynamy od placu imienia wspomnianego artysty Fernanda Botera, pełnego opasłych rzeźb jego autorstwa. Jeśli ktoś nie był w jego muzeum w Bogocie, koniecznie musi zajrzeć do Muzeum Antioquii (Museo de Antioquia) i obejrzeć kolekcję dzieł tego twórcy. Wieczory spędzamy w Parku Lleras (Parque Lleras) – w nim mieszkańcy miasta zbierają się wieczorem na szklaneczkę aguardiente przed imprezą i tańce do rana. Na ciekawe popołudnie wybieramy się do Comuny 13 (San Javier), dawniej niebezpiecznej dzielnicy, gdzie wałęsali się partyzanci z FARC-u i gangsterzy. Dziś wypełniają ją kolorowe domy, galerie sztuki i murale, przeprowadza się w niej ekologiczne i artystyczne projekty (ale wciąż lepiej nie kusić losu nocnymi spacerami). Amatorzy jazdy kolejką gondolową na pewno chętnie skorzystają z jednej z czterech linii (J, K, L i H), które łączą położone na wzgórzach dzielnice Medellín (zanim powstały kolejki, mieszkańcy tych rejonów spędzali na dojeździe do pracy nawet po 2–3 godz. dziennie!). Jeśli kogoś goni czas, naszym zdaniem lepiej jednak zajrzeć na Mercado Minoristai na tym targu urządzić sobie degustację świeżych tropikalnych owoców – niektóre występują tylko w Kolumbii! My po zakosztowaniu soku z lulo nie mogliśmy odżałować, że w żadnym sąsiednim kraju go nie spotkaliśmy. Na stoiskach sprzedaje się też mangostany, pitaje, guanábany czy tamarillo (tomates de árbol, pomidory drzewiaste).

 

Z Medellín można wybrać się na jednodniową wycieczkę do odległego o ok. 80 km miasteczka uchodzącego za najbardziej kolorowe w Kolumbii – Guatapé. To idealne miejsce dla miłośników fotografii i wolno płynącego czasu. Oprócz szukania odpowiednich ujęć, zajadania przysmaków z ulicznych stoisk i popijania tinto nie ma tu nic do roboty. W drodze powrotnej można wysiąść w miejscowości Santa Elena słynącej z pięknych kwiatów, które co roku dostarcza na sierpniowy festiwal Feria de las Flores w Medellín – powstają z nich niesamowite barwne konstrukcje. W tej okolicy ze względu na doskonałe warunki – żyzne ziemie, odpowiednią wysokość bezwzględną i temperaturę – kwiaty rosną jak szalone. Turyści zwykle wybierają się na zachód słońca do położonego nieopodal malowniczego Parku Arví (Parque Arví), gdzie czekają na nich lasy, jeziora, ptaki (ponad 100 gatunków) i owady (powyżej 160 gatunków).

 

KARAIBSKA PERŁA KOLUMBII

 

Cartagena de Indias to obowiązkowy przystanek dla turystów podróżujących po Kolumbii. Pewnie dlatego, że ten dawniej jeden z najważniejszych karaibskich portów, założony w 1533 r., zachował swój kolonialny urok. Po rozległym starym mieście jeżdżą trochę kiczowate bryczki (podobne do tych w Krakowie), ale można też znaleźć mniej turystyczne zakątki. Dlatego oprócz zwiedzania najważniejszych zabytków, takich jak plac św. Dominika (Plaza de Santo Domingo), Zamek św. Filipa (Castillo de San Felipe de Barajas), Katedra św. Katarzyny Aleksandryjskiej (Catedral de Santa Catalina de Alejandría), kościoły: św. Piotra Klawera (Iglesia de San Pedro Claver), św. Trójcy (Iglesia de la Santísima Trinidad) i św. Turybiusza de Mogrovejo (Iglesia de Santo Toribio de Mogrovejo) czy Pałac Inkwizycji (Palacio de la Inquisición), wybieramy się również w inne strony. Wchodzimy na potężne mury, gdzie próbujemy wyobrazić sobie, jak musieli się czuć konkwistadorzy, gdy przybijali do tych karaibskich brzegów, zanurzamy się w dzielnicę Getsemaní, pełną stylowej sztuki ulicznej, tworzonej przez znanych lokalnych i międzynarodowych artystów. To tutaj znajdujemy tętniące życiem bary, do których trafiają tylko zdeterminowani gringos.

 

Dla wielu osób Cartagena de Indias jest bazą wypadową na koralowe Wyspy Różańcowe (Islas del Rosario), gdzie można podziwiać akwarium na otwartym morzu i kąpać się przy bielutkich plażach. Niestety ta część parku narodowego (Parque Nacional Natural Corales del Rosario y de San Bernardo) to jedno z najczęściej odwiedzanych miejsc w kraju – w sezonie przeżywa prawdziwe oblężenie, co nie pozwala na swobodne rozkoszowanie się naturą. Dlatego dla nas Cartagena de Indias stała się bazą do wyprawy na niezwykły, ledwie nadgryziony przez turystów i zupełnie nieznany w Polsce archipelag San Bernardo. Po 2 godz. rejsu motorówką lądujemy w raju na wyspie Múcura, gdzie funkcjonują tylko dwa hotele, a jeden z nich – ekskluzywny Punta Faro – to ziszczenie marzeń o relaksie. Czeka nas nurkowanie lub snorkeling w przejrzystej wodzie pełnej egzotycznych ryb, płaszczek i homarów, samotne kąpiele przy pustych plażach i wycieczki kajakami wzdłuż wybrzeża.

 

Kilka minut rejsu łódką od Múcury leży zupełnie inna wyspa, Santa Cruz del Islote, do której brzegów przybiliśmy, żeby pod pretekstem nauki angielskiego poznać jej społeczność, a potem, za jej zgodą, napisać reportaż do naszej książki Tańczymy już tylko w Zaduszki. Santa Cruz del Islote uchodzi za najgęściej zaludnioną wyspę świata – zajmuje niecały hektar powierzchni, a na co dzień mieszka na niej niemal 800 osób. Kiedy dzieci wracają do domu na wakacje z kontynentalnej Kolumbii, gdzie chodzą do szkoły z internatem, ta liczba zwiększa się nawet do 1,2 tys. Wyspa wygląda jak kawałek betonowego osiedla wrzucony w morze – nie ma tu plaż ani palm. Mieszkańcy nieustannie rozbudowują Santa Cruz de Islote. W miejscach, gdzie jest wystarczająco płytko, wykładają mieliznę muszlami ślimaków morskich (będących składnikiem codziennej diety), wielkogabarytowymi śmieciami i betonem. Żeby zagrać w piłkę, płyną na przestronną i zieloną Múcurę. Aby pochować zmarłego, udają się na cmentarz na sąsiednią Tintipán. Warto ich odwiedzić, ale najlepiej zrobić to na własną rękę, wynajętą łódką, a nie z chmarą turystów, którzy chodzą po wyspie w kapokach i pokazują sobie wyspiarzy palcami.

 

Isla Mucura Cortesia ProColombia

 

SIELSKI ZAKĄTEK

 

Jeden z najpopularniejszych parków narodowych w Kolumbii to Naturalny Park Narodowy Tayrona (Parque Nacional Natural Tayrona). W sezonie trzeba liczyć się w nim z dużą liczbą turystów. Nic w tym dziwnego, w końcu karaibskie wybrzeże spotyka się tutaj z tropikalnym lasem. Kiedy staniemy w jednej z licznych zatoczek zwróceni twarzą w stronę morza, nad głową ujrzymy wysmukłe palmy, a za plecami będziemy mieli bujną leśną roślinność i pasmo Sierra Nevada de Santa Marta.

 

W Parku Tayrona koniecznie należy wybrać się na pocztówkowy przylądek – Cabo San Juan de Guía. Przy odrobinie szczęścia po drodze można spotkać papugi, legwany (to akurat pewne), a nawet małpy! Ten zjawiskowy rejon kryje też w swoich lasach niewielkie ruiny osady Taironów (El Pueblito) i pozostałości ich kultury (kamienny krąg Nueve Piedras). Przede wszystkim znajdują się tu jednak niesamowite plaże, jak La Piscina czy Arrecifes.

 

Miasto Santa Marta, które mijamy po drodze z Cartageny de Indias, jest malownicze, ale naszym zdaniem na wybrzeżu o wiele lepiej spędzać czas w otoczeniu natury niż wśród murów. Wielbiciele plaż mogą zatracić się w Parku Tayrona, ale mamy jeszcze jedną propozycję: wycieczkę do położonej o ok. 15 km od Santa Marty wioski Minca otulonej tropikalną zielenią. Od rana rozbrzmiewa tu głośny śpiew ptaków (w tym rejonie występuje ponad 360 gatunków, a lokalne agencje organizują spacery ornitologiczne). Poza tym roztacza się stąd cudowny widok na wybrzeże i okolicę, bo miejscowość leży na wysokości 650 m n.p.m. Warto pójść na spacer do punktu widokowego Los Pinos albo do dwóch małych jezior Pozo Azul, żeby zanurzyć się w chłodnej kąpieli. A jeśli jeszcze uda się komuś zarezerwować nocleg w wyjątkowym kameralnym hostelu Casa Loma, który wygląda jak domek na drzewie, wizyta w Mince będzie niezapomniana.

 

W Santa Marcie można też spełnić marzenie niejednego odkrywcy – zapisać się na niezwykły kilkudniowy trekking przez tropikalny las do zaginionego miasta, czyli Ciudad Perdida (Teyuna). Odkryli je lokalni poszukiwacze skarbów w 1972 r. Kiedy złote figury i biżuteria oraz starodawne naczynia zaczęły pojawiać się na targach, w głąb lasu ruszyli archeolodzy. Ustalili, że miasto pochodzi prawdopodobnie z ok. 800 r. (czyli założono je jakieś 650 lat przed słynnym Machu Picchu), a zostało opuszczone w trakcie hiszpańskiej konkwisty. Rdzenne lokalne społeczności, m.in. Arhuaco, Kogi (Kagaba) i Wiwa, odwiedzały to miejsce od zawsze, ale nie dzieliły się nim ze światem. Przez wiele lat, kiedy na tym terenie operował FARC, wycieczka do Ciudad Perdida była ryzykowna, ale od 2005 r. na szlaku działają agencje turystyczne i taka wyprawa jest bardzo bezpieczna (nie należy jednak wędrować samotnie, bo nietrudno się zgubić, poza tym spacer po tropikalnym lesie wymaga merytorycznego przygotowania). Kto zdecyduje się na trekking, musi wiedzieć, że do pokonania ma ok. 46 km przy dużej wilgotności powietrza.

 

W drodze powrotnej z Parku Tayrona można wysiąść w mieście Barranquilla, a jeśli trwa karnawał, to nawet trzeba! Tu odbywa się najsłynniejsza zabawa karnawałowa w całym kraju, na którą przybywa ponad milion gości. Jej korzenie sięgają XIX w. W Barranquilli mieszają się ze sobą różne kultury z wybrzeża karaibskiego – ich wpływy widać przede wszystkim w muzyce, tańcach i przebraniach. Poza tym miasto ma jeszcze jeden powód do dumy: w 1977 r. urodziła się tu najsłynniejsza współczesna kolumbijska piosenkarka – Shakira (jako ciemna brunetka).

 

KOLEBKA REALIZMU MAGICZNEGO

 

Casa Museo Gabriel Garcia Marquez Aracataca 1

Muzeum Gabriela Garcíi Márqueza w mieście Aracataca otworzono w 2010 r.

© PROCOLOMBIA

 

Jest takie miasto w Kolumbii, do którego nie zajrzy nikt, kto nie zaczytał się choć raz w prozie Gabriela Garcíi Márqueza. To Aracataca. Dla fanów realizmu magicznego wizyta w niej będzie niewielkim nadłożeniem drogi – leży ona zaledwie 80 km od Santa Marty.

 

Aracataca – ta nazwa wybija rytm jak koła pociągu, który przejeżdżał przez miasto wyładowany owocami w okresie boomu bananowego podsycanego przez United Fruit Company. Na te czasy przypadło dzieciństwo pisarza – Gabo, jak pieszczotliwie mówią na niego Latynosi, spędził tu pierwszych osiem lat życia. Aracataca stanowi pierwowzór mitycznego Macondo z powieści Sto lat samotności (1967 r.). Musieliśmy do niej przyjechać, żeby spróbować zrozumieć, jak to się stało, że w opowieściach Márqueza rzeczywistość tak płynnie przechodzi w fantazję, że trudno stwierdzić, co jest bardziej autentyczne – to, co prawdopodobne, czy też to, co wydaje się wytworem wyobraźni.

 

W tym sennym, trochę zapomnianym mieście wszystko dzieje się powoli i nie wiadomo, czy wydarza się naprawdę. Nad murami i chodnikami latają żółte motyle (te owady wciąż towarzyszyły Mauriciowi Babilonii, jednej z postaci Stu lat samotności). Odwiedzamy muzeum, dawny dom pisarza, ale sąsiadka tłumaczy nam, że nie ma on wiele wspólnego z autentycznym, który był dużo skromniejszy. To po prostu replika zbudowana na wzór posiadłości ze słynnej powieści Márqueza, z pokojami ciotek i warsztatem dziadka.

 

Inny sąsiad, Hannibal Caí (dziś dobiega już setki), rozsiada się w bujanym fotelu i opowiada o tym, jak jedna z ciotek Gabo, Francisca, podpaliła kiedyś ich dom. Zajmowała się świętymi w naszym kościele, przystrajała ich ołtarze kwiatami, zapalała świeczki. W domu też miała ołtarzyk. Zapaliła świeczkę i buch, cały dom po chwili stanął w płomieniach. Pomagałem gasić – śmieje się do wspomnień.

 

Próbujemy ustalić, czy jest w miasteczku jakiś pomnik Márqueza. Nie ma i nigdy nie było – twierdzi część mieszkańców. Nie ma, ale był – mówią pozostali. Jaki? Poznajemy trzy różne wersje. Najbardziej podoba nam się ta: ktoś postawił pomnik nagiego Gabita, ale ten przyjechał, obejrzał dzieło i zdecydował, że trzeba je zburzyć – przecież on nie ma takiego małego przyrodzenia!

 

Litewska przygoda

GRZEGORZ MICUŁA

 

<< Kraj ten słynie z wydobywanego w nim od setek lat bursztynu (po litewsku „gintaras”), tkanin z lnu, wód mineralnych i torfu wykorzystywanego w coraz liczniejszych obiektach spa oraz tradycyjnego litewskiego jedzenia – ciemnego chleba pieczonego na tataraku, wędlin, sera i śmietany, blinów, cepelinów i „šakotisa”, znanego u nas jako sękacz. Litwa ma też kilka uzdrowisk, do których chętnie jeździmy ze względu na znakomite kuracje lecznicze, czyste środowisko oraz fakt, że jest w nich wciąż taniej niż u nas. Dysponujące doskonałą bazą Druskienniki i Birsztany to ciągle miejsca na kieszeń przeciętnego turysty z Polski, podobnie jak litewskie nadbałtyckie miejscowości wypoczynkowe, mniej zatłoczone w sezonie letnim niż ich polskie odpowiedniki. >>

Więcej…

Bliska daleka Gruzja

Nad Klasztorem Świętej Trójcy dominuje ośnieżony szczyt góry Kazbek
gergeti1

© GEORGIAN NATIONAL TOURISM ADMINISTRATION

JERZY MOSKAŁA

 

Mało jest krajów na świecie, których mieszkańcy darzą nas podobną sympatią, jaką my czujemy do nich. Niewątpliwie należy do nich jednak dość odległa pod względem geograficznym od Polski Gruzja. Właśnie dlatego, choć nie tylko, warto odwiedzić niesamowitą ojczyznę Gruzinów, położoną w regionie Zakaukazia, między Europą i Azją.

Więcej…