Kościelisko będzie gospodarzem mety szóstego etapu 76. Tour de Pologne UCI World Tour. Miastem startowym szóstego etapu pozostaje Zakopane. Także w Kościelisku odbędzie się ostatni etap zawodów Kinder+Sport Mini Tour de Pologne. Nieznacznie wydłużony został etap siódmy Bukovina Resort – Bukowina Tatrzańska, a także trasa Tour de Pologne Amatorów.

Czytaj więcej...

Kawa z Peru wciąż nie jest najbardziej kojarzonym z tym krajem produktem. Dopiero od niedawna zdobywa sobie silniejszą pozycję na światowych rynkach. W Ameryce Łacińskiej do najpopularniejszych eksporterów kawowych ziaren należą Brazylia i Kolumbia oraz Honduras, Meksyk i Gwatemala. Krzewy kawowca trafiły na tereny dzisiejszego Peru razem z Hiszpanami, gdy podbijali oni kontynent południowoamerykański. Obecnie większość plantacji kawy to niezbyt duże rodzinne przedsięwzięcia. Gospodarstwa te współpracują ze sobą w ramach spółdzielni (kooperatyw), aby korzystać ze wspólnych suszarni czy masowo eksportować swój towar.

Czytaj więcej...

Nadmorska miejscowość, 77 zł za dobę, wakacje w dwie osoby i nocleg zarezerwowany 13 dni przed wyjazdem - w taki sposób podróżuje najwięcej polskich wczasowiczów. Co ciekawe - już co trzecia osoba na wakacje zabiera swojego pupila. Przedstawiamy wakacyjny profil Polaka.

Czytaj więcej...

W 2019 r. Hawana obchodzi 500. rocznicę powstania miasta (założonego 16 listopada 1519 r. nad zatoką Carenas, po hiszpańsku Bahía de Carenas, znaną dzisiaj bardziej pod nazwą Bahía de La Habana). Z tej okazji zaplanowano mnóstwo interesujących atrakcji przybliżających historię, kulturę, sztukę, kulinaria i zwyczaje kubańskiej stolicy. Obchodom towarzyszą także imprezy branży turystycznej.

Czytaj więcej...

W sklepie Polskich Kolei Linowych na Kasprowym Wierchu dostępna jest nowa, letnia kolekcja unikalnych ubrań i pamiątkowych gadżetów. Tym razem projektanci wykorzystali motywy tatrzańskich zwierząt i postawili na barwy natury. Wszystkie artykuły wyprodukowano w Polsce na specjalne zamówienie PKL. 

Czytaj więcej...

Najlepsze miejsca na długi weekend na przełomie maja i czerwca

Na przełomie maja i czerwca czeka na nas kolejny długi weekend – Boże Ciało w tym roku wypada 31 maja. Jeden dzień wolnego pozwoli na cztery dni wypoczynku.

Czytaj Więcej >>

Najlepsze pomysły na wyjazd rodzinny z okazji Dnia Dziecka

Wkrótce Międzynarodowy Dzień Dziecka. Wielu rodziców zastanawia się, w jaki sposób spędzić ten szczególny dzień ze swoimi pociechami, aby przyniósł jak najwięcej radości i pozostawił przyjemne wspomnienia. Możliwości na uczczenie tego święta jest naprawdę wiele. 

Czytaj Więcej >>

Najciekawsze pomysły na Majówkę

Już w marcu zaczynamy zastanawiać się, jak, a przede wszystkim, gdzie spędzimy Majówkę. W tym roku 1 maja wypada we wtorek, dodając do tego dwa weekendy plus 3 dni urlopu – szykuje się aż niemal 10 dni wypoczynku!  Czytaj więcej >

Najlepsze wiosenne wyjazdy typu city break

City break to alternatywna opcja dla tych wszystkich, którzy nie mają czasu wybrać się na dłuższy wypoczynek. Obejmuje ona wyjazdy weekendowe do najciekawszych miejsc w Europie. Krótkoterminowa wycieczka pozwala na wypoczynek oraz zapoznanie się z kulturą i kuchnią danego regionu.  Czytaj więcej >

Artykuły wybrane losowo

Seszele – kokosowa kraina szczęścia

379 IMG1 Grande Soeur 10630x7102

Otoczona granitowymi skałami rajska plaża na wysepce Grande Soeur na Seszelach

© SEYCHELLES TOURISM BOARD

 

MAGGIE ANKOWSKA

www.seszelerajnaziemi.com

 

Pewnego dnia dziwnym zbiegiem okoliczności miejsce, które do niedawna było dla mnie tylko kropką na mapie świata, tropikiem odległym i nieosiągalnym, stało się moim domem. Wylądowałam w zakazanym raju – wielokrotnie odnosiłam wrażenie, że nie mam prawa tu być. Na Seszelach, archipelagu będącym częścią Grzbietu Maskareńskiego, do dziś żyje największa populacja żółwi olbrzymich na naszym globie. Większość wysp jest niezamieszkała, a ciszę mąci na nich tylko szum Oceanu Indyjskiego i wiatr szeleszczący wśród liści palm kokosowych…

 

W tym wyspiarskim państwie mieszka ponad 93 tys. ludzi. Dla porównania w samej Warszawie żyje ich niemal 19 razy tyle. Największa w archipelagu jest wyspa Mahé (157,3 km2) ze stolicą Victorią. Seszele, znajdujące się przez wiele lat w rękach Francuzów, a potem Brytyjczyków, uzyskały niepodległość w czerwcu 1976 r. Mimo iż ich mieszkańcy silnie utożsamiają się ze swoją kreolską kulturą i najchętniej posługują się seszelskim kreolskim, wpływy wcześniejszych kolonizatorów są bardzo wyraźne – do języków urzędowych należy również francuski i brytyjski, na ulicach obowiązuje ruch lewostronny, a w budynkach montuje się gniazdka z trzema otworami.

 

Choć dochody z turystyki stanowią niezmiernie istotną część budżetu państwa i miejscowi chętnie goszczą turystów, najważniejsze pozostaje dla nich zachowanie archipelagu w niezmienionym naturalnym stanie. Życie lokalnej ludności płynie spokojnym rytmem, a ruch turystyczny odbywa się jakby obok. Mieszkałam tutaj kilka lat, pracowałam z wyspiarzami i spędzałam z nimi czas wolny, ale pomimo moich największych starań i dużej otwartości na odmienną kulturę zawsze czułam się obca, choć zostałam zaakceptowana. Ta aura niedostępności otaczająca Seszelczyków sprawia, że człowiek z zewnątrz odnosi wrażenie, iż znalazł miejsce wyjątkowe, tylko dla wybranych – trafił do raju. Okolica zdaje się zresztą potwierdzać to przypuszczenie. Nawet na Mahé, najpopularniejszej z wysp, o każdej porze dnia możemy wybierać z minimum tuzina rajskich plaż, na których będziemy po prostu sami.

 

WYSPA ATRAKCJI

 

W ostatnich latach ruch turystyczny na Seszelach zwiększył się i dziś archipelag postrzegany jest jako idealne miejsce na romantyczny wyjazd dla zakochanych, ślub, podróż poślubną czy świętowanie okrągłych rocznic dla osób w związku. Trudno się temu dziwić. Już w momencie opuszczania samolotu można poczuć, że trafiło się w tropiki. Słodkie, lepkie, gorące powietrze o niepowtarzalnym zapachu otula twarz i zapowiada dalsze przyjemności. Droga z lotniska prowadzi krętym wybrzeżem pokrytym białym piaskiem i granitowymi skałami. Gdy wreszcie dotrze się do jednego z miejscowych wspaniałych hoteli, trudno oprzeć się urokowi pięknych prywatnych plaż i znakomicie zagospodarowanych ogrodów. Niejednemu turyście wydaje się, że cudowniej być już nie może. Dlatego też wielu z nich decyduje się nie opuszczać swojego hotelowego raju, ale zupełnie niesłusznie. Zapewniam, że warto poznać bliżej całe Seszele.

 

Ze wszystkich wysp archipelagu właściwie tylko trzy są zamieszkałe przez lokalną ludność – Mahé, Praslin i La Digue. Na kilku pozostałych znajdują się luksusowe ośrodki wczasowe i przebywają tu tylko bardzo majętni turyści i obsługa hotelowa.

 

Dla większości osób odwiedzających Seszele pierwszym przystankiem jest Mahé. Ponieważ to największa i najbardziej rozwinięta wyspa z całego regionu, czeka na niej najwięcej atrakcji. Możemy wykupić lot helikopterem, popłynąć na połów, pojeździć po wybrzeżu konno, wynająć skutery wodne, wybrać się na rejs łodzią i zatrzymywać po drodze na najdzikszych plażach. Dla amatorów pieszych wycieczek nie zabraknie szlaków trekkingowych. W środku tropikalnego lasu poszalejemy na tyrolce. Podwodne królestwo wokół Mahé przypadnie do gustu nawet najbardziej wymagającym i doświadczonym nurkom. Chyba jedynym typowo turystycznym rejonem jest plaża Beau Vallon położona na północno-zachodnim brzegu wyspy. W jej okolicy znajdują się hotele, restauracje, promenada i uliczny bazar Labrin, na którym sprzedaje się typowo kreolskie jedzenie. Warto odwiedzić to miejsce w środę wieczorem, kiedy odbywa się festyn z kulinarnymi przysmakami. Seszelski rum Takamaka leje się wtedy strumieniami, a wokół rozbrzmiewa kreolska muzyka. Okoliczni mieszkańcy wylegają na ulice i można poczuć się wśród nich częścią tej lokalnej społeczności, która chętnie przyjmuje do swojego grona ludzi chcących poznać tutejszą kulturę.

 

Jeśli jednak wolimy zejść z utartych ścieżek i odkryć prawdziwe oblicze wyspy, proponuję wynająć samochód i objechać ją dookoła. Podczas takiej wycieczki trzeba zatrzymać się na plaży Anse Royale i po spacerze po ogrodzie przypraw spróbować dań seszelskiej kuchni. Na liście obowiązkowych przystanków nie powinno zabraknąć także Anse Takamaka. Ta jedna z najsłynniejszych plaż na Mahé ciągnie się przez 2 km. Warto zahaczyć też o plaże Anse Intendance i Port Launay.

 

Do stolicy Seszeli – Victorii – dobrze wybrać się rano, aby zdążyć na najświeższe przysmaki z tutejszego targu rybnego, kupić przyprawy, owoce i warzywa. Jeśli jednak ryby aż tak nas nie interesują albo wolimy rozpocząć dzień od plażowania, możemy spokojnie odwiedzić to miejsce później, gdyż otwarte jest do popołudnia i rzadko kiedy brakuje tu towaru.

 

Miłośnicy lokalnej sztuki znajdą w mieście mnóstwo straganów i galerii oferujących wyroby seszelskich artystów. W położonej na piętrze restauracji „Marie-Antoinette” spróbujemy miejscowej kuchni i zasymilujemy się z tutejszą społecznością.

 

Prawie w samym centrum Victorii, w dzielnicy Mont Fleuri leży piękny ogród botaniczny, w którym można zobaczyć, a nawet nakarmić słynne żółwie olbrzymie. Te osobliwe zwierzęta są jedną z większych atrakcji w tym zakątku świata.

 

W SESZELSKICH GŁĘBINACH

 

Podwodny świat Seszeli to przede wszystkim mieniące się tysiącami kolorów i tętniące życiem rafy koralowe, ale nie tylko one. Do najpopularniejszych punktów nurkowych w okolicy należą także cztery wraki (Ennerdale, Twin Barges, Dredger i Aldebaran), które koniecznie trzeba zobaczyć. W ich pobliżu zawsze, bez względu na sezon czy pogodę, można spotkać licznych mieszkańców oceanicznego królestwa. Pod wodą z pewnością natkniemy się na skorpeny, szkaradnice, skrzydlice, olbrzymich rozmiarów homary czy rozdymki tygrysie, a oglądaniu tych niezwykłych stworzeń będzie towarzyszył lekki dreszczyk emocji związany ze zwiedzaniem wnętrz zatopionych statków.

 

Sprzyjające warunki pogodowe i stabilna temperatura utrzymująca się przez cały rok sprawiają, że na nurkowanie na Seszelach warto wybrać się właściwie zawsze, jednak są miesiące, w których eksploracja głębin bywa znacznie przyjemniejsza. Polecam szczególnie okres od stycznia do kwietnia. Wówczas woda jest najcieplejsza, a widoczność – najlepsza. Życie w oceanie rozkwita i zachwyca swoją różnorodnością. Deszcze nie padają prawie w ogóle, w związku z czym między kolejnymi zanurzeniami można przyjemnie odpocząć na łódce i wspaniale się opalić.

 

211 STB 14 Vallee De Mai 4961x3311

Rezerwat Naturalny Doliny Mai porastają endemiczne lodoicje seszelskie

© SEYCHELLES TOURISM BOARD

 

Nie oznacza to jednak wcale, że nie powinno się nurkować w pozostałe miesiące, wręcz przeciwnie, nawet trzeba! Zwłaszcza jeśli chcielibyśmy popływać w towarzystwie rekinów wielorybich. Przybywają one w rejon archipelagu w okolicy września i października wraz z południowo-wschodnim monsunem, aby żywić się planktonem. Woda w tym czasie jest trochę chłodniejsza – ma ok. 24–26°C, ale 45-minutowa kąpiel w takiej temperaturze w odpowiednim stroju miło orzeźwia, a podziwianie tej największej ryby na ziemi dostarcza niezapomnianych wrażeń.

 

Nie trzeba być jednak doświadczonym nurkiem, aby odkrywać piękno oceanicznego świata Seszeli. Osoby początkujące znajdą tu wiele fantastycznych miejsc na płytkich wodach, gdzie pośród wspaniałej morskiej fauny i flory będą mogły podszlifować swoje nurkowe umiejętności.

 

Tym, którzy wolą zostać na powierzchni, a ryby chętniej widzą na swoim talerzu, również spodoba się na archipelagu. W regionie, gdzie taniej jest mieć małą łódkę niż samochód, ludzie często trudnią się połowami, a wiedza lokalnych rybaków bywaimponująca. Chętnie dzielą się nią ze wszystkimi zainteresowanymi w trakcie powszechnie organizowanych wypraw na pełne morze, podczas których trafiają się takie zdobycze jak barakudy, żaglice, tuńczyki, pelamidy, marliny błękitne czy samogłowy.

 

Wróćmy jednak na chwilę na ląd, bo i tutaj na Mahé na miłośników przygód czeka niejedno. Jeśli ktoś lubi bliski kontakt z naturą i górskie wędrówki, to na pewno się nie rozczaruje. Co prawda tutejsze góry nie są wysokie, więc wspinaczka w ich rejonie ma charakter bardziej turystyczny niż wyczynowy, ale istnieje kilka szlaków, których pokonanie w tym tropikalnym klimacie wymaga nieco wysiłku. Nagrodę dla wytrwałych stanowią satysfakcja i niepowtarzalne widoki. Najwyższym szczytem na wyspie jest Morne Seychellois (905 m n.p.m.) i choć wydaje się niewysoki, wyprawa na niego bywa niełatwa. Trzeba się dobrze napocić, aby dotrzeć do wierzchołka, ale naprawdę warto! Przy odpowiedniej pogodzie można stąd podziwiać zapierający dech w piersiach rozległy widok na Ocean Indyjski upstrzony gdzieniegdzie kawałkami zielonego, często nietkniętego ludzką ręką lądu.

 

Mahé, mimo iż jest wspaniała i różnorodna, stanowi jednak tylko część tropikalnego archipelagu. Jeśli ograniczymy się więc jedynie do pobytu na niej, nie będziemy w stanie poznać całego regionu. Choć nie sposób odwiedzić wszystkich wysp, są miejsca, których przegapić nie wolno…

 

W CIENIU PALM

 

Zwiedzanie powinniśmy zacząć od Praslin, mimo iż La Digue leży w podobnej odległości od Mahé. Na wyspę najlepiej dostać się porannym samolotem – lot dwupłatowcem prawie w kokpicie pilota dostarcza niesamowitych wrażeń, a przepiękny widok wschodzącego słońca i budzącego się do życia świata zostaje na długo w pamięci.

 

Praslin zachwyca swoimi restauracjami, barami i chyba jeszcze piękniejszymi plażami i ośrodkami wypoczynkowymi, z których nie chce się wychodzić. Jeżeli planujemy spędzić na Seszelach więcej czasu i mamy kilka wolnych dni do zagospodarowania, wizyta tu z pewnością nas nie rozczaruje. Wyspa ta charakteryzuje się stabilniejszą od Mahé pogodą, niewielkim ruchem samochodowym i licznymi połaciami pełnych życia tropikalnych lasów.

 

Odwiedziny na tutejszej przepięknej plaży Anse Lazio będą wspaniałym wstępem do późniejszego poznawania cudów La Digue. Oprócz tego na Praslin zobaczyć trzeba na pewno Rezerwat Naturalny Doliny Mai (Vallée de Mai Nature Reserve) z ekosystemem stanowiącym pozostałość po pradawnych lasach palmowych, gdzie wykształciła się słynna endemiczna dla Seszeli palma kokosowa (lodoicja seszelska), lokalnie zwana coco de mer. W jej owocach o bardzo specyficznym kształcie kryje się największe nasienie świata roślinnego. Wyjątkowa lodoicja seszelska stała się symbolem tego wyspiarskiego kraju.

 

W tych niemalże niezmienionych od wieków lasach spotkać można wiele endemicznych gatunków ptaków i roślin. Podczas spaceru da się usłyszeć czarną papugę seszelską, koralczyka czerwonogłowego czy pustułkę seszelską. Niesamowite bogactwo fauny i flory, zachowane do dziś dzięki staraniom Seszelczyków, sprawia, że to miejsce przypomina świat sprzed rozwinięcia się cywilizacji człowieka, prehistoryczną krainę, w której rządzi tylko natura.

 

Jeśli z Praslin będziemy chcieli wybrać się na La Digue, zabierze nas na nią prom. Na 15 min. staniemy się małym poruszającym się punkcikiem na bezkresnym Oceanie Indyjskim. Gdy ze wszystkich stron otacza nas lazurowa woda, a na horyzoncie widać jedynie oddalającą się linię brzegową usianą palmami kokosowymi, trudno nie pomyśleć, jak mali jesteśmy w porównaniu z ogromem świata. I może niektórych myśl ta przeraża i skłania do rozważań prowadzących do kryzysu egzystencjalnego, ale ja w takim właśnie momencie czuję się wolna…

 

225 STB 7 Creole Buffet 4961x3311

Kuchnia seszelska charakteryzuje się niezmiernie bogatą mieszanką smaków

© SEYCHELLES TOURISM BOARD

 

SMAK RAJU

 

La Digue to miejsce idealne. Na tej trzeciej co do wielkości zamieszkałej wyspie Seszeli główny środek transportu stanowi rower. Zaraz po wpłynięciu do portu przedsiębiorczy miejscowi próbują każdego z turystów wyposażyć w jednoślad. Nie należy, oczywiście, oczekiwać najnowocześniejszych modeli rowerów górsko-wyścigowych – większość z oferowanych pojazdów to raczej wysłużone i lekko zniszczone wehikuły, ale przecież nikt nie przyjeżdża się tu ścigać…

 

Na La Digue koniecznie trzeba odwiedzić dwie plaże: Anse Source d’Argent i L’Union Estate. Do obydwu prowadzą bardzo przyjemne, niewymagające specjalnej sprawności fizycznej trasy rowerowe. W Parku Union Estate możemy spotkać żółwie olbrzymie, zwiedzić plantacje wanilii, kokosów i ananasów. Po przemierzeniu tej okolicy w końcu dociera się do jednej z najczęściej fotografowanych plaż na świecie – Anse Source d’Argent. Biały, drobny piasek, nieskazitelnie czysta, turkusowa woda, kokosowe palmy i tak charakterystyczne dla Seszeli granitowe skały tworzą scenerię niczym z prawdziwego raju. Do tego wokół panuje niesamowita cisza nie zakłócana nawet szumem fal, bo ich tu prawie nie ma. Koniecznie należy zabrać ze sobą maskę do snorkelingu, chociaż nawet bez niej najprawdopodobniej będziemy mogli oglądać żółwie morskie podpływające do brzegu w towarzystwie najbardziej egzotycznych gatunków ryb na ziemi. Podczas spaceru wzdłuż plaży na południe podziwia się zapierające dech w piersiach widoki, które na zawsze pozostawiają w pamięci pewność, że byliśmy częścią czegoś wyjątkowego.

 

Choć dzięki otaczającemu nas pięknu na chwilę zapomnimy o głodzie, oprócz nasycenia ducha ważny jest też pokarm dla ciała. Usytuowana tuż przy plaży restauracja, której nie sposób ominąć w drodze powrotnej, serwuje przysmaki kuchni kreolskiej, opartej głównie na rybach i owocach morza.

 

Potrawy z Seszeli są świeże i naturalne. W tutejszej aromatycznej, dość pikantnej kuchni wykorzystuje się głównie produkty lokalne. Miłośnicy owoców morza będą zachwyceni – na początek powinni spróbować tradycyjnej sałatki z ośmiornicy, a po niej ryby po kreolsku. Rybołówstwo jest jednym z głównych zajęć na archipelagu, więc różnorakich świeżych ryb, wyławianych praktycznie co godzinę, nie brakuje nigdy, a miejscowi osiągnęli prawdziwe mistrzostwo w ich przygotowywaniu. Niemal do każdego posiłku podaje się sałatkę z mango i papai. Wyśmienicie komponuje się ona z dość pikantnymi przyprawami, w szczególności ze słynnym kreolskim sosem curry, z którym serwuje się praktycznie wszystko: kurczaka, ryby, wieprzowinę, a dla odważniejszych – lokalny przysmak, czyli nietoperza!

 

Na Seszelach warto też spróbować charakterystycznego dla wysp pacyficznych owocu chlebowca właściwego – rośnie na drzewie i wygląda jak owoc, ale ma konsystencję świeżego chleba i smakuje podobnie do pieczonych ziemniaków. Ci, którzy nie lubią kulinarnych eksperymentów, mogą zamówić po prostu hamburgera i frytki.

 

Najedzeni, opaleni i wypoczęci wyruszymy w drogę powrotną do portu, aby zdążyć przed zachodem słońca. Należy pamiętać, że Seszele leżą na równiku, więc dzień i noc mają porównywalną długość przez cały rok (mniej więcej 12 godz.). Słońce zachodzi ok. godz. 18.30. Zachód oglądany z pokładu statku płynącego przez ocean wygląda po prostu bajecznie…

 

324 IMG24 Anse Source dArgent 4288x2848

Zjawiskowa plaża Anse Source d’Argent na La Digue

© SEYCHELLES TOURISM BOARD

 

OSOBLIWY CUD NATURY

 

Rozpieszczeni i może nawet chwilowo nasyceni ostatnimi wrażeniami nie dajmy się zwieść, że widzieliśmy już wszystko. Najdalej na północ w archipelagu leży niewielka koralowa wyspa o powierzchni ok. 1 km2, przez wielu uważana za najpiękniejszą na świecie. To prawdziwy raj dla ornitologów, miejsce, w którym w niezmąconym spokoju żółwie morskie (zielone i szylkretowe) składają jaja.

 

Od maja do października miliony ptaków przylatują na Bird Island zakładać gniazda. Przez cały rok wyspę zasiedla przynajmniej 20 ich gatunków. Nieustannie rozbrzmiewające ptasie odgłosy nie dają zapomnieć o tym, kto rządzi na tym skrawku lądu.

 

Na Bird Island znajduje się jeden ośrodek (z 24 bungalowami), zbudowany i prowadzony w jak największej zgodzie z naturą. Ze względu na ograniczoną liczbę miejsc wycieczkę na wyspę trzeba zaplanować odpowiednio wcześniej. Choć koszt pobytu może nie należy do najniższych, jest warty każdej złotówki, a większość pieniędzy zostawianych przez turystów przeznacza się na ochronę tego niezaprzeczalnego cudu przyrody.

 

Nie da się na paru stronach przedstawić całego bogactwa Seszeli, jak również nie sposób w kilka czy kilkanaście dni zwiedzić ich całych. Po każdej wyprawie na archipelag pozostaje niedosyt. Nawet po kilku latach spędzonych na wyspach wciąż będzie nam mało. Stawałam na najwyższych szczytach kontynentów, przemierzałam przerażające ciszą pustynie, skakałam z samolotów, nurkowałam w niedosięgłych głębinach oceanów – robiłam to wszystko, bo szukałam ekstremalnych doznań.

 

Seszele też są ekstremalne, w swoim pięknie, ciszy i osamotnieniu. Leżą pośrodku niczego. To miejsce tak cudowne, że niemal nierealne, odcięte od problemów, z którymi boryka się reszta świata. Tu królową jest natura, a największą wartością – czas spędzany na jej łonie w towarzystwie najbliższych, w cieniu kokosowych palm i przy szklaneczce Takamaki… Na Seszelach człowiek zaczyna rozumieć, że to właśnie ten poszukiwany przez wszystkich raj, beztroska kraina szczęścia.

 

Zerwij z rutyną w Meksyku

 

BARTEK JANKOWSKI

WWW.TROPIKEY.COM

 

 Gdyby zapytać przeciętnego Polaka, które regiony geograficzne lub miasta kojarzą mu się z Meksykiem, wspomniałby zapewne o Cancún, Acapulco czy półwyspie Jukatan. Od osób nieco bardziej zaznajomionych z tym krajem usłyszelibyśmy może o jego stolicy (także noszącej nazwę Meksyk – po hiszpańsku Ciudad de México), ośrodkach starożytnych Majów Chichén Itzá i Tulum bądź okrytym złą sławą przygranicznym Ciudad Juárez. Idę jednak o zakład, że Akumal, Mahahual (Majahual), Bacalar albo Mismayolę wymieniłaby jedynie garstka naszych rodaków. Czas zatem zboczyć z utartych turystycznych szlaków i zajrzeć do kilku mniej znanych zakątków znajdujących się w meksykańskich granicach.

 

Jesteśmy w samolocie gdzieś nad Atlantykiem. Nie wiem, kto wpadł na pomysł, żeby na liście filmów dostępnych w systemie rozrywki pokładowej umieścić Sicario (2015 r.). Kto widział co prawda świetne dzieło kanadyjskiego reżysera Denisa Villeneuve’a, opowiadające o misji przeciwko meksykańskiemu kartelowi narkotykowemu, zrozumie, dlaczego uważam taki wybór za nieodpowiedni na trasie do tego kraju. To trochę tak, jakby obcokrajowcom lecącym do Polski z Azji lub Ameryki Północnej proponować twórczość Wojciecha Smarzowskiego. Gdyby repertuar zależał ode mnie, pasażerowie mogliby oglądać raczej I twoją matkę też (2001 r.) Alfonsa Cuaróna, bo pokazuje Meksyk mniej oczywisty, klasyczną Noc iguany (1964 r.) Johna Hustona nakręconą w stanie Jalisco i koniecznie Nad morzem z 2009 r. (oryginalny tytuł brzmi Alamar). Właśnie ten ostatni paradokument o kilkuletnim Natanie, jego ojcu i dziadku pchnął nas na głębokie południe półwyspu Jukatan, niemal pod granicę z Belize. Chcieliśmy zobaczyć na własne oczy choć część tego, co sfilmował Pedro González-Rubio.

 

Ciągnącą się przez całe wschodnie wybrzeże Jukatanu szosą 307 (Carretera Federal 307) uciekamy czym prędzej od zgiełku Cancún. Niegdyś było ono perłą stanu Quintana Roo. Dziś pozostało już tylko maszynką do wysysania dolarów z rzeszy głównie amerykańskich i kanadyjskich turystów znęconych neonami obiecującymi wszelkiego rodzaju uciechy życia doczesnego. Wypełniony monstrualnymi hotelami piaszczysty skrawek lądu, który odcina lagunę Nichupté (Laguna de Nichupté) od błękitnego Morza Karaibskiego, należy do najbardziej chyba przygnębiających przykładów degradacji krajobrazu przez branżę hotelarską. Im jednak dalej na południe od Cancún, tym okolica staje się coraz bardziej przyjemna dla oczu. W tym rejonie dominuje soczyście zielony gąszcz lasów tropikalnych, z którego co kilka kilometrów wyłaniają się masywne bramy obwieszczające, że gdzieś za nimi kryje się kolejny 5-gwiazdkowy obiekt jednego z potentatów przemysłu wypoczynkowego.

 

TROCHĘ NA UBOCZU

 

Kolorowe wnętrze baru dla gości w pensjonacie Mayan Beach Garden

diningroom

© MAYAN BEACH GARDEN/MAYANBEACHGARDEN.COM

 

Na mapie tej części Jukatanu miejsce niezwykłe stanowi Akumal. Mimo iż i tu przy samej plaży znajdują się dwa hotele z najwyższej półki, ta mała, przytulona do olśniewająco lazurowej zatoki miejscowość wciąż może uchodzić za prowincjonalną. Do lat 60. XX w. była ona znana tylko poszukiwaczom skarbów, których kusiły legendy o bogactwach kryjących się we wraku hiszpańskiego galeonu „El Matanceros” (zatonął w tutejszych wodach 22 lutego 1742 r.). Należał do nich m.in. meksykański biznesmen, nurek, pisarz, historyk i archeolog Pablo Bush Romero. Zakochał się w tym miejscu do tego stopnia, że w 1962 r. odkupił Akumal wraz z kilkudziesięcioma hektarami pobliskiej ziemi od dotychczasowego właściciela Argimira Argüellesa i zaczął powoli przekształcać ogromną plantację palm kokosowych w ośrodek nurkowania i turystyki ekologicznej. Jego największym skarbem są żyjące w okolicznych wodach żółwie zielone. To podobno one dały nazwę tej miejscowości (ponoć w języku Majów Akumal znaczy „miejsce żółwi”) i nadal odgrywają pierwszoplanową rolę w tutejszej podwodnej krainie. Większość czasu spędzają na jedzeniu trawy morskiej porastającej rozległe łąki na dnie. Wystarczy jednak poczekać kilka minut, aby ujrzeć niekiedy nawet 200-kilogramowego osobnika, który wynurza się z Morza Karaibskiego, nabiera powietrza i nurkuje z gracją z powrotem. Mimo to większego szyku zadaje tu inne stworzenie. Orleń cętkowany (narinari) to prawdziwy arbiter elegantiarum zatoki Akumal (Bahía de Akumal). Jego majestatyczne, nakrapiane jasnymi plamami płetwy piersiowe o rozpiętości dochodzącej do nawet ponad 3 m można zaobserwować znacznie rzadziej niż sympatyczne pyski żółwi czy płaskie ciała szukających schronienia w piachu ogończy. Gdy jednak już nam się to uda, trudno oderwać wzrok od tej osobliwej ryby. Tańczący niczym baletnica orleń sunie dumnie przez wodę i zatacza szerokie łuki kilkumetrowym ogonem. Jeśli jest w dobrym humorze, zupełnie jak celebryta ignoruje zachwycone miny nurków, łaskawie pozwala gawiedzi podążać za sobą i się fotografować. Miejmy nadzieję, że pojawiające się coraz częściej na forach i blogach podróżniczych wpisy polecające ten rejon nie staną się przekleństwem dla wspaniałych mieszkańców tutejszej zatoki.

 

Pobyt w Akumal trzeba koniecznie połączyć z wizytą w jednym z jukatańskich ośrodków wzniesionych kiedyś przez Majów. Zdecydowanie najbliżej znajdują się ruiny wyjątkowego, położonego nad samym brzegiem morza Tulum ze słynną wieżą wyrastającą z wapiennego klifu. Wystarczy jednak pojechać ponad 40 km w głąb lądu, żeby dotrzeć do pozostałości dużo ciekawszego i bardziej okazałego miasta Cobá. Mimo iż przybywa do niego coraz więcej turystów, nadal bywa ono mniej oblegane i pozostaje słabiej skomercjalizowane od najbardziej znanego majańskiego zabytku – Chichén Itzá. Po ukrytych w gęstym tropikalnym lesie ścieżkach warto jeździć rikszą. Ruiny rozrzucone są na dużym obszarze, więc tym środkiem transportu będziemy poruszać się szybciej niż na piechotę. Na dodatek, kierujący rikszami, choć to nie wykwalifikowani przewodnicy turystyczni, raczą swoich pasażerów wieloma ciekawymi informacjami o poszczególnych obiektach. Największym zainteresowaniem na terenie Coby cieszy się 42-metrowa piramida Nohoch Mul, ostatnia na Jukatanie, na którą wciąż jeszcze można się wspinać. Gorący klimat nie sprzyja temu zadaniu, ale opłaca się podjąć taki wysiłek, bo ze szczytu rozciąga się imponujący widok. Ukojenie po wyczerpującej wspinaczce przyniesie kąpiel w jednej z trzech naturalnych studni (zwanych cenotami) utworzonych w skałach wapiennych, oddalonych od ruin o 10 min. jazdy autem. Najwspanialszą z nich stanowi Multum-Ha. Kręcone schody prowadzą kilkanaście metrów pod ziemię, gdzie w dużej jaskini przez tysiąclecia gromadziła się przyjemnie chłodna i nieprawdopodobnie przejrzysta woda. Kąpiel w tym miejscu warta jest wszystkich peso, które w niemałej kwocie trzeba wręczyć kasjerowi przed udaniem się na dół.

 

Cobá – wciąż jeszcze udostępniona dla turystów piramida Nohoch Mul

22

© IMAGENXPEDITION.COM

 

PO ASFALCIE I SZUTRZE

 

Meksyk nie cieszy się opinią kraju odpowiedniego do samodzielnych podróży samochodem. Z różnych stron docierają ostrzeżenia przed wysoką przestępczością, skorumpowaną policją czy oszustwami na stacjach benzynowych i w wypożyczalniach aut. Jak wygląda to w rzeczywistości? W stanie Quintana Roo pokonaliśmy ponad 1 tys. km i nie spotkała nas żadna sytuacja z listy często wymienianych przeciwności i zagrożeń. Powiem nawet więcej, chciałbym, aby w Polsce jeździło się równie przyjemnie jak po głównych drogach na wschodnim wybrzeżu Jukatanu. Najważniejsza z nich – bezpłatna szosa nr 307 – jest bardzo szeroka, ma świetnie utrzymaną nawierzchnię, a ciągnące się kilometrami proste odcinki pozwalają prowadzić bez stresu. Jedynym utrudnieniem, do którego trzeba przywyknąć, są topes, czyli przeszkody ustawione w miastach w poprzek ulic, wymuszające zredukowanie prędkości. Nasze progi zwalniające to przy nich okruchy rozsypane na jezdni. Na szczęście, w zdecydowanej większości zapowiadają je odpowiednie znaki ostrzegawcze i wystarczy zachować zwykłą czujność, żeby uniknąć urwania zawieszenia.

 

Na Jukatanie są jednak i drogi, które skazują samochód i jego pasażerów na niemal piekielne męki, nawet gdy auto ma napęd na cztery koła. Takim narzędziem tortur jest choćby piętnastka wiodąca z Tulum do wioski Javier Rojo Gómez, znanej jako Punta Allen (od nazwy przylądka, na którym się znajduje). Sformułowanie „pokonanie trasy” nabiera tutaj nowego, wyjątkowo dosłownego znaczenia. Początkowo asfaltowa nawierzchnia traci po jakimś czasie swoje właściwości i przemienia się w niemiłosiernie dziurawą i pofałdowaną żwirową wstęgę, która wije się przez tropikalny las porastający wybrzeże. Dotarcie do jej końca potrafi zająć nawet 3 godz., choć cały odcinek ma długość raptem 50 km. Czy zatem warto w ogóle tędy jechać? Niewątpliwie powinni się na to zdecydować miłośnicy natury i wielbiciele dzikich, ustronnych plaż, nawet jeśli po drodze poobijają się w podskakującym na nierównościach samochodzie. Tutejsze wybrzeże to część ogromnego, bo zajmującego aż niemal 5,3 tys. km² powierzchni, Rezerwatu Biosfery Sian Ka’an. Utworzono go 20 stycznia 1986 r. w celu ochrony niezwykłej przyrody, a już w następnym roku organizacja UNESCO wpisała ten zapierający dech w piersiach obszar na prestiżową Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości. W jego gęstych lasach tropikalnych mieszkają pumy płowe, jaguary amerykańskie, oceloty, pekari, wyjce jukatańskie, tapiry panamskie i tukany tęczodziobe. Rozległe bagniste tereny poprzecinane licznymi kanałami i porośnięte soczyście zielonymi namorzynami to królestwo krokodyli amerykańskich i meksykańskich oraz flamingów karmazynowych. W przybrzeżnych wodach nietrudno natrafić na żółwie i delfiny. Warto zatrzymać się tu na kilka dni, aby obcowanie z dziewiczą naturą zrekompensowało trudy podróży.

 

W ŚLAD ZA NATANEM

 

Przypominającą pas startowy, 50-kilometrową odnogą szosy nr 307 docieramy do naszego głównego celu podróży. Oto Mahahual (Majahual) i odcinek malowniczego karaibskiego wybrzeża Meksyku zwany dumnie Costa Maya. W to miejsce, na atol Banco Chinchorro rusza kilkuletni Natan i jego ojciec Jorge, bohaterowie niesamowitego filmu Nad morzem (w oryginale Alamar). Zmierzają do dziadka chłopca, mieszkającego w małej chatce na palach. Mają tutaj spędzić ostatnie chwile razem przed wyjazdem Natana z matką na stałe do Włoch. W tym czasie chłopiec poznaje życie w świecie bez prądu, telewizji i internetu, zaprzyjaźnia się z czaplą Blanquitą, a co najważniejsze, zawiera nierozerwalny pakt z ojcem i dziadkiem. Ten ostatni ponoć nadal trudni się połowami i pływa między Mahahual na stałym lądzie a oddalonym o ok. 20 mil morskich od brzegu skromnym domem osadzonym na chwiejnych palach wystających z atolu. Tak w każdym razie twierdzą Kim i Marcia, Amerykanie prowadzący od ponad 20 lat pensjonat Mayan Beach Garden w osadzie Punta Placer, położonej o pół godziny drogi od Mahahual. Rytm dnia wyznacza w niej natura. Gdy morze jest wystarczająco spokojne, zanurzamy się w płytkich wodach przybrzeżnych, których granicę wytycza Wielka Mezoamerykańska Rafa Koralowa. Przebiega tu ona wyjątkowo blisko brzegu, więc dotarcie do niej wpław nie wymaga dużego wysiłku. Jak okiem sięgnąć, nie widać nikogo oprócz nas. Wokół są tylko koralowce, papugoryby, homary, lucjany, graniki i dziesiątki innych gatunków stworzeń. Zdarza się i orleń cętkowany (narinari), choć ten woli rejony o nieco większej głębokości. Nad naszymi głowami co rusz przelatują zblazowane pelikany i dostojne fregaty. Costa Maya, czyli Wybrzeże Majów, stanowi również dom dla niezmiernie rzadkiego ssaka manata karaibskiego. Największą szansę na jego zobaczenie mamy we wrzynającej się mocno w ląd zatoce Chetumal.

 

Kiedy zbliża się wieczór, goście Kima i Marcii gromadzą się przy wspólnym stole, żeby w wielonarodowym gronie porozmawiać o przeżyciach mijającego dnia. Sącząc dobrze schłodzone ciemne piwo León, czekamy na kolejny pyszny posiłek przygotowywany przez uroczą Lupę i jej koleżanki. Zarówno kolacje, jak i śniadania to istny majstersztyk i esencja tego, co najlepsze w meksykańskiej kuchni. W zależności od pory dnia na stołach lądują placki zwane salbutes, czyli smażone w głębokim tłuszczu tortille przykryte posiekaną sałatą i innymi warzywami, empanadas – nadziewane pierożki zapiekane w piekarniku, ryby i drób przyrządzane na wszelakie sposoby oraz znakomite desery. A do wszystkiego obowiązkowo należy zjeść trójkątne nachos z sosem z awokado albo fasoli. Uczta trwa zawsze do nocy, bo biesiadnicy mają ciągle nowy temat do przedyskutowania. Potem przychodzi czas na najdoskonalszą formę relaksu – kołysanie się w hamaku w rytm szumu fal Morza Karaibskiego i wpatrywanie się w tysiące gwiazd mrugających na nocnym niebie wolnym od sztucznej poświaty.

 

Sielankowy obraz tego miejsca burzą trochę grożące mu niebezpieczeństwa. W sierpniu 2007 r. przetoczył się tędy bezwzględny i okrutny huragan Dean. Pod jego naporem padały nie tylko wiotkie chatki, lecz także solidne budynki, w tym molo w Mahahual. Od tamtej pory niemal wszystko zostało naprawione, jednak ryzyko kolejnego tropikalnego cyklonu wciąż istnieje. Niestety, tutejsi mieszkańcy muszą jeszcze prowadzić nierówną walkę z masami odpadków niesionych przez prądy morskie, ale też wyrzucanych beztrosko przez pasażerów ogromnych statków wycieczkowych zawijających do Mahahual kilkaset razy w ciągu każdego roku. Kim i Marcia oraz właściciele innych nieruchomości przy plaży starają się dbać o otoczenie i codziennie sprzątają swoje rewiry, lecz są i takie miejsca, w których obłożony śmieciami brzeg sprawia dość przygnębiające wrażenie. Pewne obawy budzi również planowane na 2017 r. uruchomienie międzynarodowych lotów z pobliskiego miasta Chetumal. Dzisiaj, kiedy z lotniska w Cancún trzeba tu jechać ponad 5 godz., niewiele osób decyduje się na wakacje na Costa Maya. Pojawiają się głównie kilkugodzinni wycieczkowicze ze statków cumujących w Mahahual. Wprowadzenie regularnych połączeń międzynarodowych z Chetumal może nie tylko oznaczać znaczny wzrost liczby turystów, ale i zwabić inwestorów z branży hotelarskiej. Oby jednak ten urokliwy region nie przeobraził się w nową enklawę wypoczynkową, przypominającą te z północy Jukatanu.

 

MAJOWIE I PIRACI

 

W czasie gdy Kim i Marcia przeprowadzali się do Punta Placer, przebycie 75-kilometrowego dystansu między drogą nr 307 a ich nowym domem zajmowało ponad 6 godz. Dopiero wiele lat później, w związku z planowanym uruchomieniem pirsu w porcie w Mahahual, powstała szeroka i gładka jak stół trasa. Dziś jej nawierzchnia jest już gdzieniegdzie pomarszczona, ale i tak serce raduje się na myśl, że nie musimy poruszać się po dawnej dziurawej szutrówce. Kawałek za wioską Pedro Antonio Santos skręcamy w prawo i drogą nr 293 dojeżdżamy do ruin Chacchobén. To jedno z dziesiątek miejsc na Jukatanie, gdzie z gęstwiny tropikalnego lasu i spod naniesionej przez wieki warstwy ziemi archeolodzy wydobyli zapomniane miasto Majów. W przeciwieństwie do słynnych kompleksów Chichén Itzá i Tulum nie znajdziemy w nim tłumów. Chacchobén (czyli w języku Majów „miejsce czerwonej kukurydzy”) zwiedzamy w towarzystwie zaledwie kilkunastu innych osób, choć niewykluczone, że kiedy do Mahahual przybywa ogromny statek wycieczkowy, robi się w nim bardziej tłoczno. Odkryte tu przez archeologów budowle nie wyglądają aż tak spektakularnie jak te na terenie wykopalisk na północy półwyspu, ale ich otoczenie jest wyjątkowe. Ścieżka dla zwiedzających prowadzi przez gęsty, dający wytchnienie od słońca las tropikalny, rozbrzmiewający co chwilę krzykami małp (czepiaków czy wyjców). Dopiero u podnóża głównej świątyni, do której wiedzie kilkadziesiąt masywnych schodów, krajobraz ulega zmianie. Równo przystrzyżona trawa przypomina, że to jednak muzeum. Takich mniej znanych i rzadko odwiedzanych ruin ze starożytnych czasów znajduje się w tym rejonie więcej. W Dzibanché, które od ok. 200 r. p.n.e. do aż XIII w. n.e. było jednym z ważniejszych miast Majów, zajmującym powierzchnię ponad 40 km2, wiele obiektów pozostaje wciąż przykrytych ziemią i roślinnością. Spacer wśród tych odsłoniętych przenosi nas w przeszłość, do dawnego ośrodka władzy. Masywne świątynie i pałace zbudowane na podstawach kamiennych piramid wraz z przestronnymi placami pokazują, jak prężnie musiało rozwijać się to miasto w okresie swojej świetności w trakcie panowania potężnej dynastii Kaan.

 

Droga między Chacchobén i Dzibanché prowadzi wzdłuż prawdziwego cudu natury tego regionu Meksyku – oszałamiającego swoimi odcieniami jeziora Bacalar (Laguna de Bacalar). Z lotu ptaka zbiornik, rozciągnięty na długości 42 km i szeroki na maksymalnie niecałe 4 km, przypomina azurytową skazę w malachicie. Niesamowita gra kolorów powstaje częściowo za sprawą niemal białego wapiennego dna. Na płyciznach woda jest jasnobłękitna, ale wraz ze wzrostem głębokości staje się coraz ciemniejsza. W Cenote Azul, owalnym naturalnym basenie (głębokim na aż ok. 90 m), przybiera barwę ciemnego granatu. Bacalar wygląda zupełnie jak jezioro Kourna na Krecie, tyle że ponad sto razy większe. Okolicę najlepiej podziwiać podczas kilkugodzinnego rejsu jedną z łodzi cumujących przy licznych pomostach. W jego trakcie docieramy do każdego z odcieni błękitu tego akwenu i wypatrujemy sekretnych kanałów, którymi z Morza Karaibskiego i rzeki Hondo (Río Hondo) dostawali się tu w XVII i XVIII stuleciu piraci napadający na miasto. Mieszkańców bronić przed nimi miał solidny Fort św. Filipa w Bacalar (Fuerte de San Felipe de Bacalar), ukończony w 1729 r. Dziś działa w nim ciekawe muzeum opowiadające m.in. historię XVII-wiecznego Kubańczyka Diega el Mulata i innych karaibskich awanturników.

 

Pustelnia JOHNA HUSTONA

 

Laguna de Bacalar niedaleko Chetumal to tzw. Jezioro Siedmiu Kolorów

LagunaBacalar

© BARTEK JANKOWSKI/TROPIKEY.COM

 

W odległości ponad 2,1 tys. km na zachód od Cancún leży Guadalajara, stolica stanu Jalisco. Dwoma najbardziej znanymi na świecie towarami eksportowymi tego regionu są tak bardzo popularna w Polsce tequila, której nazwa pochodzi od miejscowości położonej na północy, i urodzony w 1947 r. w Autlán de Navarro wirtuoz gitary Carlos Santana. Dzięki połączeniom oferowanym zarówno przez meksykańskiego przewoźnika narodowego (Aeroméxico), jak i kilka linii niskobudżetowych (Interjet, Magnicharters, Viva Aerobus, Volaris) dotarcie tutaj z Cancún zajmuje ok. 2,5 godz. Poza tym na jesieni 2016 r. uruchomiono bezpośrednie loty czarterowe między Warszawą i Puerto Vallarta. To nie przypadek, że wybrano właśnie ten ostatni kurort, a nie przereklamowane Acapulco, które dawno już (podobnie jak Cancún) przeobraziło się w skupisko betonowych molochów. Mimo iż złote wybrzeże Zatoki Flag (Bahía de Banderas) opanowały w wielu miejscach luksusowe hotele, w samym Puerto Vallarta w dużej mierze udało się zachować urok kąpieliska w dawnym stylu. Jego sercem jest Viejo Vallarta, romantyczna najstarsza część miasta z przyległą uroczą plażą o zdecydowanie mniej przyjemnej nazwie – Playa los Muertos (Plaża Zmarłych). Jej nowoczesnym symbolem stało się molo z instalacją do złudzenia przypominającą słynny dubajski wieżowiec Burdż Al Arab (Burj Al Arab). Niegdyś była tu osada rybaków i poławiaczy pereł, ale już od końca XIX w. do szmaragdowych wód Pacyfiku zaczęli przybywać pierwsi letnicy.

 

Prawdziwy rozgłos Puerto Vallarta zyskało jednak w 1964 r., po premierze Nocy iguany z Richardem Burtonem w roli duchownego kuszonego przez kobiety i alkohol. Znaczną część ujęć nakręcono właśnie w tym mieście i na położonej nieopodal malowniczej plaży Mismaloya. Widok ciemnego oceanu kontrastującego z nadbrzeżnymi złotymi skałami i szczytami Sierra Madre Zachodniej (Sierra Madre Occidental) urzekł amerykańskiego reżysera filmu Johna Hustona (1906–1987) tak bardzo, że kupił w tym rejonie willę. Później, kiedy szukał miejsca odizolowanego od świata, znalazł dostępną tylko łodzią plażę Las Caletas. Wydzierżawił ten teren od Indian Chacala i spędził tutaj swoje sędziwe lata, żyjąc w skromnych warunkach, blisko przyrody i z dala od zgiełku filmowego środowiska. Po śmierci Johna Hustona pieczę nad jego azylem objęła ponownie społeczność indiańska, u której dbałość o naturę w pewnym stopniu zastąpiło merkantylne spojrzenie na życie. Dziś działa w tym rejonie agencja turystyczna organizująca dzienne i wieczorne wycieczki łodzią na plażę Las Caletas połączone z relaksującymi zabiegami spa i widowiskowymi występami folklorystycznymi.

 

Wakacje w Meksyku wciąż jeszcze kojarzą nam się głównie z dwutygodniowym leżakowaniem przy basenie w którymś ze wspaniałych kurortów na karaibskiej Riwierze Majów (Riviera Maya). Taka forma wypoczynku ma swoje zalety, ale pobyt w tym kraju może być dużo bardziej urozmaicony i nie musi oznaczać przywiązania do jednego miejsca. Warto ruszyć na wyprawę po innych regionach i to niekoniecznie wypożyczonym samochodem. Dzięki gęstej sieci połączeń autobusowych różnej klasy dotrzemy do mniej zatłoczonych zakątków Meksyku bez ponoszenia znacznych kosztów i bez stresu związanego z prowadzeniem auta. Choć samodzielnego poruszania się po meksykańskich drogach nie trzeba się wcale obawiać, bo tutejsze warunki nie różnią się specjalnie od panujących w naszym kraju. Przy planowaniu w przyszłości wyjazdu do tej fascynującej części świata można zatem rozważyć i taką formę podróżowania.

 

W turystycznym Puerto Vallarta znajdziemy wiele historycznych budowli

Puerto-Vallarta-sunset

© MEDIAKIT.VISITPUERTOVALLARTA.COM

 

Szmaragdowa Irlandia

ROBERT PAWEŁEK

 

Ta zielona wyspa potrafi zauroczyć nawet najbardziej wybrednych obieżyświatów. Wspaniałe ślady celtyckiej kultury sąsiadują na niej z pozostałościami po czasach wczesnochrześcijańskich. Nieodłączną częścią tutejszego krajobrazu rozległych równin i skalistych urwisk są tajemnicze dolmeny i kamienne rzeźbione krzyże. Możemy tu znaleźć fabrykę słynnego piwa Guinness i puby tętniące życiem do białego rana oraz zwiedzić Dublin pod rękę z bohaterem powieści Jamesa Joyce’a Ulisses. To właśnie osobliwe połączenie teraźniejszości z przeszłością oraz sympatyczni i otwarci mieszkańcy stanowią o uroku Irlandii.

FOT. TOURISM IRELAND

Po irlandzku nazwa tego europejskiego państwa brzmi Éire. Dziś zajmuje ono większą część drugiej pod względem wielkości wyspy archipelagu Wysp Brytyjskich, współdzieląc jej terytorium ze Zjednoczonym Królestwem Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej. W godle państwowym na niebieskim tle znajduje się złota harfa Briana Śmiałego, króla panującego na tych ziemiach na początku XI w. Najpopularniejszym symbolem kraju jest jednak trójlistna koniczyna (ang. shamrock), którą Irlandczycy noszą przypiętą do ubrania w dniu swojego patrona św. Patryka, 17 marca.

Więcej…