Mandryl barwnolicy (Gabon)
IMG 8889

Jenot azjatycki (Polska, Warmia)

Jenot

ROBERT GONDEK

www.szczytyafryki.pl

Podróżuję po różnych zakątkach naszego globu od ponad dwudziestu lat. Najchętniej wyjeżdżam do Afryki, ale nie tylko tam. Odwiedziłem już ponad pięćdziesiąt państw na całym świecie, w tym siedemnaście właśnie na tym kontynencie. Lubię chodzić po górach. W trakcie swoich wyjazdów skupiam się na przyrodzie. Fotografuję ptaki, zwierzęta i krajobrazy. To moja wielka pasja.


Słonie afrykańskie (Malawi)

00001 473

 

Po raz pierwszy wybrałem się w podróż na Czarny Ląd w 2001 r. Zabrałem ze sobą aparat kompaktowy marki Vivitar i 13 klisz. To miało mi wystarczyć na trzy tygodnie i wyprawę przez Republikę Południowej Afryki, Suazi i Lesotho. Na 36-klatkowych filmach zamierzałem utrwalić zwierzęta z Parku Narodowego Krugera oraz krajobrazy Przylądka Dobrej Nadziei i Gór Smoczych. Przed zrobieniem każdego zdjęcia musiałem się zastanawiać, czy na pewno warto je wykonać i czy nie zabraknie mi klisz na dalszą podróż. Wróciłem z 468 fotografiami, które okazały się źle skadrowane, nieostre i ciemne, ale nie przywiązywałem do tego wagi. Ze wszystkimi wiązały się przecież jakieś historie i wspomnienia.


Mój pierwszy wyjazd na kontynent afrykański nie był podróżą fotograficzną. Nie miałem wówczas odpowiedniego sprzętu, nie umiałem robić dobrych zdjęć, nie interesowałem się tym. W trakcie tej wyprawy po raz pierwszy jednak zobaczyłem na wolności zwierzęta znane mi do tej pory z filmów przyrodniczych i ogrodów zoologicznych, takie jak lwy, słonie, nosorożce, hipopotamy i zebry. To było niezwykłe przeżycie. Zapamiętałem zwłaszcza dwie wyjątkowe sceny, które do tej pory są dla mnie wizytówką Afryki. Wieczorem przemierzam Park Narodowy Krugera podczas burzy. Dookoła niebo znaczą błyskawice. Leje deszcz i jest już prawie ciemno. W świetle reflektorów pojawiają się sowy. Stoją na drodze co kilkadziesiąt metrów. Nagle odlatują z szeroko rozpostartymi skrzydłami, trzymając w szponach żabę lub węża. Scena powtarza się kilkanaście razy. Drugie wspomnienie również wiąże się z tym słynnym parkiem. Za parę chwil słońce zajdzie za horyzont. Powoli przemierzam okolicę samochodem. Nagle na środku laterytowej drogi, nagrzanej promieniami słonecznymi za dnia, zauważam leżące lwy. Jest ich pięć, może sześć. Śpią, a ja muszę zjechać nieco na bok, aby je ominąć. Zatrzymuję się w pobliżu i czekam. Po chwili jeden wstaje, zagląda przez zamknięte okno do środka. Nagle ziewa kilkadziesiąt centymetrów ode mnie. Dzieli nas tylko szyba. Potem lew rozgląda się dookoła i leniwie kładzie na jezdni. Nie zrobiłem dobrych zdjęć, ale wiedziałem, że kiedyś będę chciał wrócić i fotografować zwierzęta.

 

WSPÓŁCZESNE MOŻLIWOŚCI

Obecnie z trzytygodniowego wyjazdu przywożę prawie 10 tys. ujęć, kilkadziesiąt minut filmów i setki kadrów do filmów poklatkowych (tzw. time-lapse photography). Czasy się zmieniły, nie jesteśmy już ograniczeni liczbą klatek na kliszach, które zajmują sporo miejsca i wymagają wywołania po powrocie, żeby zobaczyć, co udało nam się uwiecznić. Dobry sprzęt fotograficzny stał się niemal powszechnie dostępny. Możemy podróżować bez większego problemu praktycznie wszędzie, gdzie tylko byśmy chcieli, a informacje na temat interesujących nas regionów coraz łatwiej znaleźć.

               
Moje zagraniczne wyjazdy to głównie wyprawy w góry, w trakcie których staram się zdobyć najwyższy szczyt odwiedzanego kraju. Zazwyczaj nie ma wtedy czasu na fotografowanie zwierząt. Na to zajęcie poświęcam drugą część podróży. Oczywiście, często te dwa etapy łączą się ze sobą. Przykładowo etiopskie góry Semien stanowią idealny region na robienie zdjęć dżeladom – małpom wąskonosym z endemicznego gatunku zamieszkującego ten rejon Afryki. Żyją one w grupach, są niezbyt płochliwe i nie trzeba się specjalnie starać, aby ich nie przestraszyć. Wielkie stada tych zwierząt przechadzają się dookoła ludzi. Można je po prostu spotkać na trasie trekkingu. Wystarczy usiąść na kamieniu i obserwować, jak wychodzą po urwistych skałach ze swoich schronień na górskie łąki. Znakiem rozpoznawczym dżelad jest nieowłosiony czerwony fragment skóry na klatce piersiowej. Z tego powodu nazywane są małpami o krwawiących sercach. Stanowią one jednak swojego rodzaju wyjątek. Większość zwierząt i ptaków musimy wytropić. Bardzo często, aby nam się udało, potrzebujemy także szczęścia i kogoś, kto podpowie nam, gdzie szukać lokalnej fauny. Ja przy planowaniu podróży zawsze sprawdzam, co można sfotografować w rejonie, do którego się wybieram, i czy dany okres będzie dobry na robienie zdjęć. Kilka odwiedzonych przeze mnie miejsc wydaje się szczególnie wartych uwagi dla miłośników podglądania przyrody.


MIESZKAŃCY AFRYKI

Styczeń w Rwandzie jest znakomitym czasem na obserwację goryli górskich w Parku Narodowym Wulkanów. To wspaniałe stworzenia zagrożone wyginięciem. Na zboczach wulkanicznego łańcucha Wirunga (położonego w Demokratycznej Republice Konga, Ugandzie i Rwandzie) żyje ich jeszcze ok. 500. Można je też spotkać w ugandyjskim Nieprzeniknionym Lesie Bwindi (mniej więcej 380 osobników). Te największe małpy świata zamieszkują wysokie góry. Stado liczy od kilku do kilkunastu sztuk. Każdej rodzinie goryli górskich przewodzi dorosły samiec zwany srebrzystogrzbietym ze względu na kolor sierści na plecach. Jego wygląd budzi duży szacunek. Gdy stanie na tylnych kończynach jest ogromny. Te wyjątkowe zwierzęta wywierają niezwykłe wrażenie, gdy w odległości kilku metrów od nas pozują do zdjęć. Osoby marzące o ujrzeniu goryli górskich w Rwandzie powinny przygotować się jednak na spory wydatek. Trzygodzinna wyprawa z przewodnikiem kosztuje 750 dolarów amerykańskich (USD).


W sąsiedniej Ugandzie również w styczniu warto wybrać się do Parku Narodowego Kibale. Oprócz szympansów, z których słynie, zobaczymy tu dwanaście innych gatunków małp, takich jak koczkodany górskie, koczkodany czarnosiwe czy ugandyjskie gerezy rude. Władze tego obszaru chronionego organizują wycieczki zwane chimpanzee tracking. Ich uczestnicy mają okazję znaleźć się w samym środku liczącego ok. 100 osobników stada. To niesamowite doświadczenie. Szympansy są wszędzie – w koronach drzew zrywają owoce palm i figi, wędrują tuż obok swoimi ścieżkami i niezbyt interesują się naszą obecnością.


W Gabonie z kolei na wrzesień przypada koniec pory suchej. Terytorium kraju w ponad 80 proc. pokrywa gęsty wilgotny las równikowy, w którym występują słonie afrykańskie leśne, goryle nizinne, szympansy, bawoły leśne i mandryle. Zwierzęta te są bardzo płochliwe i trudno je wytropić wśród drzew. Na szczególną uwagę zasługują mandryle zaliczane do rodziny koczkodanowatych. Aby je zobaczyć, warto odwiedzić Park Lékédi. Żyje w nim ok. 140–180 tych małp, w tym kilka dorosłych samców. Jeden z nich to przywódca stada. Męskie osobniki mają niezwykłe ubarwienie nosów. W wieku ok. 6 lat, gdy osiągają dojrzałość płciową, skóra na ich nozdrzach i wokół nich staje się biało-czerwona. Mandryle obserwujemy w lesie. Siedzimy na ławce i czekamy. Ponad sto małp krąży dookoła nas. Wędrują w poszukiwaniu korzeni, liści, owoców i owadów. Nie są tak płochliwe, jak w innych miejscach w Gabonie. Przyzwyczaiły się do obecności badaczy Mandrillus Project, którzy od 2012 r. spędzają w ich towarzystwie kilkanaście godzin dziennie i sporządzają notatki ze swoich obserwacji. Dzięki temu fotografowie mają doskonałą okazję do zrobienia wyjątkowych zdjęć mandryli.


Botswana stanowi prawdziwy raj dla miłośników ptaków. Ja byłem tu w maju. Obszar rzeki Okawango i jej delty, wpisanej w 2014 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO, zamieszkują liczne ssaki, gady, płazy, ryby i owady. Oprócz tego na powierzchni ok. 20 tys. km2 występuje ponad 400 gatunków ptaków. Podczas organizowanych przez lokalne agencje wypraw z przewodnikami mamy szansę ujrzeć mnóstwo tych wspaniałych kolorowych stworzeń, m.in. żołny białoczelne, zimorodki malachitowe, kraski liliowopierśne, rybaczki srokate, rybiarki duże, bieliki afrykańskie, żabiru, czaple, koronniki szare, warugi, ibisy czczone i wiele innych. Pływamy po Okawango, zagłębiamy się w kanały i rozlewiska delty, żeby dotrzeć do miejsc znanych tylko wtajemniczonym. Czasem wystarczy po prostu posiedzieć cierpliwie nad rzeką, bagnem czy jeziorem. Możemy się ukryć pod siatką maskującą, ale nie musimy. Ptaki przylecą na pewno i to w ogromnej liczbie, więc będziemy zadowoleni. Tak wielu i tak pięknych nie widziałem nigdzie indziej na świecie.


W kwietniu, na koniec pory deszczowej w Namibii zdarzają się wieczorne burze, dzięki którym krajobraz wygląda dużo ciekawiej. Wjeżdżamy do Parku Narodowego Etosza, jednego z najstarszych (jego historia zaczyna się już w 1907 r.) i największych (22 275 km² powierzchni) tego typu obszarów na kontynencie afrykańskim. Możemy tu zrobić zdjęcia wszystkich zwierząt należących do słynnej Wielkiej Piątki Afryki, czyli słonia, bawoła, lwa, lamparta i nosorożca czarnego uważanych tradycyjnie za najniebezpieczniejsze gatunki Czarnego Lądu. Takich miejsc jest na nim więcej, ale w tym parku stworzone zostały specjalne warunki do obserwowania fauny. Tuż obok kempingów znajdują się podświetlane zbiorniki wodne, które są niczym scena ustawiona dla widzów. Nocą siadamy wygodnie na ławce i patrzymy na gromadzące się nad wodą zwierzęta. Słonie, zebry czy żyrafy przychodzą tu po upalnym dniu, żeby ugasić pragnienie. Stado ciągnie za stadem. Nosorożce wchodzą do zbiornika. Z oddali dobiega ryk lwa. Kto wie, może za chwilę będziemy świadkami polowania…


W Malawi w październiku wybieramy się do Parku Narodowego Liwonde. Leży on wzdłuż rzeki Shire. Rejs o poranku stanowi wyśmienitą okazję do podglądania słoni. Te największe ssaki lądowe uwielbiają wodę i chłodzące kąpiele. W stadach liczących kilkanaście sztuk wchodzą do rzeki, aby uchronić się przed upałem. Młode słonie świetnie się bawią. Gdy nurkują, ponad powierzchnię wody wystają im tylko trąby. Po chwili wspinają się na swoich większych towarzyszy. My siedzimy w łódce z aparatami w dłoniach. Nasi modele prezentują się wspaniale.

W AMERYCE POŁUDNIOWEJ I POLSCE


Legwan galapagoski (Galapagos, Ekwador)

IMG 7122

Nie mniej interesująca kraina dla fotografów przyrody znajduje się po drugiej stronie Atlantyku. Na trzytygodniową podróż po Ekwadorze lecę w styczniu. Spędzam czas na chodzeniu po górach, odwiedzinach w Rezerwacie Przyrody Cuyabeno i lasach deszczowych regionu Mindo. Pogoda jest zmienna i często pada, ale to przecież normalne w tych stronach. Wspomniane lasy deszczowe zachwycają wielką różnorodnością ptaków (ok. 500 gatunków). W Rezerwacie Las Tangaras wystarczy po prostu aparat i trochę cierpliwości. W ciągu pół godziny, siedząc na werandzie miejscowego schroniska, fotografuję czternaście różnych gatunków kolibrów spośród ponad stu, które występują w Ekwadorze. Jednak to nie dla nich wybrałem się do tego odległego kraju. Codziennie rano, ok. 6.00 odbywa się w okolicy wyjątkowy spektakl, jedyny na całym świecie. Po pół godzinie marszu docieram do miejsca (zwanego lek), gdzie piękne, ubarwione na pomarańczowoczerwono samce rupicoli (skalikurka andyjskiego) starają się o względy samiczek. Nurkują pomiędzy gałęziami i śpiewają.


Innym razem w styczniu trafiłem na ekwadorski archipelag Galapagos. To kraina ptaków, żółwi i legwanów. Gospodarzami są w niej zwierzęta, człowiekowi przypada rola gościa. Wędrujemy plażą, na której znajduje się więcej legwanów morskich niż ludzi. Docieramy na bezludną wysepkę Seymour Norte stanowiącą prawdziwe ptasie królestwo. Fregaty wielkie budują gniazda na krzewach. Samce głuptaków niebieskonogich wykonują swój taniec godowy na przybrzeżnych skałach. Przestępują z nogi na nogę, prezentując przed samicami absurdalnie wyglądające jasnobłękitne kończyny. Pelikany brunatne nurkują w poszukiwaniu zdobyczy, aby po paru chwilach wynurzyć się z dziobem i workiem skórnym pełnym wody, ryb i wodorostów. Nie trzeba tu szukać punktu obserwacyjnego ani używać siatek maskujących. Ptaki są wszędzie. Wystarczy chwilę poczekać i zaraz się zjawiają. Może w tym czasie przejdzie obok nas legwan morski lub lądowy (galapagoski), a na pobliskiej plaży zacznie się wylegiwać uszanka galapagoska lub kotik galapagoski.


Także Polska doskonale sprawdza się jako cel wyprawy fotograficznej. Zdjęcia zwierzętom zrobimy w naszym kraju o każdej porze roku. Zimą nad Biebrzą wypatrzymy m.in. łosie, bobry czy przepięknie ubarwione wilki. Na wiosnę praktycznie wszędzie można wybrać się na obserwowanie ptaków i ich toków (zalotów). W lato mamy szansę spotkać niedźwiedzia w Bieszczadach, borsuka na Mazurach albo jenota na Warmii. Jesienią lasy i łąki zmieniają się w rykowiska dla jeleni i bukowiska dla łosi. Polska przyroda jest wyjątkowo piękna i charakteryzuje się ogromną różnorodnością zwierząt. Często nie doceniamy tego, co znajduje się na wyciągnięcie ręki. Aby sfotografować wilki, lisy, borsuki, łosie, jelenie, jenoty, niedźwiedzie, dudki, żołny, zimorodki, puszczyki, sóweczki i setki innych gatunków nie musimy podróżować do Afryki bądź Ameryki Południowej. Powinniśmy tylko wiedzieć, jakie stworzenia nas interesują oraz gdzie i kiedy udaje się je spotkać.

ODPOWIEDNIE WARUNKI

Możemy wyróżnić cztery główne sposoby tworzenia okazji do fotografowania fauny. Pierwszy, chyba najbardziej popularny, stanowi safari. To parodniowa wycieczka, podczas której mamy większą lub mniejszą szansę na spotkanie dzikich zwierząt. Odbywa się zazwyczaj samochodami terenowymi w kilkuosobowym gronie. Terytoria parków narodowych przemierza się wyznaczonymi polnymi, szutrowymi lub laterytowymi drogami. Safari może być też piesze albo wodne, choć nie na wszystkich obszarach chronionych organizuje się te rodzaje wypraw. Taki sposób podglądania zwierząt cieszy się niezmiernie dużą popularnością w Afryce Południowej i Wschodniej, np. w Tanzanii, Kenii czy Ugandzie. Gdy przejrzymy oferty biur podróży dotyczące wyjazdów na kontynent afrykański, zorientujemy się, że w większości w ich programie znajduje się safari. W Namibii, Botswanie i Republice Południowej Afryki zaplanujemy wyprawę samodzielnie, z wykorzystaniem własnego środka transportu (wynajętego na miejscu). Co ciekawe, niekoniecznie wszędzie musimy poruszać się autem terenowym z napędem na cztery koła, ale zwykle pozwoli nam ono na dotarcie do innych, bardziej interesujących zakątków i – oczywiście – obserwację dzikich zwierząt z lepszej perspektywy.


Każde safari dostarcza niezapomnianych przeżyć i jest wyjątkową przygodą. Często zrobimy na nim również świetne zdjęcia i zobaczymy mnóstwo różnych gatunków fauny. Jednak z punktu widzenia fotografa to nie do końca to, na co liczy. Zwierzęta spotyka się całkowicie przypadkowo. Wyprawa zorganizowana we własnym zakresie pozwala zaoszczędzić pieniądze, ale jednocześnie stwarza mniejsze szanse na dotarcie do miejsc, o których istnieniu wiedzą lokalni przewodnicy. Safari piesze czy wodne stanowi z kolei ciekawą atrakcję, lecz trudno natknąć się podczas niego na płochliwe stworzenia. Mimo wszystko są to dobre i bardzo popularne wycieczki fotograficzne, w których często brałem udział i nadal planuję uczestniczyć.


Drugi sposób stworzenia warunków do fotografowania przyrody to profesjonalnie przygotowany pod tym kątem kilkudniowy pobyt na terytorium parków, w których występują dzikie i rzadkie zwierzęta. Podczas przeglądania wielu dostępnych ofert możemy natrafić na naprawdę wyjątkowe propozycje. W tym przypadku musimy liczyć się jednak ze znacznymi wydatkami. Organizacją takich programów nierzadko zajmują się zawodowi fotografowie we współpracy z lokalnymi placówkami. Wyprawy są specjalnie przygotowane ze względu na ich cel, a obejmują m.in. transport dużej ilości sprzętu fotograficznego i zakwaterowanie w przerwach pomiędzy sesjami oraz wybór pleneru, pory roku i dnia, a także gatunków zwierząt, które mają być tematem zdjęć. Mogą zostać ukierunkowane na fotografowanie np. lwów, lampartów i gepardów w tanzańskim Parku Narodowym Serengeti, niedźwiedzi w Finlandii, maskonurów na Islandii albo cyklicznych wydarzeń, takich jak spektakularna Wielka Migracja lub przeloty albo toki konkretnych ptaków. Uczestnicy znajdują się zwykle pod opieką uznanego fotografa i jego doświadczonych asystentów. W przerwach pomiędzy sesjami często odbywają się również warsztaty fotograficzne, w trakcie których recenzuje się ujęcia, udziela rad i wskazówek dotyczących też obróbki materiału. Na tego rodzaju wyprawie nie liczymy już tylko na szczęście i przypadek, dzięki czemu zwiększają się nasze szanse na wykonanie dobrego zdjęcia. Takie wyjazdy fotograficzne organizują np. David Lloyd, Will Burrard-Lucas i Dana Allen, a w Polsce – Michał Mrozek, Tomasz Tomaszewski czy Marcin Kydryński.


Trzeci sposób to podróż do regionu zamieszkanego przez interesujące nas zwierzęta i wynajęcie dobrego lokalnego przewodnika. W niektórych krajach jest naprawdę trudno o odpowiednią osobę, ale są takie miejsca w Kenii, Tanzanii, Ugandzie, Ghanie czy Ekwadorze, gdzie możemy znaleźć kompetentnych ludzi. Znają oni doskonale rejony występowania wybranych przez nas gatunków ptaków lub ssaków i dodatkowo rozumieją potrzeby i wymagania fotografów.


Na koniec pozostaje nam jeszcze tzw. zasiadka w czatowni, czyli w niewielkim obiekcie zbudowanym i przystosowanym do obserwowania i fotografowania fauny. Stawia się je często w celu podglądania konkretnych gatunków nad wodą, w górach, lasach i na łąkach. Fotograf ukrywa się wewnątrz i przez kilka, kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt godzin czeka cierpliwie na zwierzęta. Aby zwiększyć prawdopodobieństwo pojawienia się ich w zasięgu wzroku, stosuje się specjalnie przygotowaną przynętę. W zależności od gatunku mogą to być mięso, owoce lub warzywa. Podczas fotografowania przyrody w Polsce korzystałem z kilku tego typu miejsc.


WYPOSAŻENIE FOTOGRAFA

Nie trzeba mieć drogiego sprzętu, żeby zrobić dobre zdjęcie. Wiele świetnych fotografii powstaje przy użyciu naprawdę niedrogich urządzeń. Są to często proste bezlusterkowce, aparaty kompaktowe czy niezbyt zaawansowane modele aparatów lustrzankowych ze stosunkowo tanimi teleobiektywami. Takie wyposażenie wystarczy do fotografowania przyrody w trakcie zwykłego safari.


Oczywiście, nie da się także ukryć, że odpowiednie body (korpus), obiektyw bądź stabilny statyw pozwalają osiągnąć lepszy efekt, bardziej zbliżyć obiekt, zrobić więcej ujęć w ciągu jednej sekundy lub wykonać ostre zdjęcie w gorszych warunkach oświetleniowych. Ja osobiście używam obecnie sprzętu marki Canon i kilku teleobiektywów (inne osoby z redakcji magazynu All Inclusive korzystają np. z aparatów Pentax, a także Nikon, Olympus i Sony). Nie wyobrażam sobie wyprawy fotograficznej, na którą nie zabrałbym obiektywu o odpowiedniej ogniskowej. Dlatego bardzo często podczas wędrówki po górach mam ze sobą kilkunastokilogramowy plecak, którego zawartość stanowi w większości wyposażenie fotografa. Choć przemieszczanie się z ciężkim bagażem jest niewygodne, warto się przemęczyć, bo nigdy nie wiadomo, czy za chwilę w okolicy nie pojawi się coś interesującego. Bez sprzętu pod ręką okazja na zrobienie zdjęcia przepadnie.


Dlatego też uważam, że oprócz sprawdzonego aparatu i obiektywów przy fotografowaniu przyrody ważne są trzy rzeczy. Po pierwsze – trzeba mieć trochę szczęścia, po drugie – przyda się pomysł i umiejętność dobrego kadrowania, a po trzecie – musimy uzbroić się w cierpliwość. Bez tego wszystkiego o ciekawe i wyjątkowe ujęcie bywa bardzo trudno.


POMOC SPECJALISTÓW

Wyjazd fotograficzny możemy – oczywiście – zorganizować sobie sami, o ile w rejonie, do którego się wybieramy, nie obowiązują inne zasady. W tym przypadku pomocne są jednak wyspecjalizowane biura podróży. Na polskim rynku jedną z najbogatszych ofert w tym zakresie ma Klub Podróży Horyzonty. Obejmuje ona nie tylko wyjazdy do Afryki, ale również m.in. na Islandię, Lofoty, Węgry, Kubę, do Finlandii, Bułgarii, Włoch, Brazylii bądź Wietnamu. Wyprawy proponowane przez biura turystyczne odbywają się pod opieką uznanych polskich fotografów, takich jak Marcin Dobas czy Przemysław Antoni Kunysz.


Można także poszukać informacji na temat organizatorów lub ekspertów od fotografii działających w miejscu, do którego się wybieramy. Często polecanymi na forach internetowych przewodnikami specjalizującymi się w zdjęciach ptaków są np. Willy Kombe w Kenii i Harriet Kemigisha w Ugandzie. Gdy zdecydujemy się na konkretną osobę, nie pozostanie nam nic innego, jak zebrać grupę ludzi o podobnych zainteresowaniach i wyruszyć w podróż. Po dotarciu do celu pomocą będzie nam służył nasz opiekun.


Jeśli chcemy fotografować w Polsce, możemy zwrócić się do kilku tutejszych biur oferujących parodniowe pobyty w atrakcyjnych pod względem fotograficznym miejscach. Tego rodzaju wyjazdy w naszym kraju organizują też polscy fotografowie: Magdalena Sarat i Łukasz Łukasik (Fotoczaty), Marek Kosiński z Białowieży oraz Mateusz Matysiak i Bogusław Kowalczyk (BiesCzaty). Wykorzystują oni swoje bogate doświadczenie zawodowe podczas kilkudniowych warsztatów nad Biebrzą, na Mazurach, w Puszczy Białowieskiej i Bieszczadach.


Są wreszcie specjaliści w dziedzinie fotografii znający doskonale region, w którym mieszkają. Dzięki temu wiedzą, gdzie dokładnie warto wybrać się z aparatem. Często stawiają w tych miejscach czatownie, z których zainteresowane osoby mogą fotografować zwierzęta: jenoty, bieliki i jastrzębie (Warmia – Zbigniew Maćko), rybołowy, orliki krzykliwe i borsuki (Mazury – Krzysztof Stasiaczek), niedźwiedzie, wilki, rysie, orły przednie i puszczyki uralskie (Bieszczady – Mateusz Matysiak i Bogusław Kowalczyk).


ZDOBYĆ DOŚWIADCZENIE

Pasję fotograficzną odkryłem w trakcie podróży do dalekich krajów. To, co podczas nich miałem okazję oglądać, było mi nieznane, wydawało się niezmiernie ciekawe i inne. Zapragnąłem utrwalić te niesamowite obrazy. Podziwiałem kolorowe ptaki, zapierające dech w piersiach widoki. Po wielu latach podróżowania po Afryce, Ameryce Południowej i Azji, zachwycaniu się krajobrazami i egzotycznymi zwierzętami zacząłem zwracać baczniejszą uwagę na polską przyrodę. Gdy byłem na Mazurach, nad Biebrzą czy w Tatrach, dostrzegałem urodę tych regionów. W nich także żyją interesujące ptaki i ssaki, a tutejsze krajobrazy są równie piękne jak te z innych części świata. Choć my mamy takie widoki na co dzień, mieszkańcom Azji, Afryki, Ameryki lub Australii wydają się one egzotyczne, nieznane. Aby zrobić ciekawe zdjęcie, wcale nie musimy jechać bardzo daleko. Fotografowanie przyrody to po prostu wspaniała pasja. Żeby ją w pełni realizować, trzeba fotografować dużo, w różnych warunkach, w coraz innych miejscach. Warto więc robić to w Polsce i pozostałych krajach świata, w czatowniach, podczas safari, nad wodą, w górach i lasach – jednym słowem wszędzie.

Artykuły wybrane losowo

Birma – kraj uśmiechniętych ludzi

PYI_SOE_TUN_120C345_smiling_of_lisu_ladies.jpg

Birmę zamieszkuje oficjalnie aż 135 różnych grup etnicznych © HTAY WIN/MYANMAR TOURISM MARKETING ©

©PYI SOE TUN/MYANMAR TOURISM MARKETING

 


Anna Bandura 
www.nadiavstheworld.com

 

Choć Birma (od 1989 r. oficjalnie Mjanma – Myanmar) otworzyła się na świat cztery lata temu, wciąż na swój sposób jest krajem zamkniętym. Mężczyźni chodzą tu w spódnicach, kobiety nie piją alkoholu w miejscach publicznych, a dzieci pracują odkąd postawią pierwsze kroki. Woły zaprzęgnięte do drewnianego wozu czy parowóz w ruchu osobowym to nie atrakcje turystyczne, a codzienny widok. Najlepszą wizytówką tej krainy są jej mieszkańcy – imponują gościnnością, otwartością i szacunkiem do obcokrajowców. Ich ciepłe uśmiechy, szczere pozdrowienia oraz okrzyki radości rzucane w stronę turystów zaskakują zagranicznych gości, a jednocześnie sprawiają, że czujemy się niezwykle dobrze w tym kraju, w którym czas się zatrzymał.

Więcej…

Na Jamajkę z Jamesem Bondem

ROBERT BAJAN

 

<< Ojczyzna muzyki reggae, dub, ska i dancehall kojarzy się przede wszystkim z gorącymi imprezami na plaży, świetnym rumem i… popularyzacją marihuany, nazywanej tutaj „gandzią”. Ta wspaniała karaibska wyspa to jednak także przepiękna przyroda, cuda podwodnego królestwa, tajemnicze jaskinie i burzliwa historia. Tu również angielski pisarz Ian Fleming wymyślał przygody najdzielniejszego i najprzystojniejszego agenta wszechczasów – Jamesa Bonda, w którego rolę w filmowych adaptacjach wcielali się Sean Connery, George Lazenby, Roger Moore, Timothy Dalton, Pierce Brosnan i ostatnio Daniel Craig. Na jamajskim lądzie z pewnością nie grozi nam nuda! >>

Po Kubie i Hispanioli (Haiti) Jamajka jest trzecią co do wielkości wyspą na Karaibach (ma powierzchnię 10 991 km²). Należy do Archipelagu Wielkich Antyli. Jej najwyższe pasmo górskie stanowią Góry Błękitne (Blue Mountains) ze szczytem Blue Mountain Peak (2256 m n.p.m.). To stąd pochodzi słynna kawa Jamaica Blue Mountain Coffee, ceniona na całym świecie.

Więcej…

Dominikańskie rozmaitości

MARCIN WESOŁY

www.caribeya.pl

 

<< „Dominikana, ta czarująca diablica, usidliła mnie, owinęła wokół palca. Wabi feromonami, od których kręci mi się w głowie” – tak przeważnie odpowiadam, kiedy ktoś pyta mnie (a zdarza się to nader często), dlaczego wybrałem ten kraj, dlaczego poświęciłem mu tyle czasu i dlaczego wciąż do niego wracam. Przepadłem na dobre w 2006 r., podczas pierwszej podróży. Zakochałem się od razu! Pamiętam to nocne tropikalne niebo nad Puerto Plata – gwiazdy wisiały tak nisko, że można je było przesuwać dłońmi. I to powietrze, lepkie, wilgotne, nasycone mieszanką odurzających zapachów. Potem Dominikana wzywała mnie wielokrotnie, wymęczyła duchotą i nieziemskim upałem, wyciągnęła ze mnie hektolitry potu, zabrała oszczędności, pozbawiła alternatyw, była zaborcza. Ale dała w zamian jedno – jakąś namiastkę szczęścia, niesłychaną beztroskę, z którą dorosły mężczyzna nie powinien się już tak obnosić. Nie oddałbym ułamka czasu, jaki jej poświęciłem. >>

Niedawno przekonałem się o czymś jeszcze: wspaniale jest pokazywać Dominikanę innym ludziom, na żywo. Uwielbiam spoglądać na miejsca, które dobrze znam, czyimiś oczami. Lubię stanąć z boku i popatrzeć, jak inni reagują, jakie towarzyszą im emocje. Właśnie wtedy dopełnia się podróż, nierzadko w sposób zaskakujący. Najważniejsze są przy tym fascynacja, entuzjazm, świeże wrażenie. Jeśli ktokolwiek miałby ochotę ze mną pojechać, zabiorę go z przyjemnością. Jednak kiedy wróci do domu, odczuje prawdziwy koszt wyprawy – przyjdzie mu słodko cierpieć, bo Dominikana nie pozwoli o sobie zapomnieć. Dominikański bakcyl wnika w duszę trwale i skutecznie.

 

Często otrzymuję pytania, w jaki sposób najlepiej poznawać ten kraj, jaką formę wakacji wybrać: jechać na własną rękę czy skorzystać z licznych ofert biur podróży. Odpowiadam wówczas przewrotnie. Jeśli ktoś znajduje w sobie siłę i czuje potrzebę podróżowania samodzielnego, lubi po prostu być w drodze, pragnie wyjechać po to, aby poznać z bliska miejsca i ludzi – nie ma dla niego lepszego regionu na Karaibach niż Dominikana. To kraj szalonej geografii, fantastycznej energii, niebywale życzliwych mieszkańców, z którego można czerpać garściami. Taki sposób zwiedzania praktykuję od lat i nie zamieniłbym go na żaden inny. Jeżeli z kolei komuś wydaje się, że potrzebuje porządnego odpoczynku w zjawiskowym otoczeniu, blisko basenu i baru z koktajlami oraz plaży ocienionej wysmukłymi palmami kokosowymi, pośród uczynnych ludzi, którzy zrobią wszystko, aby czuł się wyjątkowo od rana do wieczora (co zawiera się w cenie oferty all inclusive) – również powinien zdecydować się na Dominikanę. Taki jest właśnie fenomen tego kraju. A mnie czego brakuje najbardziej, kiedy wracam z tropiku w polskie realia, za czym tęsknię najmocniej, co wspominam najchętniej? Oto krótki przegląd dominikańskich zauroczeń i rozmaitości, do których żywię największy sentyment…

 

Carro público jest niezmiernie popularnym dominikańskim środkiem transportu

© Minis terio de Turis mo de Rep úbli ca Dominicana

 

ZACIEŚNIANIE WIĘZI

Nie mogę bez nich żyć, normalnie funkcjonować w latynoskiej przestrzeni, są mi potrzebne, są użyteczne, charakterne. Stanowią nieodłączną część pejzażu dominikańskich miast takich jak stołeczne Santo Domingo czy Santiago de los Caballeros, mkną też nieprzerwanie gdzieś na północnym wybrzeżu Dominikany, po prostu – rządzą na drogach. Mam na myśli wieloosobowe taksówki, zwane carros públicos. To zwykłe auta osobowe, przeważnie wysłużone toyoty, mazdy lub inne modele wyprodukowane przed laty w Japonii, do których wsiada zawsze więcej pasażerów, niż powinno zgodnie z przepisami. Nie są to żadne wymuskane gabloty, raczej wyjeżdżone gruchoty, 100 razy stukane, obolałe ze starości, bez połowy okablowania, zombie na czterech kółkach, z przebiegiem Ziemia – Księżyc.

Wiele z tych wehikułów działa, o dziwo, normalnie, inne… tylko udają, że jeżdżą. Jednak chętnych do wspólnej podróży nie brakuje. Dlaczego? Bo carros públicos są względnie tanie, łatwo dostępne i wyrobione muzycznie – bachata, merengue, reggaetondudnią w nich aż miło. Co więcej, można w nich zacieśnić (i to dosłownie!) więzi z ludźmi… Kto był w Republice Dominikańskiej i korzystał z tego środka transportu, ten dobrze pamięta chwile ofiarnego dzielenia dyskomfortu ze współpasażerami: ściskanie ud, wciąganie pośladków, skręcanie w precel rąk i nóg.

Łatwo rozpoznać carros públicos po typowych oznaczeniach na dachu, na sfatygowanych drzwiach lub przedniej szybie (bywa, że strzaskanej). Z nich też wiadomo, skąd i gdzie jadą. Ich trasy, tzw. rutas, są ściśle ustalone i zwykle wiodą ważniejszymi komunikacyjnymi arteriami w mieście. Kierowcom wybitnie zależy na wydajnym przewozie pasażerów, dlatego hołdują zasadzie: im większy ścisk, tym lepiej. Powietrze może co najwyżej przez auto przepływać (i jedynie chłodzić podróżnych), a nie nim jechać.

Szczęśliwą liczbą dla każdego kierowcy carro público jest siódemka. Oznacza ona, iż zebrał wreszcie komplet pasażerów i wolno mu wcisnąć mocniej gaz. Nie będzie już ostentacyjnie zwalniał, ciągle trąbił i dawał stojącym na poboczu ludziom sygnałów, że wciąż mogą liczyć na miejsce. To moment, kiedy kierowca sobie odpuszcza. I to nie dlatego, że ma jakieś opory, martwi się o przeciążenie auta czy myśli o kontroli drogowej, nic podobnego. Chętnie by jeszcze kogoś wcisnął na dokładkę i dorzucił do kasy syndykatu, dla którego pracuje, dodatkowe pesos. Tyle że pasażerowie mu na to nie pozwolą – każda „puszka sardynek” ma swoją nieprzekraczalną pojemność! Czasem pozycja, jaką człowiek jest w stanie przybrać w przepełnionym carro público, zawstydziłaby niejednego giętkiego jogina.

Wiem, że wiele osób obawia się korzystać z tych leciwych wehikułów. Zraża je choćby niezbyt zachęcający wygląd. Można to zrozumieć. Z drugiej strony carros públicos to swojego rodzaju zjawisko społeczne – trzeba mu się przyjrzeć, najlepiej podczas obserwacji… uczestniczącej. Kierowcom tych nierzadko aut zombie nie opłaca się ich klepać, reperować, dopieszczać w warsztatach, malować nowym lakierem, dokręcać im reflektorów, podnosić zderzaków piłujących asfalt. Wóz musi jeździć, trzymać się na kołach. I wozić ludzi po swojej odwiecznej, ustalonej trasie. Jego wygląd ma drugo- albo i trzeciorzędne znaczenie. Kiedy dwa gruchoty zderzą się lekko, drasną w korku lub przy innej okazji, to być może nowe wgniecenie wyrówna stare nierówności na karoserii. Samochód nowy lub odrestaurowany nie nadaje się po prostu na carro público. Miejscowi kierowcy o tym wiedzą, a rozbawieni turyści strzelają tym jeżdżącym kuriozom setki zdjęć.

Mam również wielką słabość do innych środków lokalnego transportu. W Dominikanie chodzenie nie jest sprawą oczywistą. Jeśli ktoś spaceruje po mieście albo uprawia trekking w dzikim terenie, bo lubi z natury zdzierać nogi do bólu, to choćby szedł prostą drogą lub krążył po wertepach, może być pewien, że znienacka zjawi się przy nim usłużny osobnik na swoim stalowym rumaku, zwanym tu motoconcho (nowiutkim lub steranym życiem). I na pewno ów osobnik zaproponuje spotkanemu nieznajomemu podwózkę. W Dominikanie transport szuka człowieka, nie odwrotnie. Nieraz ta pogoń za klientem przybiera karykaturalne formy. Jednak nie sposób wyobrazić sobie przemieszczania się po tutejszych miastach, miasteczkach, małych i dużych wioskach bez tych pożytecznych motocykli taksówek. Wszędzie jest ich pełno. Produkują niewyobrażalną ilość spalin, hałasu i zamieszania. Ale wydają się częstokroć niezastąpione. Jeśli mamy w kieszeni trochę zmiętych pesos, a o własnych nogach już dalej nie pójdziemy – zatrzymajmy się. Właściciel motoconcho rozpozna ten sygnał i zjawi się od razu, żeby zabrać nas tam, gdzie tylko zechcemy. Czasem w zakorkowanej polskiej stolicy marzą mi się takie osobliwe rozwiązania komunikacyjne. Tak jak marzy mi się powrót do Río San Juan.

 

 

Kolorowy sklep ze świeżymi owocami i warzywami w spokojnym Río San Juan

© MARCIN WESOŁY/www .caribeya.pl

 

TROPIK DZIWNIE ZNAJOMY

W tym niewielkim miasteczku leżącym na północnym wybrzeżu kraju i pogrążonym w popołudniowym letargu wyczułem niegdyś zapachy znane mi z dzieciństwa, ze wsi mojego zmarłego dziadka. Bardzo mnie to rozczuliło. W parnym tropiku, jakieś 8,5 tys. km od domu, w powietrzu wibrowało coś nieuchwytnego, lecz niesłychanie swojskiego. Na Karaibach zamiast wierzb płaczących rosną palmy królewskie czy kokosowe. Więcej w tym rejonie mangowców niż gruszy lub jabłoni. Przyroda i klimat są inne niż w Polsce, podobnie jak i ludzie. A jednak odnajduję tu ślady czegoś, co mocno utrwaliło mi się w pamięci i za czym tęsknię.

Karaiby to kraina jakby ciągle zawieszona między jawą a snem. Nie dziwi więc fakt, że niektórzy wybitni pisarze, jak choćby Kolumbijczyk Gabriel García Márquez (1927–2014), potrafili czerpać z tej rzeczywistości inspirację do tworzenia wspaniałej, ponadczasowej literatury. W Polsce także miewałem takie miejsca, gdzie świat wydawał się odrealniony, ale już do nich nie wrócę, do tej dziadkowej chałupy, gdzie były cztery sypialnie, każda na inną porę roku...

Za to, na szczęście, mogę ponawiać wizyty w Río San Juan, które działa na mnie jak magnes i skradło mi duszę. Zapewne to za sprawą miejscowych, którzy mówili, że w Río jest tranquilo („spokojnie”), że otacza je piękna naturaleza („przyroda”), że trzeba koniecznie pójść na kameralną plażę, gdzie przychodzą tylko Dominikańczycy. Chodziło im o El Caletón, to cudo leżące kawałek za miasteczkiem. Zwali je pieszczotliwie la playita, całkiem trafnie, bo to rzeczywiście była plażyczka i taką pozostała – 200 m drobnego piasku, morze koloru, jaki od razu można polubić, tafla wody ledwo wzruszona i faktycznie więcej miejscowych niż obcych. Jedni odbywali sjestę, leniuchowali na leżakach stojących pod migdałowcami albo w cieniu wybujałych okazów kokkoloby gronowej (Coccoloba uvifera), zwanej tu uva de playa („winogronem plażowym”), inni jedli smakowitego kurczaka z ryżem, pili rum Brugal i piwo Presidente, schłodzone, jak Bóg przykazał.

El Caletón nie zmieniła się do dzisiaj, choć wówczas było na niej zupełnie dziko – żadnego normalnego baru czy garkuchni, ludzie przywozili wałówkę ze sobą, siadali i zaczynali biesiadę. Z biegiem czasu powstała wydajniejsza infrastruktura, na szczęście nieinwazyjna, a typowo karaibska, drewniana, idealna, aby zjeść pyszne ryby, owoce morza i wypić piña coladę prosto z wydrążonego ananasa, po czym wyjeść do reszty miąższ. Wciąż mam wiele powodów, żeby tutaj wracać. Zresztą najważniejszy z nich zawiera w sobie wszystkie pozostałe: po prostu Río San Juan wydaje mi się przejmująco znajome, wręcz rodzime i przenosi mnie w lata szczenięce, na dziadkową wieś, dokąd z radością jeździłem, aby spędzać na niej każde wakacje. Dominikańskie siano pachnie tak samo jak polskie, a tutejsze krowy muczą jak nasze. Popołudniami siadywaliśmy z dziadkiem na ławce przed wielką chałupą i wyjadaliśmy z garnka bób, który ugotowała nam babcia. Lubiłem nadgryzać sinawą łupinę bobu, wyciskać z niej miękki środek i go zjadać. Oto Karaiby magiczne, Karaiby zwodnicze – odurzą człowieka, zakpią z niego, namieszają mu w głowie, przeniosą go w czasie i przestrzeni.

 

 

Playa Frontón usytuowana na końcu rajskiego półwyspu Samaná, na wschód od Las Galeras

© MARCIN WESOŁY/www.caribeya.pl

 

PRZYSTANEK W RAJU

Kompletnie odurzony pozostaję też od 2006 r. atmosferą sielskiej miejscowości Las Galeras, leżącej gdzieś na skraju dominikańskiego świata, na półwyspie Samaná. Kiedyś, gdy krążyłem całymi dniami po Santo Domingo z aparatem i notesem, jedynie słyszałem (zazwyczaj od taksówkarzy pochodzących z tamtych rejonów) o tej prawdziwej tierra de coco – „ziemi kokosa”. Mówiono mi, że to piękna okolica, wciąż dzika, bez roju turystów. Byłem zbyt blisko tej kuszącej wizji, aby ją porzucić dla spraw, które mogły poczekać. Zresztą jak dotąd z plaży, morza i słońca miałem w nadmiarze tylko słońce, prażące niemiłosiernie na stołecznych ulicach. A przecież znajdowałem się w Dominikanie, na Karaibach!

Wciąż pamiętam, że ledwo zipiąca toyota pick-up (której pakę wypełniali rozgadani pasażerowie, ich bagaże oraz inwentarz w postaci nadpobudliwych kurczaków) wyhamowała niemalże w lazurowej wodzie zatoki Rincón. W tym miejscu kończyła się droga i kierowca zaczynał fajrant przed kolejnym kursem. Szarawy asfalt zastąpił piasek w kolorze mąki kukurydzianej. Plażę ocieniały pochyłe kokosowe palmy, targane morską bryzą. Miałem przed oczami karaibską pocztówkę, i to bez retuszu. Do dzisiaj opowiadam o tym każdemu, a komu mogę demonstruję ten cud na żywo. Gdy docieram do Las Galeras, niezmiennie ogarnia mnie szczenięcy zachwyt. Co za ulga, że człowiek czasem zapomina, jaki jest dorosły i jak wiele zjadł rozumów. Wtedy reaguje spontanicznie i nie tłumi emocji, a szczęście czyni z niego nieszkodliwego dzikusa.

To malownicze pueblo nieprzerwanie przyciąga swojskością, kameralną atmosferą i spokojem. Człowiek, który pokona kilka tysięcy kilometrów, aby uciec od europejskiej ciasnoty, znajdzie tu kawałek swojego wyczekiwanego raju. Tych, których zabieram do Las Galeras, oczarowuje lokalna gościnność. Jest im tak dobrze, że nie chcą wracać… A ja czerpię z tego ogromną radość. Oczywiście, miejscowość ewoluuje. Zmiany są raczej subtelne, a nie gwałtowne, lecz zauważalne. Prowadzi tutaj już porządna droga, pojawia się coraz więcej komfortowych pensjonatów i hotelików, poza tym niedawno w pobliżu zbudowano stację benzynową (choć pokątny handel paliwem w butelkach po piwie Presidente kwitnie po staremu).

Nie udało mi się uchować tego miejsca przed innymi, o czym na początku naiwnie marzyłem. Po prostu Las Galeras (mimo iż położone pozornie z dala od świata) jest na tyle zjawiskowe, że nie mogło pozostać nieodkryte. Poniekąd daje jakieś wyobrażenie o raju, ze swoimi czarującymi zatoczkami, cichymi plażami i połaciami wybujałej, soczystej roślinności. A ludzie pragną takiej tropikalnej rajskości i zawsze będą jej poszukiwać…

 

 

Pożywna zupa sancocho uważana za jedną z narodowych potraw Republiki Dominikańskiej

© Minis terio de Turis mo de Rep úbli ca Dominicana

 

KULINARNE OBJAWIENIA

W Dominikanie szukam również dobrych smaków, które potem próbuję odtworzyć w Polsce (co tylko połowicznie mi się udaje). Niestety, wiele z tutejszych potraw smakuje dokładnie tak, jak powinno, jedynie w konkretnym miejscu i czasie, w sprzyjającej atmosferze: w przyplażowym barze wymalowanym w barwy reggae, w restauracji położonej na klifie omywanym przez wody zatoki Rincón, w ulicznej garkuchni opartej na grillu skleconym ze starej beczki, w cafeterii liczącej ponad 80 lat, w jadłodajni z domowymi posiłkami, gdzie robotnicy budowlani jedzą obiad w towarzystwie biznesmenów, w otwartym od ćwierćwiecza bistro prowadzonym przez nobliwego dona, któremu kłania się całe miasteczko. Od lat powracam do tych samych punktów gastronomicznych, bo jestem pewny, że zawsze zjem w nich smacznie i nie zapłacę za tę przyjemność wygórowanej ceny. Mam swoje miejscówki w Santo Domingo, Sosúa, Río San Juan czy Las Galeras. Chętnie je zarekomenduję.

Mosha jest Jamajczykiem, który od wielu lat mieszka w Republice Dominikańskiej. Przy plaży Sosúa prowadzi bar „Mosha’s Reggae Lounge”, gdzie serwuje wyśmienitego kurczaka zwanego Jamaican jerk chicken. Przyrządza go z niezwykłą pieczołowitością według oryginalnych rodzinnych receptur, z użyciem blisko 25 różnych składników. Natarte przyprawami kawałki kurczaka są marynowane przez noc, a następnie – co istotne i co podkreśla Mosha – dopiero po złożeniu zamówienia przez klienta piecze się je na grillu węglowym z dodatkiem drewna, co nadaje im wyrazisty dymny smak – charakterystyczną cechę tej potrawy. Dopełnienie stanowi ryż po jamajsku z mlekiem kokosowym (Jamaican rice and peas) oraz świeża sałatka. Pyszne karaibskie jedzenie jest gotowane z pasją i po domowemu. Wszystkie pozycje w menu są wyśmienite i warte swojej ceny. Poza tym Mosha przygotowuje znakomite „poncze na rumie” (rum punches), które potrafią umilić oczekiwanie na danie główne.

Jednym z najważniejszych punktów na kulinarnej mapie obszaru Zona Colonial (Ciudad Colonial) w Santo Domingo jest jadłodajnia „Omeroliza D’Comer”. Warto do niej zajrzeć szczególnie w porze obiadowej. Lokal ten, leżący w nieznacznym oddaleniu od głównego turystycznego deptaku El Conde, cieszy się wielką popularnością wśród miejscowych. Przyciąga pysznym, tanim (i uzależniającym!) jedzeniem z repertuaru kuchni dominikańskiej. Duże porcje nakładane są z sercem przez właścicieli. Mięso wołowe, wieprzowe czy drobiowe przyrządzane na różne sposoby wyczekuje swoich amatorów, zawsze jest soczyste i aromatyczne. Towarzyszą mu rozmaite dodatki: maniok, gotowane i smażone platany (plátanos fritos), fasola w sosie, kawałki dojrzałego, maślanego awokado (w sezonie). Pośród świetnych zup można trafić na słynne treściwe sancocho. Kuszące i obszerne menu zmienia się częściowo każdego dnia, co sprzyja nowym odkryciom i raduje podniebienie. Warto spróbować czegoś nietypowego, jak choćby rabo encendido – pokrojonych ogonów wołowych, duszonych w smacznym, nieco pikantnym sosie. W końcu jak powiedział znany amerykański podróżnik i smakosz Andrew Zimmern (prowadzący pogramy z telewizyjnej serii Bizarre Foods), który uwielbia czerpać przyjemność z oryginalnego jedzenia, jeśli coś wygląda dobrze, zjedz to!. Tutaj wszystko wygląda dobrze, a portfel nie zadrży przy rachunku.

„La Cafetera Colonial”, znana bardziej jako „La Cafetera”, stanowi ikonę obszaru Zona Colonial. Ta kultowa, ponad 85-letnia kawiarnia w sercu kolonialnego Santo Domingo sprawia wrażenie, jakby stała w nim od zawsze, a cała reszta wiekowych murów jest jedynie imponującą dobudówką wokół niej. To kulturalna oś historycznej dzielnicy, azyl intelektualistów, komentatorów politycznych, rozmaitych artystów, ekscentryków i turystów. Wewnątrz przeszłość scala się z teraźniejszością, a człowiek przyjezdny z tutejszym. Wchodząc tu, od razu czujemy dotyk historii, sięgającej pamiętnego 1930 r., kiedy władzę w kraju przejął Rafael Leónidas Trujillo (w praktyce utrzymał ją przez 31 lat, aż zginął w zamachu, choć urząd prezydenta sprawował w sumie jedynie lat 18) i huragan San Zenón zdewastował doszczętnie dominikańską stolicę. Wtedy też narodziła się „La Cafetera”, oczywiście, z miłości do kawy. Założył ją hiszpański imigrant Benito Paliza. Lokal łączył w sobie cechy europejskiej kawiarni i bistra, gdzie można wpaść na dobrą kawę albo piwo i przekąsić coś, dyskutując o palących sprawach polityczno-społecznych. Miejsce służyło zarówno cyganerii czy twórcom, jak i ludziom biznesu. W czasie dyktatury konspirowali tutaj przeciwnicy Trujilla. W „La Cafeterze” wciąż czuć przyciągającą atmosferę nostalgii. Gdzieniegdzie panuje półmrok i chłód, nawiewany wiatrakami łopoczącymi na suficie. Kunsztowny szyld, jakby żywcem wyjęty z innej epoki, przylgnął do ściany nad wejściem niczym wielki, brązowy gekon. W środku znajduje się wąskie przejście, wysokie sklepienie, a na tyłach – kameralna wnęka z kilkoma stolikami. Centrum stanowi masywny i długi kontuar z rzędem taboretów oraz niezawodna maszyneria do parzenia wybornej café dominicano. Repertuar trunków i przekąsek jest skromny, lecz sprawdzony, od lat ten sam: kawa, wedle gustu, świeże soki owocowe, grillowane kanapki na każdy apetyt i trochę wypieków, w tym przepyszne ciasto biszkoptowe. Rządzi, oczywiście, kawa oceniana przez stałych bywalców jako najlepsza na świecie. Niewiele w tym przesady.

Całkiem zrozumiałe są również zachwyty spektakularnym widokiem na zatokę Rincón, jaki rozciąga się ze szczytu malowniczego klifu, gdzie powstała restauracja „El Cabito”. Do tego miejsca, oddalonego o ok. 3 km od centrum Las Galeras, można dojść piechotą ścieżką prowadzącą pośród bujnych plantacji bananowców lub podjechać motoconcho. Lokal prowadzi przeuroczy, troszczący się o gości Hiszpan z Majorki – Tomeu. Przygotowuje rewelacyjną paellę z owocami morza, również dla większej grupy. Czekanie uprzyjemnia dobrze schłodzone, hiszpańskie białe wino. Potem na stół wjeżdża ogromna paellera wypełniona po brzegi szafranowym ryżem, krewetkami i małżami (w tym „scyzorykami” – navajas, czyli okładniczkami, nożeńcami). Niegdyś kręcono tu fragment jednego z odcinków popularnej serii podróżniczo-kulinarnej Bez rezerwacji z nieodżałowanym Anthonym Bourdainem (tragicznie zmarłym na początku czerwca 2018 r.). W „El Cabito” warto zgrzeszyć nieumiarkowaniem w jedzeniu i piciu, choć tanio nie będzie. Zazwyczaj restauracja nadaje się najlepiej na kulinarną rozpustę wieńczącą pobyt na przepięknym półwyspie Samaná.

Za to miejscem, które nie wyróżnia się niczym specjalnym, jest „Comedor Rossy” przy głównej ulicy w Las Galeras. Mamy tutaj wiatę, pod nią kilka stołów nakrytych bordowymi obrusami, plastikowe krzesła, żwirek zamiast litej posadzki, naturalną klimatyzację i tablicę z nazwami kilku dań. Jeden z gości oblizuje palce po brunatnym sosie z duszonego kurczaka, drugi miesza fasolę z ryżem na talerzu i pałaszuje radośnie, inny uruchamia motocykl, trzymając w dłoni styropianowe pudełka z obiadem na wynos. To w zasadzie typowa dominikańska jadłodajnia jak setki innych w kraju. Żadnych fajerwerków. I właśnie to jest jej siłą, ta zwyczajna niezwyczajność. Można przemknąć obok, nie zauważyć jej i… stracić szansę na to, że stanie się naszą ulubioną miejscówką. Właścicielka „Comedor Rossy” z ekipą gwarantują domową atmosferę i dobre jedzenie. Najlepsze są świeże ryby a la plancha, czyli grillowane na beczkowym grillu tuż przed podaniem: soczyste, aromatyczne, pełne smaku, serwowane z dodatkami – ryżem, smażonymi bananami i fasolką w sosie (która smakuje wszędzie w Dominikanie tak samo, jakby istniała jakaś jedyna, uniwersalna receptura!). Obok talerza pojawia się oczywiście lodowate piwo Presidente albo orzeźwiający sok naturalny z różnych dostępnych owoców (ananasa, papai, guawy, limonki). „Comedor Rossy” potrafi człowieka nakarmić i sprawić, aby tu wrócił.

Z kolei w Río San Juan za kultowy punkt na mapie kulinarnej uchodzi licząca sobie ponad ćwierć wieku „La Casona”. Jej właściciel, Freddy Casona, jest w miasteczku postacią znaną i szanowaną. Wraz z żoną Carmen prowadzą lokal, w którym serwują najlepsze empanadas (smażone przekąski w kształcie nieco większych pierogów) w zasięgu wielu kilometrów. Już podczas pierwszej wizyty rozpoznaje się w nim galaktyki smaków dzięki przebogatemu wyborowi różnego rodzaju nadzienia: ryba, kalmar, langusta, krab, kurczak, wieprzowina, wołowina, ser, warzywa oraz wyśmienite połączenia tychże farszów. Do tego można zamówić świeże soki. Jest tak pysznie, że człowiek zje tutaj dwie empanadas na śniadanie i wróci na obiad, choćby po to, aby skosztować potrawki z krabów. Następnego dnia rytuał powtórzy. Oto magia tego miejsca.

Zresztą ten czar, ta różnorodność i wszelaka obfitość znakomicie określają Dominikanę, definiują jej charakter i przyciągają przybysza, który ani ciałem, ani duchem nie może się od niej uwolnić, czego sam jestem najlepszym przykładem. Pragnę tu wracać, do tych dominikańskich rozmaitości, po kolejne porcje zauroczeń…

 

Wydanie jesień-zima 2018