BARBARA TEKIELI

 

<< Tętniąca życiem i tonąca miejscami w bujnej zieleni stolica Polski zachwyca turystów niepowtarzalną atmosferą, nowoczesnymi muzeami i znakomitą kuchnią. Sezon letni jest tutaj wyjątkowy, bo w Warszawie znajdują się piękne plaże nad dziką rzeką, leniwie płynącą przez środek miasta, i pełne spacerowiczów malownicze wiślane bulwary. Poza tym w jej najbliższej okolicy leżą Konstancin-Jeziorna, czyli jedyne uzdrowisko w województwie mazowieckim, oraz unikatowy Kampinoski Park Narodowy. >>

 

Warszawski plac Zamkowy z Kolumną Zygmunta III Wazy i Zamkiem Królewskim

© STOŁECZNE BIURO TURYSTYKI/FILIP KWIATKOWSKI

 

Tu każdy spędzi czas zgodnie z własnymi upodobaniami. Amatorzy zwiedzania mogą wybierać między wspaniałymi zabytkami a nowoczesnymi muzeami. Osoby podążające za współczesnymi trendami mają szansę odwiedzić ciekawe restauracje i popularne miejsca spotkań w przestrzeni publicznej. Miłośnicy przyrody odpoczną w zielonych parkach i lasach, a rodzice znajdą placówki ze specjalną ofertą dla swoich pociech.

Warszawa dynamicznie się zmienia i pięknieje. To opinia wielu osób odwiedzających naszą stolicę, a są wśród nich ludzie w każdym wieku i przyjeżdżający z rozmaitych miejsc. Otwarte na turystów miasto przyciąga mnóstwem atrakcji.

 

DZIELNICA WISŁA

Nie ma drugiej takiej metropolii w Europie, która mogłaby pochwalić się dziką rzeką z lęgowiskami ptaków i pięknymi plażami. To raj dla amatorów różnych form aktywności. Mogą tutaj jeździć na rowerze, a zimową porą w rejonie prawego brzegu Wisły uprawiać nawet narciarstwo biegowe, albo pływać kajakiem, nowoczesną Barką (infoBarką Wisła) czy drewnianą szkutą Dar Mazowsza, wzorowaną na łodziach znanych z obrazów Canaletta (1721–1780).

Każda z wiślanych plaż jest nieco inna. Poniatówka, której nazwa pochodzi od pobliskiego najstarszego obecnie mostu Warszawy – Poniatowskiego, przypomina nadmorskie kurorty. Można tu wypożyczyć leżaki i wiklinowe kosze, pograć w siatkówkę lub piłkę nożną plażową, poćwiczyć w plenerowej siłowni. Miejscowy pawilon poza wypożyczaniem sprzętu sportowego organizuje wydarzenia o różnym charakterze. W tym roku w okolicy powstał plac zabaw inspirowany Wisłą.

Plaża przy Płycie Desantu znana jest nie tylko z klubów Cud nad Wisłą i Pomost 511. Organizowane są na niej również koncerty, spektakle i pokazy filmowe, a nawet zajęcia jogi. Od czerwca do września kameralna przystań Flota 511 oferuje rejsy tradycyjnymi drewnianymi łodziami. Znajdujący się w pobliżu kompleks profesjonalnych boisk do siatkówki plażowej (Monta Beach Volley Club) zaprasza do aktywnego spędzania czasu.

Niezmiernie malowniczym zakątkiem jest wkomponowana w zieleń plaża Saska Kępa. Są na niej miejsca do grillowania czy rozpalenia ogniska, plac zabaw dla dzieci i boisko do siatkówki. W sezonie pływa tutaj bezpłatny prom z Cypla Czerniakowskiego.

Odnowiony w ostatnich latach odcinek bulwarów wiślanych ciągnie się od mostu Gdańskiego do Świętokrzyskiego. Trasę tę można pokonać na rowerze wypożyczonym na jednej z samoobsługowych stacji Veturilo. Uwagę spacerowiczów zwracają rzeźby ryb występujących w rzece. Tutejsze Muzeum nad Wisłą organizuje atrakcyjne wystawy i koncerty. Nie brak też miejsc, gdzie można zjeść obiad lub spotkać się z przyjaciółmi. Koniecznie trzeba także wybrać się w rejs Darem Mazowsza połączony z lekcją edukacyjną lub popłynąć na drugi brzeg tramwajem wodnym. Jedną z największych atrakcji w tym rejonie jest Święto Wisły, które odbywa się we wrześniu na zakończenie sezonu letniego.

Nad rzeką, nieopodal mostu Świętokrzyskiego znajduje się Centrum Nauki Kopernik. Wzrok przyciąga nowoczesna bryła obiektu z ogrodem dachowym. Jego znakomita oferta, która obejmuje wystawy stałe i czasowe, warsztaty, koncerty, pokazy muzyczno-laserowe i projekcje prezentujące kosmos, skierowana jest do różnych grup wiekowych. Najmłodszych z pewnością zachwyci interaktywny pokaz Tam, gdzie żyły smoki w planetarium Niebo Kopernika. Ci, którzy marzyli o wyprawie na stację kosmiczną, mogą wczuć się w rolę kosmonauty, przymierzyć prawdziwy skafander astronauty, a nawet zaplanować własną prognozę pogody na wystawie Patrz: Ziemia.

Stąd niedaleko już do gmachu Biblioteki Uniwersyteckiej w Warszawie (BUW-u), słynącego z przepięknych ogrodów dachowych. U podnóża skarpy wiślanej, w sąsiedztwie Starego Miasta znajduje się Multimedialny Park Fontann przyciągający turystów od maja do września atrakcyjnymi pokazami bazującymi na legendach warszawskich, odbywającymi się w piątkowe i sobotnie wieczory.

Na prawym brzegu Wisły wyróżnia się stadion PGE Narodowy. Wzniesiony na miejscu Stadionu Dziesięciolecia, jest areną największych wydarzeń sportowych, kulturalnych i biznesowych. Obiekt można zwiedzać z przewodnikiem jedną z tras turystycznych. Wśród nich znajdą coś dla siebie zarówno miłośnicy piłki nożnej i jej historii, jak i dzieci czy seniorzy. Zimą działają tu lodowiska. Wprowadzana w listopadzie oferta Zimowy Narodowy zawiera też wiele innych dodatkowych atrakcji. W jej ramach w zeszłym sezonie mieszkańcy Warszawy mogli skorzystać np. ze skateparku, 11-metrowej górki lodowej i boiska do curlingu. Była to już 5. edycja Zimowego Narodowego.

 

BarKa, pływająca klubokawiarnia zacumowana niedaleko mostu Świętokrzyskiego

© M. ST. WARSZAWA

 

ZWIEDZANIE ZE SMAKIEM

Stolica Polski przyciąga turystów swoją wyrafinowaną kuchnią, lokalnymi specjałami i znakomitymi autorskimi restauracjami. Dwie z tych ostatnich – „Atelier Amaro” i „Senses” – zostały odznaczone gwiazdkami Michelin. Według jednego z plebiscytów najpopularniejszymi warszawskimi przysmakami są pyzy z Bazaru Różyckiego i ciasto wuzetka, którego nazwa pochodzi od Trasy W-Z. Podczas wizyty w Warszawie trzeba spróbować słynnych pączków od Bliklego i równie popularnych wyrobów czekoladowych Wedla. Warto odwiedzić najstarszą pijalnię czekolady w Polsce – „Pijalnię Czekolady E. Wedel”, usytuowaną od 1894 r. w zabytkowej kamienicy przy ulicy Szpitalnej 8, a przy okazji zrobić zakupy w tutejszym sklepie. Niemal każdy warszawiak wie, że obecnie najlepsze pączki dostaniemy w Pracowni Cukierniczej „Zagoździński” przy Górczewskiej 15. Robi się je ręcznie, według starego, sprawdzonego przepisu Władysława Zagoździńskiego, który założył cukiernię w 1925 r.

Coraz popularniejsze są także targi śniadaniowe, odbywające się w weekend w kilku dzielnicach miasta. Towarzyszą im warsztaty kulinarne, muzyka na żywo, a nawet zajęcia fitness. Na miejscu można zaopatrzyć się w produkty spożywcze lub wziąć udział w degustacjach. W Warszawie organizuje się kilka festiwali kulinarnych. Do najpopularniejszych z nich należą z pewnością lokalna edycja wydarzenia Restaurant Week, Festiwal Czekolady i Słodyczy, Warszawski Festiwal Piwa czy jedne z najmłodszych – Festiwal Wódki i Zakąski oraz Warsaw Bubbles Day, czyli największa w Polsce degustacja win musujących: szampanów, prosecco, lambrusco, sektów i cav.

W ostatnim czasie w stolicy powstały też dwie nowe placówki prezentujące historię polskiej wódki i tradycję jej serwowania. Pierwsza z nich – Muzeum Wódki (www.muzeumwodki.pl) – znajduje się w sąsiedztwie Teatru Wielkiego przy placu Teatralnym (wejście od ulicy Canaletta). Można w niej oglądać powyżej 10 tys. eksponatów, w wielu przypadkach zupełnie wyjątkowych, pochodzących z ponad 180 wytwórni. Do prawdziwych perełek należą: nieotwarta butelka likieru ziołowego Altvater, wyprodukowanego ok. 1890 r. w fabryce Zygfryda Gesslera w Bielsku-Białej, kieliszek Napoleona Bonapartego, osobiste przedmioty Józefa Adama Baczewskiego (1829–1911), The Bar-Tender’s Guide Jerry’ego Thomasa z 1862 r., czyli oryginalne wydanie pierwszego na świecie podręcznika barmańskiego, czy książka z 1895 r. będąca kompendium wiedzy na temat produkcji wódek. W muzeum odbywa się zwiedzanie zakończone smakowaniem trunków oraz planuje się warsztaty, wykłady i zajęcia edukacyjne połączone z degustacją i modnym ostatnio food pairingiem, czyli łączeniem potraw z alkoholami. Obiekt sąsiaduje z barem „The Roots Bar & More” i restauracją „Elixir” (wyróżnioną w tegorocznej edycji czerwonego przewodnika Michelin Main Cities of Europe), wspólnie tworzą Dom Wódki (www.domwodki.pl).

W połowie czerwca również warszawska Praga Północ wzbogaciła się o nowoczesną, multimedialną placówkę. Na terenie rewitalizowanego Centrum Praskiego Koneser otwarto Muzeum Polskiej Wódki (www.muzeumpolskiejwodki.pl). Tę lokalizację wybrano nie bez powodu. To tutaj pod koniec XIX w. powstała Warszawska Wytwórnia Wódek „Koneser”, uchodząca za jedną z najbardziej znanych fabryk wódek na ziemiach polskich. Opracowane wówczas receptury nadal stosuje się w zakładach produkcyjnych. W muzeum znajduje się pięć galerii tematycznych oraz sala kinowa. Zwiedzanie zaczyna się od obejrzenia filmu o produkcji wódki w czasach PRL-u. Nowoczesne instalacje multimedialne doskonale komponują się z historycznymi, industrialnymi wnętrzami budynku. W ramach biletu wstępu (koszt 40 zł) można wziąć udział w degustacji trzech wódek. Po zwiedzaniu warto udać się do eleganckiego „Baru ¾”, restauracji „Zoni” lub „Pijalni Czekolady E. Wedel”. W przyszłym roku na terenie kompleksu zostanie otwarte centrum kulturalno-biznesowe.

 

MAGICZNA PRAGA

Leżąca na prawym brzegu Wisły historyczna Praga przyciąga niczym magnes turystów z całego świata. Do niedawna nieco zapomniana, obecnie jest centrum sztuki niezależnej, gdzie odbywa się wiele wydarzeń kulturalnych, i miejscem, w którym artyści zakładają swoje atelier. Przez stulecia obszar ten był samodzielnym miastem. Do Warszawy został przyłączony dopiero u schyłku XVIII w. Zachowało się tutaj wiele ulic z oryginalną zabudową.

                Ta część stolicy zyskała nowe oblicze dzięki pracowniom artystycznym znanych twórców, galeriom sztuki, modnym pubom i klubom nocnym. Na terenie Michałowa (wschodniej części Szmulowizny) w starym zakładzie przy ulicy Otwockiej 14 przez kilkanaście lat (do 2016 r.) działało pierwsze prywatne Centrum Artystyczne Fabryka Trzciny. Obecnie mieści się tu kompleks kulturalno-biznesowy Mała Warszawa Art & Business z dwiema salami koncertowymi, jedną konferencyjną, dwoma barami, przestrzenią wystawową i restauracją. W tym rejonie miasta znajdziemy także klimatyczne kawiarnie, bistra i inne lokale gastronomiczne oraz Muzeum Warszawskiej Pragi, usytuowane przy ulicy Targowej 50/52.

                Z Pragą związane są takie postacie jak Menachem Begin (1913–1992), polityk, późniejszy premier Izraela i laureat Pokojowej Nagrody Nobla, czy Michał Bergson (1831–1919), przedsiębiorca, filantrop i działacz społeczny. Tutaj, przy ulicy Brzeskiej, mieli swoje pracownie prascy artyści, m.in. rzeźbiarze Zofia i Jan Kubiccy. Dziś przy Floriańskiej znajduje się butik i atelier projektantki mody Gosi Baczyńskiej. Na Pradze mieszkał też Jerzy Andrzejewski (1909–1983), znany m.in. z powieści Popiół i diament, czy Stefan Wiechecki, pseudonim Wiech (1896–1979), autor popularnych felietonów pisanych gwarą warszawską. W obecnym VIII Liceum Ogólnokształcącym im. Władysława IV przy Jagiellońskiej 38 uczył się Janusz Korczak (1878 lub 1879–1942). Przy ulicy Ząbkowskiej urodził się w 1937 r. Wiesław Ochman, światowej sławy śpiewak operowy.

                Doprowadzenie drugiej linii metra do Dworca Wileńskiego, renowacje kolejnych kamienic i słynnej Warszawskiej Wytwórni Wódek „Koneser” sprawiły, że ta część Warszawy zaczęła cieszyć się rosnącą popularnością. Jedynym w swoim rodzaju miejscem był tu zawsze Bazar Różyckiego. Swoją nazwę zawdzięcza Julianowi Józefowi Różyckiemu (1834–1919), znanemu farmaceucie i społecznikowi, który zakupił kilka posesji i budynków w tej okolicy (przy ulicach Targowej, Ząbkowskiej i Brzeskiej) i przeznaczył je w 1901 r. na targowisko. Przez lata bazar ten kojarzył się z praskim folklorem, swoistym humorem i dowcipem warszawskim, a śpiewane na nim piosenki trafiały na sceny kabaretów i do filmów. Sprzedawane tutaj flaki i pyzy są jednym z przysmaków charakterystycznych dla kuchni stolicy.

                Jedną z najbardziej klimatycznych ulic Pragi jest Mała. Ponieważ jej przedwojenna zabudowa zachowała się niemal w całości, kręcono na niej sceny do takich filmów jak Pianista Romana Polańskiego, Korczak Andrzeja Wajdy, Dziewczęta z Nowolipek Barbary Sass i Cafe pod Minogą Bronisława Broka. Do rejestru zabytków trafiły Park Praski i Miejski Ogród Zoologiczny w Warszawie, który w 2018 r. świętuje swoje 90. urodziny. Na terenie zoo znajduje się willa Żabińskich, gdzie w czasie okupacji Jan Żabiński i jego żona Antonina ukrywali zbiegłych z getta Żydów. Obecnie można w niej posłuchać koncertów fortepianowych i prelekcji historycznych.

 

OGRODY I REZYDENCJE

Wzdłuż Traktu Królewskiego, łączącego Stare Miasto z zespołem pałacowo-parkowym w Wilanowie, wznoszą się jedne z najpiękniejszych zabytków stolicy. Wśród nich warto wymienić Zamek Królewski, liczne pałace, kamienice i świątynie, a także Łazienki Królewskie. Letnia rezydencja ostatniego króla Polski – Stanisława Augusta Poniatowskiego (1732–1798) – urzeka architekturą z XVIII i XIX w. Klasycystyczny pałac Na Wodzie zachwyca nie tylko pięknym wystrojem, ale również galerią obrazów. To w nim odbywały się słynne obiady czwartkowe. Turyści chętnie odwiedzają też Pałac Myślewicki, Królewską Galerię Rzeźby w Starej Oranżerii, teatr na wyspie (Amfiteatr) i Ogród Chiński.

        W maju 2018 r. Łazienki Królewskie wzbogaciły się o 100 róż damasceńskich, które Ambasada Republiki Bułgarii podarowała im z okazji stulecia odzyskania niepodległości przez Polskę. Tutaj także znajduje się jeden z symboli stolicy – secesyjny pomnik Fryderyka Chopina. Od blisko 60 lat odbywają się pod nim koncerty chopinowskie (organizowane w 2018 r. od połowy maja do końca września w każdą niedzielę o godzinach 12.00 i 16.00).

        Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie jest jednym z czterech obiektów w Polsce, które zalicza się do muzeów-rezydencji królewskich, obok zamków królewskich w Warszawie i Krakowie oraz Łazienek Królewskich. Swój przepych zespół pałacowo-parkowy zawdzięcza królowi Janowi III Sobieskiemu (1629–1696) oraz politykowi i wielkiemu miłośnikowi sztuki Stanisławowi Kostce Potockiemu (1755–1821). Ten ostatni zgromadził dzieła sztuki z różnych stron świata i epok, a kolekcję udostępnił publiczności. Pałac w Wilanowie, perła architektury barokowej, często bywa porównywany do królewskiej rezydencji we francuskim Wersalu.

              

DIALOG MIĘDZY KULTURAMI

Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN to jedna z najnowocześniejszych placówek muzealnych na świecie i jedna z najciekawszych w Warszawie. Zostało docenione nagrodą European Museum Academy (EMA) i tytułem Europejskiego Muzeum Roku 2016. Miejsce przyciąga niekonwencjonalną architekturą i interesującą ofertą kulturalno-edukacyjną przeznaczoną dla różnych grup wiekowych i kulturowych. Warto nadmienić, że za program edukacyjny Żydowskie dziedzictwo kulturowe (realizowany w latach 2013–2017) muzeum zdobyło w minionym roku prestiżową nagrodę Unii Europejskiej Europa Nostra uznawaną za odpowiednik Nagrody Nobla w dziedzinie dziedzictwa kulturowego.

Budynek POLIN-u znajduje się w symbolicznym miejscu – naprzeciw Pomnika Bohaterów Getta, w sercu przedwojennej Warszawy. Tutaj skupiało się niegdyś życie diaspory żydowskiej. Duże wrażenie robi już monumentalny hol główny. Gmach zaprojektowała fińska pracownia architektoniczna Lahdelma & Mahlamäki. Projekt wybrano w drodze międzynarodowego konkursu spośród blisko 100 zgłoszeń.

Muzeum jest w pełni dostępne dla niepełnosprawnych. Bezpłatnie można skorzystać z opieki asystenta posługującego się językiem migowym oraz pomocy z audiodeskrypcją dla osób niewidomych i słabowidzących. Wystawa stała przedstawia tysiącletnią historię Żydów na ziemiach Polski, ich wkład w kształtowanie losów kraju, kultury i społeczeństwa polskiego. Na powierzchni niemal 4 tys. m2 znajduje się osiem interaktywnych galerii. Do najcenniejszych eksponatów należą moneta bita w Polsce w XIII stuleciu, książki z drukarni żydowskich sprzed 400 lat czy dach drewnianej synagogi z Gwoźdźca. Duże wrażenie robi galeria Ulica, którą usytuowano w miejscu, gdzie przed II wojną światową była ulica Ludwika Zamenhofa – arteria zamieszkałej głównie przez Żydów dzielnicy północnej (nalewkowsko-muranowskiej).

Jako pierwsza w Polsce placówka tego typu muzeum udostępnia wirtualne spacery i wystawy tematyczne. POLIN bierze czynny udział w imprezach muzycznych o światowej renomie, takich jak Festiwal Warszawa Singera, Nowa Muzyka Żydowska, Festiwal Muzyki Filmowej Krzysztofa Komedy (FMFKK) i wielu innych. Do ważnych wydarzeń integrujących mieszkańców stolicy (i nie tylko!) należy też akcja społeczno-edukacyjna „Żonkile”, przeprowadzana z okazji kolejnych rocznic powstania w getcie warszawskim, które wybuchło 19 kwietnia 1943 r. Muzeum jest organizatorem wielu wystaw czasowych (aktualna – Obcy w domu. Wokół Marca ’68 – będzie czynna do 24 września 2018 r.), sympozjów naukowych, prelekcji, a także spektakli teatralnych, koncertów i pokazów filmowych z udziałem znanych twórców.

 

Łoś europejski będący symbolem Kampinosu

© KAMPINOSKI PARK NARODOWY/M. SZAJOWSKI

 

ZIELONE UZDROWISKO

W okolicy południowej granicy stolicy leży 17-tysięczny Konstancin-Jeziorna. Jedyne na Mazowszu uzdrowisko zachwyca zielenią, nadwiślańskimi krajobrazami i pięknymi zabytkowymi willami i przyciąga tężnią solankową – naturalnym inhalatorium znajdującym się w Parku Zdrojowym. To znakomite miejsce dla osób chcących odpocząć od zgiełku miasta, amatorów turystyki aktywnej, poszukiwaczy perełek architektury oraz miłośników sztuki, historii i wciąż dzikiej przyrody.

U schyłku XIX stulecia hrabia Witold Skórzewski (1864–1912), wraz ze stryjem Władysławem Mielżyńskim, ze względu na korzystne położenie i mikroklimat oraz występujące w tym rejonie naturalne bogactwa stworzył miejscowość o charakterze wypoczynkowym i kuracyjnym, którą nazwał na cześć swojej matki. W 1917 r. Konstancin uzyskał status uzdrowiska. Impulsem do jego dalszego rozwoju było odkrycie w latach 60. XX w. złóż leczniczej solanki, którą wydobywa się tu do dziś. W Parku Zdrojowym powstała tężnia – seanse w niej wpływają dobroczynnie na układ oddechowy, nerwowy i odpornościowy. Klimat miasta sprzyja profilaktyce wielu chorób, m.in. kardiologicznych i laryngologicznych. Uzdrowisko słynie też z wyspecjalizowanych zakładów rehabilitacyjnych, z których korzystają osoby ze schorzeniami narządu ruchu mającymi podłoże neurologiczne oraz pacjenci niepełnosprawni ruchowo.

Niewątpliwym atutem Konstancina-Jeziorny jest położenie w otoczeniu sześciu rezerwatów przyrody i lasów. W jego rejonie można odwiedzić Rezerwat przyrody Wyspy Zawadowskie lub jedną ze ścieżek rowerowych udać się do Chojnowskiego Parku Krajobrazowego, a dalej do Góry Kalwarii czy Czerska z gotyckim zamkiem książąt mazowieckich z przełomu XIV i XV w.

Charakter okolicy nadaje Wisła ze swoim bogactwem flory i fauny. W tym miejscu znajduje się historyczny podwarszawski mikroregion etnograficzny zwany Urzeczem (w gwarze Łurzycami, Urzycami), rozciągający się po obydwu brzegach rzeki. Wyróżnia się on strojami z haftem wilanowskim, własnymi przysmakami i zwyczajami. Aby lepiej go poznać, warto wybrać się na majowy Flis Festiwal w Gassach lub Zielone Świątki na Urzeczu, w czasie których na Wiśle pojawiają się ukwiecone drewniane łodzie.

Okolice uzdrowiska są idealne do uprawiania turystyki aktywnej. Można je przemierzać pieszo z kijkami do nordic walkingu lub na rowerze. Kajakiem spłyniemy po malowniczej rzece Jeziorce (66,3 km długości), a w trakcie wycieczki szlakiem ornitologicznym przyjrzymy się życiu ptaków. W rejonie Urzecza leżą poza tym urokliwe wsie, np. Ciszyca, Gassy, Czernidła, Cieciszew, Obory czy Piaski.

W Konstancinie-Jeziornie warto też zajrzeć do jednej ze stylowych willi, takich jak Villa La Fleur, prywatne muzeum z dziełami sztuki École de Paris, lub poszukać śladów XVIII-wiecznej Królewskiej Fabryki Papieru. Koniecznie trzeba również wybrać się na jedną z tutejszych imprez. Najpopularniejsze są Dni Konstancina (czerwiec), koncerty Letniego Sezonu Artystycznego (wakacyjne niedziele), Jazz Zdrój Festiwal upamiętniający Louisa Armstronga (lipiec) i Festiwal Otwarte Ogrody (w tym roku zaplanowany na 8–9 września), w czasie którego konstancińskie wille zapraszają w swoje gościnne progi.

 

Zespół ludowy URZECZEni w czasie imprezy Zielone Świątki na Urzeczu

© JAKUB CHMIELEWSKI

 

MARKA KAMPINOS

Warszawa graniczy z Kampinoskim Parkiem Narodowym (KPN) uznanym przez UNESCO za rezerwat biosfery. To nie tylko jeden z najpiękniejszych i najcenniejszych obszarów leśnych Mazowsza, ale także miejsce atrakcyjne turystycznie, związane z wielkimi wydarzeniami historycznymi, ważne pod względem kulturowym i przyrodniczym. Znajdująca się na obrzeżach parku baza noclegowa i rekreacyjna stwarza znakomite warunki do spędzenia czasu z dala od miejskiego gwaru.

        Te atuty pozwoliły stworzyć w 2017 r. rozpoznawalną markę o wysokiej jakości pod nazwą Misja Kampinos. Jej celem jest promocja produktów i usług związanych z regionem, nawiązujących do jego tradycji i kultury, oferowanych przez twórców, przedsiębiorców i samorządy reprezentujące gminy z obszaru KPN i jego okolic. To duża szansa na ożywienie ruchu turystycznego, ściągnięcie nowych inwestorów oraz rozwój lokalnej społeczności. Skorzysta na tym też sam park, który odwiedza rocznie ponad milion turystów. Logo marki przedstawia łosia, symbol Kampinosu. W założeniu jest to znak wysokiej jakości usług i produktów, który przyznawany będzie w formie certyfikatu miejscowym przedsiębiorcom i specjałom kulinarnym, ale również organizatorom i pomysłodawcom wydarzeń edukacyjnych, kulturalnych czy historycznych.

        Kolejnym krokiem rozwoju tej lokalnej marki ma być połączenie produktów turystycznych poprzez stworzenie kompleksowej oferty przeznaczonej dla mieszkańców Warszawy i całego Mazowsza, a także osób odwiedzających obszar kampinoski. Wśród obecnie realizowanych projektów Misji Kampinos znajdują się: przewodnik, w którym przedsiębiorcy prezentują usługi turystyczne i kulturalne, udział w targach turystycznych, przygotowanie strategii rozwoju i promocji marki, jak również produktów i usług z nią związanych. W ich ramach powstają spoty reklamowe i filmy, działania promocyjne obejmują też media społecznościowe, np. serwisy Facebook i Instagram (profil Pokochaj Kampinos). Dużym ułatwieniem ma być system z pełną bazą atrakcji turystycznych i kulturalnych, dzięki któremu na te wybrane będzie można kupić jeden bilet.

 

PUSZCZA POD MIASTEM

Kampinoski Park Narodowy, utworzony w 1959 r., zachwyca niezwykłymi krajobrazami. W bliskiej odległości od stolicy możemy podziwiać mnóstwo roślin chronionych i bogatą faunę. Zdarza się, że w czasie spaceru leśnymi ścieżkami turyści spotykają tu łosia – symbol KPN, sarny czy jelenie. Na tym obszarze występuje kilkanaście tysięcy gatunków zwierząt, wśród nich są m.in. bobry, borsuki, rysie, dziki, żurawie, a nawet wilki. Na terenie parku wyznaczono 22 obszary ochrony ścisłej, a 156 tutejszych drzew to pomniki przyrody. Osobliwość KPN stanowi słynny zbiornik Mokre Łąki, zamieszkany przez wiele ptaków, ssaków i płazów.

Puszcza Kampinoska to raj dla aktywnych turystów. Można ją zwiedzać pieszo, na rowerze, a nawet konno. W Sowiej Woli nad malowniczym stawem leży wiejska posiadłość Bobrowy Staw. Znajduje się w niej nowoczesna stajnia i komfortowy pensjonat dla koni, a także panują idealne warunki do wypoczynku i profesjonalnego treningu jeździeckiego. Na terenie Kampinosu wytyczono ok. 360 km pieszych szlaków turystycznych oraz 200 km tras rowerowych dostępnych przez cały rok. Jest tu dziesięć ścieżek dydaktycznych, w tym najsłynniejsza z nich, nazwana Skrajem Puszczy (ok. 4 km długości). Na turystów czekają znakomita infrastruktura turystyczna i świetnie przygotowane polany wypoczynkowe (do najbardziej popularnych należą Opaleń, Jakubów, Pociecha i Sieraków). Na tych ostatnich można spokojnie odpocząć, a nawet rozpalić ognisko lub grilla w specjalnie przygotowanych miejscach.

Zanim jednak wyruszymy na podbój Kampinosu, warto wstąpić do Centrum Edukacji KPN w Izabelinie, które wprowadzi nas w świat starej puszczy. W trakcie spaceru po lesie szlakiem edukacyjnym Puszczańską Ścieżką do Leśnego Ogródka Botanicznego (pętla o długości 3,5 km) nauczymy się z kolei rozpoznawać ślady dzikich zwierząt. Ten niezwykły obszar przybliżają również Ośrodek Dydaktyczno-Muzealny w Granicy z Muzeum Puszczy Kampinoskiej i skansenem budownictwa puszczańskiego z Zagrodą Widymajera, Zagrodą Wiejcką i Chatą Kampinoską.

Miłośnicy historii Polski powinni koniecznie odwiedzić multimedialne Muzeum – Miejsce Pamięci Palmiry, które gromadzi i udostępnia zbiory związane z II wojną światową. Okoliczne lasy pamiętają czasy nie tylko tego tragicznego okresu w dziejach naszego globu, ale i powstania styczniowego. Na cmentarzu w Palmirach pochowani są m.in. wiceprezydent Warszawy Jan Pohoski i mistrz olimpijski z Los Angeles w biegu na 10 tys. m Janusz Kusociński.

 

ATRAKCJE WOKÓŁ PARKU

Melomani i wielbiciele twórczości Fryderyka Chopina z pewnością nie przegapią okazji, żeby wybrać się do Żelazowej Woli koło Sochaczewa, gdzie w 1810 r. przyszedł na świat słynny kompozytor i pianista. Dom Urodzenia Fryderyka Chopina otacza park krajobrazowy nad rzeką Utratą zaprojektowany w latach 30. XX w., zaliczający się dziś do czołowych realizacji prezentujących modernistyczne tendencje w projektowaniu ogrodów w Polsce. W sezonie letnim można tu posłuchać koncertów w wykonaniu wybitnych pianistów. Recitale chopinowskie odbywają się w soboty i niedziele o godzinie 12.00 i 15.00. Sezon koncertowy trwa od maja do końca września. Dojazd do Żelazowej Woli ze stolicy ułatwia karnet ChopinPASS. Obejmuje on bezpośredni transport komfortowym minibusem z centrum Warszawy (odjazd spod Pałacu Kultury i Nauki, przy Informacji Turystycznej od strony ulicy Emilii Plater), bilet wstępu do dworku i parku. W drodze powrotnej możemy zajechać do Brochowa nad Bzurą, gdzie znajduje się jeden z niewielu w Polsce kościołów obronnych. W tej właśnie świątyni był chrzczony Fryderyk Chopin.

Okolice północnej części Kampinosu zainteresują zapewne miłośników militariów. Niespełna 30 km od Warszawy, u zbiegu Wisły i Narwi, usytuowany jest najdłuższy (2250 m) w Europie budynek – Cytadela Twierdzy Modlin. W czasie pokoju mieszkało tutaj do 20 tys. ludzi, a podczas działań wojennych mogło przebywać nawet 60–100 tys.! Wybitne walory obronne tego miejsca docenił już król Szwecji Karol X Gustaw (1622–1660) w czasie potopu szwedzkiego, dlatego jego wojska zbudowały tu w 1655 r. ufortyfikowany obóz. Wzniesiona z rozkazu Napoleona Bonapartego, rozbudowywana i modernizowana przez Rosjan forteca odegrała ważną rolę w historii Polski. Twierdza Modlin wsławiła się długotrwałym stawianiem oporu podczas rosyjskiego oblężenia w 1813 r. oraz heroiczną obroną we wrześniu 1939 r. Tym wydarzeniom zostanie poświęcona multimedialna wystawa.

Część twierdzy udostępniono do zwiedzania. Największą z jej atrakcji jest Garnizon Modlin, czyli teren wokół koszarów obronnych z tarasem widokowym na Wieży Tatarskiej (Czerwonej), oraz Front Księcia Warszawskiego z podziemiami. Ciekawostkę stanowi przeznaczona dla dzieci trasa białej niedźwiedzicy z armii polskiej – Baśki Murmańskiej, która salutowała nawet przed marszałkiem Józefem Piłsudskim. Aby poczuć atmosferę twierdzy sprzed lat, warto wziąć udział w jednej z imprez rekonstrukcyjnych. Do najpopularniejszych należą planowana na 15 września 2018 r. inscenizacja obrony z 1939 r. oraz rekonstrukcja oblężenia z 1813 r. (odbywa się raz na 5 lat we wrześniu).

W Kampinoskim Parku Narodowym znajduje się Park Rozrywki Julinek, usytuowany na terenie dawnej bazy cyrkowej. To znakomite miejsce do zorganizowania imprezy rodzinnej, spotkania integracyjnego lub biznesowego. Równie dobrze bawią się tutaj dorośli, jak i dzieci. W jednym z największych parków linowych w Polsce (o nazwie Podniebny Cyrk) na ośmiu trasach o różnym stopniu trudności, liczących w sumie 1,1 tys. m, pokonuje się aż 138 przeszkód. Znakomita zabawa czeka gości Krainy Dmuchańców z trampoliną Eurobangee, torami przeszkód, tunelem i olbrzymią, 30-metrową wodną zjeżdżalnią Hippo Slide. Na terenie parku znajduje się też 18-dołkowe pole do minigolfa czy ekologiczny plac zabaw z 20-metrową minityrolką i ogromną poduchą do skakania.

Kto chce posłuchać odgłosów puszczy, może zatrzymać się na nocleg w 3-gwiazdkowym Hotelu Julinek z cyrkowymi elementami wystroju lub na polu namiotowo-kempingowym. Poza tym są tu również punkty gastronomiczne i restauracja „Foccacia Pop-Up”, oferujące dania kuchni polskiej i włoskiej. Aktywni turyści mają do dyspozycji wypożyczalnię rowerów i sprzętu sportowego: kijków do nordic walkingu, a zimą także nart biegowych. Park Rozrywki Julinek jest dogodnym punktem do wyruszenia na spacery i wycieczki po urokliwej okolicy.

 

Wydanie Lato 2018

Artykuły wybrane losowo

Costa Rica, czyli Bogate Wybrzeże

MAGDALENA ŁADANAJ


Kostaryka jestpołożona między dwoma oceanami (Atlantyckim i Spokojnym), od północy graniczy z Nikaraguą, a od południa – z Panamą. W ciągu jednego dnia można więc podziwiać w niej magiczny wschód słońca nad Morzem Karaibskim i zniewalający zachód słońca na plaży nad Pacyfikiem. Niegdyś w tym regionie Ameryki Środkowej żyła głównie rdzenna ludność, dziś pozostało niewielu jej potomków. Starają się jednak pielęgnować swoje zwyczaje i tradycje, np. mieszkający na południu kraju Indianie Bribri nadal wytwarzają pyszną naturalną czekoladę.

Więcej…

Słoneczna Tajlandia pachnąca przyprawami

MS Borsang s umbrellas-Chiang Mai-036BB

Tajki malujące wzory kwiatowe na parasolkach w wiosce Bo Sang pod Chiang Mai

© TOURISM AUTHORITY OF THAILAND

 

MAGDALENA PINKWART

www.turystyka24.tv

 

Głośna Tajlandia z powietrzem przepełnionym egzotycznymi zapachami ma ponad 3,2 tys. km linii brzegowej. Plaże są tu zwykle usłane białym piaskiem i otoczone wysokimi palmami. Ten obraz rajskiej krainy dopełniają setki malowniczych wysepek, tysiące błyszczących złotem buddyjskich świątyń i dziko żyjące zwierzęta.

 

Wody w zatokach Tajlandii czasem przybierają kolor lazurowy, innym razem bardziej przypominają opalizujący w promieniach słonecznych szafir. Wszystko zależy od tego, czy patrzymy na nie rankiem czy o zachodzie słońca, z wysypanej drobnym piaskiem plaży czy pokładu jachtu, i – oczywiście – od pory roku. Tylko jedno się nie zmienia. Oblewające tajlandzkie wybrzeże wody są zawsze czyste i rozkosznie ciepłe, a kąpiel w nich jest jak seans w luksusowym gabinecie odnowy biologicznej.

 

Podróż po Tajlandii warto rozpocząć właśnie od wizyty w spa. Słynne na cały świat tajskie masaże relaksują jak nic innego. Wystarczy godzina czy dwie terapeutycznego dotyku doświadczonej masażystki, która ugniata skórę rękami albo delikatnie wciera w nią ciepłe, aromatyczne olejki, aby ciało stało się rozluźnione i wypoczęte, a dusza – lekka. Salony oferujące takie usługi znajdziemy tu niemal przy każdej ulicy, w eleganckich willach, ale także na licznych bazarach. Dla turysty z Europy tajskie masaże nie są zbyt dużym wydatkiem. Tutejsi masażyści stosujący wiedzę opartą na wielowiekowej tradycji potrafią zdziałać cuda.

 

RĘCE, KTÓRE LECZĄ

 

Takie właśnie cuda z pewnością będą nam potrzebne po długiej podróży. Jak każda droga do raju wyprawa do Tajlandii nie należy do najłatwiejszych. Ten kraj dzieli od Polski ponad 8 tys. km. Na razie nie ma regularnych bezpośrednich połączeń tradycyjnych linii lotniczych z żadnego polskiego miasta do Bangkoku, choć biura podróży organizują – oczywiście – loty czarterowe: Rainbow do tajskiej metropolii, a Itaka do miasta Krabi (ich ceny zaczynają się od ok. 2800 zł za jedną osobę w obie strony). Polacy muszą zatem na ogół lecieć z przesiadką np. w Zjednoczonych Emiratach Arabskich – Dubaju (Emirates), Katarze (Qatar Airways), Niemczech (Lufthansa), Francji (Air France), Szwajcarii (SWISS), Holandii (KLM), Austrii (Austrian Airlines z Wiednia) czy Rosji (Aeroflot). Ta sytuacja może się wprawdzie niedługo zmienić, bo tajlandzki tani przewoźnik Thai AirAsia X planuje wprowadzić bezpośrednie kursy do Warszawy z lotniska Bangkok-Don Mueang, ale póki co trzeba się pogodzić z tym, że podróż z naszego kraju do tej części Azji trwa zazwyczaj kilkanaście godzin. Do tego dochodzi zmiana strefy czasowej. Pomiędzy Polską a Tajlandią różnica czasu wynosi 5 godz. w okresie letnim i 6 godz. w okresie zimowym. Pierwszego dnia będziemy więc musieli przestawić swoje zegarki do przodu i zmierzyć się z przykrymi objawami jet lagu. Na takie dolegliwości nie ma na nic lepszego niż właśnie relaksujący tajski masaż i filiżanka rozgrzewającej zielonej herbaty z dodatkiem imbiru i mieszanki miejscowych ziół. Potem z nowymi siłami można rozpocząć zwiedzanie, a zdecydowanie jest tu co oglądać. Tajlandia to duży kraj (o powierzchni ponad 510 tys. km²) z wieloma zabytkami i bogatą kulturą. Poza tym znajdują się w nim również rajskie plaże, na których chciałoby się odpoczywać bez końca. Już sam gigantyczny wielopoziomowy Port Lotniczy Bangkok-Suvarnabhumi stanowi przedsmak głośnego, kolorowego, egzotycznego świata, w jakim mamy się zanurzyć. Co chwilę odlatują stąd samoloty do najciekawszych miast i regionów Tajlandii: Chiang Mai, Chiang Rai, Hat Yai, prowincji Krabi czy na wyspę Phuket. Zanim wybierzemy się do jednego z tych wakacyjnych rajów, warto poświęcić trochę czasu, żeby poznać tętniącą życiem stolicę kraju.

 

AZJATYCKIE MIASTO ANIOŁÓW

 

Bangkok to najgorętsza stolica świata, a zarazem obecnie najchętniej odwiedzane miasto na ziemi (przed Londynem i Paryżem). Jego pełna nazwa w języku tajskim brzmi Krung Thep Mahanakhon Amon Rattanakosin Mahinthara Ayuthaya Mahadilok Phop Noppharat Ratchathani Burirom Udomratchaniwet Mahasathan Amon Piman Awatan Sathit Sakkathattiya Witsanukam Prasit, w skrócie Krung Thep, czyli Miasto Aniołów. Żyje tu niemal 9 mln ludzi. Metropolia wystrzela w niebo setkami szklanych wieżowców, które mieszczą klimatyzowane biura i luksusowe hotele. Nad głowami przechodniów śmigają nowoczesne pociągi naziemnej kolei zwanej Skytrain. Tylko one i łodzie na rzece Menam (Chao Phraya) są w stanie uniknąć ciągłych korków. Warto pamiętać o tym, że Bangkok jest także drugim najbardziej zakorkowanym miastem świata (zaraz po stolicy Meksyku). Po plątaninie ulic w gigantycznych zatorach wolno przesuwają się tysiące samochodów. Pomiędzy nimi na pełnym gazie bohatersko przeciskają się setki skuterów i tuk-tuków. Jako kierowca zjeździłam wiele krajów, ale trzy razy zastanowiłabym się, zanim wyruszyłabym na przejażdżkę po tajlandzkiej metropolii. Poruszanie się po Bangkoku wymaga nie tylko niezwykłej sprawności i znajomości topografii miasta, ale też straceńczej odwagi. Z pewnością nie brakuje jej właścicielom tuk-tuków – małych, kolorowych trójkołowych pojazdów z pasażerską przyczepką. Choć niektórzy uważają jazdę pędzącą zmotoryzowaną rikszą bez pasów bezpieczeństwa za czyste szaleństwo, to zdecydowanie obowiązkowa atrakcja podczas każdej wycieczki do Tajlandii, zwłaszcza jeśli podróżujemy większą grupą. Gdy wyruszymy w trasę kilkoma tuk-tukami, ich kierowcy z dziką radością będą się ścigać, wyprzedzać i pogłaśniać azjatycką muzykę rozbrzmiewającą z małych radyjek. To przeżycie jedyne w swoim rodzaju, a koszt przejazdu jest niewygórowany. Trzeba jednak pamiętać, aby ostro negocjować cenę jeszcze przed zajęciem miejsca na siedzeniu pasażera, szczególnie w popularnych wśród turystów rejonach. Kierowców tuk-tuków ponosi nie tylko na drodze, ale także przy podawaniu początkowej kwoty opłaty za swoją usługę.

 

ULUBIENIEC NARODU

 

Pierwsze kroki kierujemy do największej atrakcji turystycznej miasta. Wielki Pałac Królewski jest sercem Bangkoku i stanowi obowiązkowy punkt wycieczki do stolicy. Zdobiony złotymi dachami, okazały kompleks był oficjalną rezydencją królów Tajlandii w latach 1782–1925. Leży w zakolu rzeki Menam, w samym centrum starej części miasta. Warto wybrać się tutaj do Wat Phra Kaew, aby zobaczyć słynnego Szmaragdowego Buddę wykonanego z zielonego jadeitu. Komnata, w której się znajduje, to najświętsze miejsce w kraju, a sama figura – choć niewielka (66-centymetrowa) – robi duże wrażenie. W tym rejonie Bangkoku pełno jest zabytkowych budowli i świątyń. Obok tłumnie odwiedzanych przez turystów obiektów wznoszą się zatopione w zieleni budynki rządowe i rezydencja króla Tajlandii (Amphorn Sathan Residential Hall).

 

Warto pamiętać, że w 2016 r. w wieku 88 lat zmarł ukochany władca narodu. W październiku, w rok po jego śmierci, odbędą się państwowe uroczystości pogrzebowe. Bhumibol Adulyadej, król Rama IX, rządził przez 70 lat, był wielkim reformatorem i dobroczyńcą swoich poddanych. Traktowano go tu jak dobrego ojca, a jego wspomnienie wywołuje u Tajów szczere łzy smutku. Od roku w całym kraju trwa żałoba narodowa, na ulicach rozstawione są zdjęcia władcy przepasane żałobnym kirem, a miejscowi noszą przypięte na piersi czarne wstążeczki. W samolotach tajskich przewoźników puszczane przed lotem komunikaty dotyczące bezpieczeństwa poprzedza informacja o pogrążonym w smutku narodzie. Turyści bywają zaskoczeni tym, że czasem nawet niewinna rozmowa na temat zmarłego króla może doprowadzić rozmówcę do płaczu. Dlatego w trakcie wizyty w Tajlandii należy okazywać szacunek zarówno samemu władcy, jak i wszystkim członkom rodziny panującej.

 

CHRUPIĄCE TARANTULE

 

Choć zajmujący ogromną powierzchnię Bangkok (niemal 1,6 tys. km², czyli mniej więcej trzy razy tyle co Warszawa) nie ma jednego wyraźnego centrum, wszystkie drogi prowadzą turystów odwiedzających miasto na Khao San. Ta głośna, zatłoczona ulica tętni życiem o każdej porze dnia i nocy. Można tu kupić pamiątki, ubrania i biżuterię, pyszne i bardzo tanie jedzenie przyrządzane na miejscu, owoce i świeże soki. Dla śmiałków znajdą się stragany ze smażonymi w głębokim tłuszczu larwami, skorpionami, szarańczami, chrupiącymi świerszczami i olbrzymimi tarantulami. Ci, którzy chcą poczuć dreszcz emocji, ale nie są gotowi na spróbowanie wielkiego pająka, mogą podjąć podobne kulinarne wyzwanie na targu owoców. Sprzedaje się na nim inną ciekawą osobliwość z tej części świata – kolczastego duriana. Ten nazywany królem owoców specjał wydziela mieszaninę woni z publicznej toalety i męskiej szatni pełnej graczy po wyczerpującym meczu. Nieprzyjemny zapach czuć już przez twardą skórę, dlatego sprzedawcy pracujący przy stoisku z durianami zakładają maseczki i rękawiczki, a dojrzałość towaru sprawdzają, tłukąc w niego kijem. Linie lotnicze zakazują przewożenia tego owocu w bagażu podręcznym. Hotelarze twierdzą, że jeśli ktoś zje go w pokoju, to pomieszczenie przez tydzień jest nie do użytku. Mimo tych przykrych doznań zapachowych durian uchodzi za wyjątkowo smaczny specjał wart wszelkich poświęceń… Według mnie przyjemność z jego jedzenia przypomina doznania przy delektowaniu się budyniem waniliowym z czosnkiem, ale najlepiej spróbować owocu samemu i wyrobić sobie własne zdanie.

 

AMERYKAŃSCY ŻOŁNIERZE I ŁAGODNE TAJKI

 

Bangkok- Chakri Maha Prasat Throne Hall

Kompleks Wielkiego Pałacu Królewskiego w Bangkoku

© TOURISM AUTHORITY OF THAILAND

 

Kiedy już nacieszymy się atmosferą Bangkoku, możemy ruszać na spotkanie z największymi atrakcjami kraju. Turyści lubiący plażowanie i luksusowy wypoczynek powinni wybrać się do pobliskiego miasta Pattaya położonego nad Zatoką Tajlandzką. Dziś to nowoczesny kurort z setkami hoteli na wybrzeżu, ale jeszcze w latach 60. XX w. był jedynie skromną wioską rybacką. Potem zaczęli tu przyjeżdżać amerykańscy żołnierze zwolnieni ze służby po walkach w Wietnamie. Chętnie zostawali na długie miesiące skuszeni ciepłymi wodami, świecącym przez cały rok słońcem, ciągnącą się wzdłuż miejscowości plażą w kształcie księżyca, pokrytą drobnym, białym piaskiem, i – oczywiście – niezwykłą urodą i łagodnym charakterem Tajek. Z czasem miejsce przekształciło się w popularny ośrodek turystyczny. W okolicy można nurkować, surfować, pływać na nartach wodnych, żeglować, wędkować, a także wybrać się łodzią na wycieczkę na pobliskie wyspy. Kilkugodzinne rejsy organizują touroperatorzy z Ocean Marina Yacht Club, jednej z najlepszych przystani w całej Azji. Wyprawy luksusowymi jachtami są tutaj znacznie tańsze niż w Europie. Katamaran kołysze się na falach i zawija do cichych zatoczek, gdzie można zeskoczyć do wody i poczuć na własnej skórze jej przyjemne ciepło. Jeśli podpłyniemy bliżej do jednej z zielonych wysepek, spotkamy dziko żyjące małpy, które z wdzięcznością przyjmą od nas podarki w postaci świeżych owoców serwowanych na pokładzie.

 

W Pattai koniecznie trzeba odwiedzić uważany za największy na świecie targ wodny (floating market). Na targowisko składają się łodzie wypełnione po burty owocami i drewniane budynki, w których można spróbować specjałów tajskiej kuchni. Kupimy tu też pamiątki wykonane ręcznie zgodnie z miejscową tradycją. Jeśli zechcemy nieco odetchnąć od upałów, powinniśmy odwiedzić miasteczko FROST Magical Ice of Siam. Pospacerujemy w nim wśród misternych rzeźb z lodu, a przy lodowym barze napijemy się drinków w lodowych szklankach, które możemy potem stłuc o lodową ścianę. Ta atrakcja nie będzie pewnie zbyt zaskakująca dla większości Europejczyków, ale przyjemnie jest popatrzeć na rozemocjonowanych Tajów po raz pierwszy widzących lód nie w szklance z whisky.

 

Chon Buri-Pattaya Beach

Oblegany przez turystów kurort Pattaya nad Zatoką Tajlandzką

© TOURISM AUTHORITY OF THAILAND

 

OŚWIECENIE I WINO

 

Jedną z wizytówek Pattai stanowi bogate życie nocne. Nieopodal centrum miasta rozciąga się ponad 3-kilometrowa plaża (Pattaya Beach). To zagłębie rozrywki z hotelami, restauracjami i galeriami handlowymi. W okolicy leży dzielnica Walking Street z setkami barów i dyskotek, słynąca również z usług erotycznych. Wbrew pozorom w Pattai znajdziemy coś nie tylko dla ciała, ale i dla ducha. Koniecznie trzeba odwiedzić ogromne ekumeniczne Sanktuarium Prawdy, poświęcone różnym odmianom buddyzmu i hinduizmu. Tę bogato zdobioną tysiącami rzeźb budowlę w całości wykonano z drewna, bez użycia gwoździ. Obiekt budowany jest od lat 80. XX w., wciąż jednak nie został ukończony. Zwiedzający muszą zakładać kaski, żeby wejść do środka, a przed sanktuarium mogą z pomocą pracujących tu cieśli wyrzeźbić dłutem własny wzór i pozostawić swój ślad w tym miejscu.

 

Pattaya potrafi także zaskoczyć atrakcjami unikatowymi w skali kraju. Tajlandia nie słynie wszak z regionów winiarskich, nic więc dziwnego, że większość turystów z lokalnych trunków zna jedynie whisky Mekhong (w rzeczywistości bliższą rumowi) czy orzeźwiające piwo Chang. Jednak od kilku lat rozwija się tu produkcja wina, a prawdziwym klejnotem w tym rejonie jest winnica znajdująca się niedaleko Pattai, czyli Silverlake Vineyard. Leży ona w dolinie w cieniu Khao Chi Chan (Góry Buddy) – olbrzymiej skały ze złotym wizerunkiem Buddy. W jej centrum stoi tonąca w kwiatach willa w stylu toskańskim. W tutejszej restauracji serwowane są dania kuchni tajskiej i europejskiej, do których podaje się świetne lokalne wina. Gospodynią winnicy jest znana tajska aktorka Supansa Nuangpirom, a oprócz degustacji urządza się tu wspaniałe imprezy muzyczne. Tuż obok znajduje się otwarty w maju 2016 r. park wodny – Ramayana Water Park, niezwykły kompleks ze zjeżdżalniami, sztucznymi falami, malowniczymi kanałami i wymyślnymi konstrukcjami. Można w nim spędzić relaksujące rodzinne popołudnie.

 

Ko Phi Phi

Widok na niewielką malowniczą zatokę Ton Sai na Ko Phi Phi Don

© TOURISM AUTHORITY OF THAILAND

 

WYSPY ROZKOSZY

 

Zupełnie inna atmosfera panuje w wyspiarskiej części kraju. Do Tajlandii należy kilkaset wysp i wysepek. Są one bardzo zróżnicowane, przyciągają więc rozmaitych turystów. Znajdą tutaj coś dla siebie wielbiciele luksusu, wytrawni backpackerzy, rodziny z dziećmi, osoby spragnione duchowych przeżyć i chcące wypocząć w spokoju w otoczeniu dziewiczej przyrody, a także imprezowicze. Jedną z najsłynniejszych wysp jest Ko Phi Phi Le położona w cieśninie Malakka, łączącej Morze Andamańskie z Południowochińskim. W 1999 r. kręcono na niej sceny do hollywoodzkiej produkcji Niebiańska plaża z Leonardem DiCaprio w roli głównej. Zachęcone tym filmem rzesze turystów zaczęły tu przyjeżdżać w poszukiwaniu raju na ziemi. Tym, którzy preferują gwarną wakacyjną atmosferę, spodoba się pobliska Ko Phi Phi Don, która składa się z dwóch grup wapiennych skał wyrastających z morza, połączonych ze sobą wąskim piaszczystym przesmykiem. Działa na niej mnóstwo hoteli, restauracji, barów, szkół sportów wodnych i dyskotek. Dla osób lubiących ciszę i kontakt z naturą idealna będzie Ko Muk, której nazwa w tłumaczeniu brzmi Wyspa Perłowa. Nie dotarła na nią jeszcze masowa turystyka. Znajdują się tutaj śnieżnobiałe plaże, skały porośnięte dziką roślinnością, plantacje kauczukowców i podwodne jaskinie, do których można dostać się łodzią. Na wyspie leży wioska rybacka, a świeże ryby i owoce morza są na niej znacznie tańsze niż w bardziej zatłoczonych rejonach popularnych wśród turystów.

 

TANIEC W ŚWIETLE KSIĘŻYCA

 

Miłośnicy dzikiej przyrody powinni odwiedzić Ko Phra Thong. Nie ma na niej utwardzonych dróg ani samochodów, a mieszkańcy żyją w tradycyjnych domach wtopionych w naturalne otoczenie. Brak rozwiniętej infrastruktury turystycznej wynagrodzi nam bogactwo fauny i flory. W Parku Narodowym Mu Ko Ra – Ko Phra Thong spotkamy żółwie morskie i makaki, zobaczymy lasy namorzynowe i zanurkujemy w lagunie kryjącej nietkniętą przez cywilizację rafę koralową. Osobom planującym wakacje z dziećmi przypadnie do gustu Ko Lanta. W tej okolicy nie ma głośnych barów i dyskotek, jest za to mnóstwo miejsc, które zachwycą najmłodszych – należą do nich wodospady, jaskinie czy gaje bananowe. Można też przejechać się na słoniu albo odwiedzić bajecznie kolorową farmę motyli.

 

Dla odmiany na Ko Pha Ngan, piątej co do wielkości wyspie Tajlandii (o powierzchni 125 km²), nie spotkamy raczej rodzin z dziećmi, ale natkniemy się na rzesze imprezowiczów. Raz w miesiącu odbywa się na niej największa na świecie i słynna w całej Azji impreza przy pełni księżyca (Full Moon Party). Młodzi ludzie przybywają wówczas z najbliższej okolicy i odległych rejonów kraju, a nawet naszego globu, żeby wziąć udział w tym niezwykłym święcie radości, tańca i muzyki. Nieco skromniejsze imprezy organizuje się na tutejszych plażach każdego dnia.

 

Królową tajlandzkich wysp jest z pewnością najsłynniejsza z nich, czyli Phuket. Jej największe miasto noszące tę samą nazwę (leżące w dystrykcie Mueang Phuket) to najpopularniejszy i chyba najbardziej zatłoczony kurort w Tajlandii. Pełno w nim eleganckich hoteli, klubów, restauracji i... domów uciech. Jednak nawet w tym królestwie cielesności Tajowie nie zapominają o sprawach duchowych. Nad miastem góruje Wat Khao Rang, świątynia z potężną, wysoką na 9 m złotą statuą siedzącego Buddy groźnie spoglądającego na położone w dole zabudowania. Na wyspie Phuket warto również zobaczyć Sanktuarium Dzikiej Przyrody Khao Phra Thaeo, chroniące dziewiczy las deszczowy. Można się tu zagubić w labiryncie egzotycznej roślinności pod koronami drzew sięgających nawet 50 m wysokości. Teren ten zamieszkują m.in. makaki, lamparty czy warany.

 

JEDWAB I SŁONIE

 

Jednak Tajlandia to nie tylko plaże i rajskie wysepki. Aby poznać zupełnie inne jej oblicze, warto wybrać się na północ do Chiang Mai. To jedno z największych miast w kraju (200-tysięczne) różni się zdecydowanie od Bangkoku – czas płynie w nim wolniej, a ludzie żyją znacznie spokojniej. Jego zabudowa w niczym nie przypomina lasu wieżowców typowych dla stolicy. W Chiang Mai większość mieszkańców nadal utrzymuje się z rolnictwa i rzemiosła. Na obrzeżach miasta znajdziemy zakłady, w których ręcznie wytwarza się papierowe parasolki i wachlarze malowane w misterne wzory. Natkniemy się tu także na fabryki słynnego tajskiego jedwabiu, gdzie na własne oczy zobaczymy, jak wygląda proces jego produkcji: od karmienia liśćmi morwy larw, poprzez gotowanie kokonów, aż po ręczne tkanie materiału na drewnianych krosnach. Historyczną część Chiang Mai otaczają pozostałości murów obronnych z bramami skierowanymi w różne strony świata. Nad miastem góruje ukryta wśród tropikalnej roślinności świątynia – Wat Phra That Doi Suthep. To prawdziwe cudo architektury, pełne przepychu, złota i misternych ozdób, a zarazem ważny ośrodek pielgrzymkowy. Z tutejszego tarasu rozciąga się szeroki widok na otoczoną górami równinę, na której leży Chiang Mai, a pomiędzy budynkami przechadzają się mnisi w ceglastoczerwonych szatach. W Tajlandii tradycja nakazuje, aby każdy mężczyzna przynajmniej raz w życiu wstąpił do klasztoru i został wyświęcony na mnicha. W klasztornych murach może spędzić całe życie albo tylko kilka miesięcy. Dopiero po tym doświadczeniu uznaje się go za dojrzałego i zdolnego do zawarcia związku małżeńskiego. Tradycji tej wierni są też tajlandzcy królowie. Mnisi żyją w ascezie, korzystają z darów dostarczanych im przez wiernych.

 

Ponad godzinę drogi od Chiang Mai znajduje się sanktuarium słoni. Elephant Nature Park zajmuje duży teren otoczony zalesionymi wzgórzami, po którym przechadzają się te majestatyczne zwierzęta. Żyją tu na wolności i to one są gospodarzami. Pod okiem opiekunów można karmić słonie świeżymi owocami albo brać udział w ich kąpieli w rzece. W parku dowiemy się także wiele o zwyczajach jego dostojnych mieszkańców. Sanktuarium działa charytatywnie na rzecz ratowania tych pięknych ssaków i dzikiej przyrody.

 

PIEKIELNIE SMACZNE

 

Na koniec kilka słów o tajskiej kuchni, która nie ma sobie równych na świecie i jest jedną z najlepszych i najzdrowszych na naszym globie. Jej podstawą są świeże przyprawy, zioła i warzywa. Niemal w każdym przepisie ważny składnik stanowią mleczko kokosowe, trawa cytrynowa, chili, liście limonki, imbir i kolendra. Naulicznych straganach wszystkie te cuda można kupić za grosze. W upalne dni zamiast niezdrowych przekąsek Tajowie (i odwiedzający Tajlandię turyści) raczą się soczystymi przysmakami wprost z drzewa. Spotkamy tu dziesiątki gatunków dziwnych, egzotycznych owoców, a niektóre nazwy trudno nawet wymówić. Na targach sprzedaje się kolczaste duriany, różowo-zielone pitaje, słodko-kwaśne longany, soczyste mangostany, orzeźwiające rambutany, ciężkie od mleka kokosy, delikatne pomelo i chyba najlepsze na świecie mango. Z tych ostatnich Tajowie robią rewelacyjny deser, niezwykle słodki, choć bez dodatku cukru. Pokrojone w kostkę mango podają z klejącym się ryżem zatopionym w mleczku kokosowym. Zresztą wszystko, co serwuje się w Tajlandii, zarówno na ulicznych straganach, jak i w wykwintnych restauracjach, jest po prostu obłędnie smaczne, czy to piekielnie pikantna zupa tom yum, smakowity makaron pad thai podawany ze słodkawymi orzeszkami, czy różne rodzaje ostrych curry lub dopiero co złowione i szybko przyrządzone owoce morza. Dzięki świeżym składnikom i lokalnym aromatycznym przyprawom potrawy tajskiej kuchni na długo zapadają w pamięć. Dla wielu osób są później jednym z ważnych powodów, aby odwiedzić ten azjatycki kraj ponownie...

 

Sardynia – miłość od pierwszego wejrzenia

 

ALEKSANDRA GĄSOWSKA

 

 Prawdopodobnie nie da się pojechać na Sardynię i nie wrócić zakochanym w jej klimacie, różnorodności, krajobrazach, atmosferze, kulturze, tradycjach, winie, jedzeniu i ludziach. Są tacy, którzy tu przybyli i już zostali. Aż trudno uwierzyć, że ten raj znajduje się tak blisko, niemal na wyciągnięcie ręki, bo już niespełna trzy godziny lotu od Polski.

 

Obecnie Polacy plasują się na dziewiątym miejscu na liście turystów ze świata najliczniej odwiedzających tę piękną wyspę. Ze względu zarówno na coraz bardziej efektywną promocję regionu, jak i uruchomione nowe połączenia lotnicze do Alghero (Wizz Air z Warszawy i Katowic) i Cagliari (Ryanair z Krakowa i Modlina), liczba naszych rodaków wybierających ten kierunek na spędzenie urlopu ciągle rośnie.

 

Nie ma w tym nic dziwnego, ponieważ Sardynii nie da się opisać, trzeba jej doświadczyć każdym zmysłem. Ta wyspa, która była wielokrotnie podbijana, dziś sama podbija serca turystów. Można poczuć się na niej jak dziecko w fabryce czekolady Willy’ego Wonki. Sardynia spełnia marzenia plażowiczów, miłośników sportów ekstremalnych, ludzi lubiących aktywnie spędzać czas w górach i na wodzie, rodzin z dziećmi i seniorów, poszukiwaczy zaginionych cywilizacji, kolekcjonerów wyjątkowego rękodzieła, osób uwielbiających uczestniczyć w barwnych lokalnych świętach i zabawach oraz prawdziwych smakoszy.

 

PRZEZ ŻOŁĄDEK DO SERCA

 

Sardyńska kuchnia wiele mówi o mieszkańcach wyspy, jej historii i miejscowych tradycjach i jest tak różnorodna jak sami Sardyńczycy. Królują w niej proste, lecz oryginalne i wyraziste smaki, lokalne zwyczaje kulinarne mieszają się z wpływami katalońskimi, arabskimi, liguryjskimi, rzymskimi, genueńskimi, pizańskimi i sabaudzkimi. Z powodu licznych najazdów wyspiarze często chronili się w głębi lądu i osiedlali w centralnej, górzystej jego części. Dlatego też Sardyńczycy zajmują się pasterstwem i rolnictwem, a bardziej niż dania ze stworzeń morskich cenią sobie potrawy z warzyw, baraniny czy koźliny. Ziemię darzą zresztą niebywałym szacunkiem. Być może z tego względu Sardynia wiedzie prym wśród włoskich regionów specjalizujących się w uprawach biologicznych.

 

Bez wątpienia warto tu spróbować przepysznych kiełbas i salami, a w szczególności porceddu – młodego prosięcia (8–10 kg) pieczonego przez wiele godzin na ruszcie, przyprawionego jedynie solą morską i przygotowywanego tradycyjnie przez pasterzy ze wzgórz Barbagii. W tym rejonie hoduje się sardyńską rasę owiec (sarda), których mleko służy do produkcji znakomitych serów. Króluje wśród nich pecorino, w tym pecorino sardo. Co ciekawe, Sardynia jest największym wytwórcą pecorino romano i największym w Europie producentem serów owczych. Powstają tutaj również sery z koziego i krowiego mleka, np. pachnąca świeżością ricotta, która wyśmienicie smakuje z lokalnym miodem i cienkim, chrupiącym sardyńskim chlebem carasau (pane carasau). Ten ostatni przyrządza się według starej receptury. Piecze się go dwukrotnie – przed drugim razem płaski pszeniczny placek rozdziela się jeszcze na pół. Przepis na ten chleb został stworzony z myślą o pasterzach, którzy przebywali z dala od domu przez długie miesiące i potrzebowali zapasów jedzenia. Carasau sprawdzał się znakomicie jako prowiant, ponieważ nadaje się do spożycia nawet do roku od wypieczenia. Na Sardynii niemal w każdej miejscowości znajdziemy nieco inną odmianę tego pieczywa. Różne są także sposoby jego przyrządzania, a w procesie produkcji często uczestniczy kilka domostw.

 

Ze słodkich wypieków warto skosztować pokrytych cytrynowym lukrem ciasteczek mostaccioli czy rujoli z ricotty, kostek z pigwowej marmolady cotognata, orzechowych kulek bucconettos i babeczek zwanych cardinali (cardinales). Poza tym wyśmienicie smakują teżculurgiòni (culurgiònes) – swoim kształtem przypominają pierogi, a konsystencją polskie kopytka, tradycyjnie wypełnia się je nadzieniem z ziemniaków, sera i mięty.

 

Nadmorskie kurorty są rajem dla smakoszy ryb i owoców morza. Na pewno zachwycą ich podawane na rozmaite sposoby małże, langustynki (homarce), krewetki i kraby. Specjałem, którego nie można nie spróbować, jest bottarga, solona i suszona ikra cefala.

 

W sardyńskim winie da się wyczuć ślady czasów, kiedy wyspę zdobywali przedstawiciele różnych kultur, a w szczególności wpływy hiszpańskie. Na Sardynii występuje wiele odmian winorośli, zarówno tych uprawianych w innych regionach Morza Śródziemnego, jak i lokalnych, niespotykanych nigdzie indziej, takich jak Cannonau, Semidano, Nuragus, Girò, Monica, Torbato czy Vernaccia di Oristano. Do owoców morza doskonale pasuje schłodzone wyważone białe Vermentino. Do mięs natomiast Sardyńczycy rekomendują wina czerwone: wytwarzane już przez starożytne ludy Cannonau i cieszące się coraz większą popularnością Carignano del Sulcis.

 

 BOGATA HISTORIA

 

Sardynia to prawdziwa mozaika kultur. Można ją odkrywać całe życie i nigdy nie poznać w pełni. Niektórzy nawet twierdzą, że jest ona zaginioną Atlantydą, a tajemnicza starożytna cywilizacja nuragijska, która rozwijała się na wyspie od XIX do II w. p.n.e., osiągnęła świetność równą wspaniałości mitycznych Atlantów. Jej przedstawiciele nie pozostawili jednak po sobie żadnych tekstów, dlatego przez wiele lat ich kultura uznawana była za bardzo prymitywną i niezasługującą na uwagę. Dopiero od niedawna badacze interesują się nią coraz częściej. Najnowsze odkrycia dowodzą, że cywilizacja ta przeżywała swój największy rozkwit w okresie X–VIII w. p.n.e. Do dziś zachowały się m.in. groby gigantów, statuetki z brązu, rzeźby z piaskowca w Mont’e Prama i zagadkowe kamienne wieże, czyli nuragi. Tych ostatnich obiektów, wciąż w dobrym stanie, na całej Sardynii jest ok. 7 tys. Najwięcej znajduje się w Dolinie Nuragów (Valle dei Nuraghi) w centralnej części lądu. Co ciekawe, niektóre nuragijskie budowle przypominają bardzo architektoniczne konstrukcje z odległych krajów, np. święta studnia Funtana Coberta wBallao wygląda podobnie jak ta zachowana koło wioski Garlo w Bułgarii.

 

Do 238 r. p.n.e. na wyspie panowali Kartagińczycy, których wyparli Rzymianie. Ci pierwsi zostawili po sobie wiele śladów. Do czasów obecnych przetrwały m.in. fragmenty domów, cmentarzy czy sanktuarium (tofet) poświęcone bogini Tanit w starożytnym mieście Nora. Kilka stuleci wcześniej, ok. IX w. p.n.e. u wybrzeży Sardynii zbudowali swoje pierwsze porty handlowe feniccy żeglarze. W 540 r. p.n.e. Fenicjanie weszli w konflikt z miejscową ludnością i zwrócili się o pomoc do Kartaginy, która stopniowo podbiła większość wyspy. Po każdym najeździe rdzenni mieszkańcy przenosili się dalej w głąb lądu, na górzyste tereny Barbagii. Wśród Sardyńczyków nadal żywe jest przekonanie, że do ich małej ojczyzny niebezpieczeństwo zawsze przychodzi od morza. Na Sardynię zawitali również Grecy. W miejscu fenickiej osady założyli w VII w p.n.e. kolonię Olbia, później rozbudowaną przez Kartagińczyków. Obecnie to czwarte największe sardyńskie miasto (z 60 tys. mieszkańców). Znajdują się w nim port morski i lotnisko będące bramą do Szmaragdowego Wybrzeża (Costa Smeralda).

 

Po Rzymianach pojawili się tu Wandalowie (od 456 do 534 r.), Bizantyjczycy i Arabowie. Wyspa należała także do Genui i Pizy, a następnie papież Bonifacy VIII (ok. 1230–1303) podarował ją w 1295 r. władcom Aragonii (na mocy traktatu w Anagni). Kilkaset lat później była nawet krótko (przez kilka lat) w rękach Austrii, która wymieniła ją z Sabaudią na Sycylię. Od 1720 r. Sardynią rozporządzała dynastia sabaudzka i w wyniku tego w 1861 r. stała się ona częścią Włoch. Jednak do dziś wyspiarze mówią, że są przede wszystkim Sardyńczykami, a dopiero potem Włochami.

 

 SARDYŃSKA BARCELONA

 

 Do Alghero możemy dolecieć bezpośrednio z Warszawy i Katowic liniami Wizz Air (w sezonie letnim). Miasto zadziwia już od pierwszych chwil, ponieważ przyjezdni czują się w nim jak na hiszpańskim wybrzeżu. Takie skojarzenia przywodzi na myśl miejscowa architektura, układ uliczek, lokalna kuchnia, przypominający kataloński język (dialekt algherese, alguerés), którym posługują się mieszkańcy, czy też flaga miasta składająca się z żółto-czerwonych pasów. Nawet nazwiska wielu osób brzmią jak w Hiszpanii. Skąd na północnym wschodzie Sardynii wzięła się mała Barcelona (Barceloneta)? Otóż w 1354 r. Alghero zdobył król Piotr IV Aragoński (1319–1387). Sprowadził do niego nowych osadników, m.in. z Katalonii. W 1372 r. Aragończycy wysiedlili ostatnich miejscowych buntowników. Miała to być kara za spisek tutejszej wpływowej genueńskiej rodziny Doria.

 

Obecnie w mieście mieszka na stałe 44 tys. ludzi. Znajdują się w nim małe, klimatyczne restauracje, piękny nadmorski deptak sąsiadujący z aragońskimi basztami, marina i niewielki port, z którego można wyruszyć w rejs wzdłuż wybrzeża i do pobliskich Grot Neptuna (Grotte di Nettuno). Nocny spacer uliczkami urokliwej starej części Alghero, po tętniącym życiem i romantycznym nabrzeżu jest dobrym sposobem na dostrojenie zmysłów do nieśpiesznego rytmu tego niezwykłego miejsca, gdzie wystawy sklepów cieszą oczy wyrobami z wydobywanego nieopodal koralu oraz jedynej w swoim rodzaju ceramiki.

 

W dzień warto wybrać się na wycieczkę łodzią po wcześniejszym zaopatrzeniu się w prowiant – focaccię del Milese, przysmak polecany przez okolicznych mieszkańców. Jeśli nie wieje zbyt mocno, bez problemu dostaniemy się do wspomnianych Grot Neptuna, do których rejsy organizowane są praktycznie co godzinę. Dwa razy w ciągu dnia można także popłynąć na spotkanie z delfinami. Do jaskini dotrzemy również drogą lądową – schodami z 656 stopniami (Escala del Cabirol). Powstały w latach 50. XX w. i prowadzą w dół z malowniczego szczytu klifu Capo Caccia. Niezależnie od wyboru trasy, Groty Neptuna robią na odwiedzających ogromne wrażenie. To jedna z głównych atrakcji na Sardynii. W ich wnętrzu możemy poczuć się jak tytułowy bohater powieści J.R.R. Tolkiena Hobbit, czyli tam i z powrotem w jaskini Golluma. W środku znajduje się słone jezioro Lamarmora o długości 120 m i szerokości 25 m, zasilane przez wodę morską. Choć ścieżka turystyczna ma 580 m, szacuje się, że system grot ciągnie się przez ok. 4 km. Oprócz jeziora, zachwyt budzą ogromne stalaktyty i stalagmity oraz nacieki jaskiniowe. Samo zwiedzanie trwa mniej więcej 40 minut, a wyprawa łodzią z portu w Alghero – 30–40 minut.

 

Pobyt w mieście dostarczy nam rozrywki na nawet kilka dni. Możemy leniwie wylegiwać się na jednej z okolicznych przepięknych plaż, wieczorami wyruszyć na zwiedzanie, wybrać się na zakupy w małych sklepikach, podziwiać zachody słońca przy orzeźwiającym aperitifie. W Alghero warto odwiedzić barokowy kościół jego patrona św. Michała Archanioła (Chiesa di San Michele Arcangelo). Kolorowa kopuła świątyni przepięknie mieni się w słońcu. Poza tym na zainteresowanie zasługuje pochodząca z XVI stulecia Katedra Matki Boskiej Niepokalanej (Cattedrale di Santa Maria Immacolata), skromna z zewnątrz, ale zachwycająca w środku, i XV-wieczny Kościół św. Franciszka (Chiesa di San Francesco, przebudowany w XVI w.) w stylu katalońskiego gotyku. Otaczające zabudowania miejskie baszty i mury chronią je od czasów panowania Aragończyków. Alghero jest jednym z niewielu włoskich miast warownych, w których zachowało się w dobrym stanie ponad 70 proc. murów obronnych. Ciągną się od Forte della Maddalena do Torre di Sulis (Torre dell’Esperò Rejal). Na północny zachód od placu Sulisa (Piazza Sulis) wybrzeża bronią bastiony poświęcone sławnym żeglarzom i podróżnikom: Bastioni Cristoforo Colombo, Bastioni Antonio Pigafetta, Bastioni Ferdinando Magellano i Bastioni Marco Polo.

 

W okolicy Alghero znajduje się nekropolia Anghelu Ruju ze słynnymi grobowcami zwanymi domami wróżek (domus de janas). Wiek tego odkrytego na początku XX stulecia cmentarza szacuje się nawet na 5 tys. lat. Nieopodal miasta jest też kompleks nuragów wraz z otaczającą je wsią i największym obiektem – Palmavera. Budowle powstawały w epoce brązu i żelaza. Oprócz tego warto również wyruszyć na Capo Caccia, zanurzony w szmaragdowym morzu wapienny cypel z licznymi jaskiniami. W jego pobliżu znajduje się wiele miejsc nurkowych, to także odpowiedni teren na trekking lub wspinaczkę.

 

Poza tym w rejonie Alghero można żeglować, pływać motorówką, uprawiać snorkeling, surfować czy wybrać się na degustację wina do winnicy albo odpoczywać na jednej z tutejszych plaż. Niedaleko miasta leży malownicza Spiaggia Lido di San Giovanni. Najbardziej urokliwe plaże są oddalone stąd o zaledwie kilka minut jazdy autobusem lub samochodem. Należą do nich Maria Pia (ok. 4 km), Punta Negra (7 km), La Speranza (9 km), Le Bombarde (10 km), Lazzaretto (11 km) i Mugoni (16 km).

 

Na wspomnienie zasługuje też wreszcie La Pelosa w miejscowości Stintino (mniej więcej 55 km na północ od Alghero). Jej zdjęcia stanowią popularny motyw pocztówek. To jedna z najpiękniejszych plaż nie tylko na Sardynii, ale prawdopodobnie również na świecie. Turkusowe morze oblewa wybrzeże pokryte delikatnym, białym piaskiem. Nieopodal na małej wysepce wznosi się aragońska wieża (Torre della Pelosa). Woda jest przejrzysta i ciepła, można w niej brodzić wiele metrów od brzegu. Niestety, w sezonie La Pelosę wypełniają tłumy turystów. Warto ją jednak odwiedzić nawet tylko dla samego spektakularnego widoku.

 

 REJS PO ARCHIPELAGU

 

 W poszukiwaniu małych, urokliwych plaż koniecznie trzeba pojechać na północny wschód wyspy, czyli na Szmaragdowe Wybrzeże (Costa Smeralda). Swoją nazwę zawdzięcza kolorowi wody, jaki morze przybiera w tej okolicy. Na całodniowy rejs po tutejszym malowniczym archipelagu La Maddalena (Arcipelago di La Maddalena) można wypłynąć z portu w Palau. Tylko wyspy La Maddalena, Caprera i Santo Stefano są zamieszkane, reszta (Spargi, Santa Maria, Budelli i Razzoli) pozostaje dzika i nietknięta ludzką ręką. W styczniu 1994 r. utworzono w tym rejonie Park Narodowy Archipelagu La Maddalena (Parco Nazionale dell’Arcipelago di La Maddalena).

 

Niektórych miejsc w tym niezmiernie ciekawym regionie nie będzie nam dane zobaczyć z bliska. Różową Plażę (Spiaggia Rosa) na Budelli wolno podziwiać jedynie z łodzi. Nazwano ją w ten sposób ze względu na barwę piasku. Charakterystyczne różowe drobiny to w rzeczywistości pokruszone pancerzyki otwornic Miniacina miniacea. Turyści nie mają już tutaj wstępu, ponieważ zabierali ze sobą na pamiątkę nietypowy piasek i w ten sposób niszczyli ten wyjątkowy zakątek. Na pozostałych wyspach również znajdziemy piaszczyste i otoczone skałami zatoczki. Promieniami słońca, przyjemnie ciepłą wodą i piękną przyrodą dookoła nas możemy cieszyć się na plażach na Santa Marii (Cala Santa Maria), Caprerze (Spiaggia di Cala Coticcio) i Spargi (Cala Corsara).

 

Na La Maddalenie pospacerujemy po wąskich uliczkach i zaułkach niewielkiego, uroczego miasteczka o tej samej nazwie. Na Caprerze z kolei odwiedzimy grób Giuseppe Garibaldiego (1807–1882). Ten włoski bohater narodowy umarł właśnie na tej wyspie. Przed śmiercią poprosił podobno o przestawienie swojego łóżka tak, aby mógł z niego widzieć morze.

 

Widok na zabytkowe Alghero od strony morza

Alghero panorama

© UFFICIO STAMPA DELLA REGIONE AUTONOMA DELLA SARDEGNA

 

 LUKSUS I NATURA

 

Costa Smeralda nosi jeszcze jeden przydomek, a mianowicie Wybrzeże VIP-ów. To tutaj największe gwiazdy odpoczywają z dala od błysków fleszy i przybywają miliarderzy, tu odbywają się wykwintne przyjęcia na wartych miliony dolarów jachtach. Do lat 60. XX w. ten rejon Sardynii był miejscem zupełnie dzikim i nieznanym. Mało żyzne ziemie, dziedziczone przez kobiety, nie mały dla Sardyńczyków wartości. Jednak gdy nad tą częścią wyspy przelatywał książę Aga Chan IV, przywódca ismailickich nizarytów, od razu się w niej zakochał. Odkupił więc za grosze od lokalnych właścicieli ich działki i w ciągu dwóch dekad przemienił region w ekskluzywną enklawę dla znanych ludzi, którzy chcieli uciec przed zgiełkiem i rozgłosem.

 

W ten sposób powstała cała infrastruktura umożliwiająca turystom pobyt na Szmaragdowym Wybrzeżu. Osuszono nadbrzeżne mokradła, zbudowano międzynarodowe lotnisko w Olbii i hotele. Od podstaw wzniesiono miejscowość, która stała się synonimem luksusu. Porto Cervo zaprojektował znany włoski architekt Luigi Vietti (przy projektach na Costa Smeralda pracowali jeszcze Francuz Jacques Couëlle i jego syn Savin oraz Włoch Michele Busiri Vici), któremu Aga Chan IV wyznaczył wiele rygorystycznych wytycznych. Przede wszystkim książę zadbał o to, żeby ograniczyć do minimum ingerencję w środowisko naturalne. Architekt otrzymał zadanie wykorzystania zastanych walorów tego miejsca w taki sposób, aby jednocześnie stworzyć miasteczko funkcjonalne, komfortowe i wkomponowane w piękny krajobraz. Wszystkie materiały służące do budowy musiały być dostępne na wyspie. Domy w Porto Cervo nie przewyższają drzew, możemy spotkać tu budynki, w które skały czy roślinność zostały niejako wtopione. To wyjątkowy przykład symbiozy architektury z naturą. Kolory ścian odpowiadają barwie okolicznych skał, kostki brukowe są granitowe, bramy wjazdowe i tarasy wykonano z drewna cedrowego. Wszelkie instalacje ukryto pod ziemią, nie dostrzeżemy też żadnych reklam, ponieważ wieszanie plakatów jest surowo zabronione. Dodatkowo książę roboty budowlane zlecał miejscowej ludności. Dziś sardyńska branża turystyczna szczyci się tym, że za cel stawia sobie dbanie o środowisko naturalne. Gdy Aga Chan IV zaczynał realizować swoje pomysły na Szmaragdowym Wybrzeżu, to podejście wydawało się rewolucyjne.

 

W Porto Cervo znajdują się prywatne rezydencje, mały Kościół Gwiazdy Morza (Chiesa di Stella Maris), luksusowe butiki, restauracje i port, w którym ogromne wrażenie robią zacumowane w nim jachty. Dzięki wyjątkowo harmonijnie zaprojektowanemu otoczeniu podkreślającemu piękno krajobrazu tutejsza marina zachwyca bardziej niż ta w Monako. Porto Cervo jest miejscowością, jakiej nie zobaczymy nigdzie indziej na świecie – ekskluzywną, lecz pełną klasy i nie narzucającą się swoim blichtrem naturze.

 

 OZDOBA WŁOCH

 

 Na północy wyspy nie sposób przeoczyć Castelsardo, prawdziwej perły wśród malowniczych sardyńskich miasteczek. Nad spienionymi morskimi falami i aragońską wieżą góruje w nim zamek. Historia miasta jest długa i pełna intrygujących zwrotów akcji. Za datę powstania Castelsardo przyjmuje się 1102 r., to jednak data umowna. Nowe osady zaczęto wznosić na Sardynii po 1016 r., czyli po pokonaniu muzułmańskiej flotyMudżahida (Mujāhida), władcy Denii, przez połączone siły Sardyńczyków, Pizańczyków i Genueńczyków. W geście wdzięczności za okazaną pomoc czterej królowie sardyńscy podarowali sojusznikom nieurodzajne ziemie nadmorskie, na których ci zbudowali twierdze i skąd rozpoczęli swoją ekspansję na wyspie. Tereny, gdzie dziś znajduje się Castelsardo, otrzymała wpływowa rodzina Doria z Genui, a zamek pozostawał w jej posiadaniu od 1102 do 1448 r. Usytuowana na wzniesieniu budowla była niezmiernie trudna do zdobycia, w środku zebrano zasoby wody pitnej i zapasy jedzenia na kilka lat oblężenia. Panowało przekonanie, że nikt nie podbije tak naprawdę Sardynii, jeśli nie zdobędzie tej fortecy. Początkowo nazywano ją Zamkiem Genueńskim (Castel Genovese), a po zagarnięciu jej przez Aragończyków – Zamkiem Aragońskim (Castel Aragonese). W 1527 r. flota rodziny Doria próbowała odzyskać twierdzę, ale – niestety – po kilku dniach oblężenia musiała przerwać atak. Przez kolejne wieki miasto i cała wyspa zmagały się z głodem i epidemiami. W 1720 r. Castel Aragonese przeszedł w ręce dynastii sabaudzkiej – Wiktor Amadeusz II (1666–1732) dostał Sardynię od Austrii w zamian za Sycylię. Kolejny król, Karol Emanuel III (1701–1773), zmienił w 1769 r. nazwę fortecy na Zamek Sardyński, czyli Castelsardo.

 

Obecnie w twierdzy znajdują się sale ślubne, a także Muzeum Plecionkarstwa Śródziemnomorskiego. Przedmioty z trawy morskiej wyplatano w różnych formach. Pełniły wiele funkcji – służyły za naczynia do użytku domowego, były stosowane do połowu ryb i skorupiaków, wykorzystywano je jako łodzie. W Castelsardo można kupić przepiękne tradycyjne kosze. Nawet jeśli nie należą do najtańszych, są praktyczną i oryginalną pamiątką, bardzo charakterystyczną dla Sardynii, podobnie jak wyroby z korka. Obok zamku wnosi się Konkatedra św. Antoniego Opata (Concattedrale di Sant’Antonio Abate), konsekrowana w 1622 r. Jej ołtarz zdobi XV-wieczny obraz Madonny z Dzieciątkiem na tronie. Warto zwiedzić też katakumby, w których powstała interesująca ekspozycja rzeźb i obrazów. Natomiast Kościół Matki Boskiej Łaskawej (Chiesa di Santa Maria delle Grazie) zachwyca prostotą i skromnym wystrojem. W środku znajdziemy drewnianą rzeźbę Jezusa. W świątyni ma swoją siedzibę Bractwo Krzyża Świętego. Jeżeli dopisze nam szczęście, trafimy na próbę pieśni wielkanocnych, które mężczyźni ze wspólnoty zawsze wykonują w kwartetach. To magiczny, nieporównywalny do niczego rodzaj muzyki. W Wielki Poniedziałek (Lunissanti) w miasteczku odbywa się procesja z krzyżem, podczas której członkowie bractwa, odziani w białe szaty i szpiczaste kaptury, modlą się poprzez swój śpiew.

 

Castelsardo to niezwykłe miejsce. Podczas pobytu na północy Sardynii trzeba koniecznie je odwiedzić i spędzić tu choćby jeden dzień na spacerze i zwiedzaniu. Jeśli poczujemy się zmęczeni, możemy usiąść, aby napić się prosecco i posilić się sardyńskimi przysmakami, najlepiej w którejś z klimatycznych knajpek z przepięknym widokiem na wyjątkowy zamek będący jednym z symboli wyspy.

 

DZIKOŚĆ DUSZY

 

Widok na Nuoro, główny ośrodek miejski we wciąż dzikiej Barbagii

Barbagia2

© JAROSŁAW DĄBROWSKI/AGENCJA-INFINITY.PL

 

W Sardynii łatwo się zakochać i to nie tylko w jej wspaniałych plażach, lecz także malowniczym górzystym wnętrzu lądu. Prawdziwym sercem tej wyspy, które bije nieustannie od dawien dawna, jest Barbagia. Przez zdobywców była nazywana krainą barbarzyńców i bandytów, ale tak naprawdę stanowi ona centrum ojczyzny Sardyńczyków. Tu rodziły się zwyczaje i tradycje. W tej surowej krainie hołdowano również kiedyś prawu wendety. Nad wioskami górują w niej skalne masywy Supramonte i Gennargentu z najwyższym szczytem Punta La Marmora (1834 m n.p.m.). Barbagia to raj dla osób kochających dziką naturę, wyprawy trekkingowe i wspinaczkę oraz… prostą, tradycyjną kuchnię. Charakterystyczne dla tego regionu są też murale – forma społecznej i politycznej ekspresji, których najwięcej znaleźć można w miasteczku Orgosolo. Mieszkańcy tej części wyspy wydają się niejako przyrośnięci do ziemi, a ta odwzajemnia to przywiązanie, choć każda ze stron w tym związku pozostaje tak samo wierna, jak i surowa.

 

JASKINIE I GOŚCINA U PASTERZY

 

Fragment świętej studni w osadzie nuragijskiej Sa Sedda ’e Sos Carros

 

Wykopaliska

© JAROSŁAW DĄBROWSKI/AGENCJA-INFINITY.PL

 

Z Alghero warto wybrać się doBarbagii na wycieczkę jeepami. Wyrusza się na nią z samego rana, żeby o godz. 9.00 przesiąść się w miejscowości Oliena do samochodów i spędzić cały dzień na wyprawie po górach i jaskiniach urozmaiconej oglądaniem stanowiska archeologicznego. Widoki po drodze są przepiękne – gdy po opuszczeniu nadmorskich kurortów przeniesiemy się w głąb Sardynii, możemy poczuć się jak w zupełnie innym świecie. Dobrze zabrać ze sobą przewodników, zwłaszcza osoby pochodzące z tego regionu, które z pasją opowiadają o każdym odwiedzanym miejscu i dzielą się historiami mrożącymi niekiedy krew w żyłach.

 

Jaskinia Sa Oche wita nas sylwetką spoglądającej z półki skalnej czarnej pantery. Otwór w skale przypomina dzikiego kota strzegącego przejścia. Temperatura powietrza znacznie się obniża już kilka metrów od wejścia do groty, co w letnim upale przynosi niezwykłą ulgę. Jaskinia jest tak naprawdę korytem górskiej rzeki wydrążonym przez jej nurt i przez część roku bywa całkowicie zalana. Zanim woda piętrząca się w podziemnych korytarzach wypłynie na zewnątrz, wydaje bardzo donośne odgłosy, czym ostrzega zamieszkujących dolinę ludzi przed nadchodzącym niebezpieczeństwem. Stąd pochodzi nazwa groty. Sa Oche oznacza w języku sardyńskim „głos”.

 

Kolejny punkt wyprawy to stanowisko archeologiczne Sa Sedda ’e Sos Carros – nuragijska wioska zbudowana ok. 1300 r. p.n.e. Kompleks składa się z mniej więcej 150 okrągłych i owalnych chat, centralnej budowli i świątyni. Jednak ze względu na brak funduszy większa część osady nie została odkopana. Do zwiedzania udostępniono zespół świątynny. Powstał on ku czci bóstw wody. Jego centrum wyznacza święta studnia z widocznymi do tej pory głowami muflonów. Kiedyś równomiernie tryskała z nich woda.

 

W okolicy miasteczka Oliena znajduje się Su Gologone, krótki strumień zasilający rzekę Cedrino. W rzeczywistości tworzy on prawdopodobnie podziemną rzekę, której odkryty został jedynie mały fragment. Speleologom podczas kilku niebezpiecznych ekspedycji udało się zejść do tej pory maksymalnie na głębokość 135 m (w 2010 r.). Nad wodą wypływającą ze źródła wznosi się niewielki kościół. Na jego ścianach dostrzeżemy ślady po powodziach nawiedzających tę okolicę. Znaczą mury aż pod sam sufit.

 

Zaledwie kilka kilometrów od Olieny leży jedna z najdzikszych i najbardziej fascynujących części Sardynii – zatoka Orosei (Golfo di Orosei). Za jej wyjątkową ozdobę uchodzą wspaniałe plaże takie jak Cala Goloritzè, Cala Luna i Cala Mariolu oraz przepiękna jaskinia zwana Grotta del Bue Marino.

 

Po całodziennym zwiedzaniu doskonałym odpoczynkiem jest prawdziwa uczta u pasterzy, którzy już od rana przygotowują ricottę i przez wiele godzin pieką porceddu oraz inne mięsiwa. W cieniu drzew można wypocząć, napić się i najeść do syta, a nawet poznać nieco pasterskie zwyczaje. Na przystawkę pasterze podają zimne wędliny i oliwki, pane carasau z miodem i świeżą ricottą, a do tego czerwone wino Cannonau. Danie główne stanowią pieczone kiełbasy i rozpływające się w ustach prosię z rusztu. Na deser są owoce, sery owcze i kozie, liście sałaty rzymskiej polane miodem i… kieliszek grappy. Ten prosty posiłek dostarcza doznań kulinarnych godnych najlepszej restauracji.

 

To tylko krótki opis niewielkiego skrawka Sardynii, na której znajdziemy wszystko, czego turyści mogą zapragnąć. Na zboczach szczytu Bruncu Spina (1829 m n.p.m.) w masywie Gennargentu pojeździmy nawet na nartach. Dlatego po pierwszej wizycie i każdej kolejnej chce się tu znowu wrócić. Nie sposób też poznać do końca całej wyspy, zawsze odkrywa się na niej coś zupełnie nowego. Sardynia jest jednocześnie przystępna i tajemnicza, otwarta i zagadkowa, po prostu niezmiernie fascynująca.

 

Cala Goloritzè, niezmiernie fotogeniczna nieduża plaża w zatoce Orosei

Cala GoloritzÉ

© RENATA TRAVEL